Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Bławatek
Posty: 174
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Bławatek » 11 maja 2020, 8:04

Witam,
Od 2 miesięcy czytam forum również archiwalne wpisy oraz niektóre polecane tu książki. Ponieważ mam mętlik w głowie postanowiłam napisać. Moja historia jest bardzo podobna do wielu innych na tym forum, a jednak trochę inna.

Ponad 2 miesiace temu po 9 latach małżeństwa usłyszałam, od Męża, że już nic do mnie nie czuje i mnie nie kocha. Z lektury forum wiem że często takie słowa przez odchodzących są wymawiane. W głowie mi się nie mieści, że człowiek z którym świadomie zawierałam ślub kościelny, który przed ślubem ujął mnie tym, że powiedział, że chciałby abyśmy razem zawsze uczestniczyli we Mszy św. oraz razem przystępowali do komunii. I teraz od tej osoby, która ślubowała miłość i wierność aż do śmierci, cokolwiek by się działo dostaje się taki bolesny cios. Mąż od razu się wyprowadził zabierając trochę swoich rzeczy twierdząc, że nie ma możliwości na razie zabrać wszystkiego. Próbowałam wtedy z nim rozmawiać, proponowałam terapię, tłumaczyłam, że wszystko da się naprawić. On twardo stał na stanowisku, że już się wszystko skończyło. Nawet teraz pisząc te słowa łzy cisną mi się do oczu. Po paru dniach przy okazji gdy przyjechał do naszego syna próbowałam znów porozmawiać i usłyszałam, że już nie ma o czym rozmawiać, on wszystko przemyślał i chce rozwodu. I nawet zranił mnie słowami, że jego Rodzice wiedzą, że jak on sobie coś postanowi to tak robi i akceptują jego decyzje o rozwodzie, co dla mnie było szokiem, bo Teściowie są bardzo wierzący. Choć w pierwszym odruchu miałam wtedy spakowanie wszystkich jego rzeczy i wystawienie na dwór, powstrzymałam się licząc, że jak pokaże mu, że go nie wyrzucam to może po pewnym czasie zastanowi się przemyśli i wróci. Niestety nawet po 2 miesiacach stan zawieszenia trwa dalej. Boje się z mężem zaczynać rozmowy, ponieważ ja zawsze byłam tą stroną głośniejszą, a mąż duszący w sobie wszystko - choć też potrafi wybuchnąć. A i obecna sytuacja związana z pandemią nie ułatwia sytuacji. Syn (jest w początkowej klasie szkoły podstawowej) tęskni za ojcem - często do niego sam dzwoni, bywa tak że mąż nie odbiera. Mąż odwiedza syna rzadko - czasami raz w tygodniu czasami 3, wpada na godzinkę czasami dwie. Też mi trudno wymagać w czasie panowania wirusa aby mąż zabrał syna np w sobotę lub niedzielę na cały dzień. Ja zostałam ze wszystkim sama - muszę ogarniać naukę z synem, zakupy, a mimo, że w ciągu małżeństwa mąż zakupił 3 samochody, które ma do dziś, to ja zostałam bez samochodu. Całe życie sobie dawałam radę bez samochodu, ale w czasach gdy mamy pandemię jest to utrudnione. Na szczęście mieszkamy w dużym mieście i mamy super komunikację miejską, nawet do pracy zawsze wolałam jeździć autobusem niż własnym autem i szukać miejsc parkingowych. Teraz miałam pracę zdalną więc byłam w stanie ogarnąć naukę z synem, ale jak już wrócę do pracy to będzie ciężko.

Z mężem poznałam się gdy ja miałam 30 lat, a mąż kilka lat więcej. Więc oboje wchodziliśmy w związek z już wypracowanymi nawykami, swoimi wizjami jak ma wyglądać związek, małżeństwo. Ja byłam dość ugruntowana w wierze - zawsze szukałam kandydata na męża, który byłby blisko kościoła, bez nałogów. Wszyscy rozwodnicy, lub osoby z takim podejściem, że jak nie wyjdzie to trzeba się rozejść tzn rozwieść byli od razu przeze mnie skreślani. Więc jak poznałam męża, który był wierzący, wyznawał podobne wartości jak ja, a do tego poznałam jego rodzinę, która też była związana z kościołem to dałam nam szanse, choć wiedziałam, że będzie ciężko. Oboje do naszego poznania dalej mieszkaliśmy ze swoimi rodzicami. Niestety o ile ja byłam zawsze nauczona samodzielności i zaradności (m.in. dlatego, że mój ojciec do wszystkiego miał zawsze dwie lewe ręce, więc wszelkie tapetowania, malowania, dbanie o ogród było zawsze na mojej głowie - w sumie lubię to wszystko robić), tak mój mąż przez głównie matkę był rozpieszczany - zawsze czekał na niego ciepły obiad (choć jak trzeba było to sama widziałam przygrzewał sobie), ale kanapki do pracy często robiła również mu mama. Przed ślubem wiedziałam, że może być nam trudno się dograć, a jeszcze znajomi i moja rodzina zawsze wspominali, że człowiek 20 lat pracujący powinien już mieć swoje mieszkanie, a niestety mąż nawet wkładu na mieszkanie nie uzbierał. Dla mnie pieniądze nie były najważniejsze, zawsze liczyłam, że się dorobimy. Ja byłam po zmianie pracy, mąż miał stałą pracę. Mąż od początku był bardziej czuły, zabiegający, ja byłam ostrożna - nawet mu sama mówiłam, że jestem jak lis z Małego Księcia - trzeba mnie oswoić. W czasie początków znajomości spędzaliśmy z sobą dużo czasu, jeszcze wtedy "nie mężowi" zależało abyśmy wszystko robili razem, nawet przyjeżdżał do mnie i pomagał w sprzątaniu abyśmy mogli spędzić popołudnie na spacerze, w kinie itp. Na zakupach zawsze chodził krok w krok za mną i mi pomagał. Po półrocznej znajomości ukochany oświadczył mi się (choć w głowie miałam, że może za szybko) - rodziny widząc ile czasu z sobą spędzamy i jak jesteśmy do siebie podobni (oboje nie palimy, alkohol mógłby dla nas nie istnieć), lubimy oboje spokój a nie np. głośne imprezy nawet nas zachęcali do ślubu wcześniejszego, bo przecież nie ma na co czekać ("zegary biologiczne biją" itp). Ślub zawarliśmy w kościele po 1,5 roku znajomości - wyciągnęłam jeszcze męża na rozszerzone nauki przedślubne, trwające kilkanaście spotkań, aby się bardziej poznać. O ile do ślubu to była bajka (choć zauważyłam, ze narzeczony bywa bezpodstawnie zazdrosny - nawet miałam z nim jedną większą sprzeczkę, bo coś źle usłyszał i posądzał mnie o flirtowanie z kolegą w pracy, po moich wyjaśnieniach zaufał mi), to po ślubie niestety dotknęło nas trochę niemiłych zdarzeń - z powodów restrukturyzacyjnych w firmie mąż musiał zrezygnować z pracy, a już wtedy byłam w ciąży, ja do tego byłam na umowie czasowej, która miała się skończyć po porodzie, ale na szczęście przedłużono mi na czas nieokreślony, więc jeden dochód stały mieliśmy. Maż szukając nowej pracy dorabiał u swojej rodziny oraz gdzie indziej miał jeszcze umowę zlecenie. Nową pracę na etat znalazł jak nasz syn się rodził (mało płatna, ale stała). Ja szybko do pracy wróciłam, a dzieckiem zajął się ktoś z mojej rodziny. Radziliśmy sobie choć wesoło nie było ponieważ okazało się, że syn od urodzenia borykał się z różnymi podejrzeniami ciężkich chorób więc dużo pieniędzy wydawaliśmy na specjalistyczne badania, wizyty prywatne u najlepszych specjalistów. W związku z tym że nam się nie przelewało w dalszym ciągu mieszkaliśmy w moim rodzinym domu. Może gdybyśmy tak szybko dziecka nie mieli to może byśmy się dorobili własnego mieszkania.... Mąż wtedy mówił, ze damy rade zawsze w razie czego gdzieś dorobi. Byliśmy w bankach pytać o kredyt na mieszkanie, ale po wyliczeniach okazało się, że na życie już by nam niewiele zostawało, a do tego mąż zawsze był przeciwny zadłużaniu się. Rozwiązaniem naszych problemów mogłaby być sprzedaż jakiegoś samochodu, ale na to mąż nigdy się nie zgadzał. A jak wspominałam mu o jego wcześniejszych zapewnieniach, że może pójść do drugiej pracy choć na kilka godzin i dorobić, to nagle usłyszałam, że on nie zamierza więcej pracować, a jak ja potrzebuję więcej pieniędzy to mam zacząć oszczędzać lub ja mam pójść do drugiej pracy. Gdyby nie to, że ja byłam ciągle zajęta dzieckiem i pracą zawodową oraz domową, bo mąż nie chciał - w sumie nawet nie umiał, pomagać ani przy dziecku ani przy domu. Już mi nie pomagał w sprzątaniu, a i zakupy wyglądały już inaczej - każdy osobno, proszenie aby po mnie przyjechał bo mam ciężkie siatki. Wszystko było na mojej głowie - on wolał popołudniami i w sobotę grzebać przy samochodach niż spędzać czas z dzieckiem i ze mną. Nawet gdy w sobotę zabierał na pół dnia syna do swoich rodziców abym ja mogła w spokoju posprzątać to zawsze wyglądało tak, że jego starsi rodzice zajmowali się wnukiem, a on zmykał do garażu, który był obok ich mieszkania. Na moje prośby aby mi pomógł w sprzątaniu słyszałam, że to jest rola kobiety - nawet nie potrafił odkurzać zabawek, które w nadmiarze kupował swojemu synowi i to miał być jego obowiązek - wiec jak już się zgromadziła kilkumilimetrowa warstwa kurzu na zabawkach, którymi syn na codzień się nie bawił to znów ja musiałam je myć. Oczywiści mąż nie pozwalał takich zabawek sprzedawać - czasami miałam wrażenie, że kupował je dla siebie. Choć wypominałam mu to chodzenie do garażu to odpuszczałam aby nie było ciągle na ten temat w domu awantur. Niestety samochody i garaże zawsze były u męża na pierwszym miejscu. Moje pasje czyli ogród, wyjazdy w góry, spotkania ze znajomymi zostały przeze mnie zawieszone ponieważ niestety brakowało mi na to wszystko czasu.

Wakacyjny urlop zawsze wyglądał tak samo - wyjazd nad morze, bo mąż lubiał wylegiwać się na plaży. W każdy dzień po przyjściu na plażę mąż od razu się kładł, wypoczywał i opalał, a ja zajmowałam się pilnowaniem dziecka i zabawą z nim. Na moje prośby, że tez bym chciała odpocząć i poleżeć czytając książkę mąż czasami poszedł się pobawić z synem, ale proporcje były takie ja 6 godzin on maksymalnie 60 minut. Zawsze nocowaliśmy bez wyżywienia i nigdy nie mogłam doprosić się pomocy przy przygotowywaniu posiłków -często doglądałam gotowania i syna. 2 lata temu mąż już w ogóle mało pomagał w czasie urlopu, nawet nie chciał wieczorami przejść się na spacer bo albo miał skórę spaloną, albo go bolał kręgosłup, albo był zmęczony. Wiec zazwyczaj zostawaliśmy w pokoju lub szłam sama z synem. Raz nie wytrzymałam i poszłam sama - siedziałam na plaży obserwowałam inne rodziny, pary i płakałam, że mój miły, czuły narzeczony a na początku też mąż tak się zmienił i nic do niego nie dociera że się oddalamy. Wtedy zaczęłam prosić Boga aby przemienił mojego męża, otworzył mu oczy. Tym bardziej, że ten wierzący kiedyś człowiek zaczął już od dawna oddalać się od Boga - najpierw przestał chodzić do spowiedzi i komunii, a potem modlić się. W zeszłym roku nie chciał z nami iść na drogę krzyżową ulicami miasta ani na procesję Bożego Ciała. Bo mu się nie chciało, kregosłup go bolał itd. Oczywiście zwracałam mu uwagę na temat niechodzenia do spowiedzi i braku modlitwy, ale mnie zbywał. Teraz widzę, że dużym problemem u nas są sprawy bliskości. Mąż w pewnym momencie zaczął oglądać filmy porno i wcielać w nasze stosunki sceny z tych filmów, a dla mnie to było takie bez miłosci, odgrywanie aktów. Zaczął wymagać używania prezerwatywy itd. Choć od początku wiedział, że ja tych rzeczy nie uznaję i stosowaliśmy npr. Na moje sugestie, że odchodzi od wiary i nauk kościoła wyśmiewał mnie, nazywał zacofaną i odsyłał do seksuologa - najlepiej świeckiego. Ja starałam się tłumaczyć, rozmawiać ale nic do niego nie trafiało. Wiec często się o to kłóciliśmy.

W pracy od ponad 2 lat mąż miał ciągle więcej obowiązków i ludzi z którymi musiał współpracować - wiem, że go to trochę przerastało, zawsze go wspierałam i dopingowałam. Ostatnio chodził zestresowany, bo nawarstwiły mu się konflikty wewnątrz jego wydziału jak i miedzy wydziałami. Mąż zamiast wyrzucać z siebie na bieżąco stres kumulował wszystko w sobie i czasami wybuchał w domu czepiając się o wszystko lub w pracy bo wspominał mi, że ktoś np. przez niego płakał. Na co zwracałam mu uwagę, że tak nie powinien postępować ani w domu ani w pracy.

Najgorzej, że w tym roku, miesiąc temu, rozliczając wspólnie naszego pita mąż ze swoim pitem przyniósł mi swoje miesięczne zarobki za zeszły rok i się załamałam - okazało się, że przez cały rok dostawał dużo większe pieniądze niż zawsze mi mówił, dodatkowo w jednym miesiącu dostał mega dużą premię którą przeznaczył na wybudowanie wiaty dla swojego auta - za te pieniądze moglibyśmy kupić np. nowe meble, ale mąż woli mnie zawsze oskarżać, że to przez mój brak oszczędności nigdy nie mamy pieniędzy i to moja wina, że żyjemy w ciasnocie, bo ja się nie chcę wyprowadzić. Gdybym miała pieniądze i jego wsparcie to już dawno bym się z nim wyprowadziła.

Dodatkowo u męża dostrzegam syndrom Piotrusia Pana, oraz narcystyczne zachowania - bardziej przejmuje się swoim wyglądem niż ja kobieta. A do tego wszyscy mi mówią, że pewnie mąż wszedł w fazę kryzysu wieku średniego i być może chce jeszcze się trochę wyszaleć.

Sama u siebie widzę wiele wad - idę często na kompromis ale czasami w różnych kwestiach stoję twardo przy swoich decyzjach i planach. Niestety muszę być twarda nawet przy dziecku, bo syn ma ciężki uparty charakter i gdybym dużo mu odpuszczała to by nawet się nie uczył. Wiem, ze w stresie też zaczynam działać chaotycznie i za bardzo czasami wybucham.

I ogólnie z mężem zawsze mieliśmy problem z komunikacją - tak jak przysłowiowa czapla z żurawiem, każde w innym momencie chciało rozmawiać - mąż ze mną jak byłam zajęta jakąś pracą lub wieczorem tak zmęczona, że marzyłam tylko o tym aby się położyć, a jak ja chciałam rozmawiać to często mąż był obrażony lub zamknięty w sobie.

Nie wiem jak z nim teraz rozmawiać. Boję się, że jak będę stosować polecaną tu listę Zerty to mąż jak zobaczy mnie nie zapłakaną tylko radosną to stwierdzi, że pogodziłam się z jego odejściem bo jestem teraz szczęśliwa. I utwierdzi się w swoim postanowieniu - czyli rozwodzie. Tym bardziej, że jak on do nas przyjeżdża to jest radosny, traktuje mnie jak przyjaciółkę - pyta jak w pracy, co u mojej rodziny słychać. Gdyby taki przyjacielski i miły był podczas naszego małżeństwa to pewnie byśmy się lepiej dogadywali.

Na forum jest wiele podobnych historii, ale zazwyczaj mężowie stają się milczący, obojętni, złośliwi więc ja nie wiem jak mam postępować z mężem traktującym mnie teraz dobrze- a nawet lepiej niż w małżeństwie (na razie) i po przyjacielsku. Choć bywa u nas rzadko, ale jak dzwoni to też ma miły głos.

Dużo się modlę za Niego i siebie, za nasza rodzinę. Słucham konferencji, które mi pomagaja w zmianie siebie.

Nie wiem co mówić synowi jak zacznie pytać - czemu tata z nami nie mieszka. A do tego otoczenie mówi - nie martw się, ułożysz sobie z kimś innym życie.

Jest wielce prawdopodobne, że mąż jest zafascynowany koleżanką, może nawet z nią mieszka...

Wszystko jest takie trudne....

Al la
Posty: 2214
Rejestracja: 07 lut 2017, 23:36
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Al la » 11 maja 2020, 11:42

Witaj, Bławatek na naszym forum.
Każda z naszych historii jest inna, a jednak jest wiele punktów stycznych, schematów zachowań i różne są sposoby rozwiązywania problemów.
Jednak na pewno warto skorzystać z doświadczeń innych forumowiczów.
Ja byłam dość ugruntowana w wierze - zawsze szukałam kandydata na męża, który byłby blisko kościoła, bez nałogów.
Czy wiarę rozwijaliście w małżeństwie, np Domowy Kościół, Spotkania Małżeńskie, wspólne rekolekcje, modlitwa?
Wtedy zaczęłam prosić Boga aby przemienił mojego męża, otworzył mu oczy.
Czytając wpisy na forum wiesz już, że drugiej osoby się nie zmieni, można zmienić tylko siebie?

Czy znasz naszą stronę http://sychar.org/pomoc/ i linki do konferencji z naszych rekolekcji sycharowskich?
Polecam, abyś posłuchała, może znajdziesz odpowiedzi na swoje pytania.
Dobrze by było gdybyś skontaktowała się z najbliższym ogniskiem Sycharu.
Nie ma co prawda jeszcze spotkań w realu, ale są na skypie, warto mieć osoby życzliwe i rozumiejące Ciebie.
A do tego otoczenie mówi - nie martw się, ułożysz sobie z kimś innym życie.
Czy to jest rozwiązanie problemu?

Pozdrawiam Cię i wspieram modlitwą.
Ty umiesz to, czego ja nie umiem. Ja mogę zrobić to, czego ty nie potrafisz - Razem możemy uczynić coś pięknego dla Boga.
Matka Teresa

Caliope
Posty: 384
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Caliope » 11 maja 2020, 12:42

Witaj Bławatku, mamy podobnie, tylko mój mąż cały czas ze mną mieszka. Początki kryzysu też u mnie były podobne, mąż był miły, ale już mu przeszło ,teraz jest złośliwy. Nie ma czego się bać listy Zerty, ona działa nawet na introwertyka. Ja zajęłam się sobą, mam psychologa ,ale żyję prawie 5 miesięcy w zawieszeniu.

elena
Posty: 84
Rejestracja: 14 kwie 2020, 19:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: elena » 11 maja 2020, 16:30

Bławatku, myślę, że warto zastosować punkty z Listy Zerty, przynajmniej część z nich. Najlepszym rozwiązaniem byłaby terapia małżeńska, ale jak wszyscy wiemy do tego potrzeba dwojga.
Ja już od 9 miesięcy mieszkam bez męża, pomaga mi modlitwa, polecane lektury, konferencje, staram się być bliżej Boga i zmieniać siebie, rozważam też rozpoczęcie terapii indywidualnej.
Bardzo dobrze, że napisałaś :)
„Kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko, kocha się za nic”. Ks. Jan Twardowski

Bławatek
Posty: 174
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Bławatek » 11 maja 2020, 17:43

Dziękuję za odpowiedzi.

Czytam i słucham kazań, audycji - tych polecanych na stronie Sycharu, jak i wyszukuję sama. To mi pomaga się nie załamać.

Niestety, nie uczestniczyliśmy w żadnym ruchu religijnym, po pierwsze bo niestety nie mieliśmy czasu z powodu pracy zawodowej i opieki nad dzieckiem, a po drugie mąż nie był zainteresowany takim spotkaniami. Nawet ciężko było mi go zachęcić do dodatkowych mszy świętych w tygodniu, różańca w październiku, rorat. Nawet jak syn podrósł i chciał chodzić na roraty popołudniami to ja głównie uczestniczyłam z synem. Przyznam szczerze, że odpuściłam "ciąganie" częstsze męża do kościoła, bo tak się zawsze jakoś utarło, że mężczyźni są mniej religijni, (taki niestety był mój ojciec - do kościoła tylko w niedzielę), a poza tym ciężko kogoś przymuszać. Najbardziej bolało mnie to, że mimo iż uczestniczył w niedzielnej mszy to nie umiałam go namówić do spowiedzi i przyjmowania komunii - sam mi przed ślubem mówił, że chciałby abyśmy zawsze razem do komunii przystępowali, a potem sam to zaniedbał. W zeszłym roku byliśmy na uroczystości rodzinnej świętowanej też podczas Mszy św. i mój mąż pierwszy raz po wielu latach poszedł do spowiedzi - myślałam, że już będzie chciał częściej się spowiadać, ale był to tylko pojedynczy epizod niestety. Zawsze mi mówił, że przeze mnie nie chodzi do spowiedzi i komunii bo go denerwuję, często się czepiam jego postępowania, więc nie warto. Dla mnie spowiedź, a wcześniej też rachunek sumienia (czytanie zagadnień i rozważanie pytań) zawsze mi pomagały zastanowić się co robię źle, gdzie się muszę zmieniać. Czasami też odwlekałam spowiedź i później ciężko mi było sobie przypomnieć swoje winy, więc wiem, że lepiej starać się jednak co miesiąc spowiadać.

Ostatnio w święta rozmawiałam z Teściem, który zadzwonił z życzeniami i był zły na nas i nie rozumie co my wyprawiamy. Ja mu wyjaśniłam, że nie my tylko jego syn mówi o rozwodzie, ja go nie wyrzucałam, ja w dalszym ciągu chcę rozmawiać, naprawiać nasze małżeństwo. Teść chciałby z nami porozmawiać, ale przez pandemię nikogo w domu Teście nie przyjmują, a przez telefon na takie tematy mój mąż nie chce z nimi rozmawiać, podobno się rozłącza. Nie mieszka u nich i im też nie powiedział (podobno) gdzie teraz przebywa.

Najgorsze,że mój mąż całą winę zwala na mnie, bo się według niego nie sprawdziłam jako żona - pragnę tu zaznaczyć, że oprócz pracy zawodowej koncentrowałam się na pracy domowej, opieki nad dzieckiem, zakupach spożywczych, załatwianiem wszelkich spraw - mąż dużo czasu spędzał poza domem więc praktycznie wszystko było na mojej głowie. Nie latałam do koleżanek, na imprezy, nie szalałam na zakupach ciuchowych.

W listopadzie mąż zaczął mówić o swoich fajnych i miłych koleżankach z pracy, nawet przeprowadził ze mną rozmowę, że jak nie zmienię się to on poszuka szczęścia gdzie indziej. Już wtedy chyba planował odejście. A za złe ma mi to, że nie chciałam wziąć udziału w warsztatach "jak być dobrą żoną" - sam nie myślał nigdy o tym aby sie religijnie rozwijać, aby stać się lepszym ojcem i mężem, jedynie mnie chciał zmieniać. Bo według niego dobra żona to oddana swojemu panu-mężowi, służąca, na nic się skarżąca, wszystko co mąż chce robiąca. A ja niestety swoje zdanie mam. Wszyscy w rodzinie, znajomi, osoby w pracy mnie chwalą i doceniają. Nieraz słyszałam, że mąż się chyba cieszy, że ma tak dobrą, pracowitą i spokojną żonę, ale mój mąż mnie nigdy nie doceniał, nie dziękował za wspieranie go, za to że sama ogarniam wszystko, a on może swoim hobby się zajmować. Od męża ciągle ostatnio słyszałam - obserwuję cię. A że według niego nie wystarczająco się zmieniłam to odszedł.

Teraz się zmieniam, ale tak jak tu wszyscy radzą - dla siebie. Modlitwa i konferencje pomagają. I pewnie zmienię się nie w takim kierunku jak mąż oczekiwał.

Tylko nie wiem jak z mężem rozmawiać. Tym bardziej, że dla syna czasu nie ma... I też się boje, że teraz jest miły, a za chwilę zrobić się może złośliwy.

Bławatek
Posty: 174
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Bławatek » 11 maja 2020, 17:53

I też nie wiem jak mam teraz mówić o mężu. Rodzina pyta co u nas. Sąsiedzi, których znam od zawsze widzą, że męża nie ma i co niektórzy też pytają. Powoli koledzy syna jeżdżąc na rowerze podjeżdżają pod nasz dom i pytają syna gdzie jest jego tata, bo ciągle widzą, że tylko ja z nim spędzam czas grając w piłkę, paletki itp. Synowi czasem smutno, bo widzi jak oni spędzają czas ze swoimi ojcami.

Jak Wy dawaliście radę podczas takich pytań?

Rodziny nie okłamuję, bo i tak prędzej czy później by zauważyli, że coś jest nie tak.

Dziś w ramach religii oglądaliśmy z synem bajkę o objawieniach w Fatimie. Może jest teraz tyle zła wokół - odejść mężów, zdrad itp., abyśmy się w końcu bardziej do Boga przybliżyli...

rose
Posty: 97
Rejestracja: 14 mar 2020, 11:39
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: rose » 11 maja 2020, 18:15

Blawatku, mam bardzo podobne wspomnienia z okresu kiedy mój mąż postanowił odejść. Nagle poinformaowanie mnie ze on już sie wypali, nie kocha, jest ze mną ze względu na dzieci itp. U mnie powodem tego wypalenia okazała się przysłowiowa kowalska. Dzisiaj już wiem że to ich romans był jedynym powodem odejścia męża.

Początek wspominam tragicznie. Maz widywal się z dziećmi z podobna częstotliwością co Twój. Dziewczynki tesknily, ja sobie nie radziłam ze swoimi emocjami. Po 3 tygodniach powolutku zaczęłam stawać na nogi, tęskniłam ale przestałam szukać kontaktu z nim. Poukładałam tak życie żeby sobie poradzić bez niego bo mimo zapewnień że nie zostanę z dziećmi sama to on zabierał je jedynie na krótkie spacery. Dzisiaj wiem że był zajęty kimś innym, wtedy tej wiedzy nie miałam i obwinialam się za to że odszedł. Po ponad miesiącu on zaczął wracać, badać grunt czy ma jeszcze szanse na powrót. Miał, wrócił i próbujemy to składać na nowo.

Mąż bardzo naciskał na rozwód, dla mnie to był szok. Powiedziałam że się nie zgadzam, że potrzebuję czasu. Dałam sobie niewiele czasu, ale mój czas byl wyjątkowy bo przypadał na okres Wielkiego Postu. Miałam postanowienia, codzienna koronka w intencji męża, Droga Krzyżowa, gdy przyjmowałam komunie to w jego intencji, do tego post w każdy piątek i cotygodniowa jałmużna na chore dzieci. Zadziałało. Pan Bóg pomógł mezowi odnaleźć drogę do domu. I ja to na prawdę rozpatruje jako cud. Bo mąż był w olbrzymim amoku, wszystko przestało się liczyć. Dzisiaj jest ciężko, Sycharki które śledzą mój wątek mogą potwierdzić jaka maruda jestem. Ale i tak jestem szczęśliwa.

Co do Listy Zerty.... Moim zdaniem to działa. Mój mąż do dzisiaj nie jest zadowolony jak mówię że sobie poradziłam i poukładałam życie bez niego. U mnie kiedy nastąpiło częściowe (bo całkowitego do dzisiaj nie ma) odwieszenie od męża, to on powoli zaczął się zastanawiać co traci. Łzy, błagania żeby został wywoływały całkiem inny skutek od zamierzonego.

Blawatku, każdy Ci tu to powie. Zawalcz o siebie, a nieważne co się stanie - wygrasz! Ja na swoim przykładzie oraz za s zona powiem: modlitwa, post jałmużna. Z Panem Bogiem nie ma nic niemożliwego.

MaryM
Posty: 211
Rejestracja: 18 gru 2019, 17:21
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: MaryM » 11 maja 2020, 18:21

Bławatku, witaj... Nie obawiaj się listy Zerty- Twój mąż byc może jest na etapie, w którym jesteś mamą jego dziecka ale nie dostrzega swojej żony. Moze jak częśc naszych malzonków w kryzysie uważa, że stać go na "podbój świata". Stosowanie listy powoduje, że możemy wyznaczać granice ale i oczekiwać szacunku i mieć chociaz częściowe poczucie sprawczości, kontroli sytuacji...wolałabyś powrót z litości? Chociaż Twojego męża zaczęły jakiś czas temu intrygować filmy "przyrodnicze" to załzawione oczy sarny bynajmniej nie będą dla niego atrakcyjne... Wygląda na kryzys wieku średniego wiecznego chłopca o narcystycznych zapędach (odzież+samochody+kwestionowanie kanonów religijnych). Postaraj sie odbudowac swoja wewnetrzną siłę i atrakcyjność. I duzo modlitwy...

Bławatek
Posty: 174
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Bławatek » 11 maja 2020, 21:36

Dziękuję Wam za słowa otuchy

Widzę na przykładzie Rose, że czasami mężowie wracają. I zdaję sobie sprawę, że powrót nie jest łatwy nawet dla tej osoby, która na to czeka, modli się oto. Najtrudniejsze pewnie jest dogadanie się na nowo. A do tego muszę się douczyc, przeczytać jeszcze parę książek i wzmocnić modlitwą.

Będę o Was wszystkich pamiętać w modlitwie.

Myślę o udaniu się na spotkanie Sycharu jak tylko będzie taka możliwość, na szczęście mam niedaleko do Ogniska. Na razie nie mam możliwości uczestnictwa przez Skype'a, ale w internecie jest tyle ciekawych konferencji do słuchania, że będę miała co robić w najbliższych dniach.

burza
Posty: 380
Rejestracja: 29 maja 2018, 22:23
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: burza » 12 maja 2020, 14:08

Witaj Blawatku, twoja historia z mężem przypomina mi trochę moje małżeństwo. Życzę Ci dużo sił. Powodzenia

Bławatek
Posty: 174
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Bławatek » 12 maja 2020, 20:45

Burzo, czytałam Twój wątek - jeszcze nie mam potwierdzenia czy mąż ma kowalska, ale fakt z milczący mężem trudno się dogadać.

Mojemu mężowi podczas dzisiejszej krótkiej wizyty zebrało się na rozmowę - ja zawsze staram się być miła. Szukał swoich ręczników i zazartowal, że pewnie już je wyrzucilam a ja mu odpowiedziałam z uśmiechem 'a dlaczego miałam je wyrzucić - Ciebie tez nie wyrzucałam z domu'. I usłyszałam, że przecież go wyrzuciłam. A ja na to - a niby kiedy. I okazało się, że jak on mi powiedział, że ma dość, nie kocha mnie i odchodzi to ja mu powiedziałam - no to idź. Ja bardziej pamiętam to jak mnie zranił swoimi słowami, jak go przekonywałam, żebyśmy poszli na terapię, że da się wszystko naprawić. Ale nie, on już wtedy decyzję podjął i wyszedł. I jak ze wszystkim - pamięta tylko fragmenty jakiś rozmów, zdarzeń. To co wygodne dla niego...

Poprosiłam Go abyśmy poszli na terapię, albo jakieś mediacje abyśmy spróbowali się porozumieć przy kimś neutralnym (m.in. dla dobra naszego dziecka ) - to się tylko uśmiechnął pod nosem. Ale jak ja chce to jak najbardziej mogę.

Ciężko mi z nim rozmawiać z uśmiechem na neutralne tematy wiedząc ile niedokończonych rozmów i spraw mamy.

Bławatek
Posty: 174
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Bławatek » 13 maja 2020, 9:26

Kochani forumowicze,

Po wczorajszej rozmowie z mężem zaczęłam myśleć o jego manipulacjach. Wieczorem i dziś rano poszukałam w necie i wyszło mi, że praktycznie całe nasze wspólne życie upłynęło nam właśnie w taki sposób, że mąż mniej lub bardziej świadomie mną manipulował. zawsze robiłam wszystko co on chciał. Nawet jak ewidentnie w czymś była jego wina to nigdy mnie nie przeprosił tylko zawsze słyszałam od niego, że to i tak wszystko było przeze mnie, z mojej winy. Pytanie tylko na ile on jest świadomy tego, że ma taką naturę.

Zawsze ja jestem winna wszystkim niepowodzeniom - czy naszym wspólnym, czy jego osobistym. Wczoraj znów wracał do spraw, o których wcześniej wielokrotnie rozmawialiśmy - ja uważam, że temat zamknięty, a on ciągle do tego wraca. I oczywiście dostrzega tylko negatywy. O pozytywnych aspektach różnych sytuacji nie pamięta.

I on jest teraz taki "biedny", bo musi teraz sam wszystko ogarnąć, ze wszystkim się zmierzyć. Wyszło na to, że to ja go wyrzuciłam, a nie że sam odszedł. A o to czy ja sobie w tak ciężkim czasie pandemii, porzucenia, nauki w domu i bez auta, daję radę nawet nie zapytał. Nie pyta czy w czymś pomóc- np. w opiece nad dzieckiem, bo on też sobie przecież musi teraz dawać radę sam. Ja mam epatować ciągle empatią, a on dalej może być egoistą.

Znów usłyszałam, że to ja trwoniłam nasze pieniądze. A on mi o wszystkich swoich dochodach nie mówił bo je dobrze spożytkował na swoje hobby. Ja to pewnie bym na głupoty wydała, tak jak wydaję swoje. Nie widzi tego, że ja głównie wydawałam moją wypłatę na życie, które niestety jest coraz droższe, na zajęcia rozwijające dla syna, na dentystów i innych specjalistów prywatnych.

Czy da się z taką osobą dogadać i wspólnie żyć? Boje się, że ja się rozwinę w stronę dobra, a on później znów mnie wpędzi w poczucie winy, znów poczuję się mało wartościowa.

Caliope
Posty: 384
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Caliope » 13 maja 2020, 12:26

Bławatku, dlatego trzeba zająć się sobą, pójść do psychologa by się podnieść, modlić ,czytać forum i żyć dniem dzisiejszym. U mnie też było manipulowanie ,szczególnie poczuciem winy. Podniosłam się i postawiłam granice, mówię co myślę i co mi się nie podoba, ale spokojnie bez emocji. Dzięki liście Zerty emocje opadły, wcześniej nie myślałam racjonalnie.

Bławatek
Posty: 174
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: Bławatek » 13 maja 2020, 20:47

I znów nie wiem jak działać...

Dziś mąż się u nas pojawił na dłużej. Mówił, że poprzednia noc spędził w mieszkaniu, które mieliśmy wynająć i powoli je remontowalismy, ale z powodu braku pieniędzy szło nam opornie. Przez zime nic tam nie robolismy. Postanowił, że sobie je wyremontuje i będzie tam mieszkał. A ponieważ jest tam zimno to przyszedł i poprosił o jakiś koc bo w nocy zmarzl. Dałam mu jego kołdrę.

Zanim wyszedł to zapytał czy mógłby spać u nas. Nie powiedział, że chce wrócić tylko się przespać. Nie zgodziłam się bo po pierwsze dalej nie wiem gdzie przebywał przez te 2 miesiące a jest koronawirus, po drugie nie chciałam robić dziecku mętliku w głowie, że raz na jakiś czas tatuś nocuje a po trzecie nie mamy wolnej kanapy na której mógłby spać. Nie wspominając, że mnie nie przeprosił jeszcze za słowa wypowiedziane pod moim adresem. Nie wiem czy furtki mu tym swoim zdaniem nie zamknęłam, ale nie chce znów się przyzwyczaić do jego obecności i znów płakać jak się wyprowadzi.

A najgorsze, że powiedział, że ta jego wyprowadzka to byl taki test - chciał zobaczyć czy ktoś się nim zainteresuje i według niego nikt się nim nie interesował, nie dzwonił do niego, nie szukał go, nie chciał mu pomóc. A ja nie znając wtedy listy Zerty dzwoniłam do kilku osób z jego rodziny aby z nim porozmawiali bo się o niego martwilam. I od tych osób wiem, że nieodbieral od nich telefonów. Nie oddzwonil tez później do nich. Były święta, których nie chciał z nami spędzić. Do swojej rodziny nie dzwonił.
Kolejna manipulacja?
Oczywiście on o żadnej terapii dla siebie nie myśli.

Strasznie skomplikowany człowiek...

tata999
Posty: 1124
Rejestracja: 29 wrz 2018, 13:43
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Re: Mąż odszedł - nie wiem jak go traktować, co robić

Post autor: tata999 » 13 maja 2020, 21:53

Bławatek pisze:
13 maja 2020, 20:47
Zanim wyszedł to zapytał czy mógłby spać u nas. Nie powiedział, że chce wrócić tylko się przespać. Nie zgodziłam się bo po pierwsze dalej nie wiem gdzie przebywał przez te 2 miesiące a jest koronawirus, po drugie nie chciałam robić dziecku mętliku w głowie, że raz na jakiś czas tatuś nocuje a po trzecie nie mamy wolnej kanapy na której mógłby spać. Nie wspominając, że mnie nie przeprosił jeszcze za słowa wypowiedziane pod moim adresem. Nie wiem czy furtki mu tym swoim zdaniem nie zamknęłam, ale nie chce znów się przyzwyczaić do jego obecności i znów płakać jak się wyprowadzi.
Ja bym postąpił inaczej na Twoim miejscu. Czy znasz osobiście kogoś innego, komu też byś tak odmówiła? Czy próba tłumaczenia się byłaby taka sama?

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: wrinice i 2 gości