Jak walczyć o małżeństwo kiedy mąż odpuścił

Powrót to dopiero początek trudnej drogi...

Moderator: Moderatorzy

contesempre
Posty: 154
Rejestracja: 08 sty 2020, 20:42
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Jak walczyć o małżeństwo kiedy mąż odpuścił

Post autor: contesempre » 27 sty 2021, 8:21

Lawendowa pisze:
26 sty 2021, 19:27
contesempre pisze:
26 sty 2021, 14:21
Będzie co będzie, ja już sie nie sprzeciwiam niczemu, biorę wszystko jak dostaję, nie oczekuję wymiany ne lepsze, nie zwracam bo coś mi się nie podoba. Widocznie Bóg ma dla mnie inny plan niż ja miałam, skoro prowadzi sprawę tak jak prowadzi. Uwierz wolałabym być w relacji małżeńskiej nadal niż przechodzić rozwód i rozpoczynać nową relację. Ale takie jest życie, mam się temu sprzeciwiać?
Contesempre, czy Ty naprawdę uważasz, że to Twoje wejście w nową relację to jest Boży plan ? :shock:
Nie ma tu emotki uderzania się dłonią w czoło a bardzo by pasowała. :lol:

Jestem zdumiona jak potraficie przekręcać wszystko pod siebie. Nie, nie uważam, ze wejście w nową relację to Boży plan ale uważam, ze nie jest Jego planem scalenie mojego małżeństwa.

contesempre
Posty: 154
Rejestracja: 08 sty 2020, 20:42
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Jak walczyć o małżeństwo kiedy mąż odpuścił

Post autor: contesempre » 27 sty 2021, 8:59

Pavel pisze:
26 sty 2021, 20:20

Moim celem (bo takowy istotnie jest, nie lubię pisać po próżnicy) jest skłonienie cię do refleksji. A co z niej wyjdzie - nie mój obszar Sprawczości i odpowiedzialności.
Ja mogę pokazywać swój punkt widzenia i ewentualne luki które widzę w tym co piszesz.
A ja mogę się z tym nie zgodzić i mieć odmienne zdanie co nie znaczy, ze jestem zła.

Skoro pamiętasz co ślubowałaś, co powoduje, że sama świadomie z przestrzegania jej rezygnujesz?
Ja rezygnuję? Czy mąż zrezygnował z małżeństwa ?
Mąż i jego postawa? Na pewno to jest wzorzec warty naśladowania i właściwy punkt odniesienia?
Tego nie powiedziałam i nie naśladuję

No to inaczej. A czy Ty, gdybyś był sam i poznałbyś kobietę, która od niemal 2 lat jest sama i czeka na papier z sądu bo mąż jej nie chce, gdybyś ją polubił i się w niej zauroczył, zakochał - czy można by o Tobie powiedzieć, ze jesteś nierozważny? Bo ulokowałeś uczucia w osobie, która przeszła lub przechodzi rozwód? Czy to definiuje Ciebie jako człowieka złego, niedojrzałego a tą kobietę dyskwalifikuje z wszelkiego życia towarzyskiego i pozbawia możliwości bycia szczęśliwą w związku? Ucina możliwość pozostania matką? Czy ta potoczna "wtopa na całe życie popełniona za młodu" - oznacza, ze już do konca życia ta kobieta ma być sama? Mimo, że pragnie ciepła, mimo, ze Ty ją kochasz?
oczywiście przykład mocno przekoloryzowany moją historią ale do rozważenia na poważnie, co Ty byś w takiej sytuacji zrobił, jak się czuł, co by to o Tobie świadczyło itp
Mam wrażenie, że przemawia przez ciebie strach, z pewnością gorycz. Nie tak to miało wyglądać. Pamiętam te uczucia.
Ja byłem w bardzo podobnej sytuacji Do tej którą opisujesz. Różnica jedynie taka, że ona nie chciała męża. Jak bym siebie określił?
Nierozważny, niedojrzały, egoistyczny z pewnością. Pełen dobrych chęci ale głupi, naiwny, nie mający pojęcia w co tak naprawdę się pakuje. Zły? Nie. To przesada.

Raczej kiepski kandydat. Chociaż...Pogubiony odpowiednio dla tak pogubionej kobiety z jaką się wtedy spotykałem. Ciągnie swój do swego. Tak też wynalazłem żonę.

No i widzisz, kolejny wielki misunderstanding[*nieporozumienie]. Ja piszę Ci jasny przekaz "A czy Ty, gdybyś był sam" a Ty piszesz mi, ze byłeś w podobnej sytuacji gdzie okazuje się, ze to zupełnie dwie różne sytuacje. Czyli nie jesteś w stanie postawić się na miejscu mężczyzny, z którym się spotykam bo Ty byłeś w trakcie kryzysu a on jest sam. Widzisz różnice? Jest znacząca! On nie określa siebie jako nierozważnego, on określa siebie jako dorosłego mężczyznę a mnie jako osobę, której nie wyszło w zyciu i nie widzi problemu w tym by się mną "zaopiekować" potocznie mówiąc. Nie przemawia przeze mnie gorycz, żaden strach. Nie boję się być sama, byłam i walczyłam jak lwica o moje małżeństwo a Sychar z czasem wydaje się być wybacz, ze to powiem i przepraszam, jeśli to kogoś urazi ale sektą. Mam księdza w rodzinie i nie pierze tak mózgu jak to forum kiedy tylko rzuciłam hasło o nowej relacji. Wcześniej omijano mój wątek, mało kto pisał do mnie priv i pytał co u mnie, dopiero jak napisałam, ze z kimś się spotykam to zawrzało. I przypomina mi się w tym miejscu podobna sytuacja w wątku Rose, która w wymianie zdań sycharowiczów została niezauważona przez dłuższy czas.

Czy myślisz, że ja nie miałem wątpliwości gdy wszystko wskazywało, że z mojego małżeństwa jest już sztucznie podtrzymywany przy życiu żywy trup?
Również się buntowałem, miałem ledwie 34 lata. I tak do końca życia już sam? Narozrabiałem i ja, ale konsekwencje były zdecydowanie niewspółmierne do przewin.
A czy w Twoim przypadku nie było tak, ze po porostu Twojej żonie nie udało sie z kowalskim, dlatego wróciła? Bo tak mi się coś kojarzy. Jak widzisz, mojemu mężowi z kowalską wyszło i to bardzo.

Chętna musiałaby być desperatką (czyli kłopoty) albo w podobnej sytuacji, ew. wdowa.
Normalna, dojrzała singielka, bez poważniejszych popaprań szuka jednak kawalera, bo taka opcja jak moja to wielki trud i nie trzeba być Einsteinem by na to wpaść. Bez tego pakietu związek kobiety i mężczyzny to baaardzo trudna sprawa.
Niby Sychar, niby miłosierdzie a tak walisz we wszystkich niesakramentalnych, że aż nie wiem gdzie oczy wsadzić ze wstydu. Dyskryminujesz wszystkich w związkach innych niż sakramentalne, depczesz ich a zapomniałeś, ze jeszcze kilka lat temu byłeś taki sam. Zapomniał wół...Nie można tak, nie można oceniać kogoś przez to, że związał się z rozwódką czy matką dwójki dzieci. Te osoby w niczym nie są gorsze a czasem zyją szczęśliwiej i bardziej po Bożemu niż małżonkowie. Ale ok, pójdźmy w druga stronę. Dziewczyna 18 lat, chłopak rok starszy. Ona zaszła w ciążę ale nie kochają się. Rodzice karzą sie hajtać. Biorą ślub ale po 2 latach stwierdzaja, ze kurde no nie kocham jej, nie kocham jego, ślub kościelny nam karze być razem ale nie, no nie chcemy oboje. I co w takiej sytuacji? Jest takich wiele. Czy to znaczy, ze Ci wszyscy młodzi ludzie z wtopą na całe życie mają już na zawsze żyć w przymusie z żoną/mężem pod strachem potępienia po rozwodzie ? Nie kłócę się, próbuję zrozumieć dlaczego tak nienawidzicie ludzi myślących inaczej i dalej wpieracie im swoje zdanie za ich. Czyli mi wasze za swoje własne...


