Chce uratowac to malzenstwo...

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Pantop
Posty: 1964
Rejestracja: 19 lis 2017, 20:50
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Chce uratowac to malzenstwo...

Post autor: Pantop » 02 mar 2018, 13:20

To jeszcze inaczej.

Jak idziecie do kina. to dobrze przy zakupie biletów ustalić jaki film CHCECIE ZOBACZYĆ WSPÓLNIE.
Jeśli to się nie uda - pójdziecie na dwa różne filmy.

rak
Posty: 995
Rejestracja: 30 wrz 2017, 13:41
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Mężczyzna

Re: Chce uratowac to malzenstwo...

Post autor: rak » 02 mar 2018, 14:40

Pantop pisze:
02 mar 2018, 13:20
Jak idziecie do kina. to dobrze przy zakupie biletów ustalić jaki film CHCECIE ZOBACZYĆ WSPÓLNIE.
Jeśli to się nie uda - pójdziecie na dwa różne filmy.
to jest dokładnie ta róźnica między wyznaczaniem celów, a przerabianiem protokołu rozbieżności,
film (cele) fajnie by było wyznaczyć przed wyjściem do kina i się tego trzymać,
jeśli się nie udało to można spróbować wybrać w kinie,
lub mimo, że wydaje się to dziwne, spędzić wspólne wyjście na osobnych filmach
i jeśli chodzi o drobnostki, to nawet może OK,
ale co jak idzie o rzeczy fundamentalne,
jak np. wierność w małżeństwie tu pole do negocjacji jest zdecydowanie mniejsze.
I takiego celu nawet nie trzeba by było wyznaczać, bo był od samego początku
(szczególnie w rodzinie z tradyciami chrześcijańskimi),
więc co był i się zmył,
co więc będzie z innymi wyznaczonymi celami...
Do ich realizacji trzeba pewnej dojrzałości, odpowiedzialności, miłości, moralności i konsekwencji lub innych cech, o których nie wspomniałem, możemy je wypisać jako pierwsze (pood)cele, OK, ale tu bardziej chodzi o rozpoczęcie nad tym pracy, zwiększeniem motywacji, a dopiero później ustalania i rozliczania się z tej "kartki papieru"


Ale za bardzo akademicko do tego podchodzimy,
chodziło mi tylko o to, że ładnie by wyglądały cele małżeńskie zawieszone w ramce nad łóźkiem,
nad którymi sumiennie pracuje cała rodzina,
ale to nie jest ten etap pracy,
na razie walka toczy się na poziomie,
że wspólne cele są potrzebne,
a rodzina / małżeństwo ma wartość.
Nieważne jest, gdzie jesteś, ale wszędzie tam, gdzie przyjdzie ci się znaleźć, ważne jest, jak żyjesz - Henri J.M.Nouwen

Pantop
Posty: 1964
Rejestracja: 19 lis 2017, 20:50
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Chce uratowac to malzenstwo...

Post autor: Pantop » 02 mar 2018, 15:22

Do: rak

Wielce czcigodny raku

Ty masz rację.

Skracając.
Powiedz mi jakie cele, wartości, praca nad sobą ma znaczenie, skoro azymut postępowania (na teraz) drugiej strony skierowany jest w przeciwnym kierunku - seks pozamałżeński, zabawa, chwytaj dzień itp?
Wygląda to raczej na seanse w osobnych salach.
Ty chcesz dobrze.
Żona to widzi i może nawet w głębi docenia, ale to nie jest jeszcze jej poziom.
Jak UZNA TO JAKO ważne dla siebie za np 15 lat to Tobie nie będzie to już wtedy potrzebne...

Nawiasem
Z tym dotrzymywaniem wierności małżeńskiej przez opuszczonego to tak jak ze sprawdzaniem prawdziwości perły:
Jak sprawdzić czy perła jest prawdziwa czy fałszywa?
Wrzucić do octu.
Jeśli jest fałszywa - nic się jej nie stanie.
Jeśli prawdziwa - to się rozpuści.

Generalnie
Jeśli chcesz radykalnie i konsekwentnie przeprowadzić swój plan nie może być mowy na początku o jakichkolwiek celach (oczywista oczywistość), tylko od protokołu rozbieżności właśnie.
Jeśli TUTAJ uda się szczerze ustalić rozbieżności wynikające z aktualnych priorytetów żony i Twoich to zyskujesz niezmiernie cenny PUNKT WYJŚCIA.
On może być najbardziej dołujący - ale to nie ma znaczenia - ważne, że on jest!
Od tego punktu rozpoczynasz cokolwiek zamierzasz, w którąkolwiek stronę.
Mając go - wiesz gdzie jesteś (możesz sobie konać z bólu ale wiesz na czym stoisz).
Nie mając go - powolutku sobie toniesz w gąszczu domysłów i strzałów na oślep, przy akompaniamencie emocjonalnej burzy i szaleństwa w czystej postaci.

Twój wybór.

Oczywiście trudno mi nie identyfikować się z Twoja postawą i dążeniami ( widzę ich wzniosłość i perspektywę), jednak trzeba stąpać po ziemi i tu życzę Ci wszystkiego naj z całego serca mego pokiereszowanego.

rak
Posty: 995
Rejestracja: 30 wrz 2017, 13:41
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Mężczyzna

Re: Chce uratowac to malzenstwo...

Post autor: rak » 07 kwie 2018, 12:50

Witam po przerwie ;)

Trzepie mnie ostatnio, więc stwierdziłem, że odświeżę swój wątek i odpowiem w nich na parę kwestii, żeby nie zaśmiecać innych.

