Solaris pisze: ↑06 lut 2026, 9:56
Mój organizm powoli daje sygnały, ze juz dosyć.
Solaris, zadbaj o siebie. Przyjrzyj się objawom, idź do lekarza, opowiedz co ci dolega, zrób badania, omów wyniki z lekarzem. Psychosomatyczne nie znaczy wymyślone. To są realne szkody w organiźmie.
W szczycie kryzysu, kiedy mój mąż codziennie przyjeżdżał i zadręczał mnie i młodszego syna (starszy się wyprowadził), dorobiłam się poważnego nadciśnienia. Miałam już wchodzić na leki na stałe. Ale udało się wszystko to wyhamować, przez wychodzenie z przemocy: czyli moją terapię, naukę ochrony mnie i dzieci, naukę szukania wsparcia, zwracania się o pomoc, także przez naukę wyciszania się, spacery, ruch.
A i tak koniec konców przez te wszystkie lata dorobiłam się niedoczynności serca. Przemoc wyniszcza.
Solaris pisze: ↑06 lut 2026, 9:56
Rozmawiałam bodajże we wtorek z psychologiem, zadzwoniłam na infolinię dla osób w kryzysie. Bóg czuwa nade mną i działa- wczoraj zwolnił sie wczesniejszy termin wizyty u lekarza, wprawdzie zaplanowane, ze to dla pacjentów juz w leczeniu ale ja wyraźnie napisałam ze 1 raz, i mimo to udało mi sie zabookowac te wizytę. Jest za miesiac. Lepsze to, niz kolejne cztery miesiace
To dobre wiadomości. Na infolinię można dzwonić codziennie, po to ta infolinia jest. Zawsze to wsparcie, można się wygadać, ale też usłyszeć kilka wskazówek. Jedna osoba z infolinii przypasuje bardziej, inna mniej, ktoś inny wcale - nie ma co się zrażać. Jak czujesz, że rozmowa z daną osobą ci nie służy, możesz po prostu ją zakonczyć. Następnym razem trafisz na kogoś innego.
Solaris pisze: ↑06 lut 2026, 9:56
Ja sie na Pana Boga nie obrazilam. Po prostu- zyje w takim tempie ze nie mysle. Widać, jeszcze nie jest dla mnie najważniejszy
Jeśli dasz radę, znajdź pięć minut dziennie na rozmowę z Bogiem. Taką swoją własną, swoimi słowami. Nie trzeba z tym czekać, aż Bóg stanie się najważniejszy. Bóg przyjmuje nas takimi, jakie jesteśmy.
Ja bardzo się bałam, że Bóg mnie zmieni, może nawet tak mocno, że nie będę już sobą. Ale to nie tak. Bóg uzdrawia, leczy, pomaga dokonywać dobrych wyborów, uczy. Ale nie przerabia Ruty na Konwalię. Stworzył mnie Rutą, taką mnie lubi i taką mnie chce. Chce mojego wzrostu i rozwoju, nie przerobienia mnie na kogoś innego.
Na mnie nie obraził się nawet za to, że ja się ciężko obraziłam i oskarżyłam Go o podłe stworzenie mężczyzn stosujących przemoc, zdradzających i wyżywających się na kobietach i dzieciach. I jeszcze, że nic nie robi, żeby pomagać krzywdzonym. Więc nie sądzę, że miałby się gniewać na ciebie o to, że nie jest najważniejszy. Myślę, że cieszy się zawsze kiedy z Nim rozmawiamy. Jak tata, który lubi spędzać czas z dziećmi, wspierać je i z nimi być.
Solaris pisze: ↑06 lut 2026, 9:56
Tak, ja sobie wyrzucam bardzo to, ze dopuściłam do tego wszystkiego, ze nie bylo reakcji, ze pozwoliłam mężowi tak sie rozhulać.
Z takimi wyrzutami pomógł mi ksiądz Marek Dziewiecki. Uświadomił mi, że mąż nigdy nie prosił mnie o zgodę na przemoc, więc ja na nic mu nie pozwoliłam. Nie wyrażałam też zgody na to, by mąż był brutalny wobec dzieci. Z miłości, braku wiedzy, naiwności, wielu nieprawdziwych przekonań o tym, jak żona powinna postępować wobec męża wpadamy w przemoc i współuzależnienie. Więc nie chodzi to o winę, tylko o odpowiedzialność. O to, że kiedy już zdamy sobie z tego wszystkiego sprawę - naszą odpowiedzialnością jest nauczyć się chronić i skutecznie bronić.
