Moja/ Nasza historia

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

UfamPanu
Posty: 15
Rejestracja: 03 maja 2018, 0:57
Płeć: Kobieta

Moja/ Nasza historia

Post autor: UfamPanu » 14 kwie 2020, 11:00

Witajcie,
znalazłam Sychar wiele lat temu, na jednych z wakacji, gdzie czułam, że nawet w tym beztroskim czasie jestem sama mimo, że obok w łóżku leży Mąż, Ojciec naszych dzieci.
Z perspektywy czasu obwiniam się chwilami, że sama przyczyniłam się do obecnej sytuacji, za mało się modliłam, zabrakło we mnie Prawdy, że On jest wszechmocny i może wszystko. Zabrakło we mnie wiary, że Mąż mnie kocha (a w konsekwencji lub też zalążku, że jestem warta miłości). Nie stawiałam granic, raczej je przesuwałam; mój żal był z powodu braku wsparcia w wychowywaniu dzieci, w stosunku do których stosował przemoc psychiczną a czasem też fizyczną.
Wydawało mi się, że robiłam dużo w trosce o nasze małżeństwo. Mamy 2 dzieci, w tym jedno przedślubne...
Na tu i teraz jestem po rozwodzie z orzeczeniem o winie Męża (pozew złożony przez Niego, walczyłam o separację choć nie mam przekonania, że zrobiłam wszystko co w mojej mocy. Chcę jednak wierzyć, że Bóg pozwolił mi na akceptację tej konieczności, jako drogi do wewnętrznego spokoju").
Ponad 2 lata temu odszedł do Kowalskiej, 20 lat młodszej. Dzieci żebrzą o spotkania z Nim, ale widują się 2-3 razy w roku. Wkrótce będą miały przyrodnie rodzeństwo.
Czuję, że jestem na ogromnym rozdrożu, odważyłam się w końcu napisać bo szalenie potrzebuję przegadać temat.
Dzięki, że jesteście!

Al la
Posty: 2456
Rejestracja: 07 lut 2017, 23:36
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Moja/ Nasza historia

Post autor: Al la » 14 kwie 2020, 13:19

Witaj, UfamPanu, na naszym forum.
Dziękuję, że podzieliłaś się swoją historią.
Dużo się zadziało w Twoim życiu.
Piszesz, że znasz Sychar od wielu lat, czy korzystałaś z naszych stron pomocowych, słuchałaś konferencji sycharowskich,
uczestniczyłaś w spotkaniach ognisk?
Z Twojego wpisu widzę , że znasz modlitwę o Pogodę Ducha, ale czy osiągnęłaś wewnętrzny spokój?
Masz tutaj możliwość podzielenia się tym, z czym sobie nie radzisz, co Cię boli, mam nadzieję, że otrzymasz wsparcie.
Pogody Ducha!
Ty umiesz to, czego ja nie umiem. Ja mogę zrobić to, czego ty nie potrafisz - Razem możemy uczynić coś pięknego dla Boga.
Matka Teresa

