Moje pojmowanie wiary

Informacje lokalne, gdzie szukać pomocy...

Moderator: Moderatorzy

sajmon123
Posty: 197
Rejestracja: 16 lis 2020, 22:57
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Moje pojmowanie wiary

Post autor: sajmon123 » 14 sty 2021, 19:29

Chciałbym się podzielić jak ja po ponad 32 latach życia rozumiem wiarę, religię. Napewno nie jest to książkowe, może ktoś powiedzieć, że jest to niezgodne z naukami, ale ja tak to właśnie odbieram. Nie zamierzam nikogo tym obrazić, czy też ukierunkowywać. Może moje założenia są złe, ale chciałbym żeby ktoś mi to kiedyś tak wytłumaczył gdy chodziłem do podstawówki.

My ludzie jesteśmy indywidualistami. Wszystko chcemy sami. Dopóki nam wychodzi w życiu, Bóg zostaje gdzieś tam zapomniany, niepotrzebny. Jednak przychodzi moment w życiu każdego człowieka, kiedy ściana jest zbyt gruba i nie jesteśmy w stanie sami sobie z nią poradzić.

Tutaj przychodzi nam z pomocą Pan Bóg (Allah itp, nie ma znaczenia. To ten sam Bóg). Zaczynamy się modlić. Modlitwa to nic innego jak swego rodzaju umowa. Chcemy czegoś od Boga. Zdrowia, szczęścia, ratunku - wszystkiego czego w danym momencie potrzebujemy. Bóg to pomoże spełnić tylko musimy coś dać w zamian. Musimy żyć w zgodzie z jego naukami. Czym są zatem dla mnie te nauki? Bóg chce byśmy dążyli do ideału, którym on jest. Jest to życie według jakichś wartości, według zasad społecznych i moralnych (każda religia ma inne te zasady, ale zamysł jest ten sam). Wszystko co musimy robić jest opisane w Piśmie Świętym. Każda jedna przypowieść, każda jedna ewangelia mówi nam jak mamy postępować. Oczywiście trzeba to trochę dostosować do obecnych czasów. Zatem, spełnimy warunki umowy gdy: będziemy pokorni, cierpliwi, wyrozumiali, będziemy potrafić prawdziwie wybaczać, mądrze kochać, wyzbyć się pychy, agresji itd poprostu dążymy do tego by być idealnymi ludźmi według tych wyżej wymienionych norm. Bóg nie chce nas widzieć smutnych, zamartwiajacych się. Pozwala na błędy, tylko po to byśmy się z nich czegoś nauczyli i wrócili na tę dobrą drogę. Tak "podpisana" nasza umowa sprawia, że nie dzieją się cuda. My ludzie stając się życzliwym dla kogoś, ten ktos nam to odwzajemnia. Jeśli mamy pozytywne myślenie i szukamy we wszystkim szansy, to dzięki temu wszystko staje się łatwiejsze. Jeśli prosimy o zdrowie dla umierającego ojca (jak kiedyś w moim przypadku gdy jeszcze tego nie rozumiałem i obraziłem się na Boga), to modląc się, spełniając warunki naszej umowy, dostrzegamy, że nawet gdy ten ktoś umrze to nie ma to nic wspólnego z tym, że Bóg nam nie pomógł. Zabrał go do siebie gdzie jest mu lepiej. A czy Nam będzie lepiej? Jeśli zaakceptowaliśmy umowę, to szybko się z tym pogodzimy i będziemy żyć dalej wiedząc, że tak musiało być i my musimy dalej iść w stronę "świętości". Jeśli ktoś modli się o zdrowie dla siebie w chorobie, to staje się spokojniejszy, weselszy, bo wie, że cokolwiek się stanie to Bóg przyjmie go do siebie. Pozytywne myślenie sprawia, że nasza psychika działa cuda i możemy nagle zacząć zdrowieć. Nawet lekarze, których wielu jest ateistami, mówi, że najważniejsze to nie załamywać się tylko walczyć. Gdy mamy negatywne myśli, nie postępujemy zgodnie z normami społecznymi, psychicznymi itd to mówimy wtedy, że zły nas dopadł. To jest spirala, która ciągnie nas w dół, właśnie przez to, że dalej chcemy wszystko sami. Wpadając w jeden kłopot, ciągniemy za sobą lawinę. Prędzej czy później, nawet jeśli dalej myślimy, że wszystko jest w porządku to któregoś dnia może się popsuć, bo np kiedyś kogoś zraniliśmy i ten ktos się zemści, ukradliśmy i wyjdzie na jaw. Jeśli mówimy komuś, że go nie kochamy, że żałujemy, że z nim byliśmy i ciągle o tym myślimy to, to sprawia, że tak się dzieje. Modląc się, deklarujemy, że będziemy kochać. Wierzmy w to a wszystko wróci.