W twoim przypadku jest nieco inaczej - nie masz dzieci. Jeśli masz przekonanie o nieważności swojego małżeństwa, gdy emocje już opadną, warto przynajmniej porozmawiać o tym z kompetentnym kapłanem.
I kolejne potwierdzenie, że NIE CZYTACIE MOICH WPISÓW. Czytacie tylko moje grzechy. A dlaczego tak uważam? Zachęcam do lektury poprzednich moich wpisów.


Nie jestem na twoim miejscu, ale gdybym miał doradzać - napisałbym - żadnych relacji z mężczyznami do czasu gdy nie uporządkujesz siebie, bałaganu w swoim życiu.
Bałagan w życiu posprzątany. Piszę to kolejny raz i napiszę to tyle razy, ile razy będzie mi ten bałagan zarzucany.
Jeśli będziesz chciała badać ważność swego małżeństwa,(odsyłam wyżej)czas do decyzji sądu zdecydowanie lepiej wykorzystać na pracę nad sobą. Poznać dobrze siebie, przeanalizować małżeństwo, naprawić dysfunkcje które wniosłaś w dorosłość. Pokochać siebie, zbudować relację z Panem Bogiem i zaufać mu. Bo wierzyć w niego - Wierzy i diabeł.
Jak celnie napisała Ruta - te Jego nauki, przykazania nie są po to by jak czegoś zabraniać, odbierać. One są po to by chronić nas przed nami samymi.
Kiedyś mężowi podziękuję, ze ochronił mnie przed nim samym tym, ze odszedł. Mam nadzieję.

Wtedy, jeśli decyzją sądu twoje małżeństwo zostanie uznane za nieważne - będziesz potrafiła wybrać odpowiedniego kandydata.
Będą stali w kolejce, dobrze rozumiem? Według jakich kryteriów mam wybierać? Rozwodników nie brać to już wiem i dzieciatych też nie. Jeszcze jakieś wytyczne?



Jeśli nie - z dużym prawdopodobieństwem odkryjesz, że twoje szczęście I wartość nie są ulokowane w żadnym mężczyźnie.
No, ale nie ma co wybiegać w przyszłość. Bez ogarnięcia przyczyn twoich Obecnych kłopotów, niechybnie wpakujesz się w kolejne. I to nie pesymizm, czarnowidztwo. Tak to po prostu działa.
Obecnie, nie mam żadnych kłopotów. Mąż odszedł, pogodziłam się z tym po pierwszej rozprawie, kiedy usłyszałam, że mnie nie kocha. No może nie w tym samym momencie ale pogodziłam sie.
A co tu sprzątać? Od niemal 2 lat małżeństwa nie ma, nie ma bliskości, nie ma miłości, czułości, pożycia, rozmów, zrozumienia, szacunku, zaufania - nie ma małżeństwa fizycznie. W głowie już posprzątałam a w sercu męża mam nadal i mieć będę jeszcze długo.
Wspomniałem powyżej co sprzątać.
Tu dorzucę coś od siebie, taką analogię.
W głowie wiem, że Bóg mnie kocha, że chce dla mnie jak najlepiej.
Również to, że jego przykazania nie są wybitnie trudne ani skomplikowane.
A jakoś ciągle nie przestaje grzeszyć.
Głowa to za mało, potrzeba jeszcze serca. I masę pracy, bo same dobre chęci to za mało.
Mi na sprzątanie bałaganu zapewne życia nie wystarczy.

Rozumiem, ze jeśli nie zostanie stwierdzone moje małżeństwo jako nieważne to mam żyć w celibacie do końca życia bo inaczej w serduszku będę miała bałagan i Bozia mnie nie będzie lubiła. Mocny przekaz. Tylko ja przez takiego durnia, jakim jest mój mąż, mam cierpieć do końca życia? Bo on nie był w stanie dopełnić obowiązków jakie na niego spadły w momencie złożenia przysięgi? Bo stwierdził, ze zamiast rozwiązać problem i ratować małżeństwo woli pójść na łatwiznę, to ja mam teraz do końca życia być sama pod strachem potępienia.

Zazdroszczę Ci, że jesteś dzis tu, w tym miejscu, z tym doświadczeniem i z takim statusem. Ja prawie rozwódka, licząca nadal na zwrot akcji ale nie układająca już scenariuszy pod siebie bo wiele razy się rozczarowałam. Zamiast mieć nadzieję, liczyć na happy end, biorę wszystko takie, jakie jest. A jest... jednoznacznie świadczące o tym, że za chwilę mój mąż zapomni o mnie całkowicie, zakładając rodzinę z kowalską.
Nie wiesz jak będzie, wiesz jak jest teraz, oczywiście widzisz też jakieś rokowania.
Ale co będzie za rok, dwa, pięć - nie wiesz.
A jeśli wiesz, to poproszę numery totka, przydadzą się ;)
Ja w swojej sytuacji co prawda pomogłem żonie wrócić, stworzyłem warunki.
Nie wystraszyłem jej później i nie przytłoczyłem żalem, pretensjami.
Nie dlatego, że ich nie było.
Dojrzałem, zmądrzałem. Wszystko dzięki Bogu, bo sam to tylko problemy potrafię robić.

Nie będę też czarował, miałem sporo szczęścia, którym było dość szybkie zderzenie fantazji żony z rzeczywistością.
Zauważyłem jednak przez te 5 lat w Sycharze i swoim otoczeniu, że nie tak wcale rzadko zdarzają się próby powrotów????, ich szanse, rozważania.
Ja tu wielu świadectw nie przeczytałam, wybacz.
Gdy furtka zamknięta, jest nowy partner, brak przepracowania, wybaczenia itd. te szanse przelatują niezauważenie lub ich widzieć nie chcemy.
Noo, to moja furtka zamknęła sie w październiku 2019 kiedy to mąż związał sie z kowalską. A ja nie mam kluczyka do niej ani nawet żadnego wytrycha, zeby ją otworzyć :roll:
Oczywiście bywa i tak, że przy największej otwartości i przepracowaniu współmałżonek błądzi do końca życia.
Ale jeśli nie zrobi się samemu swojej roboty, to nie ma punktu zaczepienia.
Gdybym się poddał, znalazł sobie kogoś...byłbym teraz gdzie indziej. W drodze do kotła ze smołą zapewne ;)

Jak to jest tak naprawdę? Wyznając to wszystko jesteście święci na codzień czy mówicie tu to co należy według nauki kościoła a poza forum żyjecie inaczej?