UfamPanu
Posty: 15
Rejestracja: 03 maja 2018, 0:57
Płeć: Kobieta

Re: Moja/ Nasza historia

Post autor: UfamPanu » 14 kwie 2020, 13:45

Al la pisze:
14 kwie 2020, 13:19
Piszesz, że znasz Sychar od wielu lat, czy korzystałaś z naszych stron pomocowych, słuchałaś konferencji sycharowskich,
uczestniczyłaś w spotkaniach ognisk?
Z Twojego wpisu widzę , że znasz modlitwę o Pogodę Ducha, ale czy osiągnęłaś wewnętrzny spokój?
Masz tutaj możliwość podzielenia się tym, z czym sobie nie radzisz, co Cię boli, mam nadzieję, że otrzymasz wsparcie.
Pogody Ducha!
Byłam na kilku spotkaniach ogniskowych, potem rozpoczęłam kroki i ze względów m.in. logistycznych (samodzielnie wychowuję 2 dzieci) ograniczyłam się do nich (ciągle zresztą kroczę :)). Czytałam książkę Ani, broszurę, kilka książek, słuchałam konferencji; część pewnie po omacku, po łebkach...
Czuję się bardzo zaopiekowana przez Boga (mimo moich wzlotów i upadków (sic!), największym koszmarem jest patrzenie na cierpienie dzieci. Z jednej strony jest egoistyczna (?) ulga, że to nie były moje urojenia, że rodzina a zwłaszcza dzieci nie są dla mojego Męża ważne, z drugiej strony nie ma we mnie zgody na to, że żebrzą o spotkanie z Tatą (który mieszka kilometr od nas), który lekceważy wszelkie ich potrzeby, uczucia, emocje, jednocześnie oskarżając, że to z mojej winy (stawiam granice, po konsultacjach z psychologiem, adwokatem).
Wydaje mi się, że osiągnęłam spokój jeżeli chodzi o małżeństwo - oddałam to Panu, dyskutujemy sobie czasem na co jestem gotowa, na co nie. Dawno temu, jeszcze przed rozwodem odmówiłam Pompejankę o rozeznanie co mam z tym wszystkim zrobić, zbieram się by powtórzyć, by ew. zdobyć się na odwagę i siły by złożyć podanie o rozeznanie, czy moje małżeństwo było zawarte ważnie.
Męczę się ostatnio bardzo; myślę teraz, że może właśnie najbardziej z tym, że brakuje mi sił/chęci/odwagi (?) by modlić się za Niego. Ciągle życzę Mu dobrze i wiem, że zrobiłabym wiele, gdybym wiedziała, jak mogę mądrze pomóc; jednocześnie podświadomie gdzieś szukam sprawiedliwości. Jak się z tego wyrwać, jak wyzwolić, jak przestać bać się o dzieci, które mimo upływu czasu ciągle tkwią w toksyce.

UfamPanu
Posty: 15
Rejestracja: 03 maja 2018, 0:57
Płeć: Kobieta

Re: Moja/ Nasza historia

Post autor: UfamPanu » 14 kwie 2020, 13:53

Przeczytałam teraz co napisałam. Uściślę.
Najpierw odszedł do Kowalskiej, potem złożył pozew o rozwód (wiedział, że może wrócić, że trwam w postawie miłości i przebaczam choć - chwała Panu! - nie błagałam na kolanach).
Na 90% to miał być tylko kolejny(?) romans, do końca kłamał i wypierał się tej relacji, nie mogę - jak sugerujecie - opisać tu wszystkiego.
Proszę o wsparcie bo jestem letnia i szarpię się mocno ze sobą.

tata999
Posty: 1124
Rejestracja: 29 wrz 2018, 13:43
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Re: Moja/ Nasza historia

Post autor: tata999 » 14 kwie 2020, 16:00

UfamPanu pisze:
14 kwie 2020, 13:45
Jak się z tego wyrwać, jak wyzwolić, jak przestać bać się o dzieci, które mimo upływu czasu ciągle tkwią w toksyce.
Dzieci tkwią w toksyce niezależnie od tego, czy boisz się o dzieci, czy nie. Jako rodzic nie przestaniesz bać się o swoje dzieci raczej.

UfamPanu
Posty: 15
Rejestracja: 03 maja 2018, 0:57
Płeć: Kobieta

Re: Moja/ Nasza historia

Post autor: UfamPanu » 14 kwie 2020, 17:29


Dzieci tkwią w toksyce niezależnie od tego, czy boisz się o dzieci, czy nie. Jako rodzic nie przestaniesz bać się o swoje dzieci raczej.
Nie przestanę, to fakt. Chciałabym je mądrze wychować, wiedzieć co "zrobić" z relacjami z ich Tatą (nie ma w żaden sposób uregulowanych kontaktów z dziećmi). Nie godzi się na mediacje w tym temacie, obiegowo twierdzi, że ja Mu nie pozwalam na kontakty z dziećmi, zebrałam dokumenty żeby złożyć papiery o ustalenie sądowne, ale przyjaciele i psycholodzy mówią, żeby tego nie robić.

Należę do tych naiwnych (choć też twardo stąpających po ziemi, od prawie 3 lat ogarniam w domu wszystko sama) i widząc Jego "biedę" poszłabym na wiele kompromisów, żeby pomóc; jednocześnie wiem (?), że tylko twarde granice mogą tu pomóc. Gubię się chwilami w tym wszystkim i po okresie oddechu i wewnętrznego spokoju obudził się we mnie jakiś lęk.