Może na początku mały update:
Patrząc z boku znowu tworzymy kochające się małżeństwo, przytuleni, uśmiechnięci... Święta spędziliśmy razem w Polsce i takie wrażenie mogło spokojnie zostać u innych ludzi. Żona napiera na wspólne mieszkanie, chce mieć ze mną dziecko, itp... Wzięliśmy wspólnie udział w EDK, razem chodzimy do kościoła i komunii, poweekendowe spotkania małżeńskie, wybieramy się na wakacje sycharowe...
Obrazek wręcz niemal sielski.

Ci którzy czytali mnie dłużej wiedzą, że wynik ten kosztował raczej sporo wysiłku, tysiące godzin randek, kreatywnego organizowania czasu, stawania na głowie, żeby było dobrze i to zarówno w czasie romansu mojej żony, jak i bezpośrednio następnego okresu... Żona od początku nalegała tylko na przyjemne spędzanie czasu, więc go organizowałem, później postawiłem granice, że oprócz niego potrzebuje pracy nad nami, więc kolejne setki godzin wspólnego słuchania audycji, rekolekcji (Dziewiecki, Szustak, Pulikowski, Gajdowie, ...) i głębokich, często konfrontacyjnych dyskusji z nich wynikających. Wykorzystałem pozytywny potencjał randek do bardzo wymagającej, męczącej i generalnie mało przyjemnej późniejszej pracy. Nie wspominam tu o mojej pracy nade mną, która działa się równocześnie. Słowem spory wysiłek przy równoczesnym maksymalnym otwarciu na drugą stronę. Bardzo obciążający psychicznie.

Nie powiem, że nie mam pewnej satysfakcji z rezultatu, bo mam. Osiągnąłem jednak mur, którego nie mogę przekroczyć. Jestem też świadomy, że to nie moje zadanie, ale nie potrafię się też usadowić spokojnie obok niego... Zrozumiałem, że wrażenia naskórkowe (np. ten sielski obrazek powyżej) nigdy nie były u nas problemem, siedział on zawsze dużo głębiej w nas, a właściwie w naszych rodzinnych wzorcach. Jednych z rezultatów jest na przykład potrzeba podtrzymywania takiego sielskiego obrazka nie ważne, co się dzieje w środku, bo takie jest społeczne wymaganie (brudy się ukrywa, albo wypiera). A w środku może szaleć burza. Żona mimo, że nie raz używała słowa przepraszam, nigdy tak naprawdę nie wyraziła żalu za to co zrobiło, trudno by to było zrobić jak zdradę uważa po prostu za romantyczną przygodę, do której każda kobieta ma prawo (jest w tym mocno wspierana przez swoje najbliższe otoczenie). Cały czas pobudza swoje tęsknoty i wspomnienia i nie widzi, że to nie tylko nie sprzyja żadnemu pojednaniu, ale nas skutecznie od siebie oddala. Nie widzi więc potrzeby, żeby poprosić i popracować nad przebaczeniem i zadośćuczynieniem, tylko chce to po prostu wymusić, bo nic się nie stało, nie musi nic sama z siebie robić, a właściwie to sama jest ofiarą....
Jeszcze z tym jakoś (może??) byłbym w stanie sobie poradzić, ale identyczną postawę wykazuje teściowa, która po 30 latach od podobnych wydarzeń, cały czas stawia się w roli ofiary i pogardza mężem, który nigdy nie przestał się starać... Wzorzec jest trochę za silny, żeby go zignorować...

Walka jednak z nim nie należy do mnie i ja to rozumiem. Zarysowałem ślubnej te wszystkie problemy, część powoli, stopniowo zdaje się jej przyswajać, ale żadnej terapii nie chce robić, bo jest przecież dojrzała...
Sielski obrazek powyżej ma jeszcze jeden skutek, osiągając ten pozorny cel, żonie nie chce się dalej pracować, problem rozwiązany, wyglądamy przecież jak kochające się małżeństwo, i co więcej potrzebne... A jak zdrada się powtórzy, no cóż zdarza się, przecież się wyspowiadam...

Obserwacja jest raczej smutna, przyparta do muru stara się tyle, żeby od niego odbić , ale później traci motywację i "wraca na stare tory"(męża trzeba mieć, ale już traktowanie go to inna sprawa). Dopóki jedziemy na krawędzi, adrenalinie, maksymalnym wychyleniu emocjonalnym to się rozwijamy, idziemy do przodu... Jakakolwiek próba normalizacji, uspokojenia powoduje regresję i brak potrzeby rozwoju. Nie muszę chyba mówić jakie to jest obciążające psychiczne i niebudujące na przyszłość.

Jedną z możliwości, którą widzę tutaj jest po prostu danie czasu ślubnej na dojrzewanie bez mojego wpływu, pracę już dawno jej zarysowałem, teraz zamiast wczasowania się od małżeństwa (opisanego w poprzednich postach), mogłaby się sama nią w wolności zająć, jak coraz bardziej jestem gotowy poczekać, niemal wszystko co chciałem to już przekazałem.

Po tym przydługim wstępie ;) :
jarek70 pisze:
06 kwie 2018, 23:32
rak pisze:
06 kwie 2018, 21:41
Ale bardzo zastanawiają mnie skutki takiej prawdziwej separacji i jej owoce, nazwaniem tego granicą to trochę naciągane, trochę bardziej pachnie mi manipulacją, ale coś mnie cały czas do tego ciągnie, więc może coś w tym jest...
Raku Tobie piąteczka.
Ale i ostrzeżenie. Ciągnie Cię do manipulacji czy sytuacja wymaga modyfikacji? To bardzo ważne.
Rozumiem że nuży Cię czekanie. Ale uważaj, żebyś sobie nie strzelił w stopę.
W moim przypadku w pewnym momencie wydawało mi się że to pchnie sprawę w moim kierunku.
Czyli że jako skrzywdzony dostanę odszkodowanie..
Po bliższym przyjrzeniu się sprawie okazało się, że ja poczułbym się lepiej przez chwilę, ale druga strona mogłaby się spokojnie ułożyć w pozycji ofiary. Czyli ona z jednej strony nie musi zmieniać swojego postępowania, a ja dodatkowo ustawiam ją swoim działaniem w pozycji skrzywdzonego. Czyli moim postępowanie pogorszyłbym swoją sytuację.
Nie wiem, czy zrozumiałe jest to, co napisałem...
To co tutaj u kemota to jedno , a u Ciebie to drugie. To tez jest ważne rozróżnienie i niekoniecznie do skopiowania.
więc odpowiadając Ci Jarku, dla mnie b. zrozumiałe jest co napisałeś. Nad podejściem zastanawiam się dość długo. Różnica jest taka, że moja ślubna cały czas spokojnie układa się w roli ofiary (w czym wspiera ją jej otoczenie), ja wziąłem na siebie dużą część uderzenia po zdradzie, też żeby pokazać jej inne spojrzenie na małżeństwo wartości i nabrzmiałe między nami problemy. Ja b. dużo jej ze swojej strony przekazałem. Decyzja o pełnej separacji jest z mojej strony granicą, bo utrzymywanie takiej jazdy psychicznie mnie wykończa, służyłoby ochronie siebie. Jest manipulacją, bo korzystając z doświadczenia liczę na pewien efekt - motywację do pracy nad sobą, bez mojego wpływu, więc b. naturalne. Mogę się przejechać oczywiście, ale nie widzę na razie innej możliwości przekroczenie tego muru, małe kroczki były bardzo przydatne, ale z czasem potrzebny jest jeden, wielki i samodzielny skok.
Zgadzam się, że nie ma kalki, są jednak pewne podobieństwa z Kemotem, potrzeba akceptacji (lub niewiedzy) otoczenia o problemie (i rozwodzie :shock: ) oraz takie zachowanie księżniczki, która myśli, że jest ofiarą i wszyscy chcą jej dokopać. To oczywiście moje spostrzeżenia na podstawie poprzednich wpisów.

Pozdrawiam wszystkich, którzy dotrwali do końca ;)
Nieważne jest, gdzie jesteś, ale wszędzie tam, gdzie przyjdzie ci się znaleźć, ważne jest, jak żyjesz - Henri J.M.Nouwen

Ukasz

Re: Chce uratowac to malzenstwo...

Post autor: Ukasz » 07 kwie 2018, 14:10

rak pisze:
07 kwie 2018, 12:50
Żona napiera na wspólne mieszkanie, chce mieć ze mną dziecko
Staram się zrozumieć tę drugą stronę, przeciwieństwo sielskiej, ale jakoś mi się nie udaje. Dla mnie jest oczywiste, że ja bym się na to zgodził. Przedłużająca się separacja to trudna próba nawet dla silnej więzi, a co dopiero po takim kryzysie. Po drugie wydaje mi się, że bardzo długie zwlekanie z decyzją o dziecku mogło być najważniejszą przyczyną Waszych trudności. Wręcz trudno się dziwić, że jeśli para po 12 latach razem, a po 6 w małżeństwie nadal nie chce mieć potomstwa, to zaczyna się między nimi dziać źle. Twoja żona u kowalskiego szukała silnych emocji, a powinna je przeżywać wraz z Tobą w macierzyństwie. Po trzecie niezależnie od tego, co było w ostatnich miesiącach, Twoja odmowa na taką prośbę musi ją bardzo ranić i zostawi po sobie blizną na długie lata.
Dobrze rozważ, przemódl, czy nie powinieneś się po prostu na to zgodzić. I odbudowywać powoli, mieszkając razem i wychowując dziecko / dzieci.

Jonasz

Re: Chce uratowac to malzenstwo...

Post autor: Jonasz » 07 kwie 2018, 20:47

Raku
Polecam samemu najpierw ks. Dziewieckiego Wybacz, pojednaj się i kochaj.
Tam ja wyprostowałem się gdzie jest granica między miłosierdziem a naiwnością jedna skrajność a okrucieństwem druga skrajność.
Do wybaczenia nie potrzebujesz drugiej strony. Do pojednania konieczne są dwie. Najlepiej
Zastanawiam się czy wspólne słuchanie nie przekształciło się w terapię/wychowywanie.Przemyśl to . Czy ty jesteś dla niej autorytetem, kimś na kim chce i może się wesprzeć? Jak to widzisz?
Bo efektów w postaci skruchy, nawrócenia jakoś chyba nie widać.
Kluczowe dla zrozumienia mojej żony było zrozumienie co uniemożliwiło jej wyjście z domu jako osoba dorosła, odpowiedzialna za słowo, . Najpierw nauczyłem się siebie, potem dopiero jasno zobaczyłem ją.
He he próbując ją prostować niezłe dałem popalić sobie.
Zastanawiałeś się nad terapią rodzinną, małżeńska? Może tu bardziej potrzebny dla zony?
A tekst o powtórnej spowiedzi, po powtórzeniu błędu mnie osłabił...
No i to otoczenie - krzywdziciel w roli ofiary? :shock:
Raku mur murem, a ty potrzebujesz chyba i lepszego światła, i uspokojenia...
Emocje - masz z nimi problemy? Ja miałem. Działanie na emocjach.
I znowu ksiądz Dziewiecki i nauka czym są , i jakie mają zadanie. No odpłynąłem bardzo pomocne narzędzie. :D
Przepraszam Cie za podpowiedzi ale tak znalazłem siebie w Twojej sytuacji jakiś czas temu. Wyczerpany padłem....

renta11
Posty: 606
Rejestracja: 05 lut 2017, 19:20
Płeć: Kobieta

Re: Chce uratowac to malzenstwo...

Post autor: renta11 » 08 kwie 2018, 10:14

rak pisze:
07 kwie 2018, 12:50

Nie powiem, że nie mam pewnej satysfakcji z rezultatu, bo mam. Osiągnąłem jednak mur, którego nie mogę przekroczyć. Jestem też świadomy, że to nie moje zadanie, ale nie potrafię się też usadowić spokojnie obok niego... Zrozumiałem, że wrażenia naskórkowe (np. ten sielski obrazek powyżej) nigdy nie były u nas problemem, siedział on zawsze dużo głębiej w nas, a właściwie w naszych rodzinnych wzorcach. Jednych z rezultatów jest na przykład potrzeba podtrzymywania takiego sielskiego obrazka nie ważne, co się dzieje w środku, bo takie jest społeczne wymaganie (brudy się ukrywa, albo wypiera). A w środku może szaleć burza. Żona mimo, że nie raz używała słowa przepraszam, nigdy tak naprawdę nie wyraziła żalu za to co zrobiło, trudno by to było zrobić jak zdradę uważa po prostu za romantyczną przygodę, do której każda kobieta ma prawo (jest w tym mocno wspierana przez swoje najbliższe otoczenie). Cały czas pobudza swoje tęsknoty i wspomnienia i nie widzi, że to nie tylko nie sprzyja żadnemu pojednaniu, ale nas skutecznie od siebie oddala. Nie widzi więc potrzeby, żeby poprosić i popracować nad przebaczeniem i zadośćuczynieniem, tylko chce to po prostu wymusić, bo nic się nie stało, nie musi nic sama z siebie robić, a właściwie to sama jest ofiarą....
Jeszcze z tym jakoś (może??) byłbym w stanie sobie poradzić, ale identyczną postawę wykazuje teściowa, która po 30 latach od podobnych wydarzeń, cały czas stawia się w roli ofiary i pogardza mężem, który nigdy nie przestał się starać... Wzorzec jest trochę za silny, żeby go zignorować...

Zgadzam się, że nie ma kalki, są jednak pewne podobieństwa z Kemotem, potrzeba akceptacji (lub niewiedzy) otoczenia o problemie (i rozwodzie :shock: ) oraz takie zachowanie księżniczki, która myśli, że jest ofiarą i wszyscy chcą jej dokopać. To oczywiście moje spostrzeżenia na podstawie poprzednich wpisów.
Drogi Raczku

Może być tak, choć nie musi, że ten mur o którym piszesz dotyczy także nas, a dokładniej naszego wewnętrznego dziecka - jego potrzeb, które nie zostały zaspokojone. Bo my na sycharze działamy głównie w obszarze dobrych emocji na poziomie wyższego (jakkolwiek to rozumieć) poziomu duchowego. A na tym wyższym poziomie często nie dajemy sobie prawa do odczuwania niezaspokojonych potrzeb wewnętrznego dziecka, jego odczucia krzywdy. I to wewnętrzne dziecko w nas, całkowicie słusznie, domaga się uznania krzywdy, uznania jego bólu, jego odczucia odrzucenia. A zdradzający, jakże często, właśnie tego odmawiają: uznania krzywdy zdradzanego, uznania jego bólu i tego, że to oni spowodowali tą krzywdę, ten ból. To samo dzieje się na poziomie jednostki, w obliczu traumy, jaką jest niewątpliwie zdrada, odrzucenie, rozbicie rodziny. A my tutaj odmawiamy tego sobie, zamykamy to nasze wewnętrzne dziecko w szafie. Bo na tym poziomie naszej wiary, naszego człowieczeństwa, naśladowania Chrystusa, my nawet nie dajemy sobie prawa do domagania się nawet nie przeproszenia, skruchy, zadośćuczynienia, ale nawet często do zwykłego uznania naszej krzywdy, naszego bólu. A to w sumie podstawa. Racjonalizujemy to sobie, w imię większej wartości (ratowania małżeństwa) rezygnujemy nawet z tej podstawy. A tego właśnie nam robić nie wolno.
Ideałem byłoby, gdyby to nasz małżonek uznał tą naszą krzywdę, ten ból, swoją winę i swoją odpowiedzialność. Niektórzy z nas mają to szczęście, większość jednak nie.
Myślę, że jeżeli ktoś jest z małżonkiem, to może najpierw przed sobą, a potem przed małżonkiem wyartykułować tą potrzebę. I to nie na poziomie rozumu, a na poziomie emocji właśnie. Bo to wewnętrzne dziecko działa właśnie na poziomie emocji. To jest całkowicie słuszne działanie, domaganie się uznania tej krzywdy, tego bólu. Małżonek może to zrobić, albo nie, ale wyartykułowanie tego (przed sobą, a potem przed katem) i domaganie się głośne uznania tego doświadczenia, historii jest ważne dla wewnętrznego dziecka. A potem należy sobie czyli swojemu wewnętrznemu dziecku to dać, to uznanie krzywdy, bólu. Samemu nad sobą się pochylić. Bo jeżeli nie ja, to kto?
Jesteś głównie nastawiony na ratowanie małżeństwa, uzdrawianie żony, ale trzeba pamiętać również o sobie. A może głównie pamiętać o sobie, i zaspokajać swoje potrzeby. Także takie, które wydają nam się nieważne lub których odczuwanie uważamy za wyraz niedojrzałości.

Na imię miał Smutek,
Chciał tylko być wysłuchany...
Zabrakło uszu... skutek?
Do szafy został schowany !
Na imię miał Odrzucenie,
Tęsknił do czułych dłoni
Zbyt wielkie to było marzenie...
W szafie z rozpaczą się schronił...
Ten, krótkie imię miał - Złość
"Spójrz! Tupnąć noga potrafię !"
I pada okrzyk "DOŚĆ !!!"
Złamany schował się w szafie ...
Żelazne drzwi nie odgrodzą,
kłódki, szyfry i klucze...
wyłażą, wracają, wychodzą...
Uwalniać emocje się uczę !

Wiesława Kawiecka
św. Augustyn
"W zasadach jedność, w szczegółach wolność, we wszystkim miłosierdzie".

rak
Posty: 995
Rejestracja: 30 wrz 2017, 13:41
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Mężczyzna

Re: Chce uratowac to malzenstwo...

Post autor: rak » 08 kwie 2018, 11:32

Ukasz pisze:
07 kwie 2018, 14:10
rak pisze: ↑07 kwie 2018, 12:50
Żona napiera na wspólne mieszkanie, chce mieć ze mną dziecko
Staram się zrozumieć tę drugą stronę, przeciwieństwo sielskiej, ale jakoś mi się nie udaje. Dla mnie jest oczywiste, że ja bym się na to zgodził. Przedłużająca się separacja to trudna próba nawet dla silnej więzi, a co dopiero po takim kryzysie.
Wiesz Ukasz, tylko nie wiadomo, czyje pragnienia są tutaj realizowane... To ja przed kryzysem wielokrotnie podkreślałem, że żyjemy jakby w wegetacji, chciałem to zmienić zakupić dom, postarać się o dziecko. Żona niby się zgadzała, ale tak naprawdę jej się nie chciało, odpowiadał (i dalej myślę odpowiada) jej taki stan życia singla. Po romansie to ja też walczyłem, żeby nie doprowadzić do separacji. Więc teraz trochę nie uważam, że to jest to jej suwerenna decyzja (są jeszcze inne fakty, ale te pozwólcie, że zostawię dla siebie). Dodatkowo wychowanie dziecka to odpowiedzialne zadanie, nie uważam, że teraz w krajobrazie po zdradzie są na to dobre warunki. Mam silne wrażenie, że ślubna chciałaby dziecko jako zakładnika miłości, podobnie jak było u niej w rodzinie pierwotnej, teściowie nie mogli (umieli) się kochać i przelali całe uczucia do dzieci, które po 30 latach potwierdzają jeszcze ich potrzebę miłości - tego bym chciał przede wszystkim uniknąć. Poza tym mimo separacji spędzamy ostatnio średnio 3,4 dni razem w tygodniu, są więc warunki i do przyjemnego spędzania czasu i do pracy nad sobą, a przede wszystkim jest motywacja, co czuję jak zamieszkamy zostanie zamiecione pod dywan, bo problemu nigdy nie było.
Podsumowując nigdy jej na tym nie zależało, nie doszukiwał bym się w tym większego zranienia, choć kto wie... Zgadzam się, że w poprzednich latach odraczanie powiększenia rodziny było błędem, choć może pozwoli to przerwać trzypokoleniowy wzorzec zależności dzieci od rodziców. Wiem, że to jest ryzyko, ale nie czuję jeszcze tego powrotu..
Ukasz pisze:
07 kwie 2018, 14:10
Twoja żona u kowalskiego szukała silnych emocji, a powinna je przeżywać wraz z Tobą w macierzyństwie.
Częściowo się nie zgadzam. Dużo się nad tym zastanawiałem. Nie czuję się zazdrosny o kowalskiego, nie mam potrzeby się do niego porównywać (choć czasami to robię ;) ), itd... Rośnie mi natomiast ostatnio złość do żony. Kiedyś Lustro mi pisała, że mogę być jego substytutem, myślę, że oboje byliśmy (jesteśmy) substytutami uzależnienia od miłości mojej ślubnej i problemu tego nie rozwiąże macierzyństwo, raczej pogłębi, więc to by trzeba było w pierwszej kolejności rozwiązać...
Nieważne jest, gdzie jesteś, ale wszędzie tam, gdzie przyjdzie ci się znaleźć, ważne jest, jak żyjesz - Henri J.M.Nouwen

rak
Posty: 995
Rejestracja: 30 wrz 2017, 13:41
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Mężczyzna

Re: Chce uratowac to malzenstwo...

Post autor: rak » 08 kwie 2018, 11:52

Jarku,

dzięki za wskazówki, dla nich tu jestem, razem ze wsparciem, podtrzymaniem motywacji (która ostatnio strasznie pikuje) i czysto terapeutycznym wyrzuceniem z siebie emocji (może komuś pomoże też ta historia).
jarek70 pisze:
07 kwie 2018, 20:47
Zastanawiam się czy wspólne słuchanie nie przekształciło się w terapię/wychowywanie.Przemyśl to . Czy ty jesteś dla niej autorytetem, kimś na kim chce i może się wesprzeć? Jak to widzisz?
Bo efektów w postaci skruchy, nawrócenia jakoś chyba nie widać.
Uważam na to, żebym nie był terapeutą, ale trochę idzie to w tą stronę ... Nie chcę tego robić i podkreślam na każdym kroku, żeby sama wzięła za to odpowiedzialność. Ale uważam, że jak nie jest jeszcze gotowa (choć opór coraz mniejszy i jej własna potrzeba silniejsza) to już lepiej jak ja zacznę z nią tą pracą, otworzę oczy na pewne sprawy (zmniejsza się przynajmniej jej postawa ofiary). A już co dalej z nimi zrobi to już jej brożka.
Ale jak to kiedyś ktoś wspominał kropla drąży skałę, ja widzę efekty, drobniuchne, mikroskopijne postępy w skrusze, nawróceniu, wartościach. Motywuje mnie to też do większych wysiłków nie powiem, choć wiem, że tu stosunkowo nie dużo ode mnie zależy. Bardzo dobrze działa też przykład innych ludzi, szczególnie ze spotkań małżeńskich (pozdr Udasiek :D ) pozwala to trochę wyrwać ze świeckich, światowo postępowych kręgów, w których się ostatnio poruszaliśmy i otworzyć oczy na problemy innych - wbrew pozorom każde małżeństwo ma w miarę podobne..
Tylko każdy postęp okupiony jest olbrzymim wysiłkiem i ... trochę padam. Ale wypiszę się tutaj i zazwyczaj wracam do swojej roboty ;) Nie wiem tylko, czy prosto mówiąc nie przegnę znowu z obciążeniem psychicznym, a wtedy to już nie będzie mnie miał kto ratować :D

Dzięki za polecenie Dziewieckiego, tej jego pozycji jeszcze nie czytałem. Emocje uff pracuje nam nimi ostatnie 8 miesięcy b. intensywnie, moim zdaniem za bardzo, ale nadrabiam swoje braki, pomaga nie powiem, tylko czas trudny do kolejnego obciążania się tą pracą...
Nieważne jest, gdzie jesteś, ale wszędzie tam, gdzie przyjdzie ci się znaleźć, ważne jest, jak żyjesz - Henri J.M.Nouwen

rak
Posty: 995
Rejestracja: 30 wrz 2017, 13:41
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Mężczyzna

Re: Chce uratowac to malzenstwo...

Post autor: rak » 16 lip 2018, 14:02

Chyba przyszedł czas, na trochę aktualizacji z mojej strony...
Będzie b. pozytywnie i trochę mniej, a bardziej refleksyjnie, taka rakowa kombinacja ;)

Jeśli chodzi o mnie, to wziąlem sobie do serca słowa Renty (i wcześniejsze innych) o zaopiekowaniu się swoim dzieckiem i trochę sobie odpuściłem, mniej spinki na szeroko rozumiany rozwój, więcej czasu dla siebie, swoich hobbi i generalnie wypoczynku. Trochę kompensuję sobie w ten sposób trudne emocje w innych obszarach.
Chyba czas był najwyższy, bo ten ponad roczny stres, odkładający się w organiźmie zaczyna dawać o sobie znać na wiele sposobów, ciało trochę odmawia posłuszeństwa, od 3 miesięcy choruję jak nigdy, a gorączkę ostatnio nawet przestaję mierzyć, bo po co? ;) Ale siedzę teraz na antybiotyku, czuję się wcale nieźle więc i coś napiszę...

Wiele osób dziwiło się, że mam taką niezłą sytuację, a jednak mi ciągle coś w tym nie pasowało, mimo pozytywnych zmian nie do końca to czułem. Ponieważ uczucie jest mało precyzyjnym określeniem i raczej rezultatem jakiegoś wzorca myślenia, więc pomyślałem, że posłużę się się pewnym obrazem, a właściwie animacją...
Wcześniej na forum pojawiło się (bodajże Mare przywował, dzięki!) porównanie zdrady do szamba, które wybiło. Trochę może brutalne, ale myślę, że super to się nada do dalszych rozważań. Skoncetrujmy się może na krajobrazie po.
Stoją więc dwie osoby zalane po szyje w odchodach, mogą się ruszać, ale ten zakres jest znacznie ograniczony, a smród tak silny i odurzający, że ogranicza nawet percepcję i racjonalne myślenie.
Dla jednej to szok, bo mimo, że przecież przecież szambo wzbierało przez pewien czas (dałoby się to zaobserwować), to jednak dopiero teraz przy pełnej skali katastrofy uderza po oczach i nozdrzach jak to śmierdzi i protest przeciwko przebywaniu w nim dłużej. A druga sobie całkiem nieźle pluka się w bajorku bo na taką sytuację, chodźby nie świadomie przygotowywała się już wcześniej i wbrew pozorom jej tak bardzo nie przeszkadza.

Ta zszokowana osoba, chciałaby coś zmienić, wykaraskać się, wyciągnąc siebie i drugą, ale słyszy w odpowiedzi. Ale mi tutaj dobrze, może i śmierdzi, ale też grzeje przyjemnie nóżki, ale przez te kilkadziesiąt lat życia przyzwyczaiłam się po prostu. Ok, to co chcesz robić. Ta wyciąga perfumy i zaczyna psikać dookoła. Zapach unosi się w powietrzu i na chwilę przyćmiewa szambo, a ta wtedy szczęśliwa głęboko się zaciąga, odurza i twierdzi, że jest wspaniale. Tylko po jakimś czasie, ręce cierpną i nie daje radę trzymać je w górze i psikać perfumami, opary zapachów spadają na dół i same zwiększają to szambo i przesiąkają smrodem, szambo podnosi sie teraz do poziomu nosa, a smród uderza w dwójnasób. Staje się zbyt przytłaczający, a chęc ucieczki i znalezienia perfum roztaczanych gdzieś indziej wydaje się być jedynym rozwiązaniem, przecież wcześniej tak super działały...

I teraz nie mam nic przeciwko psikaniu perfumami (budowaniu pozytywnych emocji) i szczerze wychodzi nam to wcale nieźle. Ale wg. mnie to nie na emocjach ma się opierać związek, bo jeśli na tym się skoncentrujemy, to małżeństwo będzie niczym innym jak romantyczną przygodą, jak w której skończy się namiętność, to trzeba będzie poszukać sobie nowego stymulatora. Generowanie pozytywnych emocji tkwiąc po szyję w odchodach jest też z góry skazane na porażkę, a wtedy te same (sztuczne) emocje uderzą rynkoszetem w tą wątpliwą podstawę. I dalej to szambo, może składać się z różnych rzeczy: nieodcięta pępowina, uzależnienie od silnych namiętności (nieważne, czy zakochanie czy złość), wizja małżeństwa jako bajki, gdzie królewicz na białym koniu spełnia wszystkie pragnienia księżniczki, a jak nie to cóż, wracamy do wieży, roztaczamy wdzięki i czekamy na kolejnego kandydata.... i wielu, wielu innych. Każde z osobna podcinają skrzydła, a razem mają już inną siłę, inną kwestią, że niektóre narastały w trakcie związku, a niektóre zostały tylko przyćmione perfumami w fazie zakochania, ale cały czas robiły z dołu krecią robotę.

I dopóki to szambo nie uwiera z dołu to po co z niego wychodzić, z jakiś powodów jest w nim wygodnie, a przez cale życie tak powoli, że niemal niezauważalnie podchodziło, że funkcjonowanie z nim staje się drugą naturą. I gdy nawet jedna strona się otrząsnęła i chce je zacząć wybierać ze wspólnego to zauważa z przerażeniem, że po ściągnieciu jednej warstwy, wyłaniają się kolejne, a po początkowym obniżeniu tafla znowu zaczyna się podnosić... Ale w sumie to nic w tym dziwnego, bo przecież nie nalało się z niczego, a pierwotne źródełka dolewają w najlepsze. Jednak nawet ich zaobserwowanie jeszcze nie załatwia sprawy, bo pozbyć się ich na raz nie sposób, w krótkiej perspektywie można skombinować jakieś regularne odpływy, a w bardzo długiej spróbować zastopować je u źródła.

Do tych działań jednak musi być jakaś motywacja, a jedna strona tego załatwi, bo przecież chodzi o komunię osób. Więc co można zrobić zatkać nos, który teraz jest bardzo wyczulony, za obopólną zgodą popsikać perfumami ze dwa razuy, czemu nie, przecież przyjemnie, a później szybcuitko każde po jednym wiadereczku z dołu, i jeszcze raz 2x perfumy i jedno wiadereczko siłą rozpędu, itd.
Z czasem jak sił starczy, to może sytuacja się unormuje i te perfumy naturalne przeważą też od dołu, ale to one teraz będa mialy stałe źródła, a nie wcześniejsze gówienko.

Jeśli chodzi o moje emocje, mimo że dominują pozytywne, dość często zdarzają się trudne. Mam tutaj pewne przemyślenia, nie mogę się ich pozbyć, bo dalej wyrażą sprzeciw nawet może nie tyle przeciw temu co już się stało, ale przeciw kontynuacja niektórych zachowań do dnia dzisiejszego i trzymaniu się w tym bajorku.

Miało być pozytywnie, więc najlepsze zostawiłem na koniec :D
Zauważam ostatnio, że żona zaczęła się naprawdę starać: uczy się gotować, robi zakupy i przygotowuje posiłki dla męża jak przyjeżdza (nie miało to wcześniej miejsca), zaczęła sprzątać przed moim przyjazdem, żeby okazać mi szacunek, zabrała mnie na konferencje Pulikowskiego :shock:, zorganizowała mi urodzinowy wyjazd (też pierwszy raz sama) i chyba dla mnie najważniejsze zaczęła własną terapię, choć tutaj to mam teraz trochę mieszane uczucia. Dba też b. o pozytywne chwile też dla mnie i widzę wyraźnie, że walczy ze swoją złością, jak tylko zaczyna wypływać.
Doceniam, naprawdę, tylko też patrzę z boku, na ile jest to wymuszone konsekwencjami i chęcią powrotu do wcześniejszego modelu, a na ile gruntowną i trwałą zmianą. Cały czas bowiem mam wrażenie, że niektóre rzeczy robi, bo widzi, że na razie nie ucieknie od nich, ale cały czas chciałaby powrócić do roli silnej i niezależnej singielki, która niby jest w małżeństwie, ale to ostatnie z jej zmartwień...
Nieważne jest, gdzie jesteś, ale wszędzie tam, gdzie przyjdzie ci się znaleźć, ważne jest, jak żyjesz - Henri J.M.Nouwen

krople rosy

Re: Chce uratowac to malzenstwo...

Post autor: krople rosy » 16 lip 2018, 14:22

rak pisze:
16 lip 2018, 14:02
Zauważam ostatnio, że żona zaczęła się naprawdę starać: uczy się gotować, robi zakupy i przygotowuje posiłki dla męża jak przyjeżdza (nie miało to wcześniej miejsca), zaczęła sprzątać przed moim przyjazdem, żeby okazać mi szacunek, zabrała mnie na konferencje Pulikowskiego :shock:, zorganizowała mi urodzinowy wyjazd (też pierwszy raz sama) i chyba dla mnie najważniejsze zaczęła własną terapię, choć tutaj to mam teraz trochę mieszane uczucia. Dba też b. o pozytywne chwile też dla mnie i widzę wyraźnie, że walczy ze swoją złością, jak tylko zaczyna wypływać.
Doceniam, naprawdę, tylko też patrzę z boku, na ile jest to wymuszone konsekwencjami i chęcią powrotu do wcześniejszego modelu, a na ile gruntowną i trwałą zmianą. Cały czas bowiem mam wrażenie, że niektóre rzeczy robi, bo widzi, że na razie nie ucieknie od nich, ale cały czas chciałaby powrócić do roli silnej i niezależnej singielki, która niby jest w małżeństwie, ale to ostatnie z jej zmartwień...
Raku....a może to branie pod rentgen tego co żona robi czy nie robi jest niepotrzebne a wręcz może być szkodliwe dla poprawy waszej sytuacji?
Ja rozumiem ostrożność w pozwoleniu sobie na optymizm i pełną radość z doświadczanych zmian ale może warto się przyjrzeć tym swoim lękom i obawom? By nie pozwolić aby spaskudziły to co dobre....?
By nie były takimi wężami kąsającymi....
Modlisz się za żonę?

Cokolwiek nią kieruje wychodząc naprzeciw Twoim potrzebom i pragnieniom to to dobro, które jest jej udziałem może ją wewnętrznie zmieniać.
Może warto podziękować Bogu i Go uwielbić w każdym dobrym uczynku i słowie żony? Bez szemrania....
Z prośbą w modlitwie by ją to przemieniało i zbliżało do Boga.

udasiek
Posty: 138
Rejestracja: 15 lip 2017, 9:59
Płeć: Kobieta

Re: Chce uratowac to malzenstwo...

Post autor: udasiek » 16 lip 2018, 14:36

rak pisze:
16 lip 2018, 14:02
mam taką niezłą sytuację, a jednak mi ciągle coś w tym nie pasowało, mimo pozytywnych zmian nie do końca to czułem
kurcze jak się cieszę że nie jestem osamotniona z takim uczuciem!

Co do metafory, jest takie kruszywo lekkie produkowane na bazie "produktów" oczyszczalni ścieków (na razie nie do końca wiadomo do czego je użyć oprócz hodowania kwiatów, nomen omen :) ):
http://www.imbigs.pl/sites/default/file ... 4_2008.pdf
także jeżeli się weźmie za łopatę (co czynisz) i poprzerabia solidnie te "warstwy" szamba to powstanie z tego coś użytecznego...
Dla mnie zagadką jest dalej, jak to zrobić żeby mąż też chciał tą łopatę chwycić. Ale mogę zająć się tylko sobą więc... staram się robić swoją część. Wiem że Ty też, i widzę u Ciebie świetne efekty, i u żony! Tak tylko chciałam się połączyć w "bólach i radościach".
A próbowałeś się zapisać 12 Kroków? Praca w grupie jest mega pomocą.

rak
Posty: 995
Rejestracja: 30 wrz 2017, 13:41
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Mężczyzna

Re: Chce uratowac to malzenstwo...

Post autor: rak » 16 lip 2018, 14:53

KR,

ja jestem zwolennikiem (choć dopiero od niedawna ;) ) twierdzenia I. Loyoli:
Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a działaj, jakby wszystko zależało tylko od ciebie.

i tak modlę się za żonę. A nawet jak jesteśmy razem, średnie 3-4 dni w tygodniu, to modlimy się razem wieczorem za nasze małżeństwo. Ta lekcja myślę odrobiona, choć pewnie można i dalej pójść. Jeśli chodzi o pełne zawierzenie, to mnie jeszcze trochę pracy czeka.

Ale oprócz samej modlitwy jest jeszcze praktyczna praca do odrobienia tak żeby dać szansę łasce, żeby zadziałała ;) Tą pracę też staram się wykonywać, choć nie jest najprzyjemniesza, a ta ostrożność którą wspomniałaś jest jej częścią. Żona się powoli dołącza i cały czas przez ten rok robiła małe kroczki, później większe, doceniam to i się cieszę, ale wg. mojej oceny to jeszcze mało stabilne jest i czasem na potrzeby chwili. Może z czasem rozsiądę się w fotelu i będę rozkoszował się bez żadnych ograniczeń :D , ale do tego droga jeszcze daleka myślę, choć już nie wydaje się tak odległa... i tak wiem, że nie chodzi o to, zeby rozsiadać się w fotelu, tak się trochę rozmarzyłem :lol:
Nieważne jest, gdzie jesteś, ale wszędzie tam, gdzie przyjdzie ci się znaleźć, ważne jest, jak żyjesz - Henri J.M.Nouwen

jacek-sychar
Posty: 6498
Rejestracja: 04 sty 2017, 17:55
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Chce uratowac to malzenstwo...

Post autor: jacek-sychar » 16 lip 2018, 15:01

Udasiek

Tylko proponowane przez Ciebie kruszywo najpierw było poddane obróbce termicznej. ;-)

krople rosy

Re: Chce uratowac to malzenstwo...

Post autor: krople rosy » 16 lip 2018, 15:11

rak pisze:
16 lip 2018, 14:53
ja jestem zwolennikiem (choć dopiero od niedawna ;) ) twierdzenia I. Loyoli:
Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a działaj, jakby wszystko zależało tylko od ciebie.
To świetnie. Ja też :)
rak pisze:
16 lip 2018, 14:53
Ale oprócz samej modlitwy jest jeszcze praktyczna praca do odrobienia tak żeby dać szansę łasce, żeby zadziałała ;)
Być może właśnie działa w żonie. Nie na tyle by Cię to w pełni satysfakcjonowało ale być może jest zwiastunem czegoś lepszego co dopiero zmierza w Waszym kierunku. Myślę, że oprócz modlitwy ważne jest zaufanie Bogu a to się objawia daniem Mu czasu i sposobu działania na drugiego człowieka.
Ja wiele razy zdałam sobie sprawę że chciałam Boga popędzać i tym samym wtryniałam się butami w Jego wolę i pracę.
Bo jeśli ufam, wierzę i kocham to wymagam przede wszystkim od siebie i nie skupiam się na rozliczaniu ile ktoś inny zrobił i ile kroków poszedł do przodu. Zostawiam to jego wolności, mojej chęci współpracy i Bożej opatrzności.
rak pisze:
16 lip 2018, 14:53
Żona się powoli dołącza i cały czas przez ten rok robiła małe kroczki, później większe
A może dla niej to kroki milowe? :)
Panować nad swoją nerwowością, złością i złośliwością....to nie lada wyczyn. Żona wie, że widzisz różnicę? Czuję się przez Ciebie dostrzezona w tych swoich ,,małych''krokach?
rak pisze:
16 lip 2018, 14:53
i tak wiem, że nie chodzi o to, zeby rozsiadać się w fotelu, tak się trochę rozmarzyłem :lol:
Dobrze, że zdajesz sobie z tego sprawę :)
Ale pomarzyć - dobra rzecz :D ....choć może być frustrująca gdy się za bardzo rozmarzymy :)
W każdym razie: Alleluja, i do przodu ! :)

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 13 gości