Bo ja na priv, codziennie, od kilku dni, dostaję przynajmniej jedną wiadomość o tym, że ktoś na forum próbuje zrobić mi wodę z mózgu karząc czekać na męża i piszą mi to osoby, będące na forum od x lat. :?: :?: :?:
Ostatnio zmieniony 28 sty 2021, 14:13 przez Pavel, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: Usunięto nieregulamiowy wers oraz dodano tłumaczenie

Ewuryca
Posty: 296
Rejestracja: 12 maja 2019, 17:29
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Jak walczyć o małżeństwo kiedy mąż odpuścił

Post autor: Ewuryca » 27 sty 2021, 10:39

contesempre.. Kiedy zakładałam swoje konto w Sycharze moim pierwszym pytaniem było czy jest ktos na forum kto jest około trzydziestki, nie ma dzieci i pozostał wierny współmałżonkowi który odszedł, niestety nie znalałam takiej osoby bo większosc osób tutaj ma dzieci. Próbowano mi też mówić ze wiek nie ma znaczenia, i czy mamy 30 czy 50 lat to odejście boli tak samo. Z kwestią bólu sie zgadzam ale jak dla mnie łatwiej pozostać samemu w wieku 50 lat z gromadką dzieci i wnuków niż 30 latce samej, bez nikogo. Więc chce tylko napisać że rozumiem co czujesz...

renta11
Posty: 614
Rejestracja: 05 lut 2017, 19:20
Płeć: Kobieta

Re: Jak walczyć o małżeństwo kiedy mąż odpuścił

Post autor: renta11 » 27 sty 2021, 22:55

Contesempre

Możesz robić co zechcesz, masz wolny wybór.
Ale nie twórz elaboratów na usprawiedliwienie. Napisz: KK twierdzi, że to grzech, że mi nie wolno, że.... A ja i tak wybieram tą drogę i tyle. Świadomie wybieram.

Ja nie wiem, jak to powinno wyglądać, czy życie z kimś innym w sytuacji ślubu sakramentalnego jest na prawdę takie złe, czy ten grzech jest taki straszny, czy Tata tak właśnie go oceni w tej konkretnej sytuacji i na przestrzeni całego życia? Tego nie wie nikt. Bo skoro Tata dopuścił list rozwodowy w przypadku nierządu, to chyba nie jest to nieodwołalne, ostateczne ?

I proszę o niepisanie tu elaboratów o tym, czego chce Tata, co mówi Biblia i jak interpretuje to KK. Dla mnie nie jest to wcale jasne, argumenty znam i nie lubię tłumaczenia, jak ja to powinnam rozumieć.

Ale jedno jest ważne. Jeśli tak chcesz zrobić, to weź za to odpowiedzialność sama przed sobą bez szukania usprawiedliwień i zakłamywania siebie.
św. Augustyn
"W zasadach jedność, w szczegółach wolność, we wszystkim miłosierdzie".

Bławatek
Posty: 546
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Jak walczyć o małżeństwo kiedy mąż odpuścił

Post autor: Bławatek » 28 sty 2021, 10:47

Contesempre, jeszcze raz przeczytałam Twój wątek - początkowe wpisy. Ja mam staż małżeński 10 lat - w tym rok bez męża. W sumie po 1,5 roku małżeństwa mieliśmy pierwszy poważny kryzys - mąż się wyprowadził, zostawił mnie samą z półrocznym dzieckiem bo jak stwierdził nie spełniłam się jako żona. Wtedy jego rodzina interweniowała i mąż wrócił, ale nie przepracowaliśmy kryzysu i konflikty narastały, przy czym ja uznałam, że mam tak skomplikowanego pod wieloma względami męża i starałam się go kochać ze wszystkimi wadami i zaletami, niestety mój mąż tak nie umiał, tzn. uznawał ciągle, że ja jednak nie spełniam jego oczekiwań, kropką nad i było bo nie chciałam iść na warsztaty jak być lepszą żoną. Oczywiście mój mąż u siebie żadnych wad nie widział i na moją sugestię, że pójdę jak on pójdzie na coś podobnego to usłyszałam, że on nie potrzebuje. Ja z różnych powodów nie wzięłam udziału w tych warsztatach i od tego momentu mój mąż tylko szukał dogodnej chwili na ewakuację.

Gdy po 9 latach małżeństwa mój mąż się odważył odejść to mój świat runął. Dlatego potrafię trochę w Twoją sytuację się wpisać. Jesteście młodym małżeństwem, dopiero budowaliście wspólne życie, rodzinę a tu taki kryzys.

Ostatnio od kolejnego księdza usłyszałam, że mój mąż jest bardzo niedojrzały, nie jest zbyt dobrym materiałem na męża. Że mogę w sądzie biskupim spróbować zbadać ważność zawarcia małżeństwa ze względu na jego niedojrzałość oraz brak świadomości czym jest małżeństwo, jaka powinna być rola męża i ojca. I w podobnym tonie mówiła mi adwokatka, terapeutka inni księża, a ja niewzruszenie twierdziłam, że mąż się zmieni. Mógłby się zmienić, ciężką swoją pracą, terapią, ale niestety on tego nie chce, nie widzi takiej potrzeby - na tą chwilę, a co będzie za jakiś czas tego ani ja ani on nie wiemy. Ma szanse się zmienić, tylko, że np. za parę lat ja już nie będę zainteresowana bo będzie mi dobrze samej z sobą. Kto wie może wtedy będzie próbował mnie na nowo zdobyć.

Pisałaś kiedyś, że mąż jest pod wpływem rodziców, może nie miał warunków do rozwoju i stania się dojrzałym, odpowiedzialnym więc myślę, że może też pod tym kątem mogłabyś o tym myśleć. Tym bardziej, że rozważasz wizytę w sądzie biskupim. Ale pamiętaj, że jak już się wypowie A, to potem jest B, C itd.

I to co Ci pisze Pavel i inni - masz wolną wolę i możesz na wzór męża zacząć się z kimś spotykać, tylko pytanie czy to będzie w dłuższej perspektywie dla Ciebie dobre.

Na koniec dopiszę jeszcze - znam przypadek gdy małżeństwo szybko się rozpadło - z winy żony, po czasie mąż znalazł inną osobę, z którą cywilnie się związał, a w międzyczasie w sądzie biskupim złożył wniosek o zbadanie czy jego małżeństwo było ważnie zawarte. Długo czekali na decyzję, sprawa się ciągnęła m.in. przez fakt, że był już w drugim związku i to cywilnie związany. Mimo, że żona sakramentalna za bardzo nie utrudniała, a on już kilka lat w "szczęściu" żył z nową partnerką.

Daj sobie czas i przestrzeń.

Pavel
Posty: 3500
Rejestracja: 03 sty 2017, 21:13
Jestem: już po kryzysie
Płeć: Mężczyzna

Re: Jak walczyć o małżeństwo kiedy mąż odpuścił

Post autor: Pavel » 28 sty 2021, 14:14

Znowu odpiszę dłużej, trochę się tego nazbierało.
Mam 26 lat i mam do końca życia liczyć na powrót męża. Błagam! To nie jest bunt, to nie jest wypieranie się Boga. Nie chce mi się już nawet czasem odpisywać kolejny raz tego samego w myśl powiedzenia "jak ktoś 10 razy nie zrozumiał to nie licz, ze za jedenastym pojmie".
Skoro to nie jest bunt, to jak byś to określiła?
Bo wg mnie, to nic innego jak bunt przeciw swojej sytuacji kontra nauka KK. Bunt oczywiście normalny i zrozumiały, ale bunt. Można to nazwać i niezgodą, ale na jedno wychodzi.
Bierzesz pod uwagę, że te powiedzenie może warto byś zastosowała/rozważyła odnośnie samej siebie?
Nie ma tu emotki uderzania się dłonią w czoło a bardzo by pasowała. :lol:

Jestem zdumiona jak potraficie przekręcać wszystko pod siebie. Nie, nie uważam, ze wejście w nową relację to Boży plan ale uważam, ze nie jest Jego planem scalenie mojego małżeństwa.
Bierzesz pod uwagę, że sposób w jaki to napisałaś skłania do takiego odbioru?
Ja to odebrałem podobnie jak Lawendowa.
Nie wiem jaki jest plan Boży, to już kwestia twojego rozeznania. Mam natomiast przekonanie graniczące z pewnością, że niekoniecznie jest to droga którą obrałaś. Dlaczego?
Bo jest sprzeczna z jego nauką.
A ja mogę się z tym nie zgodzić i mieć odmienne zdanie co nie znaczy, ze jestem zła.
Jasne, nawet nie pomyślałem przez sekundę takimi kategoriami.
Skoro pamiętasz co ślubowałaś, co powoduje, że sama świadomie z przestrzegania jej rezygnujesz?
Ja rezygnuję? Czy mąż zrezygnował z małżeństwa ?
Mąż i jego postawa? Na pewno to jest wzorzec warty naśladowania i właściwy punkt odniesienia?
Tego nie powiedziałam i nie naśladuję
Twój mąż na chwilę obecną zrezygnował. To prawda. Ty wchodząc w nową relację robisz ze swojej strony to samo. Niby zostawiasz furtkę i możliwość, ale jednak czyny mówią co innego. Nieco się dziwię, że tego rozdźwięku nie dostrzegasz. Czyli w jakiś sposób jednak naśladujesz. To, że nie robisz tego 1:1, nie zmienia tego faktu.
No i widzisz, kolejny wielki misunderstanding [nieporozumienie*]. Ja piszę Ci jasny przekaz "A czy Ty, gdybyś był sam" a Ty piszesz mi, ze byłeś w podobnej sytuacji gdzie okazuje się, ze to zupełnie dwie różne sytuacje. Czyli nie jesteś w stanie postawić się na miejscu mężczyzny, z którym się spotykam bo Ty byłeś w trakcie kryzysu a on jest sam. Widzisz różnice? Jest znacząca! On nie określa siebie jako nierozważnego, on określa siebie jako dorosłego mężczyznę a mnie jako osobę, której nie wyszło w zyciu i nie widzi problemu w tym by się mną "zaopiekować" potocznie mówiąc. Nie przemawia przeze mnie gorycz, żaden strach. Nie boję się być sama, byłam i walczyłam jak lwica o moje małżeństwo a Sychar z czasem wydaje się być wybacz, ze to powiem i przepraszam, jeśli to kogoś urazi ale sektą. Mam księdza w rodzinie i nie pierze tak mózgu jak to forum kiedy tylko rzuciłam hasło o nowej relacji. Wcześniej omijano mój wątek, mało kto pisał do mnie priv i pytał co u mnie, dopiero jak napisałam, ze z kimś się spotykam to zawrzało. I przypomina mi się w tym miejscu podobna sytuacja w wątku Rose, która w wymianie zdań sycharowiczów została niezauważona przez dłuższy czas.
Nie misunderstanding ;) przy okazji, na przyszłość proszę o tłumaczenie obcojęzycznych zwrotów/wyrazów.
Zrozumiałem dobrze i opisywałem sytuację nie z okresu małżeństwa i kryzysu, bo w trakcie jego nie miałem tego typu przygód, a sytuację z czasów gdy żony jeszcze nie znałem.

Bardzo bym się zdziwił, gdyby mężczyzna z którym się spotykasz określał się takimi słowami jak te którymi opisywałem siebie w analogicznej sytuacji. Raczej by przez to nie zapunktował ;) Określa się natomiast tak, że punktuje. Zrozumiałe z punktu widzenia osoby starającej się o czyjeś względy.
Co do księży i forum...mentalność akceptacji dla rozwodów i życia jak podpowiada współczesny świat jest powszechna na tyle, że uderza i w kapłanów.
My tutaj tworzymy wspólnotę małżeństwa broniącą. Pewnie bardziej radykalnie niż średnia ;)
Zupełnie mnie więc nie dziwi większy niż zazwyczaj odzew na treści kontrowersyjne z punktu Widzenia Sycharu i nauki KK.
Wątki takie treści poruszające są zawsze najbardziej aktywne i dynamiczne. Nic nowego, taka nasza ludzka natura.
A czy w Twoim przypadku nie było tak, ze po porostu Twojej żonie nie udało sie z kowalskim, dlatego wróciła? Bo tak mi się coś kojarzy. Jak widzisz, mojemu mężowi z kowalską wyszło i to bardzo.
Mojej żonie nie udało się z kowalskim dość szybko. Później jednak przez ponad pół roku było coraz gorzej, kac po kowalskim? Niezgoda na to? Nadzieja, że może gdy się mnie pozbędzie kowalski zmieni zdanie? Nie wiem, nie wnikam.
Z pewnością jednak aktywne bytowanie osoby trzeciej mocno utrudnia pojednanie.
Czy wyszło twemu mężowi i jak bardzo, to się dopiero okaże. Każdy miodowy miesiąc się kończy, każde zakochanie również.
Wady które twój mąż miał, postawa jaką wobec małżeństwa przyjął nie znikną z racji nowej relacji. Albo tylko zostaną, albo się namnożą. Oczywista oczywistość.
Niby Sychar, niby miłosierdzie a tak walisz we wszystkich niesakramentalnych, że aż nie wiem gdzie oczy wsadzić ze wstydu. Dyskryminujesz wszystkich w związkach innych niż sakramentalne, depczesz ich a zapomniałeś, ze jeszcze kilka lat temu byłeś taki sam. Zapomniał wół...Nie można tak, nie można oceniać kogoś przez to, że związał się z rozwódką czy matką dwójki dzieci. Te osoby w niczym nie są gorsze a czasem zyją szczęśliwiej i bardziej po Bożemu niż małżonkowie. Ale ok, pójdźmy w druga stronę. Dziewczyna 18 lat, chłopak rok starszy. Ona zaszła w ciążę ale nie kochają się. Rodzice karzą sie hajtać. Biorą ślub ale po 2 latach stwierdzaja, ze kurde no nie kocham jej, nie kocham jego, ślub kościelny nam karze być razem ale nie, no nie chcemy oboje. I co w takiej sytuacji? Jest takich wiele. Czy to znaczy, ze Ci wszyscy młodzi ludzie z wtopą na całe życie mają już na zawsze żyć w przymusie z żoną/mężem pod strachem potępienia po rozwodzie ? Nie kłócę się, próbuję zrozumieć dlaczego tak nienawidzicie ludzi myślących inaczej i dalej wpieracie im swoje zdanie za ich. Czyli mi wasze za swoje własne...
Bladego pojęcia nie mam skąd to wzięłaś, ale na wszelki wypadek wyprostuję i dodam coś ekstra.
Nie czuję nienawiści a nawet niechęci do ludzi którzy są w niesakramentalnych związkach. Wielu moich znajomych takie tworzy. Z różnych powodów. Jakoś z nimi rozmawiam i się spotykam ;)
Nie dyskryminuję a tym bardziej nie zapominam gdzie byłem w swoim życiu. Poczucie wyższości nie jest mi specjalnie bliskie (chociaż skłamałbym, że moja pycha i w tym obszarze wcale nie próbuje siać zamętu. Dość skutecznie jednak sobie z tym radzę. To, że zostałem w Sycharze po uratowaniu małżeństwa to jedno z narzędzi pomagających mi nie odfruwać zbyt wysoko).
Sytuację jako opisałaś, takiego małżeństwa, znam z autopsji - moja kuzynka tak ma.
I jej mówiłem to samo co piszę tobie, też była w relacji nieskaramentalnej. Relacja padła, bo szansa że nie padnie była znikoma.
A mówiłem jej: najpierw uporządkuj siebie, swoje życie, przeszłość, kwestie ważności małżeństwa, a dopiero wtedy myśl o nowej relacji. Inna kolejność to stanie w kolejce po kłopoty.
Nic to nie ma wspólnego z nienawiścią. To troska o bliźniego.
Nie każdy kto cię klepie po plecach jest twoim przyjacielem. Nie każdy również kto pisze/mówi coś nieprzyjemnego jest twoim wrogiem.
Ja, pisząc do ciebie już pierwszy post dotyczący tej nowej relacji, miałem świadomość, że twoje pozytywne nastawienie w moim kierunku zapewne przeskoczy na stronę odwrotną.
Nie jestem tu jednak po to by łechtać swoje ego, a by na ile potrafię pomagać.
I kolejne potwierdzenie, że NIE CZYTACIE MOICH WPISÓW. Czytacie tylko moje grzechy. A dlaczego tak uważam? Zachęcam do lektury poprzednich moich wpisów.
Czytam, po prostu nieprecyzyjnie się wyraziłem. Jak widać moja komunikacja wciąż wymaga pracy :)

Reszty komentować konkretnie nie będę, to takie ironie i kpiny w moim odbiorze.
Natomiast po raz kolejny chciałbym zwrócić twoją uwagę na to jak i w jakim kontekście odnosisz się do osoby męża, usprawiedliwiasz, motywujesz swoje decyzje.
On to on. Ty to ty. Każde z was ma własny obszar odpowiedzialności.