To mi pomogło wyjść z obwiniania siebie za to, co robił mój mąż. I równoczesnie pomogło mi nie wejść w rolę ofiary, tylko w rolę dorosłej osoby, biorącej odpowiedzialność za siebie i za dzieci.
Jesteś na tej drodze. Wiem, jakie to trudne. Ale jesteś. Działasz, starasz się, szukasz. U mnie to szło dwa kroki naprzód i pięć w tył. I jeszcze kilka po poboczach. Uczyłam się głównie na swoich błędach: na kilka błędów, czasem dotkliwych przypadał jeden mały sukces.
Solaris pisze: ↑06 lut 2026, 9:56
Teraz jestem na etapie decyzji ostatecznych, czuję sie jak bokser w narożniku ringu, który jest okładany na prawo i lewo. Mogę sie wydostać jedynie przecinając ten ring.
Mam wsparcie psychologa, rodziny, dzieci, znajomych którzy wiedzą. Nie jestem sama, ale musze uporać sie z tym sama.
Nauczyłam się, że sama to nie. Osoby, które mogłam prosić o przedstawienie ich punktu widzenia, rozwiązania jakie widzą, grupy wsparcia, książki kobiet, które przede mną przeszły drogę wychodzenia z przemocy, prace specjalistów, czasem nawet ktoś przypadkowy z kim miałam dobrą rozmowę, pomagały mi wyrywać się z osamotnienia. Także Adoracja, to bardzo wyjątkowy sposób bycia z Bogiem. Wszystko to pomagało mi zobaczyć, że w tym moim trudnym doświadczeniu nie jestem sama i że wiele osób przemierzyło już tą drogę. Że to część życia.
Natomiast jest jeszcze samodzielność. To zdolność do podejmowania własnych decyzji. Tu długo zawalalam, podejmowałam decyzje ulegając różnym presjom, naciskom, albo odwlekałam decyzje w nieskończoność. Nie czułam się pewnie w swoich decyzjach. Nie ufałam sobie, ani swoim uczuciom. Samodzielność nie oznacza jednak samotności. Oznacza dojrzałość. Tak to teraz widzę.
Solaris pisze: ↑06 lut 2026, 9:56
I wciaz chce mi sie tylko płakać nad tym, jakim cudownym małżeństwem kiedyś byliśmy, a kim jesteśmy teraz? Przecież te prawie 30 lat nie mogły byc iluzją. Jak widać, cos sie wydarzyło, nie wiem tylko co. Teraz to moze nieistotne, ale ja chciałabym wiedzieć. Choć w sumie, po co mi ta wiedza, to tez nie wiem. Mleko sie wylało, skisło i śmierdzi. Nic juz nie bedzie takie samo. Moje zycie diametralnie sie zmieniło, nie jestem na to gotowa, ale nie bardzo mam wyjscie
To część procesu. Ja żyjąc razem z mężem byłam pewna, że mamy wspaniałe małżeństwo. Potem, że fatalne. Dziś, z perspektywy czasu widzę, że było po prostu różnie. Mieliśmy swoje dobre chwile i swoje problemy i trudności, które narosły tak, że wspólne życie stało się niemożliwe. Nie ma jednej przyczyny, jednej chwili. To się działo przez lata, narastało powoli, niezauważenie. Aż z dobrego małżeństwa staliśmy się małżenstwem chorującym.
W sumie nadal lubię to swoje chorujące małżeństwo, choć dziś nie mam z mężem kontaktu i nie zamierzam go mieć. Nazywam to "zdrowiejącym małżeństwem". Nawet jeśli tylko ja zdrowieję, to dużo: w końcu cała połowa małżeństwa staje się zdrowa
Jestem sama - w rozumieniu, że bez męża - ale nie jestem samotna. Bałam się takiego stanu, ale niepotrzebnie. Jest dobrze, a nawet szczęśliwie. Każdy dzień mnie cieszy, nawet gdy jest trudny.