Jak trzymać myśli na wodzy? Jak się nie poddawać w życzeniu wyłącznie dobrze i jak wrócić do modlitwy za Męża? W te święta pierwszy raz nie złożyłam Mu życzeń; źle mi z tym a jednocześnie jest we mnie tyle gniewu na Jego postawę (wobec dzieci), że nie dałam rady uznać, że byłyby z serca.
Ostatnio zmieniony 14 kwie 2020, 17:30 przez Nirwanna, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: poprawiono cytowanie

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 9158
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Moja/ Nasza historia

Post autor: Nirwanna » 14 kwie 2020, 17:30

UfamPanu, a mogłabyś podać argumenty przyjaciół i psychologów?
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

UfamPanu
Posty: 15
Rejestracja: 03 maja 2018, 0:57
Płeć: Kobieta

Re: Moja/ Nasza historia

Post autor: UfamPanu » 14 kwie 2020, 17:56

Nirwanna pisze:
14 kwie 2020, 17:30
UfamPanu, a mogłabyś podać argumenty przyjaciół i psychologów?
Główny nurt - jeżeli sam nie dąży do tych spotkań to nic na siłę.
Dzieci (w wieku szkolnym) pytają o spotkania, w 95% to One dzwonią/ piszą do Taty; przez pierwsze miesiące sama Je do tego namawiałam, potem córka została uderzona przez Męża i zwątpiłam już zupełnie w jakąkolwiek zasadność. Mąż jest uzależniony od telefonu, na spotkaniach nie interesuje się dziećmi (One biegną do Niego ucieszone, mówią że tęsknią, kochają...). Paradoksalnie, jak córka 10 lat prosiła, żeby Tata kiedyś powiedział Jej sam z siebie, że Ją kocha... tak teraz słyszy to od Niego coraz częściej, jak też że za Nimi tęskni.
Nie mam pojęcia, czy to świadoma manipulacja, czy prawda, czy desperacja. Wiem niewiele, coraz mniej. Chciałabym dobra dla wszystkich, ale już nie kosztem mnie. Trud i wysiłek mogę ponieść oczywiście :)

O tym, że będzie miał dziecko z obecną partnerką nie powiedział ani mi ani Dzieciom. Dowiedziałam się od "życzliwych" w grudniu, ale uznałam, że tym razem nie wyręczę Go z odpowiedzialności poinformowania naszych Dzieci.
Gdy został niespełna miesiąc do porodu, przemogłam się jednak w trosce o emocje dzieci. Przepłakały cały dzień, krzyczały, wrzeszczały, ale Tacie (z własnej inicjatywy) napisały, że trudno, stało się, jak się stało. One się Go boją i szalenie zabiegają, żeby pokochał, nie odrzucał. To jest postawa, którą reprezentuje większość zdradzanych żon. Czym większe upokorzenie tym większe zabieganie. O ile w innych sprawach mam zazwyczaj jakąś łaskę intuicji, tak tu nie potrafię rozeznać; niby oddaję Bogu, ale potem grzebię przy tym...

Ja jako ja - choć się potykam, chwilami z takim łubudu, że hej ;-) i mimo wielu problemów i trosk - jestem całkiem szczęśliwa, zrobiłam dużo dla siebie, ludzie podziwiają mój wygląd, uśmiech, spokój. Pozwalam sobie też na łzę lub ich cały potok. Bywają dni niezgody i przygnębienia, dzieci mówią, że od odejścia Taty nie uśmiechamy się na zdjęciach.

Będę wdzięczna za wszelkie uwagi, sugestie, doświadczenia, spostrzeżenia i modlitwę.

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 9158
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Moja/ Nasza historia

Post autor: Nirwanna » 14 kwie 2020, 18:29

UfamPanu pisze:
14 kwie 2020, 17:56
Główny nurt - jeżeli sam nie dąży do tych spotkań to nic na siłę.
W sumie - utożsamiam się z tym podejściem.
Sądzę jednak, że - zgodnie ze znanym powiedzeniem - diabeł tkwi w szczegółach.

Gdybyś więc miała nazwać - gdzie widzisz granicę między działaniem, postawą niesiłową, a takiem działaniem, postawą, którą nazwałabyś już działaniem na siłę?
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

UfamPanu
Posty: 15
Rejestracja: 03 maja 2018, 0:57
Płeć: Kobieta

Re: Moja/ Nasza historia

Post autor: UfamPanu » 14 kwie 2020, 18:48

Tak na co dzień przestałam mieć potrzebę działania w obszarach związanych z moim Mężem. Oddałam to Bogu (na miarę moich możliwości) i żyję swoim życiem, dla siebie i naszych Dzieci.
Niemniej brak zapłaconych (dobrych) alimentów na czas, mocno niedojrzałe relacje z Córkami wymuszają pochylanie się nad tym i wtedy mam chaos, jak postępować. Najchętniej nie robiłabym nic (wypieranie?), niemniej życie czy sytuacje każą wziąć odpowiedzialność i wtedy pojawia się bunt, że nie za moje zachowanie, nie za przeze mnie naważone piwo...