Mocno zgadzam się z wpisem renty, tak przy okazji.
"Bóg nie działa poza wolą człowieka i poza jego wysiłkiem.(...) Założenie, że jeśli się pomodlimy, to będzie dobrze, jest już wiarą w magię." ks. dr. Grzegorz Strzelczyk

Pavel
Posty: 3500
Rejestracja: 03 sty 2017, 21:13
Jestem: już po kryzysie
Płeć: Mężczyzna

Re: Jak walczyć o małżeństwo kiedy mąż odpuścił

Post autor: Pavel » 28 sty 2021, 14:20

Aha, jeszcze coś mi umknęło. Ludzie którzy do ciebie piszą privy. No cóż, nie każdy na forum wyznaje podobne zasady, nie jesteś jedyna która się wobec nich buntuje. Ja to doskonale rozumiem.
Chciałbym natomiast zwrócić uwagę, że ja się o swoich poglądach na ten temat nie wstydzę pisać publicznie. Oczywiście, aby była jasność, nie każdy taki post „szczerości” przeszedłby moderatorskie sito. Jesteśmy na konkretnym forum i mamy konkretny regulamin, którego staramy się pilnować.
"Bóg nie działa poza wolą człowieka i poza jego wysiłkiem.(...) Założenie, że jeśli się pomodlimy, to będzie dobrze, jest już wiarą w magię." ks. dr. Grzegorz Strzelczyk

Sarah
Posty: 182
Rejestracja: 01 maja 2020, 13:46
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Jak walczyć o małżeństwo kiedy mąż odpuścił

Post autor: Sarah » 28 sty 2021, 16:29

contesempre pisze:
27 sty 2021, 8:59
Bo ja na priv, codziennie, od kilku dni, dostaję przynajmniej jedną wiadomość o tym, że ktoś na forum próbuje zrobić mi wodę z mózgu karząc czekać na męża i piszą mi to osoby, będące na forum od x lat.
No cóż, to ja spróbuję napisać tu, zobaczymy czy opublikują. :) Oczywiście nie jesteś jedyną osobą na forum, która nie dochowuje celibatu po rozstaniu z małżonkiem sakramentalnym (tzn. jak zrozumiałam jeszcze dochowujesz...) Wiem o co najmniej dwóch takich osobach. Tak, jedna z nich to ja. Przypuszczam, że jest więcej, po prostu z nikim innym nie mam na tyle bliskiej relacji, żeby o tym wiedzieć. Wszyscy tu jesteśmy dorośli i musimy sami wziąć odpowiedzialność za swoje czyny i ich konsekwencje. Jakie jest w tej kwestii stanowisko Kościoła wiemy i nic tu nie da złoszczenie się, tupanie nogami i kłócenie się z innymi.
Nothing lasts forever
And we both know hearts can change
And it's hard to hold a candle
In the cold November rain...

Ruta
Posty: 1220
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Jak walczyć o małżeństwo kiedy mąż odpuścił

Post autor: Ruta » 28 sty 2021, 16:34

Contesempre,
Myślę o tym twoim pytaniu, jak to jest z moim życiem na codzień... Nie jestem święta. Raczej głupia. Gdy mój mąż zdecydował się opuścić małżeństwo, powiedział, że nie kocha, że wiara przestała być dla niego ważna, czułam się bardzo rozbita i zdezorientowana. I prawdę mówiąc największą ochotę miałam nie na kolejny związek, bo związki uznałam siłą rzeczy za przereklamowane i przynoszące ból i trudności - ale na niezobowiązujący romans, albo nawet parę romansów. Nie miałabym wtedy nic przeciwko, by były one równoczesne. I na parę całkiem udanych imprez. Albo przynajmniej bardzo hucznych.

Sądzę, że to bardzo dobrze że masz wątpliwości, pytasz, spierasz się - i nie dajesz sobie nic wcisnąć, nikomu, ze mną na czele. Sprawdzaj, myśl, doświadczaj. Długo myślałam o sobie, że ze mnie bardzo słaba wierząca - bo ja sprawdzam i kwestionuję wszystko. Odkąd mam lepszą relację z Bogiem, obawiałam się nawet, że Go tym swoim stałym sprawdzam obrażam, a może nawet, że w ten sposób grzeszę. Bardzo pomogła mi najnowsza książka Księdza Marka Dziewieckiego, Karykatury Chrześcijaństwa (polecam).

"Wolność krytycznego myślenia, wyrażania wątpliwości i szukania prawdy na swój niepowtarzalny sposób to kolejna cecha chrześcijaństwa, która świadczy o jego prawdziwości i wyjątkowości w stosunku do wszystkich innych religii. Dojrzały chrześcijanin nie boi się samodzielnego i krytycznego myślenia - do takiego myślenia jest wręcz zobowiązany."

Jak doszłam od tego momentu w życiu który opisałam wyżej - do postawy wierności małżeństwu z pełnym wewnętrznym przekonaniem, że to właśnie jest dla mnie dobre?

Mimo dużej chęci na romanse i imprezy, w ramach wyrównania bilansu małżeńskich krzywd, byłam mimo wszystko rozbita między tym, co zaleca w takich sytuacjach wiara - pozostanie w wierności małżonkowi, nawet gdy jest niewierny, gdy sam nie dotrzymuje przysięgi, gdy rani i krzywdzi, a tym co mówi świat świecki - że w takiej sytuacji najzdrowiej jest się rozejść, ułożyć sobie życie od nowa. Między lękiem przed samotnością przez resztę życia - a tego życia jeszcze sporo przede mną, przed tym, że nie będę mieć więcej dzieci, a bardzo bym chciała - a tym, że to co jest dla mnie ważne, rodzina, bliskość drugiego człowieka, bycie w relacji z mężczyzną, także sfera seksualna zycia, ale też poczucie, że mam o kogo się oprzeć, że jest człowiek, któremu mogę okazywać miłość, dzielić codzienność i dostawać od niego miłość - stanie się dla mnie niedostępne, gdy postąpię w zgodzie z moją wiarą z którą się identyfikowałam (choć w bardzo pokręcony sposób) - przede wszystkim z przysięgą, którą złożyłam szczerze i z dobrą wiarą.

Dla mnie od początku rozwiązanie świeckie było niedostępne. I niestety chciałabym powiedzieć, że to z powodu wiary. Ale tak wcale nie było. Właśnie z powodu upadków w wierze, moich licznych wątpliwości, miałam potrzebę, by czegoś się w życiu trzymać. I jedną z takich moich wewnętrznych zasad stało się dotrzymywanie danego słowa. Wpadłam na to jako dziecko, imponowało mi to. To pozwalało mi zachowywać szacunek do siebie w trudnych czasach, gdy nie miałam zbyt wielu powodów, by myśleć o sobie dobrze. Nie jest to dobra przyczyna, by trwać w wierności małżeńskiej. To bardzo kompulsywne. Ale, że nie miałam wtedy nic innego - to tego się trzymałam, żeby się nie rozsypać. Nie było w tym ani miłości do mnie, ani do męża, ani do Boga.

