I co teraz?

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

mare1966
Posty: 1155
Rejestracja: 04 lut 2017, 14:58
Płeć: Mężczyzna

Re: I co teraz?

Post autor: mare1966 » 07 maja 2018, 7:44

Smutek ,
skoro tak , to czy on musi "podejmować jakąś decyzję" ,
głównie w kwestii tej wyprowadzki ?

Komu ta zmiana ( ewentualna ) jest potrzebna
i co miałaby polepszyć , dawać - jemu i tobie ?
( odpowiedz sobie lub nam jak chcesz )


Załóżmy , że się wyprowadza .
Na ile zmieni to twoją sytuację ?

Smutek
Posty: 293
Rejestracja: 18 lut 2018, 7:29
Płeć: Kobieta

Re: I co teraz?

Post autor: Smutek » 07 maja 2018, 7:50

Wiem Jacku.
Tylko ta huśtawka... raz myślę, że zrobiłam już wszystko co się dało i teraz wola Boga, niech się dzieje, a za chwilę pojawia się strach i głupie myśli "po co to ruszałaś, a może już powoli by coś drgnęło". Zwariować można.

Pantop
Posty: 1502
Rejestracja: 19 lis 2017, 20:50
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: I co teraz?

Post autor: Pantop » 07 maja 2018, 8:50

Do: Smutek

Co chcesz?
To naturalna funkcja umysłu aby dostarczać możliwie jak największą ilość dostępnych rozwiązań.
Czyni to, gdy sytuacja jest patowa.
Czyni to kiedy sytuacja jest beznadziejna.
Krótko pisząc - czyni to bez względu na okoliczności.
Po to jest.
ALE
Żeby nie było za łatwo, do tego wszystkiego chętnie i naturalnie przyłączają się emocje.

I zaczyna się jazda.
Ostatecznie od Ciebie zależy czy będzie to roller coaster (kolejka górska w wesołym miasteczku) czy melex (autko na prąd).

I życzę aby Smutek przeobraził się w Krynicę Radości.

Smutek
Posty: 293
Rejestracja: 18 lut 2018, 7:29
Płeć: Kobieta

Re: I co teraz?

Post autor: Smutek » 07 maja 2018, 10:35

Pantop jeśli wszystko się kiedyś dobrze skończy to chętnie zmienię nicka 🙂
Na razie Smutek mam ochotę zmienić na Totalna Rozwałka...

Smutek
Posty: 293
Rejestracja: 18 lut 2018, 7:29
Płeć: Kobieta

Re: I co teraz?

Post autor: Smutek » 07 maja 2018, 11:13

mare1966
Co wyprowadzka da mnie... najpierw łzy i czarną dziurę, po czasie myślę, że dojdę jakoś do siebie i będę musiała się pozbierać do kupy i żyć.
Co da jemu? Jest szansa, że zatęskni, choć to paradoksalnie brzmi, skoro nie kocha. Jest szansa, że nie będzie tak kolorowo jak może sobie wyobraża i zobaczy co stracił. Istnieje jednak też taka możliwość, że po okrzepnięciu taki stan mu się spodoba a przepaść między nami jeszcze się pogłębi i po prostu wniesie sprawę o rozwód, bo będzie chciał układać sobie życie sam.
Z tego co widzę jest trochę zaskoczony i roztrzęsiony i zwraca się do mnie z większym, może nie szacunkiem, ale grzeczniej, jeśli chodzi o ton i słownictwo.
Nie wiem czemu upieram się, żeby to on podjął decyzję... może dlatego, że zawsze zwalał to na kogoś, żeby móc powiedzieć "ja jestem w porządku, to przecież on, ona..." Nie rozumie nawet tego, że właściwie decyzję już podjął, bo nie chce naszego małżeństwa...

Camilaa
Posty: 665
Rejestracja: 19 sty 2018, 20:54
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: I co teraz?

Post autor: Camilaa » 07 maja 2018, 13:24

Smutek pisze:
07 maja 2018, 11:13
....Jest szansa, że zatęskni, choć to paradoksalnie brzmi, skoro nie kocha...
Z tego co widzę jest trochę zaskoczony i roztrzęsiony i zwraca się do mnie z większym, może nie szacunkiem, ale grzeczniej, jeśli chodzi o ton i słownictwo.
Nie mozemy liczyc ze zateskni twój czy moj mąż, który tez się wyprowadza, ale jak inaczej odzyskac wlaśnie szacunek jak nie stawianem granic i wymagań... moze oni musza poczuc ze w jakiś sposob to będzie ich odpowiedzialnosc za czyny
a my nie zgadzamy sie na krzywde i liczymy sie z konsekwencjami jakimi moze byc odejście mężów skoro nie beda chcieli dorosnac przy takich wymaganiach
I nie chodzi tu o zmuszanie do niczego tylko jak trwać przy zdradzie? Moim zdaniem nie mozna
Skoro nic to nie daje a u mnie nie daje to ja jakby przyzwalam na to.

Smutek
Posty: 293
Rejestracja: 18 lut 2018, 7:29
Płeć: Kobieta

Re: I co teraz?

Post autor: Smutek » 07 maja 2018, 14:43

Camilaa, mój mąż twierdzi, że to nie zdrada, tylko głupie żarty, a jednocześnie chowa się z tym po kątach. Więc co to za żarty, które musisz ukywać i to jeszcze przed żoną, której nie kochasz...

mare1966
Posty: 1155
Rejestracja: 04 lut 2017, 14:58
Płeć: Mężczyzna

Re: I co teraz?

Post autor: mare1966 » 07 maja 2018, 17:15

Ja bym nie nalegał
na jakąkolwiek jego decyzję .

Po prostu żył choćby zupełnie obok .
A przecież aż tak źle nie jest .
A on i tak zrobi co zechce i kiedy zechce .
Utrzymywać na ile można dobre stosunki i tyle .
I zająć się własną organizacją życia .
On - niech się sam upora z sobą .

----------------------------------------

Camilaa ,
każda sytuacja jest z reguły nieco inna .
Każdą należy rozpatrywać indywidualnie .

Smutek
Posty: 293
Rejestracja: 18 lut 2018, 7:29
Płeć: Kobieta

Re: I co teraz?

Post autor: Smutek » 07 maja 2018, 19:26

mare1966
Na razie jest bardzo grzeczny dla mnie. Do tematu nie wracamy. Skończył dziś swój samochód, teraz jeszcze mój gracik i...
Do matki swojej zadzwonił zaraz po awanturze i usłyszałam, że się wyprowadzi, już ostatecznie. Tak przynajmniej do niej mówił. To samo do siostry, że uczucia się wypaliły i nic już nie ma.
Rodzina go oczywiście znów przyjmie i nawet nie mam o to żalu do nich, wiadomo syn, brat, chociaż na początku kryzysu byli twardsi.
Myślę, że przed wyprowadzką przyjdzie do mnie jeszcze raz i zapyta czy jestem tego pewna...a może już nie przyjdzie...
Jak napisałeś, zrobi już teraz co zechce, a ja MUSZĘ zabrać się za siebie.

mare1966
Posty: 1155
Rejestracja: 04 lut 2017, 14:58
Płeć: Mężczyzna

Re: I co teraz?

Post autor: mare1966 » 08 maja 2018, 9:33

Jego miejsce jest przy żonie . Tyle .

Czego niby masz być pewna ?
Przecież go nie wyganiasz .
Jego decyzja - jego odpowiedzialność za nią , w całości .
Ty jesteś ( jak jesteś ) przeciwna .
Ile razy można to wałkować ?

-------------------------------------------------
Ani on z nimi , ani oni z nim
długo nie wytrzymają .
( tak sądzę )

rak
Posty: 948
Rejestracja: 30 wrz 2017, 13:41
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: I co teraz?

Post autor: rak » 08 maja 2018, 11:58

Witaj Marylko,
Tak myślałem, czy jest sens odpisywać, ale ponownie myślę, że ma to spore odniesienie do autorki wątku, więc doprecyzuję o co mi chodziło i z czego to mi się wzięło...

