Przestałem kochać, czy to do uratowania?

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

wrinice
Posty: 3
Rejestracja: 15 lip 2020, 20:04
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Mężczyzna

Przestałem kochać, czy to do uratowania?

Post autor: wrinice » 16 lip 2020, 10:10

Witajcie,
czytam forum od jakiegoś czasu.
Jesteśmy w małżeństwie 14 lat. Nigdy żony nie zdradziłem, choć często obawiałem się, że wejście w jakąś nową sytuację, czy spotkanie jakiejś wyjątkowej dziewczyny sprawi, że się w niej zakocham.
Od Pół roku mam problem z podjęciem decyzji, co do bycia z żoną. Nie wiem dokładnie co się wydarzyło ale borykam się cały ten czas z myślą że przestałem ją kochać. Nie potrafię wzbudzić w sobie uczuć do niej. Tkwię w bardzo dużej bierności - nie podejmuję działań, nie pracuję. Zajmuję się właściwie, przez ostatnie pół roku "naprawianiem" siebie. Chodzę na własną terapię, jestem obecnie w klinice, do której trafiłem, bo byłem bardzo napięty i kompletnie nie potrafiłem podjąć decyzji. wierzyłem w to, że miłość to wybór tej drugiej osoby i decyzja, ciągle podejmowana na nowo. Coś we mnie osłabło i na dzień dzisiejszy zapadłem się w sobie i w stanie nie decydowania. Z jednej strony wiem i widzę to że tkwienie w takim niedecydowaniu zabija moją żonę i sprawia ogromne cierpienie dzieciom, a z drugiej bardzo boję się konsekwencji rozwodu, tego że będę musiał coś zmienić, ruszyć się do roboty np.
Proszę napiszcie, może ktoś miał podobnie i udało mu się zawalczyć i wygrać.

Al la
Posty: 2137
Rejestracja: 07 lut 2017, 23:36
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Przestałem kochać, czy to do uratowania?

Post autor: Al la » 16 lip 2020, 13:06

Witaj, wrinice na naszym forum.
Czytam, że jesteś w małżeństwie od 14 lat, masz żonę i dzieci.
Myślisz o rozwodzie, z jakiego właściwie powodu?
Przyszła szara rzeczywistość, stało się coś, sam nie wiesz co.
Poszedłeś na terapię z jakiejś przyczyny, czyli dostrzegłeś problem w sobie?
Miłość to nie uczucie, w odróżnieniu od zakochania, to odpowiedzialność, postawa życiowa, bycie z drugą osobą mimo jej i swoich słabości.
Zapraszam do wysłuchania konferencji ks. Marka Dziewieckiego "Czym miłość nie jest"
https://www.youtube.com/watch?v=aoxr7EI ... 04B2B2B765
Jesteś na forum katolickim, jaka jest Twoja relacja z Bogiem?
Pozdrawiam i życzę Ci, abyś otrzymał wsparcie od naszych forumowiczów.
I przypominam, że internet nie jest anonimowy, zwróć uwagę na niepodawanie charakterystycznych szczegółów.
Ty umiesz to, czego ja nie umiem. Ja mogę zrobić to, czego ty nie potrafisz - Razem możemy uczynić coś pięknego dla Boga.
Matka Teresa

Firletka
Posty: 140
Rejestracja: 05 kwie 2020, 9:40
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Przestałem kochać, czy to do uratowania?

Post autor: Firletka » 16 lip 2020, 13:26

Ja Ci napiszę, że ja mam podobnie... jak Twoja żona. Od razu powiem, że moje zdanie nie będzie obiektywne, po wyrażone przez pryzmat moich doświadczeń.
Jesteś w małżeństwie i obawiasz, że spotkasz kogoś wyjątkowego i sie zakochasz? A może liczysz na to, że kogoś spotkasz i sie zakochasz? Ale boisz się konsekwencji?
A rozmawiałeś z żoną na ten temat? Mówiłeś co czujesz? Spytałeś co ona czuje? Widzisz, że to zabija Twoją żonę i brniesz w to dalej? Dlaczego? Miłość to wybór drugiej osoby? A nie dwóch?
Na co liczysz? Że ktoś podejmie za Ciebie decyzję?

Pomysł czego Ty oczekujesz? Od żony? Od życia? Dlaczego uważasz, że Jej nie kochasz? Co zrobiłeś, aby spróbować zawalczyć o miłość?

Sorry, wiem, że mila nie jestem, ale jestem po drugiej stronie i szlag mnie trafia, że zrzuca sie odpowiedzialność na drugą stronę... To ja nic nie robie i jest mi źle...

Wiedźmin
Posty: 1629
Rejestracja: 10 lip 2017, 14:08
Jestem: w związku niesakramentalnym
Płeć: Mężczyzna

Re: Przestałem kochać, czy to do uratowania?

Post autor: Wiedźmin » 16 lip 2020, 14:15

wrinice pisze:
16 lip 2020, 10:10
Od Pół roku mam problem z podjęciem decyzji, co do bycia z żoną.
Nie nie - decyzję co do bycia z żoną, to Ty kolego podjąłeś wiele lat temu zapewne.
Teraz jedynie z czym się borykasz... to może być podjęcie decyzji o porzuceniu (bądź nie porzuceniu) rodziny.
wrinice pisze:
16 lip 2020, 10:10
Tkwię w bardzo dużej bierności - nie podejmuję działań, nie pracuję.

[...] bardzo boję się konsekwencji rozwodu, tego że będę musiał coś zmienić, ruszyć się do roboty np.
Proszę napiszcie, może ktoś miał podobnie i udało mu się zawalczyć i wygrać.
Hehe - w sumie to na plus można zaliczyć, że jesteś szczery.

Boisz się ruszyć do roboty... hmm... nie dziwię się trochę, że masz problem sam ze sobą - bo jednak jedną z podstawowych ról ojca/głowy rodziny - jest ZAPRACOWANIE na tę rodzinę, dbanie i opieka nad tą rodziną, zapewnienie żonie i dzieciom godziwych warunków życia. Skoro nie wypełniasz jednak tej dość podstawowej roli męża/ojca... raczej nie pozostaje to bez wpływu na Twoją samoocenę.

Pytanie tylko - dlaczego nie chcesz "ruszyć do roboty"?
Pytanie drugie - co dla Ciebie znaczy "kochać"?

Czy miałem podobnie? Nie - ja miałem całkiem inaczej - pytanie tylko - z kim, czym Ty chcesz walczyć i z kim chcesz wygrać?
Szczęście "nie leży" na zewnątrz - postaraj odczepić się od innych (przestać zmieniać, oczekiwać, manipulować) i skup (na tyle na ile się uda) uwagę na sobie.

Bławatek
Posty: 117
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Przestałem kochać, czy to do uratowania?

Post autor: Bławatek » 16 lip 2020, 14:24

Wrinice, mój mąż na podobne myślenie do twojego - było mu źle "bo nadawaliśmy na różnych falach" i on zamiast walczyć o rodzinę i miłość 2 lata temu się wycofał, stał z boku i obserwował jak się wali nasze małżeństwo i nic nie robił, czekał. Nic mi nie mówił - a ja myślałam że jest 'nieobecny' przez problemy w pracy. Aż w końcu powiedział nie kocham cię. Strasznie to boli. Dziś walczymy - ja o małżeństwo on o rozwód i wolność.

A może wróć do początków Waszej znajomości i miłości. I zastanów się czy mógłbyś żonę pokochać na nowo. Pewnie miłością inną niż wtedy. Ale jak Ci się uda, to być może nie skrzywdzisz wielu osób.

Polecam książki i konferencje polecane na stronie Sycharu.

Caliope
Posty: 304
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Przestałem kochać, czy to do uratowania?

Post autor: Caliope » 16 lip 2020, 16:35

Witaj, funkcjonujesz podobnie do mojego męża, tylko on powiedział mi dodatkowo, że nie kocha. Twoja żona też mogłaby iść na swoją terapię jak ja, bo w takim czymś być, to jest bardzo ciężko, najgorsza jest obojętność. Ale każdy ci powie, że prawdziwa miłość to wybór, nie motyle w brzuchu. Potrzeba czasu by to zrozumieć, dlatego potrzebna jest relacja z Bogiem, jego miłość, czysta i bezinteresowna.

Jozka
Posty: 66
Rejestracja: 07 wrz 2019, 10:56
Płeć: Kobieta

Re: Przestałem kochać, czy to do uratowania?

Post autor: Jozka » 16 lip 2020, 17:33

Wricice a czego udało Ci się dowiedzieć o sobie na terapii? Jakie masz deficyty? Jakie problemy do przepracowania? Może jest w Tobie jakaś pustka której nie możesz wypełnić a podświadomie oczekujesz że wypełni ja relacja z drugą osobą?

burza
Posty: 369
Rejestracja: 29 maja 2018, 22:23
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Przestałem kochać, czy to do uratowania?

Post autor: burza » 16 lip 2020, 18:49

Wirnice, również to samo podtrzymuje co moje przedmowczynie bo też, jestem bo tej samej stronie co twoja małżonka. To jest najlatwiejsza droga, wycofać się wziąć rozwód i mieć nowe życie. Najlepiej zwalić winę na tą drugą osobę bo już, mnie nie pociąga, nie ma tego błysku w oku i znam ją na wskroś niczym już mnie nie zaskoczy bo jest rutyna. A można też, przypomnieć sobie te fajne momenty dlaczego jest się w małżeństwie właśnie z tą konkretną osoba co było takiego fajnego w tej drugiej polowce. . Uważam, że każdym kolejnym związku na początku jest fascynacja, motyle w brzuchu nie można jeść, spać a później to też, jest jakaś tam rzeczywistość ale jaka nie wiem.. Tylko to jest moje zdanie osoby która też została porzucona.

Keira

Re: Przestałem kochać, czy to do uratowania?

Post autor: Keira » 16 lip 2020, 20:07

wrinice pisze:
16 lip 2020, 10:10

Proszę napiszcie, może ktoś miał podobnie i udało mu się zawalczyć i wygrać.
Miałam podobnie, zawalczyłam, ale ostatecznie przegrałam, bo mąż odszedł. Pamiętaj, że druga strona też ma swoje granice wytrzymałości. I druga strona wcale nie musi chcieć walczyć.

Kiedy dopadł nas pierwszy kryzys, moje emocje wobec męża były mniej więcej na Twoim poziomie. Może nawet gorzej, na minusie. Nie tylko nie czułam miłości, ale wręcz nie lubiłam, denerwował mnie, nie lubiłam, jak wracał z pracy. Nie muszę mówić, że jeśli druga strona nie jest z kamienia, to to odczuwa i kawałek po kawałku coś w niej umiera. Wtedy nastąpiły pierwsze rozmowy o rozstaniu.

Byłam daleko od Boga w tamtym momencie, więc rozważałam nawet w myślach nowy związek, skoro mąż nie chce ze mną być.
Ale trafiłam wtedy na Sychar, między innymi Katarzynę, której słowa są do dzisiaj powielane, gdzie poczytałam historie ludzi, którzy zachłyśnięci nowymi związkami (lub świadkowie takich związków: opuszczeni małżonkowie) często piszą o tym, że taki nowy związek często po dwóch latach, może wcześniej, może później - staje się tym samym, co małżeństwo - nieudanym, nudnym tworem z tymi samymi problemami + dodatkowymi, związanymi z gorszą sytuacją finansową, dziećmi itd.

Zaczęłam wgłębiać się w temat, poczytałam książki napisane przez mądrych ludzi, terapeutów i zrozumiałam parę rzeczy:

- miłość to NIE EMOCJE. Nie masz emocji? Możliwe - ale to nie ma nic wspólnego z tym, czy kochasz, czy nie. Po prostu nie masz emocji i tyle
- emocje w małżeństwie są ważne, bo są sygnałem zmian i przekształceń związku (co jest NORMALNE), bez sensu jest na nich opierać swoje decyzje, emocje przychodzą, odchodzą, zmieniają się
- jeśli dzieje się coś złego w związku, przychodzi chłód, obojętność, niechęć - to jeśli druga strona nie przejawia zachowań toksycznych, patologicznych, przemocowych, a kiedyś czuliśmy gorące uczucie - to na 99,99% problem jest w nas samych, a nie w partnerze
- znany amerykański terapeuta par, pracujący z tysiącami małżeństw stwierdzał jednoznacznie, że nowy związek jest tylko dlatego atrakcyjny, że jest nowy, nowa osoba tak samo. Po jakimś czasie - większość jego pacjentów, którzy nie zdecydowali się na naprawę związku i weszli w nowe - odczuwali dokładnie to samo. Tylko szkody były większe, bo cierpiały dzieci, przepadły majątki, szacunek, wizerunek, zdrowie itd
- problem nie jest w osobie partnera, ale w naszych motywacjach co do związku, w naszym nastawieniu i oczekiwaniach

Jeśli Twoją motywacją do bycia w związku jest: niech ona mnie uszczęśliwia/niech ona mnie zabawia/niech ona uczyni mnie nie-samotnym - to są to z założenia błędne motywacje i było kwestią czasu, kiedy się to sypnie.

Podejdź do moich słów poważnie, proszę. Piszę o swoim doświadczeniu.

Kiedy zrozumiałam przekaz z tych lektur, najpierw pokonałam wewnętrzny bunt: czemu to ja mam się starać to odbudowywać, czemu mąż nie czyta tych książek, nie chce naprawiać, nic robić. A potem wzięłam do serca powtarzające się wskazówki + dodałam swoje, które mi pomagały:

- codziennie rano przypominać sobie przysięgę małżeńską i mówić do siebie: DZISIAJ będę kochać mojego męża, będę mu wierna, będę miła i wyrozumiała, dzisiaj nie będę od niego oczekiwać niczego. Dzisiaj. Zadanie na dzisiaj, jutro nie wiem, mogę nie wytrzymać, ale dzisiaj tak będzie.
- w ciągu dnia - jeśli przychodziły negatywne myśli na temat męża, krytyka itd. - natychmiast na każdą krytyczną uwagę znaleźć 2 pozytywy, dwa ciepłe wspomnienia, przypomnieć dwie zalety męża, cechy wyglądu - cokolwiek. Zasada prosta - 1 krytyka = 2 pochwały
(oczywiście w głowie, bo na zewnątrz żadnych krytyk tego dnia nie przewidywałam, patrz punkt 1 i kolejny)
- skupiać się na dawaniu - bez oczekiwania na rewanż. Jeśli więc nie mogłam tego dnia nic ofiarować - cierpliwości, uśmiechu, rozmowy, wsparcia, dobrego jedzenia, czasu, to moim "dawaniem" było UNIKANIE robienia złych rzeczy. Czyli powstrzymywanie się od krytyki, negatywnych emocji, podejrzeń, złośliwości. To też dar! Bo wymagał wysiłku ode mnie, a w efekcie działo się coś dobrego
- codziennie znaleźć coś, za co mężowi dziękuję i coś za co męża przepraszam. Często mówiłam mu te słowa.

Pod koniec dnia byłam często wykończona psychicznie z tego "starania się". Oschły mąż nie ułatwiał sytuacji, kilka razy nie było tak różowo. Ale zasypiałam, a następnego dnia budziłam się z tym samym postanowieniem: przysięga i postawa miłości do męża do końca dnia.