Wręcz przeciwnie, był we mnie bunt, że Bóg czegoś takiego wymaga. Szczerze mówiąc uważałam taki pomysł za porąbany. Wydawało mi się to okrutne, miałam wrażenie, że Bóg i w tym jest przeciwko mnie - i że Jego zasady są twarde, niezrozumiałe i krzywdzące. Równocześnie miałam zamiar dalej trwać w wierności, dla swoich własnych zasad - a raczej tej jednej - dotrzymywania danego słowa. Byłam gotowa dla tej zasady nawet działać przeciwko sobie i być w moim ówczesnym rozumieniu sytuacji - do końca życia nieszczęśliwa. Naprawdę uważałam, że moje dalsze życie będzie się opierać już tylko i wyłącznie na poczuciu niespełnienia, bólu, tęskoncie za dziećmi, których więcej mieć nie będę i samotności. Fatalna perspektywa.

W ramach buntu miałam oczywiście pomysł, by potraktować wszystko tak lekko jak mój mąż, któremu żaden grom na głowę nie spadał i wydawał się zadowolony. Dochodziły mnie słuchy, że ganiał to tu to tam, za różnymi paniami, choć formlanie, a raczej nieformalnie (bo w ukryciu przede mną) był już w "stałej" relacji. Jeździł z imprezy na imprezę. Wobec mnie miał jedynie agresję. Czułam się pozbawiona bliskości, czułości, uwagi - odarta ze wszystkiego, upokorzona. I wcale nie myślałam, by się z kimś związać. Raczej właśnie by sobie porandkować i poużywać życia, po ponad dziesięciu latach wierności "na nic". Tym bardziej, że wiele osób mnie do tego zachęcało. I byli na te randki nawet obiecujący i interesujący chętni. Odzywali się też mężczyźni z mojej przeszłości, tacy z którymi się kiedyś spotykałam i z których zrezygnowałam. Jak na zawołanie - myślisz i masz. A jednak był we mnie opór - odwołałam parę randek, zrezygnowałam z wyjazdu na którym spotkałabym się z mężczyzną z którym łączyło mnie kiedyś, we wczesnej młodości uczucie, i który bardzo się cieszył, że się spotkamy. To był szok nawet dla mnie - bo teoretycznie oboje i ja i ten mężczyzna byliśmy wolni, i nikogo bysmy nie skrzywdzili spotykając się czy wchodząc w relację. Nawet bliską. Wręcz przeciwnie zapewne przyczynilibyśmy się do szczęścia mojego męża, który ponieważ ja nie umiem i nie lubię kłamać, szybko wiedziałby o tej recji i zyskał podstawy do rozwodu z mojej winy. Nikt też by mnie nie potępił, po tym jak postąpił mój mąż.

Jak się domyślasz - życie w takim wewnętrznym rozdarciu było udręką. Do kryzysu małżeńskiego, kryzysu związanego z moim współuzależnieniem, z tym co wyrabiał w tamtym czasie mój mąż dołożył się więc mój wewnętrzny kryzys - nazwałabym go teraz kryzysem wartości. Wtedy nie umiałam go nazwać, bo głównie czułam lęk i ból, a raczej kompulsywną potrzebę uciekania przed tymi uczuciami. Wtedy w desperacji zaczęłam się modlić - trudno nazwać to nawet modlitwą. To była desperacka lamentacja. W dodatku absolutnie nie miałam nadziei, nawet cienia nadziei czy pomysłu, że mogę zostać wysłuchana. Miałam poczucie, że moje modlitwy trafiają w pustkę. Po różnych doświadczeniach mojego życia miałam pewność, że Bóg jest. Ale nie miałam z nim żadnej relacji. I w tamtym momencie mojego życia nie postrzegałam Go jako osoby, a już na pewno nie jako kochającą Osobę. Raczej jako osobę zupełnie obojętną. Taki Bóg, który stworzył świat, sporo rzeczy zrobił nie tak - i zostawił cały ten chaos i morze cierpienia. Zostawiając po sobie pustkę. I w tą pustkę - którą roboczo nazywałam "jeśli jesteś", mówiłam, a raczej krzyczałam o sobie, o tym co czuję, o swoim buncie, o tym, że mam do końca życia cierpieć i być sama, że jestem karana za to co zrobił mój mąż, za nie swoje decyzje, że kolejny raz konsekwencje cudzych wyborów spadają na mnie. Mówiłam też, że to głupota, ta wierność po opuszczeniu przez małżonka - i o jakim cudzołóstwie wtedy w ogóle mowa. A czasem nawet nie krzyczałam, bo nie miałam słów. Tylko płakałam. Że mam dość.

Ponieważ ciągle ktoś mi mówił o Nowennie Pompejańskiej, czułam się wręcz nagabywana - to wybrałam właśnie tą modlitwę. Wydawało mi się to łatwiejsze - że będę się modlić do Niej, do Maryi, a nie bezpośrednio do Boga, o którym jak już wspomniałam nie miałam najlepszego zdania. Więc to moje "jeśli jesteś" kierowałam nie tylko do Boga, ale głównie do Maryi, ale właśnie z tym zastrzeżeniem - "jeśli jesteś". Dałam sobie 10 dni próby. I postanowienie, że jak to nie zadziała - to zrezygnuję.

I stało się coś, czego kompletnie nie oczekiwałam. Zaczęłam być słuchana. I w ciągu tych dziesięciu dni zdarzyło się całkiem sporo różnych rzeczy, których kompletnie nie przewidziałam. Nie w moim wewnętrznym życiu, tylko w tym całkiem materialnym, codziennym, zwyczajnym. Wewnętrznie nadal byłam rozsypana. Ale zostałam w modlitwie. Dostałam zupełnie inne rzeczy niż prosiłam - ale to były te rzeczy, których potrzebowałam, by zacząć się zbierać.

Przegryzałam się i nadal przegryzam się przez pytanie po co - po co ta wierność, po co małżeństwo, po co przysięga. O co z tym chodzi. Co ja mam resztę życia robić. Trochę ci o tym napisałam w poprzednich - jak to obecnie widzę.

Ja jestem cholerny sceptyk i lubię się trzymać ziemi. Tej tutaj, materialnej. Interesuję się fizyką, nie teologią. Bardzo trudno jest być sceptykiem, gdy się modlisz i dostajesz odpowiedzi. Ale nie odpuszczam wewnętrznie - wszystko badam, wszystko kwestionuję. Czytam, rozmawiam z innymi o ich doświadczeniach, szukam alternatywnych wyjasnień. Taka jestem. Nie biorę niczego na wiarę. Potrzebuję rozumu.

Na dziś mogę powiedzieć tak: Jest możliwe rozwinięcie osobowej relacji z Bogiem. Także z Maryją. Możliwe jest doświadczenie Bożego prowadzenia. Możliwa jest wewnętrzna przemiana. Możliwe jest, że to, co trzeba by było leczyć latami terapii zabliźnia się w ciągu paru dni i przestaje boleć. Modlitwa ma ogromną moc, której nie potrafię wytłumaczyć - ale doświadczam jej zbawczych efektów. Nie mogę napisać nawet o połowie tego, co mi się dotąd zdarzyło - bo sama sobie w wiele rzeczy bym po prostu nie uwierzyła. I spotykam inne osoby, które opowiadają mi o swoich doświadczeniach. Czasewm jeszcze bardziej odjechanych niż moje. Wierzę im - nie dlatego, że coś mówią. Dlatego, że widzę jakie zmiany w nich zachodzą.

Więc od sceptycyzmu doszłam do postawy w której tęknię za Eucharystią. W której mam relację z Bogiem, i chęć poznawania Go. I relację z Maryją, której całym sercem ufam i czuję Jej prowadzenie, bo o nie proszę. W której nie chcę już wychodzić ze stanu Łaski Uświęcającej - i naprawdę czuję różnicę. W której dostrzegłam prawdę o sobie - i nie był i nadal nie jest to ładny obrazek. Staram się go zmienić. Nie lubię być nieuczciwa. Wiem jak po oszołomsku i niewiarygodnie to co napisałam może brzmieć. Ale tak właśnie jest.

Odkryłam też, że większość moich absolutnych autorytetów, ludzi, których szanuję za ich niesamowite umysły - czyli fizyków teoretycznych - zarówno żyjących obecnie, jak i w przeszłości, jest ludźmi wierzącymi. Głęboko wierzącymi w Boga. Było to dla mnie trudne odkrycie. Sądziłam całe lata, że wiara kłóci się z nauką i racjonalne rozumowanie wyklucza wiarę. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, skąd we mnie takie przekonanie i skąd ono się wzięło. Odkryłam, że przez parę tysięcy lat uważano dokładnie odwrotnie, że jeśli jakieś naukowe rozumowanie nie prowadzi do Boga - jest z pewnością fałszywe. Jak będziesz miała wolną chwilę - tu masz całkiem fajne wystąpienie dotyczące relacji kwestii nauki i wiary.

https://www.youtube.com/watch?v=c5Tp9xWNAe0&t=3s

Nadal jest we mnie potrzeba sprawdzania każdego doświadczenia. Jeszcze jeden cytat ze wspomnianej wyżej ksiązki, która mnie w takiej postawie upewniła - że nie robię tym nic złego:
"Warto wystrzegać się mylących zwrotów typu: kocham bliźnich, żyję w czystości, nie zabijam moich dzieci, dotrzymuję złożonej przeze mnie przysięgi, bo tak mi każe moja wiara. Może inne wyznania coś nakazują swoim wyznawcom. Natomiast wiara chrześcijańska nie każe nam niczego, z jednym wyjątkiem: Chrześcijaństwo - w odróżnieniu zresztą od wszystkich innych systemów religijnych - każe człowiekowi myśleć i dopiero w oparciu o mądre myślenie decydować się na określone zachowania".

Pozdrawiam cię serdecznie
- i z całego serca przepraszam, jeśli w jakikolwiek sposób odczułaś, że moim zamiarem jest wywrzeć na ciebie jakąkolwiek presję.

JolantaElżbieta
Posty: 663
Rejestracja: 14 wrz 2017, 8:03
Płeć: Kobieta

Re: Jak walczyć o małżeństwo kiedy mąż odpuścił

Post autor: JolantaElżbieta » 28 sty 2021, 18:08

Contresempre generalnie nie ma prawnego zakazu wchodzenia w związki niesakramentalne. Jest Jezus i Jego nauka - można się z nim pokłócić, ale odpowiedź z Jego strony będzie zawsze taka sama - jest w Ewangeliach. Można wybrać - albo żyję zgodnie z tym co On nam przekazał, albo żyję według swojego prawa. Wolna wola:-) Ale nie można wchodzić do cudzego samochodu i kazać mu jechać w swoją stronę - że się tak wyrażę przypowieścią :-)

Każdy w swoim sumieniu musi rozsądzić co wybiera - własne szczęście pojęte według zasad tego świata - z nadzieją, że jakoś się potem ugadam z Panem Bogiem na Sądzie, albo powierzenie Mu swojego życia i bycia szczęśliwym pomimo....:-)

Ja nawet jakoś rozumiem ludzi, którzy odrzucają Pana Boga i wybierają człowieka - ale dla mnie osobiście myśl, że świadomie mogłabym przekroczyć Boskie przykazania jest bolesna. :-(

Mirabelka1
Posty: 26
Rejestracja: 11 sty 2021, 20:23
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Jak walczyć o małżeństwo kiedy mąż odpuścił

Post autor: Mirabelka1 » 28 sty 2021, 20:16

Contesempre,
Tylko spokój może nas uratować. Mam dwadzieścia lat więcej niż Ty, ale dobrze Cię rozumiem, chociażby że względu na chęć posiadania dzieci. Instynkt macierzyński jest tak ogromny, że nie dziwię się , że chcesz być mamą.
Nie dziw się jednak przedmowcom. Namawiają Cię do wypelniania nauki Kościoła. Zgodnie z nasza wiarą jesli calkowicie zaufasz Bogu i bedziesz zyla zgodnie z Jego nauką, zaznasz szczescia. Wiem, ze chcialabys juz teraz.
Taka wiara jest bardzo trudna. To droga do świętości. Dlatego nie śmiałabym dyktować Ci, co masz robić. Na pewno warto się modlić.

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 10175
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Jak walczyć o małżeństwo kiedy mąż odpuścił

Post autor: Nirwanna » 28 sty 2021, 22:30

Ewuryca pisze:
27 sty 2021, 10:39
contesempre.. Kiedy zakładałam swoje konto w Sycharze moim pierwszym pytaniem było czy jest ktos na forum kto jest około trzydziestki, nie ma dzieci i pozostał wierny współmałżonkowi który odszedł, niestety nie znalałam takiej osoby bo większosc osób tutaj ma dzieci. Próbowano mi też mówić ze wiek nie ma znaczenia, i czy mamy 30 czy 50 lat to odejście boli tak samo. Z kwestią bólu sie zgadzam ale jak dla mnie łatwiej pozostać samemu w wieku 50 lat z gromadką dzieci i wnuków niż 30 latce samej, bez nikogo. Więc chce tylko napisać że rozumiem co czujesz...
Ewuryca, a 50 lat i bez dzieci i wnuków? ;-) Zwłaszcza że gdy zaczynał się kryzys to bylam w tym pierwszym przedziale ;-)
To akurat moja bajka, czyli mój "stan posiadania".
Wg mnie licytowanie się komu łatwiej - mija się z celem i daje ulgę na chwilę. Każdy ma krzyż na swoją miarę. I dopuszczone mu są też pokusy na jego miarę.

"Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje!" (Łk 9, 23)

"Pokusa nie nawiedziła was większa od tej, która zwykła nawiedzać ludzi. Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść, lecz zsyłając pokusę, równocześnie wskaże sposób jej pokonania abyście mogli przetrwać." (1 Kor 10, 13)

Pan Jezus nie mówi "musisz pójść za mną". Daje wolność i możliwość wyboru oraz konkretną pomoc przy wyborze Bożej drogi. Jednak jak każdy kochający mądrą miłością - nie zabiera konsekwencji wolnego wyboru. Każdego wyboru i każdych konsekwencji.
Tu na forum też nikomu wolnego wyboru nie zabieramy, dzielimy się doświadczeniem - osobistym i wspólnotowym. Tyle.