Dlatego dla mnie pojmowanie Religi, to nic innego, jak czerpanie ze wskazówek z Biblii i życie z pełną świadomością aby nie krzywdzić ani siebie ani innych. Okazując dobro to dobro do Nas wróci. Nastawiając się pozytywnie, możemy wszystko zmienić w dobro. Myśląc źle, to zło w nas zostanie.

Odnosząc to do kryzysów: kto chce nadal żyć z osobą, która sama siebie nie akceptuje, jest ponura, pozjadała wszelkie rozumy, nie potrafi przyznać się do błędu, wybaczyć, kochać itp itd
Zmieniając siebie razem z Bogiem i jego zasadami, stajemy się kimś komu warto zaufać, z kimś z kim można przeżyć resztę życia. Modląc się codziennie, przypominamy sobie o tych warunkach, które musimy spełnić.

Jeśli małżonek do Nas wróci czy jest to cud? W pewnym sensie tak, ale ten cud bardziej dotyczy nas samych niż tą drugą stronę. To my dzięki Bogu zmieniliśmy się na tyle, by ktoś dostrzegł w nas to dobro. Żyjąc dalej według tych wskazówek, druga osoba dzięki temu, również ma szansę wejść na tę drogę.

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 9858
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Moje pojmowanie wiary

Post autor: Nirwanna » 16 sty 2021, 20:45

Witaj, sajmonie,
Chwilkę się zastanawialiśmy w gronie moderatorów, czy Twój post puścić, jednak uznaliśmy że może warto pewne rzeczy ponazywać.
sajmon123 pisze:
14 sty 2021, 19:29
Chciałbym się podzielić jak ja po ponad 32 latach życia rozumiem wiarę, religię. Napewno nie jest to książkowe, może ktoś powiedzieć, że jest to niezgodne z naukami, ale ja tak to właśnie odbieram. Nie zamierzam nikogo tym obrazić, czy też ukierunkowywać. Może moje założenia są złe, ale chciałbym żeby ktoś mi to kiedyś tak wytłumaczył gdy chodziłem do podstawówki.
Na początek: założenie, że ja tak mam, tak rozumiem, tak przeżywam - jest ok. Nie musi być w związku z tym książkowe. To dobra postawa, fundament - do podzielenia się sobą. Wierzę też, że w swojej uświadomionej intencji nie chcesz nikogo obrazić, ani ukierunkowywać.
Jednak... no właśnie.

Forma gramatyczna "my" od razu przekreśla intencję dzielenia się, a włącza tryb "ukierunkowanie", a niestety też czasem tryb "rozłam".
Gdy mówię w formie "my", to generalnie tylko wtedy, gdy mam do tego mandat od jakiejś grupy (rodziny, zespołu, wspólnoty), i gdy na to co mówię, owa grupa ma zgodę i przeżywa to spójnie, podobnie. Wtedy jest ok.

W przeciwnym wypadku, czyli gdy nie cała grupa, w której imieniu mówię "my" - ma na to zgodę, albo jest po prostu bardzo różnorodna, a ja o tym nie wiem, to:
- może pociągnę za sobą niezdecydowanych, niekumających, zalęknionych, bojących się mieć własne zdanie, lub myślących podobnie jak ja,
- może też wkurzę, wystraszę, wprawię w niesmak lub obrażę tych, co mają inaczej,
- gdy obie grupy zwerbalizują swoje postawy - błyskawicznie ma szansę zrobić się piękny konflikt i/lub rozłam.

Ufam, że nie taka była Twoja intencja, ale poszło, więc po prostu zwracaj na to pilnie uwagę na przyszłość.

To dlatego w Twoim wątku nazwałam pozytywy związane z formą "ja". To dlatego na spotkaniach wspólnoty ta forma wypowiedzi "ja" obowiązuje i jest to pilnowane przez osobę prowadzącą spotkanie. I dlatego na forum też generalnie jest zachęta to dzielenia się doświadczeniem i świadectwem, a nie doradzania, oceniania czy prawienia kazań.

Idziemy dalej:
sajmon123 pisze:
14 sty 2021, 19:29
Tutaj przychodzi nam z pomocą Pan Bóg (Allah itp, nie ma znaczenia. To ten sam Bóg).
Jesteśmy na katolickim forum. Tutaj ma to znaczenie.
sajmon123 pisze:
14 sty 2021, 19:29
Zaczynamy się modlić. Modlitwa to nic innego jak swego rodzaju umowa. Chcemy czegoś od Boga. Zdrowia, szczęścia, ratunku - wszystkiego czego w danym momencie potrzebujemy. Bóg to pomoże spełnić tylko musimy coś dać w zamian. Musimy żyć w zgodzie z jego naukami. Czym są zatem dla mnie te nauki? Bóg chce byśmy dążyli do ideału, którym on jest. Jest to życie według jakichś wartości, według zasad społecznych i moralnych (każda religia ma inne te zasady, ale zamysł jest ten sam). Wszystko co musimy robić jest opisane w Piśmie Świętym. Każda jedna przypowieść, każda jedna ewangelia mówi nam jak mamy postępować. Oczywiście trzeba to trochę dostosować do obecnych czasów. Zatem, spełnimy warunki umowy gdy: będziemy pokorni, cierpliwi, wyrozumiali, będziemy potrafić prawdziwie wybaczać, mądrze kochać, wyzbyć się pychy, agresji itd poprostu dążymy do tego by być idealnymi ludźmi według tych wyżej wymienionych norm. Bóg nie chce nas widzieć smutnych, zamartwiajacych się. Pozwala na błędy, tylko po to byśmy się z nich czegoś nauczyli i wrócili na tę dobrą drogę.
Modlitwa jest relacją i rozmową, może mieć elementy umowy, ale umową nie jest. Bóg z kolei nie jest handlarzem, to fałszywy obraz Boga, nie handluje z nami, ani z Tobą ani ze mną "zdrowiem, szczęściem, ratunkiem" w zamian za modlitwę czy bycie cierpliwym i pokornym.
Bóg chce mojej i Twojej miłości (pierwsze przykazanie), a życie wg zasad moralnych ma wynikać z tej miłości. Jeśli fundamentem nie będzie miłość, błyskawicznie pójdę w faryzeizm.
Abstrahuję od faktu, że bycie cierpliwym i pokornym to nie moja własna praca nad sobą, a w zasadzie nie tylko, bo kluczowe jest tu otwarcie się na Bożą łaskę, na Jego dary, to o czym piszesz to owoce działania Ducha Świętego, ludzkim działaniem jest pozwolić Jemu działać. Inaczej mówiąc - sama nie mogę się zbawić, łaska Boża jest do zbawienia niezbędnie potrzebna. I moja współpraca z tą łaską.
sajmon123 pisze:
14 sty 2021, 19:29
Dlatego dla mnie pojmowanie Religi, to nic innego, jak czerpanie ze wskazówek z Biblii i życie z pełną świadomością aby nie krzywdzić ani siebie ani innych. Okazując dobro to dobro do Nas wróci. Nastawiając się pozytywnie, możemy wszystko zmienić w dobro. Myśląc źle, to zło w nas zostanie.
Niby ok, ale nie do końca. Nie krzywdzenie siebie i innych - tak, Bogu o to chodzi, ale to dużo za mało. Mam nie tylko nie krzywdzić. Mam kochać.
Okazując dobro, to dobro do mnie wróci - tak. Jednak czasem dopiero po śmierci. Na tej ziemi - nie zawsze. Dla przypomnienia i przejaskrawiając, najlepszym człowiekiem na ziemi był Pan Jezus, przeszedł przez życie dobrze czyniąc, umarł na krzyżu, opuszczony i zdradzony przez wielu bliskich mu ludzi. Gdy jeszcze nauczał mówił o braniu swojego krzyża i naśladowaniu Go. To samo na kartach Ewangelii mówi dziś.
Inaczej mówiąc - Boży zamysł na zbawienie moje, Twoje, każdego, nie jest prostym geszeftem i "okiem za oko". To tajemnica i zaproszenie do zaufania Mu, cokolwiek dziwnego, trudnego, krzywdzącego mnie spotyka. I oczywiście zaproszenie do rozeznania, do czego On mnie tu i teraz zaprasza.
Pozytywne (czy negatywne) myślenie nie ma tu nic do rzeczy, tłumaczy tylko część z pełnego spektrum rzeczywistości.

Pamiętam sama z własnego życia sytuacje, które na tamten moment odbierałam jako krzywdę, i naprawdę wtedy cierpiałam, natomiast po czasie okazało się, że były dla mnie dobrem, okazanym przez Boga wprost, lub za pośrednictwem innych ludzi.
Oczywiście zdarzały mi się też obiektywnie złe rzeczy, ale i z tego we współpracy z Bożą łaską może wyniknąć dobro. Może, nie musi. Kwestia przyjrzenia się na przykład, ile w tym obiektywnym złu, które mnie spotkało, jest mojej odpowiedzialności. Ale to na inną, oddzielną wypowiedź.