Na początku może ponownie, mimo, że mogę mieć inne zdanie niż Ty, naprawdę szanuję ilość Twojej pracy, cierpienia i osiągnięcie, które doprowadziły gdzie jesteś teraz, ale ponownie uważam, że jednak to nie jest koniec tej drogi...
Żeby nie być gołosownym, sam w swoim kryzysie też stosuje niektóre mechanizmy, które opisywałaś u siebie, na przykład teraz to żona napiera u nas na zawieszenie separacji (którą sama wymusiła), a ja uważam po prostu, że nie jesteśmy na to jeszcze gotowi i b. zgadzam się jak to kiedyś opisałaś, że dom to nie hotel, z ktorego się wychodzi i wchodzi ponownie, kiedy się tylko chce ...
Pisząc to dla mnie (a z wpisów innych myślę, że nie tylko) z Twoich postów przebija olbrzymi gniew (za to jaka bylaś kiedyś, generalnie jacy są mężczyźni, itd ...). Pod gniewem, czai się zazwyczaj olbrzymie zranienie i lęk przed jego powtórzeniem.
I teraz strzelam trochę, ale z Tego co piszesz wydaje mi, że przed Waszym kryzysem grałaś taką rolę wolontariusza (oddawałas się cała mężowi bez żadnych własnych wymagań, w pracy pomagałaś innym ludziom stanąć na nogi, itd...). Obok olbrzymich społecznych korzyści dzięki pracom wolontariuszy, są oni często sporym zagrożeniem dla samych siebie. Potrzeba służenia innym, spowodowana jest zazwyczaj niskim poczuciem własnej wartości, poprzez pomaganie podnosimy swoje własne samopoczucie i zaskarbiamy sobie przychylność innych. Dużym zagrożeniem tutaj jest rosnąca zależność od tego sposobu „wzrastania” i również oczekiwanie bezwzględnej lojalności za cały swój włożony wysiłek... Te oczekiwanie lojalnoślności leżące u podstaw relacji społecznych zostaje brutalnie zmiażdżone w czasie zdrady najbliższej osoby w życiu, której się służy znacznie więcej niż innym, ale też oczekuje się od niej znacznie więcej.... Szok jest olbrzymi, potrzeba odcięcia się zarówno fizycznego, jak i mentalnego olbrzymia, całkiem naturalna i postępująca, następuja swoista transformacja ... Z wolontariusza na lidera, który chce pokazać, że teraz on ma kontrolę, wyznacza i egzekwuje zasady, sam prowadzi inne kobiety na barykady z męską niewiernością, itd...
Jednak dalej jest to podszyte męczącą pracą w niekończące udowadnianie, że jestem coś warta, podpieraniem się wykonanymi czynnościami (skończone 12 kroków, skuteczne spacyfikowanie męża, pokazanie mu jego błędów, wymuszenie jego rozwoju). Rzeczy które są generalnie pozytywne, ale ciągle służą podwyższeniu wartości, z którą przed i po nie było kontaktu, więc musiała być doładowywana... Zrozumiały jest tutaj też olbrzymi strach przed powtórką i ciągłe podkreślanie znaczenia szacunku i wierności.
Połączone z perfekcjonizmem jest obszarem niekończącej i męczącej pracy, a dodatkowo nie daje prawa do gnieu, który kipi pod tym przykryciem woli mimo wydawałoby się szczęśliwego życia...
To oczywiście moje wrażenia z kilku Twoich wpisów i w szczerze przyznaję, że mogę się w pełni mylić.

Ale to też dlatego napisałem Smutkowi, żeby nie rezygnowała teraz w pełni ze swojego matkowania, bo po pierwsze o ile logiczne jest, że czuje teraz potrzebę, żeby zmienić charakter jej więzi o tyle to jest proces, więc trochę potrwa (a sam fakt, że tworzy to jakieś spoiwo z mężem to szkoda to w czasie kryzysu zrywać), a po drugie to daje jej możliwość zaobserwowania swoich potrzeb z których to matkowanie wynika, sama zmiana procesu postępowania ich nie zmieni i będą się ciągnęły za nią dalej. Tak też rozumiem, że nasza zmiana może pociągnąć zmianę partnera, niekoniecznie to że zmienimy sposób postępowania na czas kryzysu (bo to jest manipulacja), ale potrzeby z którego to wynikało i wartości jakimi się kierujemy (bo to zazwyczaj daje trwałe rezultaty).

i teraz powróćmy może do wypowiedzi:
marylka pisze:
05 maja 2018, 14:31
...I ja w swojej wolności NIE GODZĘ SIĘ NA TO, żeby on nie okazywał mi szacunku, który dla mnie oznacza wspieranie mnie w prowadzeniu domu i wierności i lojalności jako żonie....
Bo 15 lat temu ślubowaliśmy sobie i ustaliliśmy w ten sposób model wspólnego życia. Jeżeli go złamie -ja nie jestem w stanie z nim mieszkać i z nim być/żyć, bo to jest moja granica...
Ślubowaliście sobie miłość, wierność i uczciwość. Z powyższej trójki wierność i uczciwość mają dla mnie wartość obronną, po prostu mają chronić miłość przed zepsuciem, grzechem, wchodzeniem osób trzecich, itd... Najważniejsza jednak jest miłość, rozumiana jako służba drugiej osobie nie dla jej zalet, ale przede wszystkim wbrew jej wadom. Jeśli celem każdego człowieka jest dążeniem do świętości, to po zawarciu sakramentu małżeństwa celem jest doprowadzenie do świętości dwójki małżonków, ile by to nie kosztowało trudu i wyrzeczeń, włączając w to również zaparcie się siebie... I teraz jeśli ochrona siebie (swojego szacunku, godności) przyczynia się do tej drogi to nic temu nie można zarzucić, jeśli zaś staje się celem samym w sobie, to jest to moim zdaniem b. groźny mechanizm, a nawet skarłowacenie pierwotnej przysięgi.

Rozumiem potrzebę ochrony samego siebie i wiem, że możemy nie możemy znieść więcej niż jesteśmy w stanie na dany moment. Nie zgadzam się natomiast z poniższym:
marylka pisze:
05 maja 2018, 14:31
Oczywiście wiąże się to z tym, że może być, że nie będziemy razem. Ale to jest wybór i decyzja MĘŻA a nie moja.
Czy oznacza to, że ja złamałam przysięgę?
...
Dlatego niesłusznie raku piszesz, że nie mogę żądać od męża szacunku.
Mogę żądać i mam prawo w swojej wolności.
...
Jeśli mąż ponownie Cię zdradzi (a strach przed tym przebija trochę w Twoich postach, co jest też zrozumiałe), a dalej będzie chciał żyć razem to będzie Twoją decyzją, a nie jego, żeby jednak żyć osobno. On złamał swoją przysięgę jasne (nie ma się z czym kłócić), ale to dla Ciebie, Twojej dumy i godności byłoby to zbyt ciężkie, żeby kontynuować ten związek.
Możesz tego żądać i w swojej wolności masz do tego prawo, jeśli to jest naprawdę Twoja granica, czyli na dzień dzisiejszy musić dalej bronić siebie w ten sposób, ale tak naprawdę świadczy to raczej o Twojej zależności od szacunku od męża (jego wierności) i uzależnieniu swojej miłości od niego, co też nie było treścią Twojego ślubowania. Przysięgałaś podobnie jak ja miłość bezwarunkową, więc na zasłanianie się teraz jakimiś wzajemnymi zobowiązaniami jest już trochę za późno...

Uff ;)
Nieważne jest, gdzie jesteś, ale wszędzie tam, gdzie przyjdzie ci się znaleźć, ważne jest, jak żyjesz - Henri J.M.Nouwen

marylka
Posty: 742
Rejestracja: 30 sty 2017, 17:01
Jestem: szczęśliwą żoną
Płeć: Kobieta

Re: I co teraz?

Post autor: marylka » 08 maja 2018, 13:20

Dziękuję rak :)
Wydaje mi się, że każdy raz zdradzony już będzie miał gdzieś z tyłu głowy, że to się może powtórzyć. Ja to też mam. Mam jednak zasadę - żyję TU i TERAZ. DZISIAJ jestem z mężem jesteśmy szczęśliwi, kochamy się i szanujemy a nasza rodzina jest cała.
Co będzie jutro?
Kto to wie?
Ja też nie wiem. Dbamy wspólnie o nasz związek i dzieci. Cieszę się, że dałam nam szansę, wiele w sobie musiałam przełamać. Właściwie to głównie miłość do dzieci mnie motywowała do tego, żebyśmy byli znowu razem.
A odnośnie jutra......mam taką myśł, że skoro sobie raz poradziłam to i drugi raz sobie poradzę.
Dzisiaj jestem inną osoba niż wtedy. Dużo masz racji w tym jaką byłam. Zresztą - pisałam o tym też sama. Dzisiaj już nie jestem taka zagubiona. Zbudowałam swój świat, mam przyjaciół i nie jestem sama.
Dlaczego nie chcesz jeszcze powrotu żony jeśli mogę zapytać? Z tego co zrozumiałam - to teraz Twoja decyzja.

Smutek
Posty: 293
Rejestracja: 18 lut 2018, 7:29
Płeć: Kobieta

Re: I co teraz?

Post autor: Smutek » 08 maja 2018, 13:39

mare1966
Dziękuję Ci, że mnie przystopowałeś trochę. Poważnie. Rozwałkowałam to jak pizzę na cienkim cieście, aż się ciasto skończyło a ja dalej wałkuję po stole 🙂

rak
Mechanizm matkowania muszę koniecznie przepracować sama ze sobą 🙂

marylka
Posty: 742
Rejestracja: 30 sty 2017, 17:01
Jestem: szczęśliwą żoną
Płeć: Kobieta

Re: I co teraz?

Post autor: marylka » 08 maja 2018, 14:36

rak pisze:
08 maja 2018, 11:58
Możesz tego żądać i w swojej wolności masz do tego prawo, jeśli to jest naprawdę Twoja granica, czyli na dzień dzisiejszy musić dalej bronić siebie w ten sposób, ale tak naprawdę świadczy to raczej o Twojej zależności od szacunku od męża (jego wierności) i uzależnieniu swojej miłości od niego, co też nie było treścią Twojego ślubowania. Przysięgałaś podobnie jak ja miłość bezwarunkową, więc na zasłanianie się teraz jakimiś wzajemnymi zobowiązaniami jest już trochę za późno...
Jeszcze dodam....
Ewentualna zdrada męża NIE ŚWIADCZY O TYM, CZY GO BĘDĘ SZANOWAĆ CZY NIE.
TAK SAMO Z MIŁOŚCIĄ. Zdrada nie spowoduje, że go przestanę kochać i szanować.
I to nie dlatego, że przysięgałam. Dlatego, że mąż to najbliższa osoba mi na ziemi, którą wspieram, która mnie wspiera - nawzajem siebie chronimy i mamy chęć do dalszego życia i pracy nad soba. I ja zrobię WSZYSTKO co po ludzku możliwe, żeby żył w wolności. A nie tkwił w nałogach.
Jeśli chodzi o metody - proponuję niech każdy pozostanie przy swoich słusznych pewnie sprawdzonych.
I jeszcze jedno.....uważam, że Przysięga małżeńska to nie jest PUŁAPKA. Bo piszesz, że za późno.....Pamiętasz program MAMY CIĘ!?
Gość cały odcinek jest w coś wkręcany i nie ma pojęcia o tym. Na końcu wyskakują wszyscy i krzyczą MAMY CIĘ! Wtedy on się orientuje, że był wkręcany.
I....tak samo jest z przysięgą. Chyba wszyscy się tu zgodzą, że w dniu ślubowania mieliśmy mgliste pojęcie jak to będzie. Wiedzieliśmy tylko że BĘDZIE DOBRZE. Ale jak i na czym ma to polegać - to już nie bardzo. Dlatego - jak najbardziej należy to jak najczęściej ustalać, omawiać. Naiwnością jest myślenie -jakoś to będzie. A co do wymagań.....uważam że mamy prawo i obowiązek je stawiać. Inaczej nie powstawałyby książki typu "Miłość potrzebuje stanowczości" czy inne. Owszem, cudownie by było żyć i nie wymagać....nie oczekiwać.....jednak jesteśmy tylko ludźmi. My już tyle lat się znamy, że ja nie muszę mówić czego oczekuję, jakie są moje warunki....tak samo mąż. Znamy swoje granice. Potrafimy ze sobą rozmawiać i te granice aktualizować. I to jest najważniejsze.
I szanujemy swoje wolności. Nasze nawzajem i nasze własne.

agaton
Posty: 35
Rejestracja: 30 lis 2017, 22:41
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: I co teraz?

Post autor: agaton » 12 maja 2018, 11:01

Przysięgałaś podobnie jak ja miłość bezwarunkową,
Raku,mam wrażenie, że miłość bezwarunkowa jest możliwa tylko u Boga i tylko On kocha nas taką miłością. Nasza, ludzka z natury ułomna,nie jest czystą formą miłości bezwarunkowej, choć bardzo byśmy chcieli. Na zajęciach o profilu teologicznym mówiono nam, że miłość rodziców do dziecka bywa najbardziej zbliżona do tej miłości bezwarunkowej.
I jeszcze chciałabym zapytać Ciebie o wzajemną odpowiedzialność małżonków za zbawienie, bo nie wiem czy dobrze zrozumiałam co przez to rozumiesz?
A jeśli zdradzany nie chce mieszkać razem z niewiernym małżonkiem, jeśli czuje, że nie jest w stanie obdarzyć go zaufaniem i
jeśli nie potrafi być z nim w bliskiej,intymnej relacji; to według Ciebie świadczy o tym,że on/ona (ten zdradzony) nie dotrzymuje przysięgi małżeńskiej ?
Ostatnio zmieniony 12 maja 2018, 11:10 przez jacek-sychar, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: Poprawiono cytowanie

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 8 gości