Kryzys i separacja
Moderator: Moderatorzy
Re: Kryzys i separacja
Mam bardzo dość złośliwości, które de facto są formą przemocy, np nie gaszenie tv, choć proszę, że się już kładę, jest prawie 1 w nocy, mecz można obejrzeć w drugim pomieszczeniu. Następuje ściszenie, ale obraz nadal mi przeszkadza, proszę, czy możesz wyłączyć. Cisza, zero reakcji, w związku z tym zamiast odpoczywać spokojnie, myślę co zrobić, mam poczucie, że właśnie chodzi o to, abym się wkurzyła, więc ze stoickim spokojem i wolnym krokiem wstaję po pilota i sama wyłączam tv. "Co ty robisz?" pada pytanie, mówię, ze wyłączam tv. Zero reakcji. I takich sytuacji jest i było wiele. A dlaczego są? Bo ruszyłam niewygodny temat dla męża, temat pornografii. I tak jest z każdym tematem, który obnaża go w jakiś sposób. Jak w tamtym roku ruszyłam kilka spraw, które świadczą o jego nielojalności, to najpierw były tłumaczenia 5 latka. Jak nie skutkowały, to rozpowiadanie do naszego wspólnego znajomego, że ja zwariowałam, że jestem straszna, psychiczna, do wspólnych znajomych, do których poszedł na spotkanie, że ja nie chciałam przyjść (pytali czemu beze mnie przyszedł). Na szczęście koleżanka zareagowała i poprosiła mnie o spotkanie. Nauczyłam się już, że najlepszą reakcją jest brak reakcji, ale nie zawsze się tak da, wręcz trzeba stawiać granicę, wtedy on się denerwuje i odbija bezsensowną piłeczkę i tym sposobem sytuacja robi się bez wyjścia. Na terapii wspólnej poruszaliśmy różne tematy, ale jak widać nie ma woli, nie ma chęci, aby zmienić sposób komunikacji, nie ma uznania nawet, że coś jest przemocowe.
Re: Kryzys i separacja
Ulaa.now, na forum sporo było pisane na ten temat. Np. tu: viewtopic.php?p=14981&hilit=Pornografia#p14981ulaa.now pisze: ↑02 lip 2026, 20:40 No ale ta bliskość, prawdopodobnie z jego perspektywy to jakaś moja fanaberia, mam takie myśli, że przyłożę rękę do tego, że znajdzie sobie kogoś? Jakie macie doświadczenia w tym temacie, będąc w kryzysie? Jak do tego podejść? Może jacyś panowie też się wypowiedzą? Chętnie poznam wasze zdanie, waszą perspektywę w tym temacie.
Możesz użyć wyszukiwarki, kilka, może i kilkanaście tematów Ci się pokaże.
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II
Jan Paweł II
Re: Kryzys i separacja
Tak wlasnie tez to czuje i fakt,ze zadbalam o siebie, ze zdecydowalam sie sprobowac z prawkiem (choc jeszcze 2 miesiace temu w zyciu bym tego nie zrobila), fakt, ze odsunelam sie od toksycznej tesciowej i de facto nie ma ona juz na mnie wplywu (ogromna praca nad tym), fakt, ze ze zrobilam sobie ostatnio kurs z tematu, ktory wzmocni moje kompetencje zawodowe- to wplywa na to, choc widze wyraznie, ze mezowi przeszkadza (neguje moje ruchy, jakby chcial mnie zatrzymac w miejscu, wyraza niezadowolenie, ale ja to zbywam). Momentami nie do konca wiem jaka jest wola Boza- jeszcze tydzien temu jak zaczelam tu pisac, byla mysl, ze zostaje mi tylko separacja, ze wzgledu na dzieci i siebie tez. Dzis po czytaniu Waszych historii, mysle sobie, ze moze jednak nie, bo to taka ogromna zmiana dla dzieci i bol, a jednak maz no cos tam z tymi dziecmi robi, jest zaangazowany czasami, najmniej emocjonalnie niestety. Przeczytalam tez fragmenty ksiazki o DDRR i 90% tego co przeczytalam, pokrywa sie w zachowaniu mojego meza. Tam jeszcze sytuacja byla tak patologiczna, ze rodzice rozwiedli sie ze wzgledow finansowych, nadal mieszkali razem, ale emocjonalnie nienawisc...Sedum pisze: ↑02 lip 2026, 7:47 U mnie odwieszenie się polega na zdolności do podejmowania decyzji bardziej zgodnych z wolą Bożą niż męża, „byle nie odszedł”, czyli mąż nie jest moim bożkiem. Po drugie w przypadku gróźb odejścia mam nadal ugruntowane poczucie sensu i wartości mojego życia, nawet jeśli go nie będzie przy mnie.Kiedyś świat by mi się kończył i wpadłabym pewnie w jakąś histerię. Na wiele szantaży umiem odpowiedzieć spokojnie nie wzmacniając ich. Nie nagradzam biernej agresji poprzez moją panikę. Oczywiście jeśli wrócą złe dni będę się martwić, będę też martwiła się o najmłodsze dziecko, które jest jeszcze bardzo silnie związane z nami i przeżywała emocje dziecka. Cieszę się naszą rodziną, ale potrafię sobie wyobrazić piękne, dobre, Boże życie bez męża.
Re: Kryzys i separacja
Blawatku, nie wiem jak to sie stalo, ze umknela mi Twoja wypowiedz... Byc moze to tak wyglada, ze szybko i latwo mi poszlo, ale w praktyce to jest tak mysle, spokojnie ok 3 lata mojej swiadomosci co jest grane, bo ta pierwsza indywidualna terapie dla siebie zaczelam ze 3 lata temu. Tamten rok to byl ogromny kryzys, wszystko wybuchlo ze zdwojona sila, ja zaczelam drazyc, nie zgadzac sie na to jak maz mnie traktuje. Jak zaczelam stawiac granice, jego zachowanie eskalowalo, lacznie z tym, ze jak jego rodzina normalnie przy nim mowila o mnie straszne rzeczy, nie wulgarnie, ale z takim cynizmem to on jak wystraszony kurczak chowal sie za nimi i mialam przeciwko sobie 3 osoby... Jestem z osob, ktore jak cos chca sie dowiedziec, to dzialaja od razu, szukaja odpowiedzi, testuja rozwiazania. Mnie interesuje drugi czlowiek, jego wnetrze, mam duzo empatii i sadze, ze poniekad zostalo to wykorzystane. Bo osoba empatyczna wybaczy predzej, pusci w zapomnienie. Na wspolnej terapii okazalo sie,ze moje urazy do meza i jego matki zostaly zakopane piaskiem, ale nie wyleczone. Na terapii wyszlo tez czarno na bialym jak ogromny problem z mowieniem o uczuciach ma moj maz, w ogole ta sfera moglaby jakby nie istniec. Moim jezykiem milosci jest zdecydowanie dotyk, ale niekoniecznie seks. Dla meza (rozmawialismy kiedys o tym jak czytalam ksiazke) bardziej przyslugi, robienie czegos dla niego. Oczywiscie tez chwalenie. I gdy bylismy na terapii wspolnej, gdy polepszalo sie (pozornie), staralam sie schowac zale, stosowac te wskazowki - bylo lepiej i widzialam po dzieciach, ze jest lepiej. To dawalo nadzieje.Bławatek pisze: ↑02 lip 2026, 9:27 Witaj,
Współczuję sytuacji w której jesteś bo sama wiele z tego co piszesz przeżyłam. Zadajesz dużo pytań, ale to dobrze, bo widać, że Ci zależy oraz że szukasz najlepszych a nie pierwszych z brzegu rozwiązań.
Jestem pod podziwem tego, że poszłaś szybko do przodu - dzięki terapii i swojej własnej pracy. Sama wiem jak trudno jest stanąć na nogi i zacząć wierzyć w siebie oraz odzyskać poczucie własnej wartości i sprawczości będąc w związku z "trudną" osobą. Napisałaś o stylach przywiązania. Nie wiedziałam jeszcze rok temu, że takie coś jest, aż jedna osoba spotkana przez Sychar mi o tym poopowiadała. Tak, każdy z nas ma swoje cechy, nawyki, style - moim zdaniem, jeśli one powodują czyjś ból to powinno się nad tym popracować, ale wielu osobom się nie chce i stąd często tak trudno ludziom z sobą dobrze funkcjonować.
Oprócz tego co napisał Niepozorny i Nirwanna nowych ludzi o podobnych zainteresowaniach można spotkać w wielu miejscach tylko czasami trzeba się rozejrzeć za jakimiś klubami, grupami. Też lubię góry, ale trochę ogranicza a nawet bardzo mnie ogranicza fakt, że tylko ja się zajmuję synem więc jak nie znajdę dla niego opieki to nie jeżdżę. Ale udało mi się pojechać z PTTK na 2 jednodniowe wypady w góry. A jadąc autokarem czy idąc obok na szlaku można zawsze do kogoś zagadać. Na jednym wyjeździe zapoznałam dziewczynę z mojego miasta, która ma syna w podobnym wieku jak ja I ona mnie zachęcała do wyjazdów na które była zapisana, ale ze względu na syna nie dałam rady. Ale syn coraz starszy, ogarnia siebie i jedzenie więc z każdym rokiem coraz wolniejsza będę więc i więcej możliwości na horyzoncie.
Co do faktycznej separacji to też w tym temacie słuchałam ks. Dziewieckiego. Z własnego doświadczenia napiszę, że taka separacja, która ma na celu ochronić przed krzywdą, może spowodować, że drugiej stronie będzie wygodnie i zacznie żyć kawalerskim życiem (jak mój mąż), albo może unieść się honorem czy też złością i nie chcieć nic zmieniać, czyli taki stan może powodować rozdzielenie małżonków. Mój mąż dążył do rozwodu, ale do niego nie doszło. 6 lat żyjemy osobno i coraz bardziej się od siebie oddalamy i widzę, że mimo narzekania, że mąż teraz musi sam wszystko ogarniać to mu dobrze bo żyje sam, nie ma obowiązków i odpowiedzialności związanej z naszym synem, bo nie chce mieć, a ja nie zmuszę go do tego.
Nie bój się spotkań w realu z Sycharem - to są fajni ludzie i tak jak pisali poprzednicy - mówisz tyle o sobie ile chcesz.
Chociaz wiedzialam doskonale, ze bez terapii indywidualnej sie nie obejdzie. Terapeta powiedzial mi, ze oczekuje od meza calej szklanki zmian, ale musze narazie zaakceptowac, ze dostaje naparstek. Twierdzil, ze maz mnie kocha, ze widac to bylo podczas terapii. No coz, pozniej czar prysl, w momencie jak wyszla pornografia, jak wracaly schematy agresji, zlosliwosci, ktore sa kopiukj-wklej z tym co widzial w domu. I caly czas, wyparcie, mowienie, ze to ja mam problem, ze ja jestem powodem calego zla, ktore go spotkalo itd- maz czesto stosuje mechanizm projekcji. Niestety fakt,ze ma przedmiotowe podejscie do kobiet i w mojej opinii po prostu nie lubi kobiet, to raz pornografia, dwa kwestia wypaczonej relacji z matka. Ale ja juz wiem, ze to nie nalezy do mnie i nie dotyczy mnie. Ja swoja prace wykonuje, przeanalizowalam swoje bycie zona, widze bledy. Jednoczesnie tez widze ze to jest jak bledne kolo, bo np moja niechec momentami do bliskosci wynikala z jego pustyni emocjonalnej wobec mnie, i tak w kolko. Rowniez ciagle negowanie moich odczuc, to co mowilam- spokojnie, w rozmowie bylo splycane latami, wiec predzej czy pozniej musialo sie to wysypac.
