1,5 roku kryzysu

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Ukasz
Posty: 2548
Rejestracja: 09 lis 2017, 22:40
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Ukasz » 21 maja 2020, 23:28

fannyprice pisze:
21 maja 2020, 13:15
Nie chcę być koleżanką, a żoną. I to mężowi zakomunikowałam, że jeśli chce relacji ze mną (a nie tylko informacji o zdrowiu i ciąży), to możemy je mieć jedynie małżeńskie. Skutek jest taki, że przestał się w ogóle odzywać.
fannyprice pisze:
21 maja 2020, 22:47
Dzisiaj mąż niezapowiedzianie wpadł i stwierdził że chce wrócić i nawet dziś zostać. Przepraszał za to, że sie tak źle zachowywał, że mnie nie wspierał, że nazywał mnie nienormalną.
Gdy poprzednio postawiłaś granicę, przyniosło to dobry efekt, choć na początku wyglądało źle. Teraz to nie musi się powtórzyć, ale jednak daje pewną nadzieję.
Nie wiem, czy teraz warto robić jakiś ruch - np. podziękować mu za tę próbę powrotu, za przeprosiny - czy nie.
Z drugiej strony może trochę się pospieszyłaś z tą rozmową, jak to ma być. To trudny temat, a jego dobre chęci są jak widać dość kruche. Może warto mu było dać trochę czasu na okrzepnięcie - nie wiem, głośno myślę...

fannyprice
Posty: 34
Rejestracja: 16 kwie 2019, 10:39
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: fannyprice » 22 maja 2020, 8:17

Ukasz pisze:
21 maja 2020, 23:28
Gdy poprzednio postawiłaś granicę, przyniosło to dobry efekt, choć na początku wyglądało źle. Teraz to nie musi się powtórzyć, ale jednak daje pewną nadzieję.
Nie wiem, czy teraz warto robić jakiś ruch - np. podziękować mu za tę próbę powrotu, za przeprosiny - czy nie.
Z drugiej strony może trochę się pospieszyłaś z tą rozmową, jak to ma być. To trudny temat, a jego dobre chęci są jak widać dość kruche. Może warto mu było dać trochę czasu na okrzepnięcie - nie wiem, głośno myślę...
Gdybym wychodziła z inicjatywą i sama takie tematy ruszała to pewnie bym się zgodziła, że to za wcześnie i po co naciskać. Mam wrażenie, że mąż tak zaczął bo od razu chciał postawić swoje warunki, wygodne dla niego, a gdy sie sprzeciwiłam to znów wybuchł. Jakoś nie widzę sensu doceniania przeprosin skoro po kilkunastu minutach od nich znów mnie zwyzywał. W dodatku, w rozmowie okazało się że okłamał mnie w ważnej sprawie... Mówił że nie wie dlaczego ale przeprasza więc sprawa zamknięta i mam do tego nie wracać. Czuję się po prostu jak jakaś zabawka, którą sie bawi kiedy mu wygodnie... Za niedługo na świecie pojawi się nasze dziecko, ale to nic nie znaczy, dalej trwa zabawa :(
Gdy wczoraj mówiłam, że ta rozmowa jest już dla mnie stresująca, a nie mogę się denerwować i czy moglibyśmy na razie ją zostawić, to wtedy zaczął krzyczeć że to mnie nie zależy na jego powrocie, następnie wyzywał. No jak to wytłumaczyć?
"można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem"

Bławatek
Posty: 45
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Bławatek » 22 maja 2020, 9:06

Wielu ludzi tłumaczy takie zachowania tym, że ktoś jest w amoku.

Ja ciągle szukam odpowiedzi na pytanie jak traktować osobę taką jaką sa nasi mężowie, miedzy innymi na tym forum. A ponieważ u mojego męża zauważam syndrom Piotrusia Pana, podejście egoistyczne, nawet Borderline by mi u niego pasowało, a do tego widzę, że nieraz mną manipuluje, to wszędzie czytam, że z osobami które maja takie cechy ciężko żyć i większość zaleceń była - odejdź. Co dla mnie jako katoliczki dla której wiara i małżeństwo są ważne było nie do przyjęcia.

Tu na tym forum też ciągle czytam w wielu wątkach rady - odetnij się, odwieś się, zacznij myśleć o sobie, zadbaj o swój rozwój. I jest to trudne. Bo kocham męża i traktuję go teraz tak jakby był chory na dziwną chorobę, która zmieniła jego zachowanie i myślenie, więc jako dobra kochająca żona chcę mu pomóc wyzdrowieć. Ale tak jak tu mówią, można zmienić tylko siebie, drugiej osoby się nie da - ona musi sama tego chcieć. Pisałam w moim wątku, że mąż zaczął pomieszkiwać w mieszkaniu, do którego mieliśmy sie kiedyś wyprowadzić i powoli remontowaliśmy, a ponieważ w pierwszą noc było mu tam zimno to przyszedł na drugi dzień "załamany" jaki to on jest biedny, poprosił o koc bo mu tam zimno, ja dałam mu jego kołdrę. Później zapytał, czy może mógłby jedną noc u nas przenocować. Mnie wmurowało w ziemię, bo nie powiedział przepraszam, może źle wszystko robię, spróbujmy powoli naprawiać wszystko - nie, usłyszałam "jest mi źle, więc mnie przenocujcie". Ze względu na syna się nie zgodziłam - bo jak mam mu potem tłumaczyć , że jak tacie będzie źle, będzie miał doła życiowego to u nas będzie, a jak będzie chciał wolności to nas znów opuści. Mój mąż już w grudniu przeprowadził ze mną rozmowę jak to mu źle w naszym małżeństwie, wypunktował wszystkie punkty o których zawsze ja mówiłam a on nimi nie był nigdy zainteresowany, a nagle to jego pomysły i zdania. Starałam się, byłam bardzo miła, czuła, on też robił parę rzeczy których nigdy nie robił - np wynosił śmieci - tak, pierwszy raz po 9 latach małżeństwa wynosił śmieci. A i tak się okazało, że nie da rady ze mną żyć, bo nie spełniam się jako żona (chyba jako wyobrażenie żony). Przypuszczam, że głównie dlatego, że po 2 miesiącach jego chodzenia 3 razy w tyg na siłownię, a w pozostałe dni - jego ucieczki do jego jaskini - tj garazu (twój mąż chce mieć mieszkanie, mój ma garaż jako odskocznie od problemów i niedobrej żony), i gdy ja powiedziałam w końcu, że jestem przeładowana obowiązkami, nauką z synem i też chcę kilka dni wolnych w miesiacu to mój mąż się spakował i wyniósl, bo nie chciał nic dla mnie zrobic tj. dać mi trochę czasu dla siebie.

Od tygodnia mój kuzyn pomaga mi remontować pomieszczenie gospodarcze - mój mąż zawsze twierdził, że sie nie da - wiecej miłych słów przez te kilka dni mówił mi kuzyn niż mój mąż przez ostatnie 2 lata. Pewnych ludzi się juz nie zmieni. Całe 9 lat małżeństwa miałam męża w domu, ale tak jakbym zawsze była sama w codzienności, opiece nad dzieckiem, pracach domowych. Nieraz płakałam z tego powodu. Dalej kocham męża, nie chcę go krzywdzić, ale tez sama nie chcę pozwalać dawać się krzywdzić. Powoli dojrzewam do tego, że będę czekać nie czekajac na jego powrót - jak tu większość radzi. Ja się zmienię, ale jeżeli mój mąż nie będzie chciał zmian i kompromisów to raczej nie uda nam się stworzyć zdrowego związku. W zeszłym tygodniu mówiłam mężowi, że takich małżeństw w kryzysie jak nasze jest bardzo duzo i nawet jest w sąsiednim mieście grupa. On nie był zainteresowany, ale ja jak najbardziej moge iść (czyli pomyślał "tak, idź i się zmień bo to u ciebie jest problem" - przecież non stop u niego to słyszałam).

Ciągłe stresy powodują, że znów zaczyna boleć mnie żołądek więc nawet nie chcę myśleć jak na Ciebie ta cała sytuacja wpływa.

Może tak jak Ukasz napisał - wszystko u Was dzieje się jeszcze za wcześnie (a jego wątek przeczytałam więc widze, że wiele przeszedł - i to w długim czasie). Sama widzisz - mąż zaczął rozmowę i chęć powrotu, ale być może było to jeszcze pod wpływem chwili, a nie po dobrym zastanowieniu się. Wiele decyzji wymaga nie tylko odwagi, ale też rozsądku i przemyślenia, czasami rady mądrych ludzi.

Pewnie mnie też za niedługo będzie czekać taka rozmowa i trzaskanie drzwiami przez mojego męża, bo ja dalej nie chcę sie zmienić tak jak on uważa za słuszne. Najbardziej obawiam sie tego wesela w jego rodzinie, które nas za niedługo czeka - wiadro melisy bedę musiała wypic.

Życzę Ci siły i spokoju. Musimy odkryć Boży plan względem nas. Na pewno Bóg nas tym wszystkim nie krzywdzi - to działanie Złego. Więc nie pozwalajmy się krzywdzić.

fannyprice
Posty: 34
Rejestracja: 16 kwie 2019, 10:39
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: fannyprice » 02 cze 2020, 21:05

Sytuacja u mnie po raz kolejny się zmieniła. Od kilku dni mąż mieszka znów ze mną. Choć mieszka to duże słowo, raczej przebywa, bo większość dni spędza w dodatkowych pracach. Podjął decyzję by wrócić i spróbować mieszkać znów razem. Na tę chwilę, oprócz tego że się nie kłócimy - bo zgodnie z tym, że nie da się kłócić w pojedynkę, to gdy robi się gorąco, po prostu wychodzę, zabieram się za robienie czegoś, nie widzę różnicy w zachowaniu męża. Za to mam wrażenie, że on jest zaskoczony, że przestałam się narzucać, nadskakiwać, że mam swoje zajęcia i sprawy (więcej niż wcześniej). Widzę, że się miota, nie może odnaleźć w tym, że nie jestem na każde skinienie i znalazłam sobie inne zajęcia niż on. Byliśmy znów na terapii, powiedziałam, że to mój warunek by w ogóle znów razem mieszkać. Staram się poza terapią nie rozpoczynać z mężem trudnych rozmów dotyczących naszego kryzysu. Dbam o siebie, modlę się, szykuję wyprawkę dla maleństwa. Pomoc męża jest żadna, ale widząc jego obecny tryb życia, czyli praca-gry w telefonie-jedzenie-gry-spanie-praca, nawet mnie to nie rusza. Bliskości między nami nie ma, jedynie grzecznościowe rozmowy przy obiedzie, i to tyle. Dzisiaj pomyślałam, że gdy męża w domu nie było, to chyba czułam się po prostu swobodniej i lżej psychicznie, było mi łatwiej. I dziwnie mi z tymi myślami, bo z jednej strony tęskniłam za nim, a z drugiej, widzę że stał się mi jakiś obcy. Czasami zaczyna marudzić i narzekać jak źle mu się tu mieszka, ale nie podejmuję tego wątku, pytam czy mogę coś dla niego w tej kwestii zrobić, mówi że nic, że "musi sobie ponarzekać", więc zostawiam to. Obawiam się, że gdybym weszła w rozmowę, to może po jakimś moim słowie się spakować i zniknąć. Czuję się trochę jak na polu minowym, chociaż wiem już, że nawet gdy znów się wyprowadzi to będzie to jego decyzja, a dla mnie nie będzie to żaden koniec świata. Nie jestem w zupełności pewna czy zgodzenie się na powrót męża było dobrą decyzją, nie podjęłam jej w jednej chwili i rozpisałam sobie za i przeciw, postanowiłam zaryzykować, głównie dlatego, że mamy w drodze maleństwo i nie było u nas zdrady. Chyba tylko czas pokaże, czy była to dobra decyzja. Chcę jednak podkreślić, że to forum i lektura polecanych tu książek, słuchanie materiałów i historie, które tu czytam, są dla mnie ogromnym wsparciem i umocnieniem. Nie sądziłam, że w tak krótkim czasie odkąd korzystam z tych dobrodziejstw, moje myślenie może się tak zmienić.
"można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem"

Caliope
Posty: 173
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Caliope » 02 cze 2020, 22:22

Super to czytać fannyprice, że mąż wrócił. Zachowuje się bardzo podobnie do mojego, u nas też nie było zdrady. Mój to jeszcze ucieka z domu, nic nie mowi i robi różne rzeczy, kosztem moim i syna, nie istniejemy dla niego, ale radzimy sobie lepiej niż kiedykolwiek. Ja też swojego nie zatrzymam jak będzie chciał odejść, droga wolna.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Google [Bot], rose i 5 gości