Sytuacja jak z hororu, pomóżcie mi proszę

Powrót to dopiero początek trudnej drogi...

Moderator: Moderatorzy

Manial
Posty: 7
Rejestracja: 16 kwie 2019, 12:11
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Sytuacja jak z hororu, pomóżcie mi proszę

Post autor: Manial » 16 kwie 2019, 23:39

Szczęść Boże wszystkim forumowiczom!Jestem tutaj nowa - szukając słowa pokrzepienia natrafiłam na to forum. Nie radzę sobie zupełnie w swojej sytuacji, dlatego chciałabym podzielić się z Wami moją historią i poprosić ludzi dobrego serca o modlitwę i słowo.
Mam 38 lat i wspaniałą 9 letnią córkę. Za mąż wyszłam w wieku 26lat - z miłości. Wiele różnic dzieliło mnie i męża - zwłaszcza te w charakterze, ale ponieważ obydwoje byliśmy zakochani, katolicy - uwierzyłam, że miłość może wszystko. Przed ślubem miałam poważne wahanie co do tego czy powinnam zostać żoną - nie wiem dlaczego, ale miałam ciągły niedosyt poczucia miłości z jego strony. Jego mama tłumaczyła to tym, że syn nie potrafi może okazywać uczuć, że skrzywdziła go poprzednia partnerka, powiedziała że jeśli kocham to powinnam walczyć o miłość. Mąż klęczał przede mną i prosił,żebym została jego żoną, że on to zmieni w sobie. Moja rodzina stanowczo odradzała mi wyjście za mąż (mąż zrobił przed ślubem kłótnię mojej mamie co do obowiązków panny młodej, co ja do ślubu przygotowałam?).W naszym narzeczeństwie nagle pojawilo się hobby męża - wędkarstwo - przez pierwszy rok nawet nie wiedziałam, że łowi. Opowiadał za to o rodzicach, którzy nie dawno do siebie wrócili (choć w badaniach psychologicznych, które miały miejsce na naszej rozprawie rozowdowej mówił, że miał wtedy 10 lat).Jego mama była ciągle sama, zapracowana - ojciec najpierw wyrzucony z domu (konflikt między matką męża a teściami, ojciec męża nie umiał się określić z kim chce żyć czy z rodzicami i dla rodziców czy dla żony i syna). Dodam, że dziadkowie męża, a teściowie jego matki nigdy jej nie akceptowali jako synowej - zaś sama matka męża opowiadała, że jej mąż (znim nim został) zostawiał ją wielokrotnie, aż zrobiła sobie z nim syna i wyszła za niego za mąż. Początkowo nie czuła instynktu - oddała syna pod wychowanie swoich rodziców i babci, a sama w tym czasie kończyła studia, do domu wracała na weekendy. Doszło do sytuacji, gdzie jej matka chciała mojego męża adoptować. Sam mąż zawsze mówił, że miał wspaniałe dzieciństwo. W chwili naszego narzeczeństwa rodzice pojawili się jak spod ziemi. Ojciec jego początkowo był nastawiony do męża w szyderczy sposób, często się z niego naśmiewał - zupełnie tego nie rozumiałam. Ciągle miał jakies wymagania co do syna. Mówił mi, że to przez to że mąż mnie poznał nie wyjechał na drugie studia do Niemiec (co było nieprawdą). Do ślubu doszło , mimo naszych konfliktów. W tym dniu miałam potworny ból głowy, mało co do mnie docierało - katedra, weloni migawki. Ślubu udzielał ksiądz, który jest zaprzyjaźniony z teściami. Krótko po ślubie, kiedy chciałam oddać do prania nasze ciuchy znalazłam w kieszeni marynarki męża zasuszoną pępowinę (jego pępowinę) - włożyła ją ukradkiem teściowa - niby na szczęście. Moja obrączka nie wiedzieć czemu pękła - może to zbiegi okoliczności, ale to co póżniej się działo zbiegiem okolicnzości już nie było. Częste telefony od mamy i taty - ciągłe rozmowy. Nie mieliśmy chwili prywatności - mąż co raz częściej jeździł na ryby, mama szykowała jemu kanapki. A ja czułam się odepchnięta. Kiedy zwróciłam uwagę, że te telefony od jego rodziców są chyba zbyt częste (mieszkają 100 km od nas, mąż jest jedynakiem, dzwonili po kilka razy dziennie)matka zaczeła potajemnie wysyłac sms zeby zadzwonił jak bedzie miał przerwę (mąż jest nauczycielem).Doszło do tego, że pod pretekstem wyjścia do śmietnika albo piwnicy, szedł rozmawiać z nimi. Może to z poczucia strachu o matkę (usunięta część jelit, zrosty, cukrzyca typ 1 i 2 razy namaszczana, cudem przeżyła) - byłam świadkiem jak matka dzwoni do męża i mówi, że ten antybiotyk na nią nie działa (ma astmę i dużo pali, antybiotyk był na zapalenie płuc), jego wyraz twarzy strasznie się zmienił. Ja nie mogłam tego wytrzymać.W tazk zwanym międzyczasie teściowa opowiedziała mi , że mąż był tak wrażliwy, że jak miał sprawdzian w 4 klasie LO , o jak się denerwowal i nie mógł zasnąc, to ona musiała się obok niego położyć (on miał wtedy 18 lat!Dla mnie bylo w tym coś chorego!).W 2009 roku po urlopie okazało się, że jestem w ciąży - radość i pierwszy cudowny rok naszego życia - mąż był przy porodzie i pomagał mi we wszystkim. Pózniej on miał operację (podejrzenie raka tarczycy), byłam przy nim a nasza córka z moimi rodzicami. Wszystko zaczęło się pogarszać, kiedy córka podrosła - rodzice męża znowu oczekiwali jego telefonów i skupili uwagę na córce. Córka musiała do nich jeździć jako pierwszych, my mieliśmy jeździć z mężem w tym czasie na grzyby, a oni zajmowali się małą. Cieszyłam się, że chcoć chwilę mąż mi poświęcał - bo wrócił do swojej pasji (jak mawia mój teśc bez pasji człowiek jest nikim)wędkował, nie miał dla mnie czasu. Pierwszy raz coś strasznego kiedy wróciliśmy z 2 dniowego wyjazdu - pierwszy wyjazd bez córki z jej chrzestnym nad jezioro. Czułam w czasie tego wyjazdu, że coś złego się dzieje - córka (4latka) nie chciała ze mną rozmawiać - dzwonili do męża, porozmaiwała z nim do mnie już nic nie powiedziała. Kiedy wiedziona intuicją poprosiłam o szybki powrót usłyszałam od córki na dzień dobry: nie chcę Was wynocha. Byłam w szoku. Spędziłam z córką urlop macierzyński iw ychowawczy i nigdy czegoś takiego w najgorszym koszmarze nie przewidziałam. Mało tego, córka zaczęła mówić do mojej teściowej mamo - co sprawiało jej przyjemność i nikt nie poprawiał dziecka. Jak w pośpiechu wyszlismy z domu, dziecko wiło się i krzyczało: chcę do mojej mamusi (tutaj imię teściowej). To było straszne. Teściowie obrażeni moim wyjazdem nie odzywali się, córka chodziła ze mną po psychologach - dziecko było nagle nastawione negatywnie do mnie i mojej rodziny - niestety, żaden z tych psychologów nie podał przyczyny takiego zachowania. Wszystko ucichło do ferii - córka była kilka dni u teściów (bałam się tych wyjazdów i tego czy sytuacja się nie powtórzy).Nie pomyliłam się wiele w przeczuciach:teściowa kupowała córce po 3 jaja niespodzianki każdego dnia. Po moim powrocie z pracy córka zarządała ode mnie jajek -kiedy powiedziałam, że nie mam wpadła w gniew. Zdenerwowałam się i skwitowałam do męża, że jego matka taka “dorosła kobyła” a nie wie, że w ten sposób nei powinno się postępować wobec dzieci - wtedy pierwszy raz widziałam w męzu wściekłość:rzucił się na mnie i cisnął mną o meble w pokoju córki. Nigdy wcześniej nie był agresywny - to mnie w przypływie gniewu i braku argumentów zdarzyło się spoliczkować go dwukrotnie. Wtedy pierwszy raz pomyślałam o rozwodzie. Moja rodzina widziała, że dzieje się coś złego bo byłam stale nerwowa i smutna. Nic jednak nie mówiłam do momentu ataku męża na mnie. Wtedy spotkali się nasi rodzice, moja siostra, która dowiedziała się o wszystkim jako pierwsza spisała to na kartce i opowiedziała mamie. Nie było tam nic przesadzonego - suche fakty o życiu. Mąż od dawna wtajemniczał swoją rodzinę w nasze problemy - teść wygadał się, że uważa mnie za furiatkę i chodził w tej sprawie regularnie do księdza. Rozmowy z rodzicami nic nie wniosły - był spokój do lata 2015. W lipcu pojechaliśmy odwiedzić rodziców męża. Teść zakomunikował, że córka musi najpierw przyjechać do niego na wakacje. Wtedy pierwszy raz zaprotestowałam: powiedziałam, że córka po raz pierwszy wyjedzie ze mną i mężem na wakacje, tylko nie mamay ostatecznej daty, ponieważ czekam na potwierdzenie urlopu z pracy. Bardzo go to oburzyło. Ja z teściową pojechałyśmy pakować rzeczy do domu, a córka, teśc i mąż zostali na działce. Za 40 minut byli w domu i zdarzyło się coś co przypieczętowało wszystko: córka z płaczem weszła do domu, że ona nie wraca do naszego miasta, że zostaje. Teść nakazał, żeby ją zostawić a po weekendzie mąż dowiezie im rzeczy. Zaprotestowałam-córka miała alergię, byłą bez leków i mieliśmy swoje plany. Zebrała się we mnei złość i powiedziałam, że teść nie może się tak egoistycznie zachowywać i nami rządzić, on coś odburknął i od słowa do słowa poleciało.Prawie siłą wyrzucał mnie z domu - krzycząc, że wezwie policję - córka płakała - wybiegłam z nią boso na klatę - teść za mną - wyrwał mi dziecko z rąk i wrócił do mieszkania. mąż nic nie robił, miotał się między mną a nimi. W końcu zadzwonił mój tata, z pytaniem co tam się dzieje - powiedział, żeby mąż nas zabrał do domu. Wróciliśmy do naszego miasta ale nic już nie było takie same. Mąż pierwsze co zadzwonił do rodziców czy dobrze się czują, mnie odsunął na bok. O nic nie pytał, był wściekły. Do tego doszły słowa mojej mamy, że to nienormalne że dziecko tak się zachowuje po pobycie u dziadków, żebym tam z córką nie jeździła bo ją stracę - do dziś te słowa tkwią w mojej głowie. Jeździłam na 7 rowerem do pracy, mąż zaczął palić i pić i wracać po 23 do domu. Spałam u córki. Nic nie pomagało. W sierpniu poprosiłam żeby pojechał ze mną i córką na kilka dni do mojej mamy - nie mieliśmy już pieniędzy na urlop, bo remontowaliśmy mieszkanie. Mieszkanie, które było prezentem dla męża od jego rodziców - przepisali je na niego tuż przed narodzinami córki. Teściowie nawet w sprawie mieszkania decydowali kiedy ma być remont, co mamy wymienić itd.Czułam się jak obca. Mąż nie wyjechał z nami - przyjechał i oznajmił, że sama miłość nie wystarczy i że nie pojdzie na terapię - albo ja wnosze sprawę o rozwód albo on to zrobi. Byłam zrozpaczona. 1 września wróciłam z córką do domu-odwiózł nas mój tato i siostra. Prosiłam jego żeby mąż kupił ze mną mieszkanie na kredyt - żebyśmy odcieli się od jego rodziców i mieli coś swojego, gdzi ebędę się czuła jak u siebie-zagroziłam rozwodem- odmówił. Zabrał tego dnia córkę z rozpoczęcia roku szkolnego, nie uprzedzając mnie. W domu czekała mnei awantura - zadzwoniłam po rodzinę - okazało się, że byli jeszcze w naszym mieście - poprosiam, żeby nas zabrali bo córka nie może słuchać takich awantur. Mąż kłócił się z moją sisotrą i ojcem. Nie patrzył, że jest dziecko. Powiedziałam wtedy słowa, których nie wybaczył mi do dziś”choć córcia to nie jest nasz dom” - córka płakała i nie wiedziała dlaczego te nerwy. Wtedy postanowiłam, że córka ostatni raz była świadkiem tych wydarzeń (wcześniej mąż chował na osiedlu nasze wspólne auto, żebyśmy się nie wyprowadziły). Mąż w furi odgrażał się, że poniszczy wszystkie rzeczy, które moja rodzina dała - meble sprzety i odda mojej mamie do pracy dla podopiecznych. Nie wiedziałam czy to zrobi - a meble z pokoju córki były prezentem od jej pradziadka - jeszcze tego samego dnia przy nawmowie szwagra przyjechałam zabrać meble i ciuchy - czekałam do 21 na męża i dzwoniłam , nie odebrał i nie oddzwonił. Odjechałam z rzeczami.Trafiłam na dwa dni do moich rodziców, myślałam aby tam zostać ale bałam się, że dla córki to zbyt wiele zmian. Pojechałam więc do naszego miasta, do naszego mieszkania i zastałam..wymienione zamki. Wiedziałam, że to już koniec. Wynajęłam 19m2 kawalerkę, urządziłam z pomocą rodziny od podstaw i tam zamieszkałam z córką. Córka byłą agresywna do ojca - pluła i uciekała , nie chciała z nim być. On i jego rodzina oskarżali mnie, że to moja wina. Nikt nie pomysłał, że dziecko ma w sobie agresję, bo samo było świadkiem tego jak ojciec wyzywa i atakuje matkę. Mąż atakował mnie wykorzystując sytuację - jednego razu chwysił mnie za rękę i kiedy się wyrywałam zadrapałam jego twarz - on wszytsko nagrywał - na to weszła córka i powiedziała, nie rozumiejąc co się stało, aby nie krzywdzić tatusia - to ja miałam być oprawcą. Mąż robił wszystko by tak to wyglądało. Były rozprawy w sądzie, okropne poniżanie mojej osoby i agresja werbalna męża. Wpuściłam jego do wynajmowanej kawalerki a on wyśmiewał nasze warunki mieszkalne - że córka nie ma swojego pokoju, że nie umiem jej nic zapewnić. W tym czasie straciłam prace, a córka zachorowała na monoonukleozę. W szpitalu był może 2 razy - wyjadł córce kolację i poszedł. Po szpitalu, pojechałam do rodziny - moja mama nie chciała wpuścić męża i córka nie chciała spotkania z nim - wezwał w zemście policję, córka przypłaciła to nerwmi i silnym stresem. Wtedy zupełnie to go nie obchodziło. BYły badania sądowne RODEK - wykazały, że córka może przejmować moje emocje - zgodziłam się z tym, bo choć starałam się je ukrywać dziecko zawsze czuło co się dzieje. Mąż dostał opinię kogoś z tendencją do lęków, chęcią kontroli nad córką.Na ostatniej rozprawie chciał odebrać mi córkę i wezwał na świadków rodziców - jednak nie mogli kłamać i nic złego na mój temat nie zeznali. Teść przyznał przed sądem, że wtedy w tej lipcowej awanturze powiedział przy dziecku do mnie wulgarne słowa. Córka od czasu tamtej awantury nie chciała widzieć dziadków i się z nimi spotykać - oczywiście winna byłam ja. Sąd orzekł rozwód i za mniejsze alimenty mąż zrezygnował z innych roszczeń. Córka przez te lata unikała dziadków, o co stale były pretensje do mnie - dziadkowie nigdy nie przyjechali pod nasz dom czy wynajmowaną kawalerkę iniegdy nie sprawdzili jak żyje ich wnuczka,zarzuty jednak rosły. Córka nie chciała nocować u taty - żaliła się, że ojciec zajmuje się rybami (które odlewał z plastiku), kolegami albo do kogoś dzwoni, a z nią się nie bawi. W roku 2017 mąż oparzył sobie tymi odlewanymi rybami czoło - powiedział, że będzie miał przeszczep. Pobiegłam więc do apteki i wróciłam z dobrymi środkami na oparzenia, opatrywałam jego rany - nie zostało śladu. Rok 2018, mąż pokazuje mi wyniki badań -podwyższone markery nowotworowe, płacze, że umiera. Ja płaczę z nim i obiecuję, że będę przy nim - znowu się do siebie zbliżamy - nocuje na naszych wynajętych 19m2. Robię jemu kanapki, jest jak dawniej ale czuję w środku, że coś jest nie tak. Dowiaduje się o wyniki badań TK - przychodzą - mąż jest zdrowy. Zmiana zachowania o 180 stopni. Moje uczucie kwituje słowami:chyba sobie zbyt wiele wyobrażałaś, przecież ja od Ciebie nic nie chcę. Odsunęłam się poraniona. Unikałam jego osoby.Udało mi się znaleźć pracę, kupić na kredyt mieszkanie dla mnie i córki. Coś zmieniło się na przełomie 2018/2019 roku. Zaczął spędzac z córką jeszcze mniej czasu niż zwykle. Przez te wszystkie lata powtarzał mi jako mąż: sakrament jest najwazniejszy, rozwód cywilny nic nie znaczy, z nikim nie będę. Córka zaczyna u niego nocować, odnawia powoli kontakt z dziadkami i...odnajduje u taty prezerwatywy zostawione na pralce. Dla mnie to szok. Przez te wsuzystkie lata , mimo wszystko kocham męża, on odtrąca mnie i wykorzystuje tyle razy. A teraz zdrada i kłamstwo. To on był zawsze bardziej religijny i ciągnł mnie do kościoła, był człowiekiem, którego nigdy bym nie podejrzewała o zdradę. Teraz w przypływie szczerości mói, że nie wie czy nie będzie znowu ojcem. SPada to na mnie jak grom z nieba. W gniewie wyzwałam tą kobietę od najgorszych, jak może robić to komuś kto ma sakrament i dziecko, rozbiłam stroik który od niej dostał. Nie wiedziałam co myśleć, robić. Nadal bardzo go kocham. On widząc moje osłupienie i gniew wycofuje się - zaczyna kłamać , że nikogo nie ma. Córka zaczyna opowiadać o jakiejś Pani, że była u taty, że nie przedstawiła jej się, że tata dostał od niej prezent i ciągle o nej coś opowiada.Poniżam się do śledzenia jego -okazuje się, że jest jakaś kobieta - prawdopodobnie z obrączką na palcu. Po tych wydarzeniach, mąż raz jest miły i stara się normalnie rozmawiać innym razem wpada w gniew. Nigdy, od czasu małżeństwa nie mieliśmy z sobą ani jednej spokojnej i szczerej rozmowy.Po prawie 4 latach od rozwodu, po tym jak opadły we mnei uczucia strachu, gniewu, bezradności, poczucia osamotnienia i zazdrość okazało się, że jest we mnie miłość. Miłość była zawsze, przykryta innymi emocjami. Próbowałam powiedzieć mężowi co jest we mnie - spotkałam się z krytyką i kolejnym odrzuceniem. Obarczył mnie całą winą o rozpad naszego małżeństwa, stwierdził że mnie nie kochał, że byłam fascynacją. Powiedział, żebym poszła do kurii bo trzeba unieważnić ten sakrament - nie był zgodny z prawdą. Wylałam morze łez. Te rozmowy powtarzały się. Usłyszałam w końcu, że mimo mojej miłości on mnie nie chce, że to moje emocje pozbawiły jego uczuć, pozbawiły chęci do mnie i wszytskiego, że to moja wina. Nie chce mnie, nic do mnie nie czuje i za chwilę straci do mnie szacunek. Nie wspominałam jeszcze o tym, że przez te 4 lata mąż ciągle mi ubliżał wsms i przy spotkaniach, że źle zajmuje się córką, że córka ma zbyt kolorowe ciuchy, że ma staroświeckie fryzury, że za mało się rusza i będzie grubym klopsem jak ja, że mam wybczacie za wyrażenie “leniwą [... - moderacja]”. Tego było tak dużo, że nie sposób wszystko wymienić. Byłam tak zrozpaczona nową sytuacją, tym że tracę kogoś z kim miałam nadzieję być, postanowiłam przyjąć zaproszenie od byłej teściowej i porozmawiać z nią pierwszy od 4 lat raz. Oczywiście pożałowałam tej wizyty - teściowa mówiła to co chciałam usłyszeć: że skoro tyle lat się szarpiemy to musi być jakieś uczucie, że syn nie ma kobiety, że jego adwokat sama sobie wymyśliła odebranie mi Mai. Chciałam jej wierzyć - sama opowiadała mi jak to jej mąż wrócił do niej (przyłapała go na zdradzie z koleżanką) i po jej uratowaniu od śmierci jest już przy niej i są szczęśliwi, cieszy się że walczyła o niego. Wróciłam do naszego miasta. Widziałam się z mężem jeszcze kilka razy - proponował aby od czasu do czasu spędzać razem z dzieckiem chwile. Raz gotowalismy razem obiad u niego, a córka bawiła się w pokoju obok. Zauważyłam po tym, że córka ma nadzieję, że się zejdziemy, zaczęła pytać dlaczego inne dzieci mają rodzinę razem a my nie.Serce mi się ściskało. Mąż wziął córkę na swój kolejny weekend i zadzwonil zeby poprosic mnie o kupno buraczkow - odmowilam. Powiedzialam, ze to miesza córce w glowie, ze nie mozna tak grac uczuciami dziecka. Stiwerdzil, ze to normalne ze rozwiedzeni gotuja z soba obiady i pija kawy. Moze dla niego tak, ale dla córki oznaczało to cos innego, dla mnie rownież. Wczoraj wracając do domu zadzwonilam do tesciowej - zapytac co u niej. Córka ma za rok Pierwsza Komunię i chociaż nie będzie przyjęcia rodzinnego, chciałam bardzo aby te relacje były poprawne. Teściowa powiedziała, że mąż jest w strasznym stanie - cierpi bo ma nawrót skrętu jąder (miał problemy przez żylaka). Ma miec natychmiast operacje i boja sie sepsy. Jak to usłuszałam, jeszcze tego samego dnia przyjechałam pod jego drzwi. Przywiozłam książkę 5 języków miłości, czekoladę i ozdobę świąteczną na czas kiedy będzie u niego córka. Nie chciał mnie wpuścić. Kiedy go uprosiłam, usłyszałam tylko wyzwiska: mam [... - moderacja], a kiedy się uspokoił i powiedział abym wymieniła jemu co było złego w naszym małżeństwie. Kiedy zaczęłam mówić wpadł w szał i nazwał mnie [... - moderacja]. Nigdy nie słyszałam takich słów. Byłam w szoku.Powiedział, że nie powinien tak mówić, poszedł się myć na wizytę u lekarza, przyznał że go boli i niedługo operacja, powiedział jeszcze że ma problemy z erekcją - nie mogłam tego słuchać. Na przemian płakałam i mówiłam, a on to raz mówił, że to nie moja wina bo on tak ma i nie wie czy córkę będzie umiał kochać, że nikogo nei pokocha. To znowu, że córka jeśli bedzie się przeze mnie dopytywac o rodzine i powrót to on od niej się odsunie.Za chwilę znowu atakował słowami, że on mnie nie zna, ze nie wie kim ja jestem i nie chce tych emocji bo on potrzebuje spokoju i ma prawo być z kimś, że czasami próba kochania nowej osoby jest trudnejsza niż kochanie tej “starej”. Wyszłam od niego w jeszcze gorszym stanie niż przyszłam, na odchodne rzuciłam tylko, że mimo tego że on mnie nie kocha i nie chce, to gdyby działo się coś złego, ja zawsze będę. Po czym zadzwonił z pretensjami, że ukradłam jego dokumenty od auta (oczywiście dokumenty po chwili się odnalzały). Nie chciałam z nim rozmawiać. Dziś zadzwonił pożnym wieczorem. Spytał o córkę, a później powiedział, że chciał przeprosić bo do nikogo nie powinien tak powiedzieć jak do mnie. Wszystko bylo sztuczne. Kiedy powiedziałam, że wiem po co to robi, ze dla spokoju swojego i pratnerki to rozlaczył się. Rozmawialismy razjeszcze -nie mogłam się powstrzymać aby na koniec, nie powiedziec, ze mimo wszystko go kocham. Nie chciał dalej rozmawiac. Te wyzwiska i jego nieszczere przeprosiny tak mi utkwiły w pamieci, że napisalam do niego smsy - że to , że zadzwonil i to powiedział jeszcze pogorszylo moj stan i uczucia- mógł tego w ogóle nie robić, teraz pamietam kazde jego słowo. Jestem w rosypce. Człowiek, za którego wyszłam z miłości, który wmawiał mi, że sakrament jest na zawsze, że z nikim nie będzie, nagle oznajmia mi , że nie byłam warta by walczyć o mnie o rodzinę, o uczucia, że ma inną kobietę, że przecież nie będzie wiecznie sam a ze mną sobie nie wyobraża starości, że chce mieć dziecko, ale nie ze mną, że chce mieć rodzinę. Ja i córka idziemy na bok. Nie chce słyszeć o terapiach, uzdrowieniu przez miłość i Boga - karze mi się trzymać z daleka, bo sądownie mi tego zabroni, mam się normalnie zachowywać, jeśli spotkam jego i jego nową rodzinę.Najlepiej żebym już założyła sprawe i czkamy na wezwanie do kuri na proces. Nie chce mi się żyć. Mam mętlik w głowie. Czuję jakby ktoś rozerwał moją duszę i serce.Nie obchodzi go miłość, wierność i treść przysięgi. Mam się wynosić z jego życia i nie przeszkadzać.Nie wiem co robić, jak zabić w sobie miłość do niego, jak wysłumaczyć córce, że nie ma cienia szasy na to by rodzina była razem?Związąlam się z ruchem Szensztackim i staram się żyć w stanie łaski uświęcającej, ale to co się wydarzyło w ostatnim czasie odebrało mi wszselkie siły i nadzieję na jutro. Nie wiem jak funkcjonować.
Ostatnio zmieniony 17 kwie 2019, 7:52 przez jacek-sychar, łącznie zmieniany 1 raz.

jacek-sychar
Posty: 7001
Rejestracja: 04 sty 2017, 17:55
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Re: Sytuacja jak z hororu, pomóżcie mi proszę

Post autor: jacek-sychar » 17 kwie 2019, 8:19

Witaj Manial na naszym forum.

Uff, przebrnąłem, ale z trudem przez Twój post.

Usunąłem dane osobowe oraz wulgaryzmy.
Na przyszłość nie podawaj takich danych.

Awatar użytkownika
Pijawka
Posty: 216
Rejestracja: 12 wrz 2018, 15:01
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Sytuacja jak z hororu, pomóżcie mi proszę

Post autor: Pijawka » 17 kwie 2019, 9:11

Rzeczywiście sytuacja bardzo trudna i o zgrozo- w kilku punktach nieco zbliżona do mojej...
Co mi pomaga...? Terapia indywidualna w nurcie chrześcijańskim ( a konkretnie katolickim) oraz kierownictwo duchowe. To w moim przypadku było niezbędne, żeby w ogóle "ogarnąć się" w sytuacji koszmaru, jaki stał się moim udziałem.
Pomyśl, czy może Tobie nie jest konieczny stały spowiednik, który jednocześnie podjąłby się pokierowania i towarzyszenia Tobie na tej trudnej drogdze. Ja ten wielki dar dostałam od Boga mimo, że szczególnie jakoś o niego nie prosiłam...Dziś wiem, że mój spowiednik był ostatnią deską ratunku w chwili, kiedy pogrążałam się w takie zło ( wyglądające oczywiście jako dobro)- po ludzku nie było już dla mnie wyjścia...
Myślę, że mądry i pokorny spowiednik to wielki skarb i dobrze jest być posłuszną jego wskazówkom.
ps. przerażające jest to, co opisałaś o znalezieniu kawałka pępowiny w kieszeni ślubnego stroju męża. Dla mnie to śmierdzi jakimś okultyzmem ( niby miało być "na szczęście") i mimo dobrych chęci matki- ściąga przekleństwo na jej syna i założoną przez niego rodzinę.
Porozmawiałabym o tym z księdzem egzorcystą. To wydaje mi się niewielkim, ale ogromnie ważnym szczegółem w całej Twojej wypowiedzi.

Inna
Posty: 2246
Rejestracja: 23 lip 2017, 21:47
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Sytuacja jak z hororu, pomóżcie mi proszę

Post autor: Inna » 17 kwie 2019, 9:42

Witaj Manial
Rzadko się odnoszę ale dziś czytając twój wpis, widzę siebie sprzed 5 lat.
Siedzialam na podobnej emocjonalnej huśtawce
Trochę trwało, zanim zeszlam.
To właśnie forum, a dokładnie historie forumowiczów pomogły mi się odnaleźć. Pomogły mi zrozumieć moje emocjonalne uzależnienie od męża.
To forum, a właściwie ludzie go tworzacy, pomogli mi odnaleźć drogę do Boga, drogę do wolności.
Poczytaj forum.
W wielu historiach sie odnajdziesz.
Pomoże ci to zrozumiec, ze nie jestes sama.
Ze sporo osob przezywa podobne sutuacje.
Jeszcze parę lat temu motalam sie z zyciem.
Teraz jest we mnie spokój, pomimo, ze moja sytuacja życiowa nadal jest trudna.
To jest możliwe.
Nieprzypadkiem trafiłaś na forum.
Ja również.
Ja to miejsce nazywam zakątkiem dobrej nadziei.
Ja tu znalazlam pomoc i wsparcie.
Zrozumienie i współodczuwanie.
Ja tu przede wszystkim odnalazłam siebie i Boga.
A to wystarczy by pięknie żyć.
Będzie pięknie i dobrze. Uwierz.
Pan Bóg jest z nami a nie przeciwko nam. Jak więc może byc źle? Może być tylko dobrze.
On z najgorszego zła wyciąga dobro.
Ja sie juz przekonalam.
Ja uwierzylam.
Tobie tego też życzę. Bys uwierzyla.
"Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia"
(Flp 3,14)

Manial
Posty: 7
Rejestracja: 16 kwie 2019, 12:11
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Sytuacja jak z hororu, pomóżcie mi proszę

Post autor: Manial » 17 kwie 2019, 15:00

Inna, Pijawka - bardzo Wam dziękuję za dobre słowo, serce mi zabiło szybciej, że kogoś w ogóle obchodzi moja historia. Dziękuję, że nie zostałam z tym sama. Niech Pan Bóg Wam Błogosławi!

jacek-sychar
Posty: 7001
Rejestracja: 04 sty 2017, 17:55
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Re: Sytuacja jak z hororu, pomóżcie mi proszę

Post autor: jacek-sychar » 17 kwie 2019, 16:15

Manial

Żeby wątek żył, lepiej pisać mniej a częściej.
Twój długi post mógł wielu zniechęcić.
Zbliżają się święta i ludzie zajęci są przygotowaniami.

Manial
Posty: 7
Rejestracja: 16 kwie 2019, 12:11
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Sytuacja jak z hororu, pomóżcie mi proszę

Post autor: Manial » 17 kwie 2019, 16:33

jacek-sychar, dziękuję za sugestię, długo się to we mnie zbierało i to tylko w wielkim skrócie, zdaje sobie sprawę, że wielu mogło nie dobrnąć nawet do połowy tego co napisałam

JolantaElżbieta
Posty: 237
Rejestracja: 14 wrz 2017, 8:03
Płeć: Kobieta

Re: Sytuacja jak z hororu, pomóżcie mi proszę

Post autor: JolantaElżbieta » 17 kwie 2019, 16:47

Manial pisze:
17 kwie 2019, 15:00
Inna, Pijawka - bardzo Wam dziękuję za dobre słowo, serce mi zabiło szybciej, że kogoś w ogóle obchodzi moja historia. Dziękuję, że nie zostałam z tym sama. Niech Pan Bóg Wam Błogosławi!
Myślę, że już pora zająć się swoim życiem i zadbać o dziecko. Męża powinnaś zostawić w spokoju. Jak chce sprawdzenia ważności Sakramentu, to niech załatwia sam te sprawy, nie daj się w to wrobić. Moim zdaniem nie powinnaś się z nim kontaktować, dosyć tych upokorzeń. Cztery lata od rozwodu, to sporo - prawie tyle co ja. Mnie udało się przez ten czas zbudować swoje życie. I już nie czekam na powrót mojego męża - nie chce, to bez łaski. Musisz naprawdę zająć się swoim stanem emocjonalnym i poszukać po necie rozwiązań jak uniezależnić się od przemocowego męża i tylko na tym się skupić. Powierzyć swoje życie Panu Bogu - codzienna modlitwa i rozmowy z Nim pomogą. Świat i wasze życie nie kończą sie na tym człowieku. Chce nowego, nie będziesz w stanie mu w tym przeszkodzić - z tym powinnaś się pogodzić. A co będzie dalej? Pan Bóg wie i już wszystko jest zaplanowane :-) Powodzenia w walce o siebie :-)

Angela
Posty: 347
Rejestracja: 31 maja 2017, 1:34
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Sytuacja jak z hororu, pomóżcie mi proszę

Post autor: Angela » 17 kwie 2019, 21:42

Witaj Manial.
Na początek zapewniam o modlitwie. Potrzeba Ci jej dużo w Twojej bezradności.
Pijawka pisze:
17 kwie 2019, 9:11
przerażające jest to, co opisałaś o znalezieniu kawałka pępowiny w kieszeni ślubnego stroju męża. Dla mnie to śmierdzi jakimś okultyzmem
Może nie okultyzm ale głupi przesąd, jak np. noszenie rybich łusek w portfelu. Ważniejsze jaka myśl przyświecała temu gestowi:może ,,aby zawsze pamiętał o swojej rodzinie pierwotnej, zwlaszcza matce'' lub ,, aby symbolicznie odciął pępowinę, opuścił ojca i matkę i samodzielnie
troszczył się o nową rodzinę''. Działania teściów sugerują to pierwsze.
Niestety i Ty mocno zaangażowałaś swoich rodziców w konflikt małżeński.

Teraz bardzo się szarpiesz. Czy wydaje Ci się, że bez męża nie istniejesz?
Jesteś od niego uzależniona. Nie zmusisz go jednak do miłości. Miłość to akt wolnej woli.
Twoje próby kontaktu w tej chwili prawdopodobnie odbiera nie jako miłość, ale złośliwe utrudnianie mu życia z zazdrości o nową kobietę. Czasem miłość musi być na odległość.
Zadbać tylko należy o prawidłowe kontakty dziecka z ojcem, bez wyszarpywania sobie córki jak wcześniej. Oraz o własny stan ducha by wytrać w wierności swojej częsci przysięgi małżeńskiej bez pogrążania się w rozpaczy.
Dla Ciebie jest forumowa lista Zerty:
viewtopic.php?f=13&t=587
by odzyskać równowagę, uratować siebie dla Boga oraz dla córki. Wysiłki w pracy nad sobą i wszystkie cierpienia (aby się nie ,,marnowały'') ofiarować w intencji nawrócenia męża, zostawiając Bogu decyzję co z tą ofiarą zrobi.
Niech Ci towarzyszy modlitwa poświęcenia się Matce Bożej Trzykroćprzedziwnej z Szensztat, którą pewnie dobrze znasz:
O Pani moja i Matko moja!
Tobie poświęcam się całkowicie. Ofiarowuję Ci
dzisiaj mój wzrok, mój słuch, moje usta, moje
serce, całego siebie bez żadnych zastrzeżeń.
A jeżeli już do Ciebie należę, o dobra Matko,
to proszę Cię, strzeż mnie jako Twojej własności
i Twojego dobra.
Amen

nałóg
Posty: 906
Rejestracja: 30 sty 2017, 10:30
Jestem: szczęśliwym mężem
Płeć: Mężczyzna

Re: Sytuacja jak z hororu, pomóżcie mi proszę

Post autor: nałóg » 17 kwie 2019, 22:27

Oooooo widzè Szensztacka modlitwa.PD

Manial
Posty: 7
Rejestracja: 16 kwie 2019, 12:11
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Sytuacja jak z hororu, pomóżcie mi proszę

Post autor: Manial » 18 kwie 2019, 16:11

JolantaElżbieta , Angela - bardzo Wam dziękuję za Wasze jakże dla mnie cenne rady. Sama nie byłabym w stanie spojrzeć na to z boku, bez emocji które niestety nie są tu dobrym doradcą. Dziś dzwoniła moja exteściowa. Ma nadzieję, że kiedyś ze sobą będziemy - zapewniała, że Piotr ma tylko koleżankę z którą spędza czas, że nie będzie z nią ze względu na uczucia, albo ich brak - sama nie wiem co miała na myśli. Prosiła mnie o cierpliwość i wytrwanie w miłości. Ciągle powtarzała, że przecież Cię nie znienawidził, jest w strasznym stanie i Ty też. Tyle, że ja jestem już tak udręczona i poniżona, że nie mam siły. Będę zapewniała czas córki z ojcem i modliła się , unikając kontaktu z mężem. Jest jednak problem tego typu, że kiedy to postanawiam i chcę wytrwać, to nagle dzwoni on - niby spytać o córkę. Dziś dzwonił po to by spytać o której ma po nią przyjechać , chociaż ustalił to wczoraj wieczorem z Mają. Później dzwonił żeby zapytać na którą ją odwieźć i czy coś się stało. Nie chcę słyszeć jego w słuchawce. Nie rozumiem dlaczego mi to robi?Skoro mnie nie chce i krzyczy, że wszystko jest moją winą, dlaczego nie da mi spokoju?Dziękuję Panu Bogu i Maryi Trzykroćprzedziwnej , że Was tutaj spotkałam i że podaliście mi dłoń w chwili,kiedy miałam upaść. Niech dobry Bóg Błogosławi Wam wszystkim!

JolantaElżbieta
Posty: 237
Rejestracja: 14 wrz 2017, 8:03
Płeć: Kobieta

Re: Sytuacja jak z hororu, pomóżcie mi proszę

Post autor: JolantaElżbieta » 18 kwie 2019, 17:24

Manial pisze:
18 kwie 2019, 16:11
JolantaElżbieta , Angela - bardzo Wam dziękuję za Wasze jakże dla mnie cenne rady. Sama nie byłabym w stanie spojrzeć na to z boku, bez emocji które niestety nie są tu dobrym doradcą. Dziś dzwoniła moja exteściowa. Ma nadzieję, że kiedyś ze sobą będziemy - zapewniała, że Piotr ma tylko koleżankę z którą spędza czas, że nie będzie z nią ze względu na uczucia, albo ich brak - sama nie wiem co miała na myśli. Prosiła mnie o cierpliwość i wytrwanie w miłości. Ciągle powtarzała, że przecież Cię nie znienawidził, jest w strasznym stanie i Ty też. Tyle, że ja jestem już tak udręczona i poniżona, że nie mam siły. Będę zapewniała czas córki z ojcem i modliła się , unikając kontaktu z mężem. Jest jednak problem tego typu, że kiedy to postanawiam i chcę wytrwać, to nagle dzwoni on - niby spytać o córkę. Dziś dzwonił po to by spytać o której ma po nią przyjechać , chociaż ustalił to wczoraj wieczorem z Mają. Później dzwonił żeby zapytać na którą ją odwieźć i czy coś się stało. Nie chcę słyszeć jego w słuchawce. Nie rozumiem dlaczego mi to robi?Skoro mnie nie chce i krzyczy, że wszystko jest moją winą, dlaczego nie da mi spokoju?Dziękuję Panu Bogu i Maryi Trzykroćprzedziwnej , że Was tutaj spotkałam i że podaliście mi dłoń w chwili,kiedy miałam upaść. Niech dobry Bóg Błogosławi Wam wszystkim!
Unikanie kontaktu to dobre posunięcie, bo pozwala nam się wyciszyć. Ja też lepiej się czuję jak nie widzę mojego męża, ale czasami mam z nim jakieś "widzenie". Staram się wtedy, żeby był dla mnie przeźroczysty, wyciszam emocje i jak najszybciej staram się o tym zapomnieć, nie rozmyślam, nie analizuję, nie pisze scenariuszy, zajmuję ręce i głowę czymś innym. Uczyłam się tego, nie przyszło łatwo, ale już mi się udaje :-) Tobie też się uda, tylko musisz się tego nauczyć, wkładając w to trochę wysiłku. Poczytaj sobie jak funkcjonuje ludzki umysł po traumie, co to jest ciało migdałowate, jak zmienia się mózg pod wpływem trudnych przeżyć. Mnie to pomoglo. No i rozmowy z Panem Bogiem i modlitwa. Nie darmo nasze babcie odmawiały "zdrowaśki" , jak je coś wzburzyło :-)

Manial
Posty: 7
Rejestracja: 16 kwie 2019, 12:11
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Sytuacja jak z hororu, pomóżcie mi proszę

Post autor: Manial » 19 kwie 2019, 17:20

JolantaElżbieta , wiem że się powtarzam, ale dziękuję z całego serca za wsparcie. Sama nie dałabym rady.

JolantaElżbieta
Posty: 237
Rejestracja: 14 wrz 2017, 8:03
Płeć: Kobieta

Re: Sytuacja jak z hororu, pomóżcie mi proszę

Post autor: JolantaElżbieta » 19 kwie 2019, 20:24

Manial pisze:
19 kwie 2019, 17:20
JolantaElżbieta , wiem że się powtarzam, ale dziękuję z całego serca za wsparcie. Sama nie dałabym rady.
Spoko, oddaję to co dostałam na Sycharze jak byłam w czarnej d...ziurze :-) No i też przez to przeszłam, no to się dzielę doświadczeniem ;-)

Zepsuty13
Posty: 224
Rejestracja: 16 lip 2018, 0:49
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Mężczyzna

Re: Sytuacja jak z hororu, pomóżcie mi proszę

Post autor: Zepsuty13 » 19 kwie 2019, 21:09

Przebrnalem przez cały pierwszy wątek i cały temat.

Musisz być silna i powtórzę się po raz setny:
Żeby ratownik miał coś lub kogoś uratować to sam musi być silny i pewny.

Wszystkiego dobrego na Święta!

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Google [Bot] i 1 gość