Odnosnie separacji, teraz mysle, ze to co piszesz jest wysoce prawdopodobne w moim przypadku. Taka osoba unikowa z cechami jak sadze narcystycznymi jednak, zrobi wszystko, zeby wyszlo, ze to wina drugiej strony i zeby nie musiala brac odpowiedzialnosci za swoje czyny, zeby tylko nie konfrontowac sie z soba samym. Nie ma tylko swiadomosci, ze w ten sposob sabotuje wlasne szczescie. Ale z tego co czytalam, sabotowanie siebie samego rowniez jest wpisane w przypadku ludzi z domow dysfunkcyjnych. Ogolnie mysle,ze moj maz zyje w trybie przetrwania. I ja mu teraz z jego perspektywy patrzac to ¨utrudniam¨- no bylo ok, a ty to psujesz!
Re: Kryzys i separacja
Nie znalazlam jasnego stanowiska, rowniez w broszurze dot. pornografii jest fragment, z ktorym moje serce i cialo sie nie zgadza: cos w ten desen, ze mimo sklonnosci meza, powinnam nie odbierac mu bliskosci ze mna. No latami nieswiadomie to robilam, ale jak juz wiem, to jedyne co mu powiedzialam, to ze straciles mnie, bo tak sie wlasnie czuje.Nirwanna pisze: ↑05 lip 2026, 22:06Ulaa.now, na forum sporo było pisane na ten temat. Np. tu: viewtopic.php?p=14981&hilit=Pornografia#p14981ulaa.now pisze: ↑02 lip 2026, 20:40 No ale ta bliskość, prawdopodobnie z jego perspektywy to jakaś moja fanaberia, mam takie myśli, że przyłożę rękę do tego, że znajdzie sobie kogoś? Jakie macie doświadczenia w tym temacie, będąc w kryzysie? Jak do tego podejść? Może jacyś panowie też się wypowiedzą? Chętnie poznam wasze zdanie, waszą perspektywę w tym temacie.
Możesz użyć wyszukiwarki, kilka, może i kilkanaście tematów Ci się pokaże.
Re: Kryzys i separacja
ulaa, każde nasze działanie to też jakieś konsekwencje które ciężko przewidzieć. Dlatego lepiej nie mówić zrób tak lub tak, lepiej samemu odkryć co dla mnie, dla nas jest dobre. Będąc w związku z osobą zdrową lub taką którą się dobrze zna bo była zawsze prawdziwa można jeszcze przewidzieć jej reakcje, natomiast (wg mnie) trudno jest przewidzieć reakcję osoby która wiele lat udawała lub kłamała. Inna sprawa to ludzkie rany, które często są gdzieś ukryte a których druga osoba nieświadomie może dotknąć.ulaa.now pisze: ↑06 lip 2026, 13:22Nie znalazlam jasnego stanowiska, rowniez w broszurze dot. pornografii jest fragment, z ktorym moje serce i cialo sie nie zgadza: cos w ten desen, ze mimo sklonnosci meza, powinnam nie odbierac mu bliskosci ze mna. No latami nieswiadomie to robilam, ale jak juz wiem, to jedyne co mu powiedzialam, to ze straciles mnie, bo tak sie wlasnie czuje.Nirwanna pisze: ↑05 lip 2026, 22:06Ulaa.now, na forum sporo było pisane na ten temat. Np. tu: viewtopic.php?p=14981&hilit=Pornografia#p14981ulaa.now pisze: ↑02 lip 2026, 20:40 No ale ta bliskość, prawdopodobnie z jego perspektywy to jakaś moja fanaberia, mam takie myśli, że przyłożę rękę do tego, że znajdzie sobie kogoś? Jakie macie doświadczenia w tym temacie, będąc w kryzysie? Jak do tego podejść? Może jacyś panowie też się wypowiedzą? Chętnie poznam wasze zdanie, waszą perspektywę w tym temacie.
Możesz użyć wyszukiwarki, kilka, może i kilkanaście tematów Ci się pokaże.
Sama nieraz czułam się w małżeństwie jak przedmiot potrzebny mężowi by rozładować napięcie. To bolało. Najgorzej gdy druga strona ma wbite do głowy jakieś nieprawidłowości lub jej cechy rządzą nią.
O. Szustak miał niedawno 2 rozmowy z kobietami które działają w obszarach seksualności i starają się to robić w zgodzie z nauką Kościoła. Może uda Ci się je odszukać. Jedna chyba była w bukłakach na Youtube, a druga wcześniejsza nie pamiętam, ale chyba też.
Miłość nigdy nie dzieje się sama... potrzebna jest konkretna robota
Re: Kryzys i separacja
Tak, stawianie granic zazwyczaj nie odpowiada tym którzy myślą, że mogą zawsze od innych wymagać albo gdy nie chcą uznać, że drugi człowiek ma swoją wolność. Zresztą nas tak wychowywano, dopiero teraz mówi się dużo o asertywności, sztuce mówienia nie.ulaa.now pisze: ↑06 lip 2026, 13:20
Blawatku, nie wiem jak to sie stalo, ze umknela mi Twoja wypowiedz... Byc moze to tak wyglada, ze szybko i latwo mi poszlo, ale w praktyce to jest tak mysle, spokojnie ok 3 lata mojej swiadomosci co jest grane, bo ta pierwsza indywidualna terapie dla siebie zaczelam ze 3 lata temu. Tamten rok to byl ogromny kryzys, wszystko wybuchlo ze zdwojona sila, ja zaczelam drazyc, nie zgadzac sie na to jak maz mnie traktuje. Jak zaczelam stawiac granice, jego zachowanie eskalowalo, lacznie z tym, ze jak jego rodzina normalnie przy nim mowila o mnie straszne rzeczy, nie wulgarnie, ale z takim cynizmem to on jak wystraszony kurczak chowal sie za nimi i mialam przeciwko sobie 3 osoby... Jestem z osob, ktore jak cos chca sie dowiedziec, to dzialaja od razu, szukaja odpowiedzi, testuja rozwiazania.
Empatia jest potrzebna ale w nadmiarze może powodować, że zamiast dbać o siebie, innych stawiamy przed sobą. Mnie od dziecka uczono by myśleć o innych, innym pomagać. Mojemu mężowi się ta cecha szczególnie spodobała - myślał, że będę bez marudzenia za niego wszystko robić, matkowac mu i dbać o niego o sobie zapominając, a gdy miałam dość roli służącej i kopciuszka to słyszałam od niego, ze nie jestem dobrą I pokorną żoną.Mnie interesuje drugi czlowiek, jego wnetrze, mam duzo empatii i sadze, ze poniekad zostalo to wykorzystane. Bo osoba empatyczna wybaczy predzej, pusci w zapomnienie. Na wspolnej terapii okazalo sie,ze moje urazy do meza i jego matki zostaly zakopane piaskiem, ale nie wyleczone. Na terapii wyszlo tez czarno na bialym jak ogromny problem z mowieniem o uczuciach ma moj maz, w ogole ta sfera moglaby jakby nie istniec. Moim jezykiem milosci jest zdecydowanie dotyk, ale niekoniecznie seks. Dla meza (rozmawialismy kiedys o tym jak czytalam ksiazke) bardziej przyslugi, robienie czegos dla niego. Oczywiscie tez chwalenie. I gdy bylismy na terapii wspolnej, gdy polepszalo sie (pozornie), staralam sie schowac zale, stosowac te wskazowki - bylo lepiej i widzialam po dzieciach, ze jest lepiej. To dawalo nadzieje.