Tak trochę w celu uporządkowania, wiele rzeczy bardzo sensownie i celnie nazywa:
- audiobook ks. Marek Dziewiecki "Bóg vs cierpienie"
- audiobook i książka ks. Marek Dziewiecki "Karykatury chrześcijaństwa"
- audiobook i książka ks. Krzysztof Grzywocz "Patologia duchowości".

Bardzo polecam :-)
I pozdrawiam Cię serdecznie :-) ufając, że jesteś po prostu na pewnym etapie wzrostu ku świętości i na nim się nie zatrzymasz :-)
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

mare1966
Posty: 1391
Rejestracja: 04 lut 2017, 14:58
Płeć: Mężczyzna

Re: Moje pojmowanie wiary

Post autor: mare1966 » 21 mar 2021, 22:12

Ja myślę , że Sajmon po prostu podzielił się pewnymi swoimi przemyśleniami na temat ludzkich zachowań ,
i ubrał to w formę MY, bo też do ludzi się zalicza .
Kazania prawił śp.Piotr Pawlukiewicz i też posługiwał się formą MY,
choć listy po kościele św.Anny z upoważnieniem nie poszczał .
Zwracał się w formie "państwo" i wiedział, że ksiądz też człowiek .
Ludzkim językiem mówił .
Uważam , że "jedność myśli" może ograniczać , zamykać.
Nie jesteśmy stworzeni jednakowi , co łatwo zauważyć zewnętrznie
( trudniej uznać, że również wewnętrznie )

Ja osobiście widzę raczej korelację wiary i nauki.
Przykazania i nauczanie Jezusa , jak trochę pomyśleć , są zbieżne z zaleceniami
współczesnej psychologii.
Bóg wie jak człowiek działa bo go stworzył , a psychologia odkrywa tylko jak działa.
Materia jednak ta sama.

Owszem , ja ludzie jesteśmy interesowni ( ja jestem w każdym razie ).
Z tym , że ja ten "interes" rozumiem bardzo, bardzo szeroko .
Myślę jednak , że Bóg z nami handlu nijakiego nie prowadzi.:)

Uważam też, że nasza osobista wiara ewoluuje , zmienia się w czasie .
Faktem jest, że to trudności wnoszą w nasze życie konieczność wysiłku,
pracy , zaangażowania , zmiany w myśleniu , działaniu itd.
Są więc ( mogą być w każdym razie ) schodami do wzrostu ,
albo równią pochyłą w dół .
Schody się pokonuje .

Ja uważam , że takich osób ( trochę podobnie myślących ) jak Sajmon jest dużo
i to na tym polu Kościół powinien siać i zbierać żniwo.
Nawet ostatni rok całkowicie zmienił sytuację , gwałtownie przyspieszył pewne procesy .

Awatar użytkownika
ozeasz
Posty: 2065
Rejestracja: 29 sty 2017, 19:41
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Moje pojmowanie wiary

Post autor: ozeasz » 23 mar 2021, 2:12

sajmon123 pisze:
14 sty 2021, 19:29
Tutaj przychodzi nam z pomocą Pan Bóg (Allah itp, nie ma znaczenia. To ten sam Bóg).
Mimo wiary w cudowność poczęcia Jezusa i narodzin, muzułmanie odrzucają Jego boskość. Według muzułmańskiego credo Jezus był wprawdzie wielkim prorokiem, stojącym nawet tuż za Mahometem (6,83-87), ale pozostał „tylko” człowiekiem. Uznanie boskości Jezusa byłoby dla muzułmanów wykroczeniem przeciw islamskiemu monoteizmowi, który chrześcijański dogmat o Trójcy Świętej uważa za rodzaj politeizmu (4,171; 5,17; 5,72-77). Po drugie, muzułmanie odrzucają fakt ukrzyżowania Jezusa i jego zmartwychwstanie (4,157-158). Ponieważ w islamie nie uznaje się koncepcji grzechu pierworodnego, nie ma konieczności złożenia ofiary za grzechy całej ludzkości – a tym samym potrzeby krzyżowej śmierci Jezusa i jego zmartwychwstania. W soteriologii muzułmańskiej nikt nie może złożyć ofiary za zbawienia drugiego człowieka, ani Jezus, ani nawet Mahomet.

W związku z powyższym myślę, że kolosalne znaczenie ma to, kogo uznaję za Boga, z tego bowiem wynika cała reszta..
Miłości bez Krzyża nie znajdziecie , a Krzyża bez Miłości nie uniesiecie . Jan Paweł II

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość