To już koniec. Zdjęłam obrączkę z palca.

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Avys
Posty: 19
Rejestracja: 21 cze 2020, 8:31
Płeć: Kobieta

To już koniec. Zdjęłam obrączkę z palca.

Post autor: Avys » 23 cze 2020, 11:45

Koniec
Co się spotkało a potem rozeszło
co było razem by biec w różne strony
szczęście co nagle rozdarło się w środku
chociaż żegnając kocha się najdłużej
bliscy co potem wydają się obcy
i mówią sobie wszystko się skończyło
Nie martw się o nic, bo szpak zamyślony
i smutna ziemia w niewidzialnych rękach
orzeszek grabu z skrzydełkiem zielonym
żyrafa co szyją wypatrzy najdalej
wiedzą jak serce nie zabite sercem
koniec - to kłamczuch w świecie nieskończonym

Zaczęłam od tego wiersza bo on pokazuje to co we mnie teraz jest. I mam nadzieję, że wielu osobom da nadzieję tak jak mnie - choć zapewne w zupełnie w inny sposób.
Poznałam to forum w 2016 roku i zaglądałam tu co jakiś czas - szukając nadziei w Waszych historiach. Bardzo dużo mi to pomogło. Kilka razy chciałam też napisać swoją historię, ale dużo się zmieniało, przechodziłam różne okresy i nie odważyłam się. Teraz pewnie byłoby zupełnie inaczej gdybyście znali (oczywiście wiem, że bez szczegółów identyfikacyjnych :) historię mojego małżeństwa. Jeśli tutaj nie pasuję teraz to po prostu napiszcie bo ja sama nie wiem. W skrócie: Mężczyzna mojego życia, mój Mąż po 13 latach małżeństwa wyprowadził się nagle w 2016 roku i zamieszkał z kowalską. Zostałam sama z kilkorgiem dzieci, najmłodsze miało wtedy 2 lata. Mój świat szczęśliwego małżeństwa zawalił się z dnia na dzień. Mój Mąż który zajmował niestety:( miejsce Boga, mój ideał uczciwości, sprawiedliwości, prawdomówności okazał się człowiekiem który potrafił mnie okłamywać. Zakładam, że od kilku miesięcy wstecz. Co jest istotne mój Mąż był ateistą, ślub braliśmy w kościele - On uczciwie jako ateista. Oczywiście było mi smutno, że On jest ateistą, ale było we mnie dużo nadziei, że Bóg sobie poradzi i przyciągnie Go do siebie jak tylko On wyrazi zgodę na to. Imponowała mi Jego odwaga i uczciwość w postawie. Nie ugiął się przed rodziną która chciałby żeby brał ślub jako wierzący. Nie był letni. Widziałam w tym ogromny potencjał - myślałam sobie, że tak jak był zatwardziałym ateistą tak potem może być gorliwym chrześcijaninem. Po 13 latach usłyszałam, że przysięga małżeńska jest już nieaktualna. Bez prób ratowania, bez terapii- okres w którym się pogorszyło przed jego odejściem trwał 3 miesiące. Byłam od Niego uzależniona, uwieszona na Nim wręcz chyba patologicznie. Był narcyzem a ja non- stop zajmowałam się Jego podziwianiem i żywiłam ten Jego narcyzm. Miał też w sobie chyba rys psychopatyczny ale o tym później jeśli w ogóle będziecie mnie tu chcieli. Czytałam wielokrotnie listę Zerty ale przez pierwsze 2 lata czekania na Jego powrót robiłam wiele rzeczy odwrotnie. Potem przez terapię (w międzyczasie przeszłam myśli samobójcze i nawet planowanie), pomoc znalezionego przez znajomych mądrego Ojca duchownego, ogromną pomoc rodziny i przyjaciół udało mi się bardzo dużo odwiesić od Niego ale zapewne nie całkowicie. Zaczęłam powoli stawać na własne nogi, zdjęłam różowe okulary, zaczęłam widzieć wiele swoich ograniczeń i wad których wcześniej nie widziałam. W 3 i 4 roku czekania na powrót Męża dawałam Mu już prawo do nie powrotu, brałam pod uwagę, że może nigdy nie wrócić. Stawałam się coraz bardziej szczęśliwa, zobaczyłam, że jedyna droga do szczęścia to taka jak Bóg zajmuje pierwsze miejsce - zaczęłam bardzo powoli układać sobie swoje życie. Przestałam czekać na Niego w otwartych drzwiach w przeciągu. Drzwi zamknęłam, ale przecież On miał klucz do domu. I w ostatnim roku zaczęła się niestety z Jego strony przemoc psychiczna. Nie chciałam zgodzić się na rozwód. Przemoc z Jego strony doprowadziła do tego, że zarówno ja jak i dzieci zaczęliśmy się bać. Ja sięgnęłam po pomoc psychiatry, leki przeciwlękowe. Po kilku akcjach z Jego strony (było to nękanie przede wszystkim emocjonalne i finansowe) i naradzie z przewodnikiem duchowym, rodziną i psychologiem zdecydowałam że w obronie własnej i dzieci zgodzę się na rozwód- On żądał abym ja złożyła pozew, bo On nie może złożyć ze swojej winy a to On odszedł i rozbił rodzinę. Wynajęłam prawnika, przygotowałam pozew. Miała ustalony przez Niego termin do którego miałam go złożyć. Na dzień przed jak wszystko było gotowe, złożenie opłacone etc. Mąż zadzwonił abym Mu to przesłała bo On chce to sprawdzić i nanieść swoje poprawki. We mnie wtedy dojrzała decyzja sprzeciwu - powiedziałam Mu że Mu nie wyślę i nie złożę tego w sądzie. Ważne w tym wszystkim jest to, że On przebywał wtedy w szpitalu od dłuższego czasu- chorował przewlekle od samych początków naszego małżeństwa. Wściekł się bardzo. Furia to mało powiedziane- gdyby nie był w szpitalu to bałabym się jeszcze bardziej. W ciągu kilku dni On poradził sobie i złożył swój pozew a nade mną i też niestety częściowo dziećmi zaczął się znęcać tak bardzo, że baliśmy się już chodzić do Niego do szpitala. Ja funkcjonowałam normalnie tylko dzięki lekom przeciwlękowym. Czekałam na wezwanie do sądu i bałam się Go przeogromnie. Telefon. Pani Mąż umarł nagle. Nie wiadomo dlaczego. Będzie sekcja. Sekcja nie wykazała przyczyny zgonu. Po tym telefonie przestałam brać leki przeciwlękowe i do dzisiaj nie biorę. Listonosz przyniósł pozew odrzucony z powodu śmierci powoda. To było zaraz przed wybuchem pandemii. Już nie boję się odbierać telefonów. Radzimy sobie z dziećmi całkiem chyba dobrze. Żałobę po Mężu chyba przeżyłam 2 lata temu, bo nie brakuje Go w domu. Natomiast im mniej strachu we mnie tym więcej takiej tęsknoty za Nim jako bliźnim. Mam wrażenie, że w mojej przysiędze małżeńskiej skończyło się wszystko oprócz miłości. Gdyby ta się skończyła to chyba nigdy by jej nie było. Jeśli mogę w życiu zrobić coś co pomoże w Jego zbawieniu to pragnę tego z całego serca. Na 10 minut przed śmiercią nie miał pojęcia że umrze i smsował z dwoma kowalskimi jednocześnie okłamując je, dwa dni wcześniej na tinderze szukał 3 kowalskiej. Bardzo się zagubił w życiu i chyba do spotkania z Bogiem pozostał ateistą. Nie miał jeszcze 40-u lat.
Nie chcę przedłużać. Czy ktoś ma podobne doświadczenie? Chyba mogę napisać, że myślę że jestem odwieszona od Niego. Jakby umarł 4 lata temu to nie zdjęłabym obrączki z palca i pozostała uwieszona żyjąc wspomnieniami, nierealnie, w różowych okularach.

Al la
Posty: 2073
Rejestracja: 07 lut 2017, 23:36
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: To już koniec. Zdjęłam obrączkę z palca.

Post autor: Al la » 23 cze 2020, 15:47

Witaj, Avys, na naszym forum.
Gdy przeczytałam Twój post pierwszy raz, rzeczywiście pomyślałam, że tutaj nie pasujesz.
Jednak, kiedy pochodziłam chwilę z Twoją historią, stwierdziłam, że jak najbardziej, pasujesz.
Przecież dla wielu osób w Sycharze, mąż czy żona są jak "martwi".
Nie ma ich fizycznie, ale są, istnieją, zapisani na zawsze w historii małżeńskiej, w dzieciach, we wspomnieniach przyjemnych i trudnych, nie da się ich istnienia wymazać.
Pewnie też Twoje cierpienie nie jest mniejsze czy większe, jest tylko Twoje.
Jedno pozostaje na zawsze, mimo trudnych przeżyć: prawda Twojego serca, najlepiej wiesz, jaka ona jest.
To wszystko, co możesz przekazać twoim dzieciom nt ojca, jest tam zawarte.
Szacunek, miłość, dobre wspomnienia, prawdziwy obraz męża i ojca w oczach dzieci.
Żeby one miały szansę być kiedyś dobrymi, kochającymi rodzicami.
Mam wrażenie, że w mojej przysiędze małżeńskiej skończyło się wszystko oprócz miłości.
1 Kor 13, 13 - Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: z nich zaś największa jest miłość.
Mój Mąż który zajmował niestety:( miejsce Boga, mój ideał uczciwości, sprawiedliwości, prawdomówności okazał się człowiekiem który potrafił mnie okłamywać.
Jakby umarł 4 lata temu to nie zdjęłabym obrączki z palca i pozostała uwieszona żyjąc wspomnieniami, nierealnie, w różowych okularach.
Prawda odkryta o Twoim małżeństwie była zapewne dla Ciebie, aby wszystko umieścić na właściwym miejscu.
Pana Boga, siebie, męża.

I na koniec, przyjmij najszczersze kondolencje z powodu odejścia męża, Pan Bóg ma dla niego też swój najlepszy plan.
Pozdrawiam Cię i zapewniam o modlitwie.
Ty umiesz to, czego ja nie umiem. Ja mogę zrobić to, czego ty nie potrafisz - Razem możemy uczynić coś pięknego dla Boga.
Matka Teresa

Avys
Posty: 19
Rejestracja: 21 cze 2020, 8:31
Płeć: Kobieta

Re: To już koniec. Zdjęłam obrączkę z palca.

Post autor: Avys » 23 cze 2020, 17:47

Dziękuję bardzo Al la. Co do przekazywania Jego prawdziwego obrazu dzieciom. To jest trudne. Do września zanim zaczął stosować przemoc nie mówiłam dzieciom na Jego temat żadnego złego słowa- byłam przyzwyczajona, że przed dziećmi zawsze Go chwaliłam. Jak nie potrafiłam mówić o Nim dobrze to wolałam nic nie mówić. Teraz wiem, że takie chowanie dzieci pod kloszem to nie jest dobre- należy im się prawda dostosowana do ich wieku. Pękłam dopiero wtedy jak syn zobaczył mój atak paniki a nie wyszedł jeszcze do szkoły. Powiedziałam wtedy, że to przez Tatę. I od tego czasu zaczęłam jak działo się coś strasznego też im mówić, tym bardziej, że On ścigając mnie potrafił dzwonić na ich telefony po kilkanaście razy a oni bali się odebrać. Dzisiaj jest Dzień Ojca. Zaproponowałam żebyśmy poszli na cmentarz bo oni od pogrzebu nie byli ani razu. Te najmniejsze nie mają nic przeciwko ale córka można powiedzieć nastolatka już nie chce iść. Najwyżej zostanie w samochodzie i poczeka bo potem jedziemy jeszcze coś załatwić. Chyba nie ma sensu zmuszanie Jej.
Ponieważ od 4 lat Mąż miał b. rzadki kontakt z dziećmi to jest trudna sprawa bo z jednej strony nie ma takiej zwykłej codziennej tęsknoty za Nim a z drugiej stracili Tatę którego kochali i On myślę, że tak jak umiał najbardziej też ich kochał.

Co do odkrywania prawdy o moim małżeństwie. Myślę, że jeszcze dużo przede mną. Chyba to ma sens, bo to też odkrywanie prawdy o samej sobie. To proces który chyba zajmie jeszcze sporo czasu.
Na razie nie czuję się gotowa na inny związek ale gdybym kiedykolwiek miała wyjśĆ za mąż to dziwne, że to napiszę to tylko za człowieka kochającego Boga i wierzącego Bogu. Moim marzeniem jest aby moje dzieci też wybrały sobie kiedyś takie osoby ale na to już nie będę miała wpływu. Teraz jest czas aby im o tym opowiadać. Dla mnie to nigdy nie było aż takie istotne bo byłam pewna, że Mąż z czasem się nawróci i że kiedyś zmówimy razem pacierz a nigdy tego nie doświadczyłam. Wkurzałam się na przepisy kościelne, że mają takie durne zapisy i że trzeba zgody biskupa na taki ślub i w ogóle co za problem. Teraz wiem, że to jest problem, bo w kryzysie nie ma zupełnie za co chwycić tematu jeśli chodzi o wybór kochania i wierności. W świecie te wartości to nie wybór tylko uczucie które jak minie to go nie ma. Nie ma problemu.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 14 gości