Nieraz się zastanawiam czy mając wiedzę jaki mój mąż jest, ile nakłamał na swój temat i że może mnie jeszcze zaskoczyć informacjami o sobie, to czy umiałabym z nim być i żyć jako małżeństwo. Byłoby trudno. Pewnie gdyby to był jakiś układ na zasadzie kto za co jest odpowiedzialny, określenie zasad i reguł których się trzymamy, to wtedy tak. Ale tak jak napisałam byłby to układ. Próbowaliśmy kiedyś u mediatora uzgodnić wspólne oczekiwania, podzielić się zadaniami, ale mąż 5 minut po wyjściu uznał, że ja go chcę oszukać i on na tym traci. Przykro mi się zrobiło, bo ja przez lata poświęciłam siebie, swój czas i moce, a naprawdę nie miałam dużych oczekiwań. Wystarczyłoby by realizował przysięgę złożoną podczas naszego ślubu "ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci". Choć bardziej podoba mi się przysięga świecka "Świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z (imię Panny Młodej) i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe." No, ale jak wiadomo, nawet przyrzekanie, że coś uczynię w świecie świeckim często też nie jest wykonywane.Chociaz wiedzialam doskonale, ze bez terapii indywidualnej sie nie obejdzie. Terapeta powiedzial mi, ze oczekuje od meza calej szklanki zmian, ale musze narazie zaakceptowac, ze dostaje naparstek. Twierdzil, ze maz mnie kocha, ze widac to bylo podczas terapii. No coz, pozniej czar prysl, w momencie jak wyszla pornografia, jak wracaly schematy agresji, zlosliwosci, ktore sa kopiukj-wklej z tym co widzial w domu. I caly czas, wyparcie, mowienie, ze to ja mam problem, ze ja jestem powodem calego zla, ktore go spotkalo itd- maz czesto stosuje mechanizm projekcji. Niestety fakt,ze ma przedmiotowe podejscie do kobiet i w mojej opinii po prostu nie lubi kobiet, to raz pornografia, dwa kwestia wypaczonej relacji z matka. Ale ja juz wiem, ze to nie nalezy do mnie i nie dotyczy mnie. Ja swoja prace wykonuje, przeanalizowalam swoje bycie zona, widze bledy. Jednoczesnie tez widze ze to jest jak bledne kolo, bo np moja niechec momentami do bliskosci wynikala z jego pustyni emocjonalnej wobec mnie, i tak w kolko. Rowniez ciagle negowanie moich odczuc, to co mowilam- spokojnie, w rozmowie bylo splycane latami, wiec predzej czy pozniej musialo sie to wysypac.
Kiedyś znałam różne osobowości ludzi bo zawsze interesowałam się psychologią i człowiekiem. Ale kiedyś nie myślałam, że jest aż tyle składowych człowieka- cechy osobowości, odmienne cechy charakteru, wyuczone nawyki, zaburzenia, a teraz ciągle się dowiaduje, że są jeszcze wykształcone style przywiązania. Wydaje mi się, że im więcej się świat I ludzkość rozwija tym trudniej ukształtować zdrowe pokolenie. Pokolenia naszych dziadków żyło w traumie wojennej, ich dzieci dziedziczyły różne traumy a i same nie żyły w lepszych czasach, a my przez te pokolenia nie tylko w rodzinie ale i np. w szkołach zostaliśmy w różny sposób uksztaltowani. Ja bardzo współczuję mojemu mężowi jego ran, cech i nieprawidłowości, bo to w wielu przypadkach nie był jego wybór ale nie ma mojej zgody na zadawanie mi ran tylko dlatego, że on inaczej żyć nie potrafi.Odnosnie separacji, teraz mysle, ze to co piszesz jest wysoce prawdopodobne w moim przypadku. Taka osoba unikowa z cechami jak sadze narcystycznymi jednak, zrobi wszystko, zeby wyszlo, ze to wina drugiej strony i zeby nie musiala brac odpowiedzialnosci za swoje czyny, zeby tylko nie konfrontowac sie z soba samym. Nie ma tylko swiadomosci, ze w ten sposob sabotuje wlasne szczescie. Ale z tego co czytalam, sabotowanie siebie samego rowniez jest wpisane w przypadku ludzi z domow dysfunkcyjnych. Ogolnie mysle,ze moj maz zyje w trybie przetrwania. I ja mu teraz z jego perspektywy patrzac to ¨utrudniam¨- no bylo ok, a ty to psujesz!![]()
Mamy wpływu tylko na siebie, może za naszą zmianą inni też zaczną zmieniać siebie.
Miłość nigdy nie dzieje się sama... potrzebna jest konkretna robota
Re: Kryzys i separacja
Taaak, już słuchałam bukłaki, fajna rozmowa, ale jednak ta pani mówi z perspektywy, która dla mnie jest w ogóle nie poznana w małżeństwie ;( Wczoraj przegadałam tą kwestię z terapeutką i doszłyśmy do wniosku, że w mojej sytuacji odsunięcie się i de facto bycie oziębłą w tych kwestiach jest całkiem naturalne, bo mąż kolejny raz zaprzeczył moim uczuciom, zignorował je, nie uznał mojego bólu, a ja w konsekwencji straciłam zaufanie kolejny raz, więc o czym my mówimy... Terapeutka doradziła, abym każdą taką trudną sytuację rozważyła w sercu z punktu, czy to w tym momencie będzie dla mnie dobre? Bo mam myśleć o sobie głównie teraz, o swoim spokoju.
Druga sprawa, przeczytałam dziś książkę "Miłość potrzebuje stanowczości" i mam kilka przemyśleń, faktycznie dotarło do mnie słowo, które się w niej pojawiło, a które przedtem nie przeszło mi przez myśl, a jest nim: pobłażliwość.
Przez lata byłam zbyt pobłażliwa, a nawet jak mówiłam co mi nie pasuje, to było, że nic się nie wydarzyło itd, o co halo... a trzeba było przy pierwszej sytuacji stawiać twarde warunki (tak mówiąc w skrócie). Wiem też jednak, że wtedy byłam inną osobą, dzieci, praca itd, inny stan umysłu, nie mam więc do siebie pretensji. Nie znałam też tego pojęcia stanowczej miłości...
Czy stosowaliście u siebie zasadę miłości stanowczej z tej książki, czyli de facto ultimatum? W taki zdecydowany, odważny sposób? Chciałabym wiedzieć, czy pasuje to do mojej sytuacji. Oczywiście ja już kilkanaście razy mówiłam stanowczo pewne rzeczy, ale jednak bez takiej twardej postawy. Mam podejrzenie, że mąż popuka się w głowę i zaśmieje jak to powiem... ale no rozważam to mocno. Nie ma innej rady chyba na kogoś, kto myśli, że bezkarnie może kogoś kłamać czy ranić, bo kieruje się egoizmem i neguje całkowicie uczucia drugiej strony.
Druga sprawa, przeczytałam dziś książkę "Miłość potrzebuje stanowczości" i mam kilka przemyśleń, faktycznie dotarło do mnie słowo, które się w niej pojawiło, a które przedtem nie przeszło mi przez myśl, a jest nim: pobłażliwość.
Przez lata byłam zbyt pobłażliwa, a nawet jak mówiłam co mi nie pasuje, to było, że nic się nie wydarzyło itd, o co halo... a trzeba było przy pierwszej sytuacji stawiać twarde warunki (tak mówiąc w skrócie). Wiem też jednak, że wtedy byłam inną osobą, dzieci, praca itd, inny stan umysłu, nie mam więc do siebie pretensji. Nie znałam też tego pojęcia stanowczej miłości...
Czy stosowaliście u siebie zasadę miłości stanowczej z tej książki, czyli de facto ultimatum? W taki zdecydowany, odważny sposób? Chciałabym wiedzieć, czy pasuje to do mojej sytuacji. Oczywiście ja już kilkanaście razy mówiłam stanowczo pewne rzeczy, ale jednak bez takiej twardej postawy. Mam podejrzenie, że mąż popuka się w głowę i zaśmieje jak to powiem... ale no rozważam to mocno. Nie ma innej rady chyba na kogoś, kto myśli, że bezkarnie może kogoś kłamać czy ranić, bo kieruje się egoizmem i neguje całkowicie uczucia drugiej strony.
Re: Kryzys i separacja
Dokładnie tak, doszłam do takiego samego wniosku. Wiedza skąd się coś bierze pomaga zrozumieć mechanizmy, ale nie usprawiedliwia tego, że dorosły człowiek nic nie chce działać. Wczoraj na terapii doszłam do wniosku, że za każdym razem jak tam jestem mam do przytoczenia ze 2,3,4 sytuacje z tygodnia kiedy czułam się źle potraktowana przez męża. Oczywiście dlatego, że znowu ruszyłam bolący mnie temat, a dla niego pewnie wstydliwy, no bo przecież miałam nie wiedzieć o pornografii, miałam żyć w fikcji nadal...Ja bardzo współczuję mojemu mężowi jego ran, cech i nieprawidłowości, bo to w wielu przypadkach nie był jego wybór ale nie ma mojej zgody na zadawanie mi ran tylko dlatego, że on inaczej żyć nie potrafi.
Mamy wpływu tylko na siebie, może za naszą zmianą inni też zaczną zmieniać siebie.
Re: Kryzys i separacja
Tak, nie wszystkie propozycje działające w relacji zdrowych ludzi da się wtłoczyć w relację w której cos nie gra. Warto nauczyć się asertywności I komunikować drugiej stronie z czego wynika nasze działanie lub odmowa. No i pamiętać, że druga strona też ma wolną wolę i może jej nie interesować nasze "nowe ja", inne działanie.ulaa.now pisze: ↑07 lip 2026, 17:50 Taaak, już słuchałam bukłaki, fajna rozmowa, ale jednak ta pani mówi z perspektywy, która dla mnie jest w ogóle nie poznana w małżeństwie ;( Wczoraj przegadałam tą kwestię z terapeutką i doszłyśmy do wniosku, że w mojej sytuacji odsunięcie się i de facto bycie oziębłą w tych kwestiach jest całkiem naturalne, bo mąż kolejny raz zaprzeczył moim uczuciom, zignorował je, nie uznał mojego bólu, a ja w konsekwencji straciłam zaufanie kolejny raz, więc o czym my mówimy... Terapeutka doradziła, abym każdą taką trudną sytuację rozważyła w sercu z punktu, czy to w tym momencie będzie dla mnie dobre? Bo mam myśleć o sobie głównie teraz, o swoim spokoju.
Ja byłam zawsze bardziej wyrozumiała i nie wymagająca czyli de facto pobłażliwa, a trzeba było wymagać. Nikt mi nigdy nie mówił, że mogę. A o twardej miłości to się od niedawna dowiaduję. Tylko ciężko stosowac gdy inni tego nie znają i moje dziajanie mogą odbierac jako przemoc.Druga sprawa, przeczytałam dziś książkę "Miłość potrzebuje stanowczości" i mam kilka przemyśleń, faktycznie dotarło do mnie słowo, które się w niej pojawiło, a które przedtem nie przeszło mi przez myśl, a jest nim: pobłażliwość.
Przez lata byłam zbyt pobłażliwa, a nawet jak mówiłam co mi nie pasuje, to było, że nic się nie wydarzyło itd, o co halo... a trzeba było przy pierwszej sytuacji stawiać twarde warunki (tak mówiąc w skrócie). Wiem też jednak, że wtedy byłam inną osobą, dzieci, praca itd, inny stan umysłu, nie mam więc do siebie pretensji. Nie znałam też tego pojęcia stanowczej miłości...
Mając już jakąś wiedzę zaczelam stawiać granice np. nie życzyłam sobie by mąż zaznajamial syna z nowymi "miłościami" czy z córką którą ma z kowalską. I o dziwo, uszanowal to. Ale... przez to nie ma czasu na spotkania z synem i np. nigdy go na żadne wyjazdy nie zabiera. Coś za coś. No i mąż wie, że ja chce go jako partnera a nie dzieciaka którym mam się opiekować. Raczej mężowi nie podoba się moje "nowe ja" - silna, stanowcza i wyedukowana. Ale sam jeszcze w małżeństwie mnie wysyłał na warsztaty dla kobiet w parafii mówiąc "idź - naprawią cię". No to się naprawiałam u psychologów katolickich, ale to była nauka, której mój mąż by nie zdzierżył.Czy stosowaliście u siebie zasadę miłości stanowczej z tej książki, czyli de facto ultimatum? W taki zdecydowany, odważny sposób? Chciałabym wiedzieć, czy pasuje to do mojej sytuacji. Oczywiście ja już kilkanaście razy mówiłam stanowczo pewne rzeczy, ale jednak bez takiej twardej postawy. Mam podejrzenie, że mąż popuka się w głowę i zaśmieje jak to powiem... ale no rozważam to mocno. Nie ma innej rady chyba na kogoś, kto myśli, że bezkarnie może kogoś kłamać czy ranić, bo kieruje się egoizmem i neguje całkowicie uczucia drugiej strony.
Miłość nigdy nie dzieje się sama... potrzebna jest konkretna robota