(dowiedziałam się, że z perspektywy Męża chcę się zemścić i odebrać Mu wszystko co wartościowe. Są to skrajnie fałszywe przekonania, niemniej są i wierzę, że tak to z jakichś powodów, czy też całkowicie bezpodstawnie, zakodował. Z jednej strony kusi mnie, żeby Mu to wyperswadować, wszak moją największą bolączką jest chęć zaopiekowywania czyichś uczuć/ trudów, z drugiej nie mam już sił, ochoty a realnie pewnie nawet mocy...)

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 9158
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Moja/ Nasza historia

Post autor: Nirwanna » 14 kwie 2020, 21:47

UfamPanu, jakby nie do końca o to pytałam, ale w tym co piszesz, też jest sporo ważnych rzeczy.
Zobacz, że kwestia niezapłaconych alimentów wymusza pochylenie się nad nimi, ale bezpośrednio nie dotyczy to relacji taty z dziećmi, tylko to jest sprawa do załatwienia między Tobą a mężem. Tu warto sobie postawić granice, aby nie wciągać w to dzieci. Jest sporo książek na ten temat, również w naszym zestawie lektur: viewtopic.php?f=10&t=383 Szukaj książek o dobrym rodzicielstwie.

Dalej....
Zobacz, że właśnie doszłaś do ściany, bo: "moją największą bolączką jest chęć zaopiekowywania czyichś uczuć/ trudów, z drugiej nie mam już sił, ochoty a realnie pewnie nawet moc".
Można powiedzieć - pora najwyższa ;-) Zasada bowiem jest prosta - umiem zaopiekować czyjeś uczucia/trudy w sposób czytelny, niesiłowy, nieprzekraczający granic i niewyczerpujący moich sił tylko wtedy, gdy umiem to zrobić z moimi własnymi uczuciami/trudami. Inaczej mówiąc - gdy nie robię tego zastępczo na kimś, zamiast zająć się sobą.
Jeśli jesteś na Krokach, to jest to bardzo dobre miejsce na zajęcie się sobą i uporządkowanie emocji, zwłaszcza związanymi z dziećmi.

Dodatkowo warto przyjrzeć się "Porozumieniu bez Przemocy" czyli takim komunikowaniu swoich potrzeb, aby nikogo tym komunikatem nie atakować, ani nie manipulować nim. Gdy Ty się nauczysz, jest szansa, że dzieci załapią to od Ciebie (przez obserwację, przykład a nie wykład) i będzie im łatwiej komunikować się z ojcem.

Zobacz, że możesz wiele rzeczy zrobić. Tylko nie bezpośrednio w tych rzeczach dłubiąc, a zmieniając siebie. :)
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

UfamPanu
Posty: 15
Rejestracja: 03 maja 2018, 0:57
Płeć: Kobieta

Re: Moja/ Nasza historia

Post autor: UfamPanu » 15 kwie 2020, 9:54

Nirwanna pisze:
14 kwie 2020, 21:47

Gdy Ty się nauczysz, jest szansa, że dzieci załapią to od Ciebie (przez obserwację, przykład a nie wykład) i będzie im łatwiej komunikować się z ojcem.
Dzięki Nirwana. Potrzebowałam przypomnienia o tym. Bardzo. Dzięki!

Al la
Posty: 2456
Rejestracja: 07 lut 2017, 23:36
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Moja/ Nasza historia

Post autor: Al la » 15 kwie 2020, 13:08

Jeżeli nie zatroszczycie się o siebie tak, abyście mogli rozkwitnąć,
możecie wprawdzie opiekować się dziećmi i pomóc im przetrwać,
ale nie będziecie mieli dość siły, aby pomóc im rozkwitnąć.
Nie staniecie się dla nich także wzorem troski o samego siebie,
którego będą bardzo potrzebowały,
gdy wyprowadzą się z domu i zaczną samodzielne życie.
To fragment z książki "Szanujący rodzice, szanujące dzieci"
Sura Hart, Victoria Kindle Hodson
Ty umiesz to, czego ja nie umiem. Ja mogę zrobić to, czego ty nie potrafisz - Razem możemy uczynić coś pięknego dla Boga.
Matka Teresa

UfamPanu
Posty: 15
Rejestracja: 03 maja 2018, 0:57
Płeć: Kobieta

Re: Moja/ Nasza historia

Post autor: UfamPanu » 15 kwie 2020, 14:29

Zrobiłam sporo rozwojowo dla siebie (dzięki czemu widzę, jak wiele jeszcze też nie zrobiłam ;-)), nie o wszystkim "mogę" tu pisać.

Wiem, jak bardzo ogranicza nas głowa i jak pewne rzeczy wydają się nie do przeskoczenia a jak już opuścimy strefę (dys)komfortu, okazują się całkiem możliwe, dobre i jak łatwo się wtedy śmiać ze swojego uporu, że "się nie da".

I choć coraz łatwiej przychodzi mi pozwolenie sobie na jakiś komfort, czy odpuszczenie "powinności", o tyle są aspekty (np. zmiana pracy na znacznie bardziej absorbującą czasowo), w których ciągle mam wyrzuty sumienia, że robię to kosztem poturbowanych, mimo swojej niewinności, dzieci. Nakłada się na to wiele czynników; tak mi się marzy umieć widzieć te granice i znajdować idealne złote środki.

Jakie jest Wasze doświadczenie jeżeli chodzi o relacje dzieci z Mężem/Żoną?
Na początku, po odejściu Męża, gdy jedna z córek sama stwierdziła, gdy odebrał ją z przedszkola że "może to i lepiej, tata mnie teraz chociaż zauważa" a druga zapytana, czego Jej najbardziej brakuje po odejściu taty na drugim miejscu wymieniła "tego zastanawiania się, czy wstanie w dobrym czy złym humorze" uznałam, że może wyjść z tego dobro.. Na początku prosiłam o te spotkania, próbowałam je jakoś ustalić, niejednokrotnie zmieniałam nasze plany, żeby mogli się spotkać. Potem zwątpiłam, zachowywał się agresywnie, lekceważył je, uderzył; odpuściłam. Zaakceptowałam (choć dużo we mnie niezgody), że tam będą inne wzorce, często sprzeczne z moimi wartościami, staram się widzieć też dobro; doskonale zdaję sobie sprawę, że nie jestem w stanie być matką i ojcem dla moich dzieci i próbowałam to delikatnie uzmysłowić Mężowi...

W naiwności swej (ogromnej) myślę, że On uznał, że nie potrafi być dobrym Ojcem, wśród wielu bolesnych i niesprawiedliwych słów, które usłyszałam nigdy nie skrytykował mnie jako matki i wiem, że uważa mnie za świetną matkę. Wierzę więc, że się mota w tym wszystkim, że łatwo Mu przychodzi "chcieć" a gdy przychodzi do praktyki spala się i jest, jak jest. Tylko, jak przyłożymy do tego obraz dzieci, które proszą Go o spotkania, biegną na każde z uśmiechem, mówią, że kochają... to ja wysiadam, wymiękam i się coraz częściej poddaję.

Akacja
Posty: 81
Rejestracja: 18 gru 2019, 4:31
Płeć: Kobieta

Re: Moja/ Nasza historia

Post autor: Akacja » 16 kwie 2020, 2:18

Hej, kobieto jak mówisz, że nie modlisz się za męża to się nie dziw, że hordy szatanów go powiązały :(
Proszę przeczytaj książki ojca Dolindo: Jezus do serca mam i Jezus do rodziny. Tam jest napisane, że Jezus chce abyś pierwszą duszę zdobyła dla Niego i jest nią dusza Twojego męża. Następne to dusze Twoich dzieci.
Ja też odmówiłam nowenne pompejańską ale w intencji męża, aby wyszedł z nałogu. A potem inne modlitwy za niego i też pościłam w niektóre piątki... a teraz też się modlę za nas i za męża, kilka dni przerwę modlitwę i już widzę jak wchodzi zło do nas i nas chce rozdzielić. Bez różańca tzn. bez Maryi i Jezusa nie uratujesz męża i dzieci. Zadbałaś o siebie to teraz zajmij się duszami Tobie powierzonymi :) wierząc w Bożą miłość uwierz, że Twoja modlitwa za męża i wyrzeczenia mogą go uratować. Czy wiesz, że gdyby teraz umarł prawie na pewno byłby potępiony? Teraz jest nieżywy więc proś Dawcę Życia żeby dał mu życie, nowe czyste serce a jego pragnienia zamienił na pragnienie miłości. To jest możliwe, Bóg może wszystko.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: onawkryzysie i 10 gości