Zatem tak trochę a propos powyższego, a też w celu aby lepiej rozumieć posty, sygnalizuję iż:

"karzecie" pochodzi od czasownika w bezokoliczniku "karać"
"każecie" pochodzi od czasownika w bezokoliczniku "kazać"

Sądzę, że nikt tu nikogo raczej nie planuje karać, nikomu też nikt nic nie każe, jednak prawidłowe użycie tych form będzie sprzyjało lepszemu porozumieniu, jak sądzę.
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

Monti
Posty: 849
Rejestracja: 21 mar 2018, 18:14
Płeć: Mężczyzna

Re: Jak walczyć o małżeństwo kiedy mąż odpuścił

Post autor: Monti » 28 sty 2021, 23:03

Kiedyś miałem podobne rozterki jak Centesempre i pewien mądry członek Sycharu powiedział mi, żeby pytać siebie (i oczywiście Boga), w której sytuacji będę mógł bardziej kochać. Wbrew pozorom, odpowiedź często nie jest oczywista. Ostatecznie chodzi w życiu o miłość, a nie o te wszystkie reguły i zasady. Faryzeusze dbali o prawo, a Jezus jednak z jakichś powodów miał większą sympatię do celników.
Być może dlatego papież Franciszek w Amoris Laetitia każe nam rozeznawać i zastrzega, że nie każdy związek niesakramentalny oznacza automatycznie trwanie w grzechu ciężkim.
Ludzkie drogi bywają na tyle kręte i skomplikowane, że nie powinniśmy oceniać kogokolwiek, jeśli nie byliśmy w jego butach (a Contesempre jednak poczuła się oceniona). Nawet jeżeli nasze wybory okażą się w jakiś sposób niezgodne z nauczaniem Kościoła, a jednak postępujemy zgodnie ze swoim sumieniem, jak pisał ks. Tischner, trzeba odważnie nieść to przed oblicze Boga i wieść z Nim spór, wierząc, że Miłosierdzie przewyższa Sprawiedliwość.
"Niczego się nie wyrzekać, do niczego się nie przywiązywać"
Anthony de Mello

contesempre
Posty: 154
Rejestracja: 08 sty 2020, 20:42
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Jak walczyć o małżeństwo kiedy mąż odpuścił

Post autor: contesempre » 29 sty 2021, 9:23

Ruta pisze:
28 sty 2021, 16:34

Mimo dużej chęci na romanse i imprezy, w ramach wyrównania bilansu małżeńskich krzywd, byłam mimo wszystko rozbita między tym, co zaleca w takich sytuacjach wiara - pozostanie w wierności małżonkowi, nawet gdy jest niewierny, gdy sam nie dotrzymuje przysięgi, gdy rani i krzywdzi, a tym co mówi świat świecki - że w takiej sytuacji najzdrowiej jest się rozejść, ułożyć sobie życie od nowa.
Ja nie mam poczucia konieczności wyrównania jakiegoś bilansu, jak mam ochotę to idę na imprezę, dopóki nie było korony i mąż był w PL to spotykałam go na nich. A on biedny żuczek twierdzi, ze po mnie musiała go podnieść kowalska... za głęboko wchodzę, bo to wszystko było już pisane


Właśnie z powodu upadków w wierze, moich licznych wątpliwości, miałam potrzebę, by czegoś się w życiu trzymać. I jedną z takich moich wewnętrznych zasad stało się dotrzymywanie danego słowa. Wpadłam na to jako dziecko, imponowało mi to. To pozwalało mi zachowywać szacunek do siebie w trudnych czasach, gdy nie miałam zbyt wielu powodów, by myśleć o sobie dobrze.
Mi bardzo cieżko było myśleć o sobie dobrze i mieć do siebie szacunek po tym jak traktował mnie mąż i traktuje dalej i powiem to z pełną świadomością, dzięki temu mężczyźnie, z którym sie spotykam, odbudowuje to. Odbudowuje poczucie własnej wartości i szacunek do siebie, określam sztywne, nieprzekraczalne granice a przez przestrzeganie ich, rośnie poczucie mojej warości.


W ramach buntu miałam oczywiście pomysł, by potraktować wszystko tak lekko jak mój mąż, któremu żaden grom na głowę nie spadał i wydawał się zadowolony. Dochodziły mnie słuchy, że ganiał to tu to tam, za różnymi paniami, choć formlanie, a raczej nieformalnie (bo w ukryciu przede mną) był już w "stałej" relacji. Jeździł z imprezy na imprezę. Wobec mnie miał jedynie agresję. Czułam się pozbawiona bliskości, czułości, uwagi - odarta ze wszystkiego, upokorzona. I wcale nie myślałam, by się z kimś związać. Raczej właśnie by sobie porandkować i poużywać życia, po ponad dziesięciu latach wierności "na nic". Tym bardziej, że wiele osób mnie do tego zachęcało. I byli na te randki nawet obiecujący i interesujący chętni. Odzywali się też mężczyźni z mojej przeszłości, tacy z którymi się kiedyś spotykałam i z których zrezygnowałam. Jak na zawołanie - myślisz i masz.
Widzisz i tu jest różnica, bo ja nie mam czegoś takiego jak opisałaś wyżej, mój mąż za to miał. W weekendy bawił z kolegami, wyrywał co się da a w poniedziałek w pracy, na szaro, przypominał sobie, ze ma żone i wtedy płakał, ze on sobie nie radzi. W moim odbiorze radził sobie świetnie.

Nikt też by mnie nie potępił, po tym jak postąpił mój mąż.
Myślenie mojego męża :lol: :lol: :lol: ona pierwsza zaczęła więc jak ja teraz odwale to nikt nie bedzie miał mi za złe :x


Ponieważ ciągle ktoś mi mówił o Nowennie Pompejańskiej, czułam się wręcz nagabywana - to wybrałam właśnie tą modlitwę. Wydawało mi się to łatwiejsze - że będę się modlić do Niej, do Maryi, a nie bezpośrednio do Boga, o którym jak już wspomniałam nie miałam najlepszego zdania. Więc to moje "jeśli jesteś" kierowałam nie tylko do Boga, ale głównie do Maryi, ale właśnie z tym zastrzeżeniem - "jeśli jesteś". Dałam sobie 10 dni próby. I postanowienie, że jak to nie zadziała - to zrezygnuję.
Nowenne Pompejańską odmówiłam 2 razy, odmawiałam także Nowenne do Matki Boskiej rozwiązującej węzły, modliłam się egzorcyzmem małżeńskim, jeździłam na Jasną Górę się spowiadać i modlić za nas, zamówiłam mszę na 2 rocznicę ślubu, na której nie było męża ani nikogo z jego rodziny (katolickiej), napisałam nawet list do Papieża z prośbą o modlitwę w naszej intencji i dostałam odpowiedz o zapewnieniu takiej modlitwy. Modliłam się na wszelkie sposoby, wierszykami z katechizmu, własnymi słowami. Modlili się też moi bliscy. Dla mnie 10 dni to była pestka bo pragnęłam by on wrócił i nie ważne było co nawywijał. Chciałam go i nadal chcę ale on już wybrał i żadne modlitwy nie pomogą.

contesempre
Posty: 154
Rejestracja: 08 sty 2020, 20:42
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Jak walczyć o małżeństwo kiedy mąż odpuścił

Post autor: contesempre » 29 sty 2021, 9:38

Sarah pisze:
28 sty 2021, 16:29

Wszyscy tu jesteśmy dorośli i musimy sami wziąć odpowiedzialność za swoje czyny i ich konsekwencje. Jakie jest w tej kwestii stanowisko Kościoła wiemy i nic tu nie da złoszczenie się, tupanie nogami i kłócenie się z innymi.
Czy ja w jakiś sposób uciekam od odpowiedzialności? Poniosłam już konsekwencje nawiazania zbyt bliskiej relacji będąc w małżeństwie, jedną z nich jest odejście męża, z którym godzę sie w imię miłości do niego. Pozwoliłam mu odejść by nie niszczyć bardziej naszej relacji. Inaczej było by to strasznie destrukcyjne dla nas obojga, gdyby on pozostawał z kowalską jak do tej pory a ja nadal jak do pierwszej rozprawy bym sie przed nim płaszczyła by wrócił. Ego i tak już mu urosło do rangi "za wysokie". Nie złoszczę sie, nie tupię nogą, nie kłócę się z nikim - wyrażam swoje zdanie i może być inne niż reszty.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości