Gniew, depresja, wychowywanie dzieci, terapia...

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

corkaKrolowej
Posty: 2
Rejestracja: 28 wrz 2020, 10:43
Płeć: Kobieta

Gniew, depresja, wychowywanie dzieci, terapia...

Post autor: corkaKrolowej » 22 sty 2021, 1:02

Czas na mnie i na pierwszy wpis. Od dawna nie jest najlepiej, choć nie do końca umiem to przyznać. Dzisiaj jest mi wyjątkowo trudno. Męża zabrała przed chwilą policja na dołek. Mąż chwycił córkę i rzucił nią o skrzynki z zabawkami. Twarz cała pokiereszowana i byłam z nią w szpitalu. Założona niebieska karta. Nie chciałam żeby go zabrali, bo to nie pomoże. Mąż nie jest jakimś tyranem! Tak naprawdę sam jest ofiarą i potrzebuje naprawy. Od prawie pięciu lat nie pije, bierze leki, ale nic więcej za tym nie idzie. Miał terapię, ale psycholog uznał, że nic więcej nie pomoże. Co dalej będzie nie wiem. Nasze małżeństwo się rozwala przez takie sytuacje. Jego gniew i ciągły smutek, zniechęcenie. Widzę, że on sobie nie radzi. Chyba tylko Pan Jezus może go uzdrowić.
Owszem, wiem, że najważniejsze to pomóc teraz sobie i zadbać o dzieci. Trudno jest mi teraz coś więcej napisać.
Pozostaje mi za świętą Teresą powtarzać, że mam tylko ten dzień dzisiejszy by kochać...

Al la
Posty: 2746
Rejestracja: 07 lut 2017, 23:36
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Gniew, depresja, wychowywanie dzieci, terapia...

Post autor: Al la » 22 sty 2021, 12:09

Witaj, corkaKrolowej, na naszym forum.
Rozumiem, że przeżywasz trudny okres i potrzebujesz pomocy, wsparcia.
Od dawna nie jest najlepiej, choć nie do końca umiem to przyznać.
To pierwsza rzecz na drodze odzyskiwania swojego życia, przyznać się, że masz problem.
Z Twojego postu wybrzmiewa jedna rzecz, tłumaczysz zachowanie męża, a co z córką?
Przyznajesz, że mąż jest sprawcą przemocy?
Owszem, wiem, że najważniejsze to pomóc teraz sobie i zadbać o dzieci.
Tego się trzymaj, mąż ponosi konsekwencje swoich zachowań, zobacz jak Ty możesz zadbać o bezpieczeństwo Twoje i dzieci.
Zapraszam Cię do zajrzenia na naszą stronę wspólnotową http://sychar.org/pomoc/, może znajdziesz tam treści, które będą dla Ciebie pomocne.

Wspieram Cię modlitwą, abyś znalazła siły na zobaczenie tych trudnych spraw we właściwym świetle.

Jednocześnie proszę, abyś zwróciła uwagę na niepodawanie charakterystycznych szczegółów, internet nie jest anonimowy.
Ty umiesz to, czego ja nie umiem. Ja mogę zrobić to, czego ty nie potrafisz - Razem możemy uczynić coś pięknego dla Boga.
Matka Teresa

Załamana
Posty: 195
Rejestracja: 03 kwie 2020, 12:55
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Gniew, depresja, wychowywanie dzieci, terapia...

Post autor: Załamana » 22 sty 2021, 13:41

Witaj, corkakrolowej. Nie zaluj tak męża osobiscie uwazam że przemoc nie powiinna być załatwiana w 4 scianach. Zajmij sie córeczką i sobą ile ma lat przecież to trauma dla dziecka. Piszesz że mąż nie jest tyranem może i tak ale napewno ma bardzo duży problem emocjonalny. Och przykre to wszystko jedni muszą sie zmagać ze zdradami , opuszczeniem przez maloznka lub małożonke, jeszcze inni z przemocą agresją uzależnioniami. Pozdrawiam serdecznie i proszę mysl o sobie i dziecku nigdzie nie ma przyzwonenia na przemoc...

Ruta
Posty: 1006
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Gniew, depresja, wychowywanie dzieci, terapia...

Post autor: Ruta » 22 sty 2021, 13:50

Witaj, corkaKrolowej,

Bardzo mi przykro, poczułam duży ból, czytając to, co napisałaś. Sama doświadczyłam i doświadczam nadal w swoim życiu przemocy
- i znam także ten stan, w którym nasze reakcje są zamrożone i mimo tego, że to my i nasze dzieci doświadczamy przemocy, my tego bólu nie czujemy.

Na początek napiszę ci co dokładnie poczułam - poczułam silny strach, bezwiednie moją ręką osłoniłam twarz, mignął mi w głowie obraz jak to mogło wyglądać i ścisnęło mi się serce ze współczucia dla twojej córki, poczułam też szok i niedowierzanie. Poczułam też chęć zakończenia tej sytuacji, ochronienia bezbronnego dziecka, otoczenia go opieką, zapewnienia dziewczynce bezpieczeństwa, by już nigdy niczego takiego nie doświadczyła.

Mój mąż nie dopuszczał się agresji fizycznej bezpośrednio wobec dziecka - ale w jego obecności niszczył rzeczy w domu, groził nam, urządzał awantury, stosował przemoc psychiczną w najróżniejszych formach. W odmu wszystko było zorganizowane wokół tego, by męża nie prowokowac do wybuchów. Nadal na różne sposoby, często takie wyrafinowane, ktore trudno jest zdefiniowac i opisać, mąż nadal nas terroryzuje, sprawia, że czujemy przed nim strach i obawę. NIgdy ani ja ani dziecko nie mamy pewności, co się wydarzy.

Rozumiem też co piszesz o mężu - że nie jest tyranem. Mój mąż jest osobą uzależnioną z uzależnieniem mieszanym - a więc od różnych substancji, ale także zachowań. Gdy jest trzeźwy, a zdarza mu się nawet i prawie cały miesiąc trzeźwości (kiedyś były to dłuższe okresy), funkcjonuje lepiej i wtedy jest dobrym serdecznym ojcem, dobrym mężem także. Nawet teraz, w głębokim kryzysie. To bardzo komplikuje sytuację, bo gdyby sprawca przemocy był stale agresywny, łatwo byłoby podjąć decyzję o izolacji. A tekie dobre chwile i okresy dają nadzieję, że już tak zostanie, że będzie dobrze, wzmacniają też współczucie dla sprawcy, pomagają dostrzec to co w nim dobre - wpływają więc mocno na to, że się nie bronimy. Dzieci także nie.

Ja w takich sytuacjach, gdy mąz nas krzywdził, często nie reagowałam tak jak powinnam - nie stawałam w obronie dziecka. Usprawiedliwiałam męża, pomniejszałam znaczenie tego co robił, myślałam o tym jak mu pomóc. Oszukiwałam się także, że ważne jest by rodzina była cała (a nie by była zdrowa i bezpieczna dla wszystkich) Oszukiwałam się też, że w ramach tej rodziny my sobie poradzimy. Bez pomocy z zewnątrz - bo mąz negował takie pomysły, nawet gdy prosiłam o terapię dla nas, a nawet gdy ją podejmował, czy t wspólną rodzinną czy strcte uzależnień, to szybko z niej rezygnował. A było tylko gorzej, a przemoc i inne problemy narastały. Tak powoli, że niedostrzegalnie.

Stałam się osobą współuzależnioną. Czyli - w jednym z ujęć, bardzo odpowiednim i dobrze oddającym czym to jest - nieprawidłowo przystosowaną do trudnej sytuacji w domu. Taką, która stara się znosić, która nie dostrzega, kiedy jest czas by się przeciwstawić, by się chronić i chronić tych, którzy są ode mnie zależni, która nie ma także już zasobów ani wewnętrznej siły do takiej obrony, która się boi konsekwencji przeciwstawienia się sprawcy przemocy, która jest emocjonalnie ale nie tylko emocjonalnie, ale tez życiowo zależna od sprawcy.

Jestem na drodze wychodzenia z tego wszystkiego - i na drodze do tego, bym i ja i nasze dziecko byli wolni od przemocy ze strony męża. To nie dzieje się od razu. Minęło już sporo czasu, a i tak dopiero teraz do mnie różne rzeczy dochodzą, różne rzeczy sobie uświadamiam. Nie jest też tak, że przemoc całkowicie ustała, że nadal nie żyjemy w poczuciu zagrożenia z dzieckiem. Ale przemocy jest coraz mniej, ja coraz lepiej umiem się przed nią bronić, mąż coraz bardziej czuje, że nie opłaca mu się tej przemocy stosowac, chociaż próbuje. Mój synek odzyskuje poczucie bezpieczeństwa i poczucie, że nie musi znosić przemocy ze strony taty. I że ma prawo mówić o tym jak się czuje, czego potrzebuje, czego chce, a czego nie chce.

Napiszę ci co na tej mojej drodze osiągnełam i jak.

Pierwszym bezwzględnym krokiem do ochrony przed przemocą jest izolacja od sprawcy. To wymaga jednak przygotowania, zabezpieczenia finansowego, życiowego. To nie znaczy rozwód - bo wiele osób może ci zacząć to zalecać. Rozwód nie chroni przed przemocą - izolacja chroni (izolacja czasem tekże w formie separacji prawnej, a nie tylko samego odizolowania się). Ale to pierwsze nad czym warto pracować i co warto zrealizować. Jednak ze świadmością, że przemoc może się wtedy nasilić. U mnie na skutem moich działań zmierzających do zmiany, do niezgody na odurzanie się w domu i przemoc, wyprowadził się mój mąż - i było to dla mnie trudne i bardzo wtedy rozpaczałam. Ale bywa róznie - czasem to kobieta wyprowadza się z dziećmi. I nigdy nie jest te emocjonalnie proste. Wcale nie jest jak na filmach, że kobieta i dzieci się cieszą. Raczej czują strach rozbicie i niepewność. I tęsknotę za mężem i ojcem.

Praca nad tym, by się odizolować obejmuje według moich doświadczeń przede wszystkim:

1. Sięgnięcie po pomoc z zewnątrz. To już się w jakimś sensie stało - waszej rodzinie została założona Niebieska Karta. Postaraj się potraktować to jako szansę - dowiedz się co u ciebie w ramach tej karty przysługuje, z jakiej pomocy możesz skorzystać. Ty i dzieci. Czasem to na przykład pomoc psychologa, terapia. Rozmowa z dzielnicowym/dzielnicową. Korzystaj ze wszystkiego co jest dostępne.

2. Wsparcie terapeutyczne i pomoc grupy wsparcia. Bez tego nie osiągnęłabym nic. Korzystam z bezpłatnej terapii w poradni uzależnień, i tam mam też grupę wsparcia. Takie poradanie są w całej Polsce i są bezpłatne. Bardzo pomaga mi też forum Sycharowskie.

3. Modlitwa i zawierzenie Bogu. To stąd płyną moje siły, których w takich trudnych i ekstremalnych sytuacjach nie ma skąd wziąć. Stąd także płynie moja zdolność by mierzyć się ze moim lękiem, by otworzyć się na pomoc, by zacząć zdrowieć z trudnej sytuacji i funkcjonować coraz lepiej, by odzyskać bezpieczeństwo, spokój, radość - czyli by zacząć żyć tak, jak tego chce dla nas Bóg.

4. Zmiana optyki, spojrzenia na męża. Jest dorosłym człowiekiem. Nawet jeśli wymaga pomocy - to ja nie jestem jego terapeutką. Nie jestem też Bogiem, by móc kierować męża życiem. Ani nie jestem mojego męża rodzicem, by go chronić przed konsekwencjami jeo działań. Zresztą tylko głupi rodzic pozwala by dziecko nie uczyło się, że jego działania mają konsekwencje. Oznacza to, że docelowo należy męża pozostawić samemu sobie - powierzyć go Bogu. Jest dorosły. Poradzi sobie. A gdy to jemu zacznie być źle na skutek jego działań - na przykład będzie ponosił ich prawne konsekwencje - ma szansę dostrzec, że powinien zacząć pracę nad sobą i zmianą zachowania.

5. Konferencje Księdza Dziewieckiego, szczególnie te dotyczące kryzysów w rodzinie, uzależnień, i wychodzenia z tych kryzysów. I nie ma znaczenia, czy mąż jest w fazie czynnego uzależnienia, czy też nie. Bo mechanizmy prowadzące do dsterukcji działają czesto także, gdy osoba uzalezniona umie się powstrzymać od przyjmowania substancji. Zresztą często po cichu osiąga ten efekt zamieniając jedno uzaleznienie na inne - mniej widoczne dla otoczenia i ni edające takich widocznych skutów. Więc ta trzeźwość jest wtedy pozorna. Wracając do konferencji Księdza - znajdziesz je na You Tubie. Naprawdę są pomocne, pomagają ułożyć plan odizolowania się, ułożyć sobie wszystko w głowie, w emocjach.
Pomagają w jeszcze jednym - chronić siebie i dzieci, nie krzywdząc męża i nie rozbijając małżeństwa. To jak czytam - jest dla ciebie ważne. Kiedyś sądziłam, że mam tylko dwie alternatywy - pozostawać w małżeństwie i znosić wszystko i dążyć w ramach tego do zmiany - lub porzucić małżeństwo, męża, rozwieść się - a tego nie chciałam. Ksiądz pokazał mi, że jest trzecia droga - mogę chronić siebie i dziecko, bez rozbijania małżeństwa i porzucania męża.

Tak osobiście od serca chcę ci napisać - jesteś bardzo dzielna, zapewne wiele lat znosiłaś dla miłości i dla rodziny bardzo trudne rzeczy. Już nie musisz. Możesz skorzystać z pomocy, otworzyć się na nią, możesz odzyskac spokój, bezpieczeństwo dla siebie i dzieci. Twoje zmiany mogą wpłynąć na to, by i mąż zaczął się w końcu zmieniać na dobre - i często tak właśnie się dzieje, gdy to, co zaczynamy robić jest oparte na mądrości, na doświadczeniu osób, które przed nami przeszły tą drogę, które są gotowe dzielić się swoim doświadczeniem, otaczać nas opieką, modlitwą, pomocą.

Przyłączam się do modlitwy Al li w twojej intencji.

teodora
Posty: 117
Rejestracja: 10 wrz 2019, 21:55
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Gniew, depresja, wychowywanie dzieci, terapia...

Post autor: teodora » 22 sty 2021, 14:02

Jeżeli mąż pokiereszował córce twarz, to przeciwdziałając przemocy zrobiłaś wszystko jak trzeba. Dałaś jasny czytelny sygnał, że takie coś nie ma prawa się zdarzyć.

Obyś pod wpływem wyrzutów sumienia i nawyku tłumaczenia męża nie zboczyła z tej drogi. Brawo, naprawdę gratuluję Ci, jesteś silną kobietą! Wiele żon tkwi w sytuacji przemocy latami, tłumacząc przemocowca, że on biedny, on nie chciał.

Brawo za to że stanęłaś w obronie dziecka!

Caliope
Posty: 1048
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Gniew, depresja, wychowywanie dzieci, terapia...

Post autor: Caliope » 22 sty 2021, 19:05

Witaj, czy mąż przeszedł cały cykl terapeutyczny trwający 1,5 roku? z mojego doświadczenia widzę, że po tylu latach ma nawroty. Jak nie dba o siebie i swoją trzeźwość jest dalej w stanie picia "na sucho". Bardzo przykre co się stało córce, to bardzo duża trauma. Proponuję iść do ośrodka uzależnień i poszukać pomocy dla siebie i córki, potrzebujecie wsparcia z zewnątrz w takich chwilach.

corkaKrolowej
Posty: 2
Rejestracja: 28 wrz 2020, 10:43
Płeć: Kobieta

Re: Gniew, depresja, wychowywanie dzieci, terapia...

Post autor: corkaKrolowej » 31 sty 2021, 15:30

Caliope pisze:
22 sty 2021, 19:05
Witaj, czy mąż przeszedł cały cykl terapeutyczny trwający 1,5 roku? z mojego doświadczenia widzę, że po tylu latach ma nawroty. Jak nie dba o siebie i swoją trzeźwość jest dalej w stanie picia "na sucho". Bardzo przykre co się stało córce, to bardzo duża trauma. Proponuję iść do ośrodka uzależnień i poszukać pomocy dla siebie i córki, potrzebujecie wsparcia z zewnątrz w takich chwilach.
Tak. Według "specjalistów" cała ta terapia ukończona. Najpierw grupowa a potem indywidualna i została zakończona przez psychoterapeutę. Ja już wtedy wiedziałam, że to nie koniec, bo nadal był rollercoaster emocjonalny.
Mąż miał się umówić na wizytę do poradni. Przez cały tydzień tego nie załatwił. Znowu śpi, miga się od obowiązków, zajada się słodyczami, alienuje się i unika rozmów. Kiedy temat niewygodny to krzyczy. Teoretycznie wszystko jest względnie, do następnego wybuchu i nie wiem co robić. W większości to ja utrzymuję rodzinę i bez jego pomocy przy opiece nad dziećmi nie poradzimy sobie finansowo. Staram się teraz o lepszą pracę w systemie zmianowym. Starszaki mają przedszkole, ale bez żłobka to bez męża na pracę nie mam szans.
Ja trochę nie wiem jak to wszystko ogarnąć, bo wiem, że pomoc jest nam potrzebna, ale skąd wziąć na to czas. Nie ma pieniędzy, żyjemy z ciężkiej pracy fizycznej na umowę zlecenie. Nie możemy sobie pozwolić na odpuszczenie pracy zawodowej. Przy trójce dzieci tych obowiązków coraz więcej. Trudno to wszystko tak ciągnąć samodzielnie.
Zastanawia mnie jak sobie właśnie radzą te kobiety, które zdecydowały się na separację. Przecież z czegoś trzeba się utrzymać. Na razie staram się tak zorganizować sobie życie aby w przyszłości poradzić sobie samodzielnie. Niezależnie od tego co będzie muszę być przygotowana na wszystko. Ale bez pieniędzy, pomocy przy opiece nad dziećmi, jestem skazana na to co jest.

Ewuryca
Posty: 287
Rejestracja: 12 maja 2019, 17:29
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Gniew, depresja, wychowywanie dzieci, terapia...

Post autor: Ewuryca » 31 sty 2021, 17:43

corkaKrolowej pisze:
31 sty 2021, 15:30
jestem skazana na to co jest.
Napisze brutalnie ale myśle ze o ile ty jesteś dorosła i możesz się bronić o tyle nie macie prawa skazywać na coś takiego waszego dziecka. Mam nadzieje ze jeśli mąż jeszcze raz podniesie na nią rękę to nie tylko trafi do więzienia ale tez będziesz miała odwagę stanąć w jej obronie lub skorzystać z pomocy prawa tak jak zrobiłaś to teraz nawet jeśli będziesz musiala pójść z tym jeszcze dalej. Nic nie usprawiedliwia przemocy wobec bezbronnego dziecka.
Ostatnio zmieniony 31 sty 2021, 18:27 przez Nirwanna, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: poprawiono cytowanie

Caliope
Posty: 1048
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Gniew, depresja, wychowywanie dzieci, terapia...

Post autor: Caliope » 31 sty 2021, 18:14

Jednak na moje oko, nie jest dobrze, może nawet nie wiesz że gdzieś tam coś chowa i popija, stąd nieumawianie do poradni, może wyrzuty sumienia. Alkoholik potrafi takie rzeczy robić żeby ukryć picie, że głowa mała. Zastanawia mnie krzyk, alienowanie i miganie się od obowiązków, po terapii ja byłam tak energiczna, że mogłam wszystko zrobić i wszystkim pomóc z radością życia.

kocimiętka
Posty: 72
Rejestracja: 24 mar 2019, 19:37
Płeć: Kobieta

Re: Gniew, depresja, wychowywanie dzieci, terapia...

Post autor: kocimiętka » 31 sty 2021, 19:48

Zadbaj o córkę i to natychmiast. Bo gdy dorośnie będzie mieć żal nie tylko do ojca, że tak ją traktował, ale też do Ciebie, że byłaś bierna. Może poproś rodzinę o pomoc? może jest możliwość, żeby mąż zamieszkał z rodzicami albo u kogoś z rodziny skoro nie jest w stanie zachować się wobec Was tak jak trzeba. W wielu książkach np. w "Cenniejsza jak perły. Jak mądra żona pomaga mężowi osiągnąć pełnię męskości" polecanej tu na forum, jest wyraźnie napisane, że w przypadku przemocy separacja jest nieunikniona, aby uzdrowić relacje. I módl się, Maryja postawi na Twojej drodze pomocnych ludzi i odpowiednie rozwiązania.

Ruta
Posty: 1006
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Gniew, depresja, wychowywanie dzieci, terapia...

Post autor: Ruta » 01 lut 2021, 3:49

corkaKrolowej pisze:
31 sty 2021, 15:30
Ja trochę nie wiem jak to wszystko ogarnąć, bo wiem, że pomoc jest nam potrzebna, ale skąd wziąć na to czas. Nie ma pieniędzy, żyjemy z ciężkiej pracy fizycznej na umowę zlecenie. Nie możemy sobie pozwolić na odpuszczenie pracy zawodowej. Przy trójce dzieci tych obowiązków coraz więcej. Trudno to wszystko tak ciągnąć samodzielnie.
Zastanawia mnie jak sobie właśnie radzą te kobiety, które zdecydowały się na separację. Przecież z czegoś trzeba się utrzymać. Na razie staram się tak zorganizować sobie życie aby w przyszłości poradzić sobie samodzielnie. Niezależnie od tego co będzie muszę być przygotowana na wszystko. Ale bez pieniędzy, pomocy przy opiece nad dziećmi, jestem skazana na to co jest.
Napiszę długo. Jak to wyglądało u mnie - i jak zaczęła się zmieniać moja perspektywa. A miałam bardzo podobną do twojej. Choć mój mąz nie stosował przemocy fizycznej (na ogół).

Nie zdecydowałam się na separację, ale z dnia na dzień musiałam sobie poradzić po tym, jak zostawił mnie mąż. Mąż nie pracował przez ponad półtora roku, podjął pracę tuż przed wyprowadzką, ale pensję i tak zatrzymywał niemal w całości dla siebie. Nasza sytuacja była od dawna trudna - bo ja nie dawałam rady sama nas utrzymać, mąż upierał się przy samochodzie, który pochałaniał spore koszty, nie tylko raty, ale i benzyna, ubezpieczenia, naprawy, mąż sporo palił też papierosów i nie miał zamiaru ograniczać wydatków na papierosy, było też zadłużenie na karcie, ciagnące się jeszcze z czasów jego działalności, która upadła, gdy wpadł w bardzo długi paromiesięczny ciąg. Oraz zadłużenie związane ze zwykłymi potrzebami, które powiększało się z miesiąca na miesiąc. Razem tych długów było naprawdę sporo.

Mąż w kryzysie z miesiąca na miesiąc zarówno w prace w domu jak i w opiekę nad dzieckiem był zaangażowany coraz mniej, więc było mi coraz trudniej, bo oprócz intesywnej pracy zawodowej za dwoje, robiłam niemal wszystko w domu i to co było potrzebne dziecku. Byłam skupiona głównie na utrzymaniu pracy, reszta ledwo funkcjonowała, albo i wcale.
Natomiast mąż był w domu w czasie gdy ja byłam w pracy - zaprowadzał syna do szkoły i odbierał, oraz czasem na zajęcia dodatkowe, rahabilitację, zajęcia wyrównawcze - ale to już nie zawsze. Często po prostu nie zaprowadzał. No i gdy brałam prace dodatkowe był w domu i minimum obecności i opieki zapewniał - w sensie obejrzał z synem film, czy podał mu kolację. Z lekcjami czy reahablitacją dziecka, czy jakimś praniem, zakupami było gorzej - w sensie zwykle tego nie robił. Poza obsługą siebie - bo przestałam mu prać i robić rzeczy związane z nim, więc musiał to ogarniać sam - bo tak radzili rózni terapeuci od lat. Co mi wypominał i mówił mi, że "zaniedbuję rodzinę", podczas, gdy ja ledwo się trzymałam na nogach ze zmęczenia. A mi wydawało się wtedy, że bez męża będzie mi jeszcze bardziej trudno - skoro z nim ledwo dawałam rady. Źle to widziałam - było mi tak trudno z powodu męża, tylko nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Tłumaczyłam sobie wtedy, że mąż ma depresję, że walczy z nałogiem (przerwał terapię i co raz częściej sięgał po alkohol i narkotyki), że jak będę wyrozumiała, to jakoś ten kryzys przetrwamy, że w końcu zdecyduje się na powrót na terapię. Że wystarczy że stopniowo będę coraz bardziej stanowacza wobec zakazu w domu narkotyków (chodziłam na specjalną grupę wsparcia, która miała pomóc mi przekonać męża do powrotu na terapię). Sądziłam, że muszę tylko zacisnąc zęby i jakoś dać radę. I zaciskałam. Dodam, że coraz słabiej sobie radziłam - i przez jakiś czas głupio (po raz drugi w czasie naszego małżeństwa) zaczęłam sięgac po alkohol, by złagodzic napięcie, bo miałam wrazenie że zwariuję. A mój mąz był coraz bardziej zimny i wrogi. Głównie wino po pracy wieczorem, gdy wszyscy spali. Pomagało mi to zasnąć. Na szczęście się z tego wycofałam. Zaczęłam chodzić na najpóżniejsze ćwiczenia wieczorem, by nie musieć być w domu z wrogim i napastliwym wobec mnie mężem - kładłam dziecko spać i leciałam. Nie wiem skąd brałam siły.

Przez wiele lat mąż był zaangażowanym mężem i ojcem (za wyjątkiem ciagów, które jednak zdarzały się coraz częściej i trwały coraz dłużej). Ale coraz częściej gdy patrzę wstecz widzę, że nadal bardzo idealizuję te dobre czasy. Prawda jest taka - i coraz łatwiej mi to przyjąć - że nawet gdy mąż nie był w ciągach był wybuchowy, nigdy nie wiadomo było, co go sprowokuje do wybuchu. I że bardzo trudno przez to się z nim żyło. I że niemal każde picie alkoholu przez męza kończyło się napięciem i kłopotami, co oznaczało, że każda uroczystośc rodzinna, wesele, spotkanie ze znajomymi wiązały się z ogromnym napięciem. I tak było od zawsze. I że często spokój był w domu wtedy, gdy ja się zgadzałam na męża używki. A potem tracił kontrolę i spokoju już nie było.

To "zajmowanie się dzieckiem" przez męża w okresie przed wyprowadzką często było dla naszego dziecka ogromnym stresem - mąż się w obecności dziecka upijał, zabierał synka w towarzystwo osób pijących aż do upicia się, albo ignorował go, oglądał seriale, był wyłączony, wybuchał gniewem, krzyczał,nie dbał o jego potrzeby, porządny posiłek, zajęcia. To zdecydowanie przestała być była dobra opieka. Ignorowałam to na szkodę dziecka. Dopiero od niedawna dociera to do mnie z całą mocą.

Co nie zmienia faktu, że z chwilą wyprowadzki męża musiałam rozwiązać kwestie zaprowadzania dziecka i przyprowadzania do szkoły i na wszystkie zajęcia, rehabilitacji. Z jednej strony odpadły mi koszty związane z utrzymaniem męża i samochodu, który mąż zabrał. Z drugiej strony moje dochody też się zmniejszyły - bo nie mogłam już brać dodatkowych prac, nadgodzin. Stałam się mniej dyspozycyjna w pracy - co wiązało się z dużym stresem i trudnościami z przełożonymi, których niespecjalnie interesowała moja sytuacja osobista. I to mimo tego, że nadal wywiązywałam sie z obowiązków tak samo jak przedtem, częśc pracy wykonując po prostu w domu.
Przerażało mnie też zadłużenie. Kompletny chaos - i sprawy wydawałoby się nie do pogodzenia dla samotnej matki. Do tego na głowie miałam wciąż męża - z jego jazdami, odurzaniem się, groźbami. Gdy był trzeźwy niby próbował coś pomóc, ale tej trzeźwości nie było za dużo. Za to mnóstwo stresu. I ja jeszcze w tym wszystkim pomagałam mojemu mężowi finansowo, bo mi go było szkoda, dawałam mu jedzenie, gdy przychodził, także na wynos, parę razy kupiłam cos do ubrania. Nie żałuję, robiłam to w szczerych intencjach i z serca - ale gdy widzę jaka byłam naiwna, to mi siebie szkoda.

Jak sobie poradziłam? Już wcześniej korzystałam z pomocy innych mam - na zasadzie wymiany, jednego dnia ja zajmowałam się dziećmi, innego dnia inna mama. Rozbudowałam ten system. Zaangażowałam też inne osoby. Zwykle ja wiele pomagałam innym - i to do mnie wtedy wróciło, choć musiałam się nauczyć zwracać o pomoc, nie zawsze mając do zaoferowania coś w zamian. To była dla mnie nowość. Finansowo - bardzo ograniczyłam nasze potrzeby i wydatki. Zrobiłam plan spłaty długów, korzystając z różnych poradników. Do dziś żyję bardzo skromnie. W zasadzie spłacam długi, których ubywa powoli, ale systematycznie, opłacam rachunki i pozostaje nam na jedzenie. Nie kupujemy ubrań, butów, dostajemy. Tak jak i inne rzeczy. Czasem kupuję jakąś książkę dla siebie i dla małego. Kiedyś gry planszowe, płyty z muzyką, filmami to były zwykłe niemal codzienne wydatki, dziś to jest ekskluzywne i takie rzeczy są na prezenty, przy specjalnych okazjach. Mały lubił zawsze zamawiane jedzenie - więc raz w w miesiącu zamawiamy coś. Nie chcę by był tak zupełnie wszystkiego pozbawiony. Ale wymyśliłam za to "śniadania światowe" - i sami szykujemy sobie śniadania "z różnych stron świata". Fajna zabawa, dowiadywać się co np. Włosi jedzą na śniadanie i serwować podobne w domu.

Zredukowałam też z przymusu czas pracy, bo nie miałam co robić z dzieckiem, za to w związku z tym więcej czasu spędzałam z synkiem i mogłam lepiej zadbać o jego potrzeby.

Po drodze było mnóstwo problemów, strajki szkolne, lock downy, trzymiesięczna przewlekła choroba, poważne problemy zdrowotne synka, z którymi mierzymy się do dziś. Prywatna i niestety wcale nie tania terapia dla małego, który bardzo jej potrzebował i którą opłacam do dziś. Ostatnio straciłam pracę i nie mam jeszcze nowej, a mały zaczyna miesięczną intensywną rehabilitację, na którą będziemy jeździć codziennie w środku dnia, bo takie są terminy.

Wiem, że może zabrzmieć to głupio, ale dużo się modlę. I jestem pewna, że to wszystko dałam radę przetrwać w pogodzie ducha głównie dzięki modlitwie. I nie martwię się nadmiernie o to co będzie - daję z siebie jak najwięcej i bardzo się staram, ograniczam potrzeby - a resztę uzupełnia łaska. Zawsze wszystko się jakoś składa. Nawet jak bardzo ale to bardzo chciałam na rekolekcje pojechać, to dostałam płatną od ręki pracę dodatkową (dokładnie za potrzebą kwotę), znalazł się też czas na jej wykonanie i jeszcze opieka do synka. Uczę się coraz większej ufności - bo naprawdę doświadczam Bożej opieki i wsparcia.

Szczerze mówiąc jest o wiele lepiej niż kiedy mąż będący w głębokim kryzysie mieszkał z nami. Nie mówię o latach, gdy było w miarę dobrze, gdy był zaangażowany i w miarę trzeźwy. Choć coraz częściej myślę, że nie chcę już wracać do życia z mężem, który w każdej chwili może się wściec, krzyczeć, być agresywny. Do którego boję się odezwać, z którym boję się wprost rozmawiać i muszę wszystko mówić i robić dookoła. Który mnie ignoruje, okłamuje i często ma gdzieś moje potrzeby. Który mną manipuluje, by ukrywać że bierze lub jest w ciagu innego rodzaju. Który przerzuca na mnie odpowiedzialność za większośc spraw. Który w każdej chwili może się upić lub odurzyć i zmienić się w kogoś przerażającego.

Przykro mi - bo bylismy z męzem blisko, mieliśmy dobre może nie całe lata, ale po kilka miesięcy od kryzysu związanego z ciągiem do kolejnego na pewno, wiele rzeczy było między nami dobrych i radosnych, łączyły nas wspólne wartości, wiara była dla nas ważna, lubiłam spędzać z mężem czas i dużo nawzajem sie od siebie uczyliśmy, inspirowaliśmy sie nawzajem i motywowlismy do różnych rzeczy i w dobrych czasach współpracowaliśmy we wszystkim i wszystko się nam udawało, dużo sie razem śmialiśmy, rozmawialiśmy, lubilismy spędzać czas z synkiem, wywalczyliśmy mu razem sprawność, mój mąż umiał mnie zawsze rozśmieszyć, wesprzeć. Mój mąz, gdy jest trzeźwy i nie korzysta z żadncyh ogłupiaczy jest naprawdę wspaniałym mężczyzną. Przykro mi, bo nadal wiem, że mimo tego co się dzieje z moim mężem, on jest pod tym wszystkim nadal człowiekiem, który ma ogromny potencjał do bycia dobrym ojcem i mężem. Oraz odpowiedzialnym mężczyzną - takim, którego zawsze szanowałam i podziwiałam. I nadal tego mojego męża bardzo kocham - i boli mnie, gdy widzę jak się niszczy.

Trudno jest pogodzic te dwa tak rózne oblicza mojego męża - nadal tego nie rozumiem. Naprawdę jakbym miała dwóch róznych mężów. Mały odbiera to podobnie, że tata jest skrajnie dobry, lub skrajnie zły. Wiem, że to brzmi naiwnie - ale ja wiem, że prawdziwy jest mój mąż - ten dobry. Choć kocham męża także w jego obecnych i w przeszłych trudnościach. I zamierzam kochać także w przyszłości, nawet gdy te trudności nie miną. I jakby nie miało to brzmieć głupio i naiwnie - mam wewnętrzną pewność, że mój mąz jest tej mojej miłości warty. Choć czasem myślę, że nie dam rady, że nie zniosę więcej, że ta moja miłośc kiedyś się skończy, z bólu, rozczarowania, smutku. Ale się nie kończy, potrzebuję tylko czasem odpocząć, nabrać sił. To ważne w takim kryzysie.

Ale ta moja miłość nie oznacza że mamy wszyscy brnąć coraz dalej w kryzys. Że ja i dziecko mamy spadać razem z mężem. Uczę się miłości mądrej. Polecam ci z całego serca wystąpienia księdza Dziewieckiego. Wystrarczy wisac jego nazwisko na You Tubie. Bardzo wiele się z nich nauczyłam o tym, jak żyć w małżeństwie z trudnym mężem. I uczę się nadal.

Najwazniejszą myślą jest dla mnie to - że należy siebie i dzieci chronić przed każdym rodzajem przemocy. Poprzez izolację od sprawcy. Nawet gdy sprawcą jest ukochany ojciec i mąż. I że wcale nie oznacza to końca miłości małżeńskiej - a wręcz jej służy. Oraz, że izolacja jest dobra nie tylko dla rodziny - ale i dla sprawcy.

teodora
Posty: 117
Rejestracja: 10 wrz 2019, 21:55
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Gniew, depresja, wychowywanie dzieci, terapia...

Post autor: teodora » 02 lut 2021, 3:30

Choć coraz częściej myślę, że nie chcę już wracać do życia z mężem, który w każdej chwili może się wściec, krzyczeć, być agresywny. Do którego boję się odezwać, z którym boję się wprost rozmawiać i muszę wszystko mówić i robić dookoła. Który mnie ignoruje, okłamuje i często ma gdzieś moje potrzeby. Który mną manipuluje, by ukrywać że bierze lub jest w ciagu innego rodzaju. Który przerzuca na mnie odpowiedzialność za większośc spraw. Który w każdej chwili może się upić lub odurzyć i zmienić się w kogoś przerażającego.
Twój opis to dokładny opis mojego życia z mężem, mimo że odkąd go znam nie sięga po używki (alkohol, narkotyki-jest uzależniony krzyżowo). Teraz wrażeń dostarczają mu chyba relacje z kobietami i przebywanie w gronie pijacego towarzystwa.

córkaKrolowej, my też mamy trójkę dzieci (najmlodszy w żłobku) . Tkwimy w długach po uszy (spłaty przekraczają o wiele mój miesięczny dochód). Na razie mąż próbuje się wywiązywać z zadeklarowanej kwoty na utrzymanie rodziny oraz spłatę długów,ale jestem świadoma i liczę się z tym, że z dnia na dzień to się może zmienić. Dlatego buduję sama swoj plan B. Tzn. Przestalam milczeć w kwesti kryzysu - porozmawialam o tym z rodziną (z osobami którym ufam), poinformowałam szefa o trudnej sytuacji. Zrobiłam listę osób, ktore mogę prosić o pomoc w razie nagłego wypadku. Zrobiłam też listę długów, skontaktowalam się z bankami, zrestrukturyzowalam co moglam. Właściwie windykatorow znam już osobiście.

Pukam w każde drzwi. Nie trąbie na lewo i prawo jak mam ciężko. Ale łapię się każdej możliwości pomocy. Rozmawiam, rozmawiam, rozmawiam: z windykacją, z wodociagami, z dostawcą prądu, z przedszkolem (w mojej okolicy nie ma przedszkola państwowego, jest prywatne ale tanie) ustaliłam indywidualny plan płatności czesnego.

Bardzo długo udawałam przed wszystkimi, że u mnie jest w porządku. Ukrywałam informację, ze mam problemy, nie chcąc męża stawiać w zlym świetle, bo balam się, że jak coś wyjdzie na jaw to juz nie bedzie szansy nic naprawić. Teraz żałuję, że tak długo siebie samą skazywałam na samotność, cierpienie i izolację, tyko po to, żeby mąż nie odczuł dyskomfortu w związku z tym że źle mnie traktuje. Martwiłam się że to zepsuje mu opinię. Przeoczyłam 'drobny' i oczywisty fakt, że jeśli chce mieć dobrą opinię to sam musi o nią dbać!
Teraz zostawiam mu odpowiedzialność za swoje czyny. Skoro coś robi to musi się liczyć z konsekwencjami, że jego czyny będą jawne. Skoro coś robi i się tego nie wstydzi, to ja tym bardziej nie wstydzę się o tym mówić. Małymi krokami i tak żebym czuła się bezpiecznie.

Piszesz, że mąż opiekuje się dziećmi kiedy Ty pracujesz. Czy jesteś pewna, że nie robi dzieciom krzywdy? Skoro skrzywdził córkę, myślę, że takie zachowania mogą się powtórzyć, a ty nawet nie bedziesz wiedziała.. Piszesz, że najmłodsze nie chodzi do żłobka. Dlaczego? Ewentualnie może warto popytać po rodzinie. Może jest jakas babcia, starsza ciocia, takie osoby czasem są samotne i chetnie pomogą w opiece nad dzieckiem. Przynajmniej do czasu aż maluch dostanie miejsce w żłobku. Może warto popytać w lokalnym ognisku Sychar?

Módl się i bądź otwarta na pomoc, nie bój się o nią prosić. Ja się przełamałam i wiele dobrego mnie dzięki temu spotkało.

nałóg
Posty: 2953
Rejestracja: 30 sty 2017, 10:30
Jestem: szczęśliwym mężem
Płeć: Mężczyzna

Re: Gniew, depresja, wychowywanie dzieci, terapia...

Post autor: nałóg » 02 lut 2021, 9:51

corkaKrolowej pisze:
31 sty 2021, 15:30
potrzebujecie wsparcia z zewnątrz w takich chwilach.


Tak. Według "specjalistów" cała ta terapia ukończona. Najpierw grupowa a potem indywidualna i została zakończona przez psychoterapeutę. Ja już wtedy wiedziałam, że to nie koniec, bo nadal był rollercoaster emocjonalny.
Mąż miał się umówić na wizytę do poradni. Przez cały tydzień tego nie załatwił.
W AA taki stan nazywa się "trzeźwością na dupościsku". Dla przeważającej populacji alkoholików którzy odbyli terapię sama terapia nie wystarcza. Każda terapia kiedyś się kończy.
Mądrzy terapeuci sugerują swoim podopiecznym uczestnictwo w mityngach AA , a by gdy terapia się skończy mieli oni możliwość konfrontowania się z trzeźwiejącymi alkoholikami podczas mityngów.
Terapia to "układanie w szufladkach" ,a do trwałego sensownego przezywania swoich emocji potrzebna jest też i duchowość . Ta duchowość w AA jest w programie 12 Kroków AA. Obecnie nie ma za dużo mityngów w realu lecz są mityngi wirtualne, w necie.
Przemocy STOP. Wezwanie policji : jak najbardziej celowe i wskazane. To podbijanie DNA i pokazywanie konsekwencji tkwienia w postawie "pijanego na sucho".
Opisywane zachowania mogą wskazywać , że albo już popija w ukryciu albo niedługo "popłynie" i złapie ciąg alkoholowy.
Jego mózg pamięta w podświadomości ostanie ilości wypijanego alkoholu, więc jak pójdzie w ciąg to może pić sporo i długo.......chyba ż będzie to traumatyczne przeżycie dla niego i poprosi o pomoc .
PD

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: monachomachia, sajmon123 i 11 gości