Nie wiem, ile to trwało, ale pewnego dnia nie musiałam już mówić sobie rano tej formułki. Po prostu zrozumiałam, że ja naprawdę męża kocham. Że widzę jego wady, ale też i zalety. Że zaczynam za nim tęsknić, lubić z nim być. Że zauważam różne nowości w nim, że moje pozytywne nastawienie sprawiło, że stałam się łagodniejsza, wyrozumialsza, wkradło się dużo humoru w relację, mąż zaczął reagować.

Pokonaliśmy wtedy kryzys i było kilka lat względnie dobrze.

Gdyby mąż chciał przejść tę samą drogę, jak ja - dzisiaj bylibyśmy szczęśliwym małżeństwem. Ale nie przeszedł i nie był tym zainteresowany. Jemu było dobrze - pojawiła się "nowa" ja i jakieś obszary jego serca zostały na nowo zapełnione. Ale nie na stałe. Bo te chore, niepoleczone miejsca w jego sercu, odezwały się do niego i zażądały tego co zwykle: JA, MNIE, O MNIE, MOJE itd.

Więc kiedy pytasz, czy da się na nowo pokochać małżonka - odpowiem TAK. Przeżyłam to, sprawdziłam na sobie. Fachowcy mówią prawdę. Dzisiaj nigdy bym się nie nabrała na szalony romans - z jak to mówisz: 'wyjątkową" osobą. Dzisiaj wiem, że żadna wyjątkowa osoba nie zainteresuje się osobą w związku małżeńskim, każda porządna, mądra kobieta - pogoniłaby Cię do żony i do dzieci, nie zainteresuje się kimś takim. Żonatymi lub dzieciatymi rozwodnikami interesują się tzw. "chore" łanie, najsłabsze ze stada. Mogą Ci nawijać makaron na uszy, żebyś czuł się wyjątkowy, a tak naprawdę proponują toksyczny układ ze sobą, osobami w jakimś stopniu zaburzonymi. Jest mnóstwo wolnych ludzi - jeśli ktoś zagina parol na rozwodnika czy żonatego - musi mieć jakiś odchył - więc chyba na tym polega jego "wyjątkowość". Nie wiem, kogo może ta wyjątkowość pociągać.

A powiew nowości skończy się szybko - wrócą stare problemy, z którymi wyszliśmy ze starego związku. To czysta - wybacz- głupota.

Jeśli Twoja żona Cię kocha - wszystko w Twoich rękach. Bądź mądry. Skorzystaj z wiedzy specjalistów, poczytaj o tym, jak wygląda każdy, normalny związek, będziesz czytał w tych książkach o sobie, o Was.

Łap wszystko Gottmana, Pulikowskiego, Dobsona, Chapmana. I zawalcz - wbrew pozorom - także o swoje szczęście, bo nigdzie indziej go nie zaznasz, jeśli nie zrozumiesz, że szczęście Twoje osobiste - to Ty sam, Bóg. Nikt nie urodził się po to, by Cię uszczęśliwiać. Musiałbyś zobaczyć mojego męża dwa lata po rozwodzie. Uwierz mi - nigdy nie wyglądał gorzej, nigdy nie widziałam takiej pustki w jego oczach, twarzy bez cienia uśmiechu. I gdzie to jego szczęście, dla którego poświęcił małżeństwo i swoje życie?

My nie mamy dzieci, więc nawet miał o wiele prostszą sytuację. A jednak jakoś ta wielka miłość, która go miała uszczęśliwić - nie przychodzi. A gdyby nawet był w związku - czego nie wykluczam, bo nie wiem - to jakoś nie widzę błysku w oczach, radości na twarzy, zadowolenia. Jeśli zaś widzisz "szczęśliwe" drugie małżeństwa - wiedz, że dopóki nie zamieszkasz z nimi 24 na dobę, nie będziesz znał ich myśli - nie dawaj się nabierać na pozory. Nie twierdzę, że każde jest skazane na porażkę, ale to co za nimi idzie - jest takim cieniem, który zawsze będzie się kładł na relacji i zawsze może położyć całą relację. Wg Gotmana - wielu mężczyzn (akurat pisał o mężczyznach) ma taką naturę, że chociaż dostrzegają, że popełnili błąd, niszcząc małżeństwo i wchodząc w nową relację, nigdy się do tego publicznie nie przyznają. Będą tkwić w nowej relacji, topiąc najczęściej frustracje w nałogach, gorzkniejąc.

Warto naprawiać małżeństwo. Ratuj, masz duże szanse - jesteś tutaj, więc jesteś wartościowym mężczyzną, który szuka rozwiązań. Jesteś wyjątkowy i wiele pań tutaj obecnych na forum, chciałoby, by ich mężowie - zanim wejdą w nowe związki - zapragną poszukać pomocy i rozwiązań.

Trzymaj się i powodzenia!

wrinice
Posty: 3
Rejestracja: 15 lip 2020, 20:04
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Mężczyzna

Re: Przestałem kochać, czy to do uratowania?

Post autor: wrinice » 16 lip 2020, 21:01

Jak zbudować taką miłość od początku? jestem w czarnej rozpaczy, że nie potrafię ruszyć z miejsca. Niewiele zrobiłem żeby zawalczyć o miłość. modlę się ale nie otrzymuję tego o co się modlę.

lustro
Posty: 1149
Rejestracja: 02 sie 2017, 22:37
Jestem: szczęśliwą żoną
Płeć: Kobieta

Re: Przestałem kochać, czy to do uratowania?

Post autor: lustro » 16 lip 2020, 23:15

wrinice pisze:
16 lip 2020, 10:10

Od Pół roku mam problem z podjęciem decyzji, co do bycia z żoną. Nie wiem dokładnie co się wydarzyło ale borykam się cały ten czas z myślą że przestałem ją kochać. Nie potrafię wzbudzić w sobie uczuć do niej. Tkwię w bardzo dużej bierności - nie podejmuję działań, nie pracuję. Zajmuję się właściwie, przez ostatnie pół roku "naprawianiem" siebie. Chodzę na własną terapię, jestem obecnie w klinice, do której trafiłem, bo byłem bardzo napięty i kompletnie nie potrafiłem podjąć decyzji. wierzyłem w to, że miłość to wybór tej drugiej osoby i decyzja, ciągle podejmowana na nowo. Coś we mnie osłabło i na dzień dzisiejszy zapadłem się w sobie i w stanie nie decydowania.
Z jednej strony wiem i widzę to że tkwienie w takim niedecydowaniu zabija moją żonę i sprawia ogromne cierpienie dzieciom, a z drugiej bardzo boję się konsekwencji rozwodu, tego że będę musiał coś zmienić, ruszyć się do roboty np.
Proszę napiszcie, może ktoś miał podobnie i udało mu się zawalczyć i wygrać.
Wrinice

A ja zapytam o Ciebie.
Piszesz, ze nie potrafisz podjac decyzji, zapadles sie w sobie, czujesz strach
jestes w trakcie terapii,
jestes w klinice z powodu napięcia i niemożności podjecia decyzji


Czy nie jest tak, ze to nie brak miłości do zony a choroba Toba zawladnela?

To co piszesz brzmi bardzo niepokojaco i powaznie.

Czy dobrze zrozumialam, ze nie pracujesz i podjecie pracy Cie przerasta?

Wiedźmin
Posty: 1629
Rejestracja: 10 lip 2017, 14:08
Jestem: w związku niesakramentalnym
Płeć: Mężczyzna

Re: Przestałem kochać, czy to do uratowania?

Post autor: Wiedźmin » 16 lip 2020, 23:17

wrinice pisze:
16 lip 2020, 21:01
Jak zbudować taką miłość od początku? jestem w czarnej rozpaczy, że nie potrafię ruszyć z miejsca. Niewiele zrobiłem żeby zawalczyć o miłość. modlę się ale nie otrzymuję tego o co się modlę.
Chłopie - zostaw Ty na razie tę żonę i to małżeństwo - w sensie... odczep się od tego - niech to nie będzie wcale głównym Twoim problemem.

Przede wszystkim spróbuj odzyskać własne szczęście (całkiem niezależne od żony czy małżeństwa) - czyli zacznij być szczęśliwym sam ze sobą... opowiedz nam o swoich pasjach (mogą być sprzed małżeństwa) - "szczęśliwość" własna/wewnętrzna to jest moim zdaniem PODSTAWA - jak to osiągniesz, to czuję... że jest duża szansa, że będzie jak w tej książce "bądź szczęśliwy a nie ważne z kim się zwiążesz" - czego Ci z całego serca życzę :) ... bo jest szansa, że tym "kimś" będzie Twoja własna żona :P ;) :D
Szczęście "nie leży" na zewnątrz - postaraj odczepić się od innych (przestać zmieniać, oczekiwać, manipulować) i skup (na tyle na ile się uda) uwagę na sobie.

renegate
Posty: 104
Rejestracja: 26 lut 2020, 4:11
Płeć: Kobieta

Re: Przestałem kochać, czy to do uratowania?

Post autor: renegate » 17 lip 2020, 3:10

wrinice pisze:
16 lip 2020, 10:10
Witajcie,
czytam forum od jakiegoś czasu.
Jesteśmy w małżeństwie 14 lat. Nigdy żony nie zdradziłem, choć często obawiałem się, że wejście w jakąś nową sytuację, czy spotkanie jakiejś wyjątkowej dziewczyny sprawi, że się w niej zakocham.
Od Pół roku mam problem z podjęciem decyzji, co do bycia z żoną. Nie wiem dokładnie co się wydarzyło ale borykam się cały ten czas z myślą że przestałem ją kochać. Nie potrafię wzbudzić w sobie uczuć do niej. Tkwię w bardzo dużej bierności - nie podejmuję działań, nie pracuję. Zajmuję się właściwie, przez ostatnie pół roku "naprawianiem" siebie. Chodzę na własną terapię, jestem obecnie w klinice, do której trafiłem, bo byłem bardzo napięty i kompletnie nie potrafiłem podjąć decyzji. wierzyłem w to, że miłość to wybór tej drugiej osoby i decyzja, ciągle podejmowana na nowo. Coś we mnie osłabło i na dzień dzisiejszy zapadłem się w sobie i w stanie nie decydowania. Z jednej strony wiem i widzę to że tkwienie w takim niedecydowaniu zabija moją żonę i sprawia ogromne cierpienie dzieciom, a z drugiej bardzo boję się konsekwencji rozwodu, tego że będę musiał coś zmienić, ruszyć się do roboty np.
Proszę napiszcie, może ktoś miał podobnie i udało mu się zawalczyć i wygrać.

Wrinice, sądząc po tym, co napisałeś, wnioskować można, że problem nie leży w Waszym małżeństwie, lecz w stanie psychicznym, w którym się znajdujesz od pewnego czasu. To on powoduje, że nie masz w tej chwili "dostępu" do swoich uczuć. Absolutnie to nie jest moment na podejmowanie jakichkolwiek decyzji ad. swojego małżeństwa, rodziny czy w ogóle ważnych decyzji.
Teraz przed Tobą najważniejsze jest zajęcie się swoim zdrowiem psychicznym. Terapia, leki...
Twój opis wskazywać może, że jesteś w tej chwili w stanie depresji. Jednak Twoje obawy o to, że mógłbyś się zakochać w kim innym, zdradzić żonę mogą łączyć się już z występowaniem także przeciwstawnego stanu.
Napisałeś, że trafiłeś do kliniki, czy to oznacza, że jesteś w tej chwili hospitalizowany?

JolantaElżbieta
Posty: 585
Rejestracja: 14 wrz 2017, 8:03
Płeć: Kobieta

Re: Przestałem kochać, czy to do uratowania?

Post autor: JolantaElżbieta » 17 lip 2020, 8:49

Każdy z nas w małżeństwie przechodzi przez etap "niekochania" tego drugiego. Ja też miałam ten etap, chciałam odejść, bo mój mąż całe lata mnie nie szanował, nie pomagał, był agresywny, nie dawał mi kompletnie nic, z tego czego się spodziewałam, myślę, że mnie po prostu nie kochał i nie ukrywał tego. Dlatego chciałam odejść i to zrobiłam - zabrałam dzieciaki i pojechałam na parę tygodni do rodziców. I wtedy zaczęłam się ogarniać i modlić do Pana Boga, żeby pomógł mi pokochać go na nowo, bo pamiętałam o tym co ślubowaliśmy sobie w kościele. Przeżyłam ciężkie chwile, ale starałam się, żeby mój mąż nie odczuł tego, że go nie kocham. I udało się, przede wszystkim zaakceptowałam go z jego trudnym charakterem, z milczeniem, z chmurnością, zamykaniem się przede mną. To były bardzo trudne lata - ale pokochałam go na nowo - i wtedy ja poczułam się szczęśliwa. Niestety mój mąż poszedł w drugą stronę i mnie opuścił. Cierpiałam podwójnie, bo wykonałam wielką pracę i na darmo. Mój mąż nie kochał mnie, przestał mnie najpierw uważać za żónę≤ potem za kobietę, a w ostatnich latach nie widział we mnie nawet człowieka. Bo wszyscy, łacznie z jego mamą mówili - rozwiedź się, koledzy poszli w nowe relacje, wokół słyszał tylko o tym, że każdy ma prawo do wolności i do szczęścia. Skorzystał z tego prawa. My byliśmy razem 36 lat - w pięknych i trudnych chwilach, ale ja stałam przy nim, pomimo wszystko. Tylko, że to nie wystarczyło - mąż powiedział, że mnie nienawidzi i wybuduje mur w przepokoju, żeby nie musiał na mnie patrzeć. I ja się wtedy poddałam - zwróciłam mu wolność - tak wtedy myślałam zgadzając się na rozwód. Potem zrozumiałam, że ja mu wolności nie zabrałam i że do rozwodu tak jak do ślubu potrzeba zgody dwojga. Zgodziłam się na rozwód nie z własnej woli - pod przymusem i kłamiąc w sądzie - bo nie mogłam znieść nienawiści z jego strony, agresji i jego nieszczęsliwych pustych oczu. Gdyby mój mąż miał wokół siebie mądrych ludzi, którzy podpowiedzieliby mu co ma robić, żeby ratować małżeństwo, razem poszlibyśmy w dalsze życie. Ale oni mu mówili co ma robić, żeby ratować siebie. I uratował - nieważne, że ja umarłam, że nie ma kontaktu z synem od 15 lat, że córką ma układ a nie relację ojcowsko-córczaną - ważne, że on jest szczęsliwy (?) A wiesz o co się modlę? Żeby mój mąż pokochał siebie i sobie wybaczył, żeby Bóg go uratował :-)

Lawendowa
Posty: 3464
Rejestracja: 30 sty 2017, 17:44
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Przestałem kochać, czy to do uratowania?

Post autor: Lawendowa » 17 lip 2020, 9:54

Drodzy użytkownicy, szczególnie Ci niecierpliwi, piszący po kilka postów, niecierpliwiący się, że jeszcze ich postów nie ma itp. a może warto przyjrzeć się swoim motywacjom? Co stoi za moim pisaniem i taka a nie inną reakcją? Autentyczna chęć pomocy innemu człowiekowi, zajmowanie się cudzymi problemami by nie zajmować się sobą, "pomagactwo", a może jeszcze coś innego?
Warto pisząc: nie diagnozować, nie podważać charyzmatu Forum, nie wchodzić w personalne dyskusję nie odnoszące się do autora wątku. To zdecydowanie przyspiesza akceptację postów.

Są wakacje, sezon urlopowy, moderatorzy też mają pracę, rodziny itd. więc i posty czasami czekają dłużej.
"Ty tylko mnie poprowadź, Tobie powierzam mą drogę..."

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 13 gości