Dziękuję. Nie tańczę.

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Nino
Posty: 555
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Nino » 26 lis 2020, 11:43

Ja nie drążę tematu zdrady. Nie chcę znać żadnych szczegółów. Pragnę, aby mąż wyraził skruchę i mnie przeprosił. Aby zrozumiał, że kowalskie to droga donikąd.
Natomiast niekiedy dam mu do zrozumienia, że wiem...
Tu chodzi o mnie: jak mam się teraz odnaleźć?
Mąż wraca, jakby zza światów... Cieszy mnie to.
Ale co to znaczy: że nie mam schrzanić, a zarazem: zachować swoje granice, poczucie godności?
Dziś po raz pierwszy, od dłuższego czasu, puściły mi emocje trochę po staremu...Sama widzę, że to ślepa uliczka, ale nie katuję się za ten wybuch.
Niestety, jestem zmuszona wyjechać do pracy....Może to będzie tylko miesiąc, a może dłużej: nie wiem.
Mąż zostaje.W domu.
Czuję się rozbita. Może to i dobrze, że teraz wyjeżdżam. Przemyślę na spokojnie, przemodlę: kilka spraw.
Ostatnie dwa miesiące były intensywne i trudne.
Moje zmiany na plus wciąż są jednak dość powierzchowne. To co w środku, wymaga jeszcze dużo pracy.
Na korzyść męża powiem: że wychodzi ku mnie ze swej skorupy (ale bardzo ostrożnie). Odbudowuje się bardzo powolutku relacja z synem. Spotkał się z córką.
Natomiast ja boję się, że gdy wyjadę, to wszystko znowu osłabnie....

Caliope
Posty: 1022
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Caliope » 26 lis 2020, 16:24

Nino, za kryzys to oboje siebie możecie przeprosić, każde z was wniosło swoją część.Ja nawet nie czuję potrzeby by mąż mnie przepraszał za te moje rany, mam na tyle siły żeby sobie to odpuścić, bo on też na swój mi nieznany sposób poczuł się zraniony.

Ruta
Posty: 958
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Ruta » 26 lis 2020, 21:08

Nino, nie wiem, czy wyjazd to dobry czy zły pomysł. Ani w ogóle nic nie wiem, im dłużej trwa moje praca nad sobą tym mam wrażenie więcej braków w sobie odkrywam.

Myślę jednak, że warto czasem rózne rzeczy puścić. Pozwolić innym myśleć co myślą i robić co robią. Ostatnio to sobie podczas terapii uświadomiłam, że nadal zdarza mi się za męża myśleć, że piszę mu w głowie jakieś gotowe scenariusze, co on powinien, co powinien zrozumieć, co wiedzieć, jak żyć. Na szczęście teraz już to się dzieje tylko w mojej głowie - na zewnątrz to blokuję, nie wchodzę w to. Ale doskonale jeszcze pamiętam, że miałam w zwyczaju np. mówić coś, po to, by jakoś dyskretnie mąż w ten mój scenariusz wszedł, by się zorientowal (albo i nie). I trochę mi to co piszesz te moje zachowania przypomina. Ja to widze tak, choć mogę się mylić, nie obraź się jeśli to jest kulą w płot: coś tam wspominasz, nosisz w sobie napięcie, i tak naprawdę chciałabyś, żeby mąż się zorientował, że jest ci przykro, że chciałabyś przeprosin. No i żeby jego świadomość objęła konkretne informacje - że kowalskie to droga donikąd - no bo jak on to zrozumie, no to już będzie ławiej i ty będziesz się czuła spokojniejsza.
No i to jest słaba komunikacja. Bo z jednej strony nie komunikujesz wprost swoich uczuć, z drugiej gdy te pół czy nawet ćwierć komunikaty nie przynoszą efektu, to w tobie rośnie napięcie - no bo uczucia i potrzeby zostają. Ty w jakimś sensie uznajesz je za zakomunikowane, a więc wobec braku reakcji męza na twoje sygnały - także zignorowane. To frustrujące - a mąz może kompletnie nie rozumieć czemu wybuchasz.
Taki sposób komunikacji nie bierze się znikąd - często po prostu komunikaty wprost nie sa dobrze przyjmowane, i z czasem uczymy się by nie wyrażać nic wprost, więc po częsci za to jak się komunikujemy odpowiada odbiorca, który długo czasem latami negował, i sprawiał, że każdy komunikat wprost niósł za sobą bolesne konsekwencje. Tak zanikła komunikacja między mną a mężem - gdy mąż zaczął postęowac źle, przestał mnie słuchać, a potem brał emocjonalny odwet na mnie, gdy mówiłam szczerze o tym co mnie niepokoi, co zauważam. Ja się nauczyłam wobec tego mówić dookoła albo krzyczeć - i mieć pretensje, że mąż tego dookoła nie rozumie i nie przyjmuje krzyku. Mój mąz z kolei w ogóle nigdy nie umiał mówić wprost o swoich potrzebach związanych z tym co czuł, czego chciał, ani ich realizować. I też czuł się bardzo sfrustrowany, że jego zdanie nie jest brane pod uwagę. A gdy już coś powiedział, wyraził - zachęcony przeze mnie - to czuł sie tak odsłonięty, że już samo odsłonięcie powodowało w nim ból, chęć ucieczki - tak jakby mój mąz nie miał skóry pod zbroją. I każde zdjęcie jakiejś częsci zbroi powodowało wobec tego niewyobrażalny ból.

Inna sprawa, że ja z kolei kompletnie nie umiałam nic sobie kupować, zarabiałam całkiem przyzwoicie, ale wszystko oddawałam innym, wspomagałam wiele osób finansowo i nigdy nic nie miałam. Nawet nie miałam pomysłu, że mogłabym chcieć dla siebie jakiejś rzeczy, która ułatwi mi życie. Kupowałam tylko ksiązki i wydawałam niewielkie sumy na wyjazdy i wycieczki - ale takie zawsze skromne, zawsze bez luksusów, raczej pod namiot, czy do jakiejś kurnej chatki, albo coś tanim kosztem pozwiedzać. W sumie to akurat do dziś lubię - odpoczywam najlepiej tam gdzie nie ma nic, prądu, wody bieżacej, cywilizacji. Lubię też zwiedzać miasta. Dzis robiłam obiad i zobaczyłam ile zawdzięczam męzowi - jak go poznałam lubiłam gotować i piec, ale kuchnię miałam jak sprzed paru wieków - nie miałam miksera, wszystko ubijałam ręcznie, minimum garnków, tępą tarkę, jeden nożyk, drewniany tłuczek do mięsa. I tak spojrzałam dziś - mam garnki, mam mikser, porządny tłuczek do mięsa z metalowymi nakładkami, ostrą tarkę, solidny nóż. Przy męzu nauczyłam się, że mogę sobie po prostu iść i coś kupić. Nadal mam duże opory, ale jednak umiem je przełamywać. Mąz także nauczył mnie, bym nie dawała się wykorzystywać i że nie trzeba wcale wspierać tych, którzy łatwo mogą sobie poradzić sami. I że to, że coś mam nie czyni mnie winną ani dłużniczką nikogo. Z tym także u mnie dotąd bywa różnie, pracuję nad tym w terapii. Ostatnio udało mi się odmówić pomocy - nie dlatego, że nie mogłam pomóc, ale dlatego, że chciałam trochę odpocząć. I dlatego, że osoba która prosiła o pomoc, mogła to spokojnie zorganizować bez mojego udziału. Zaczynam coraz lepiej odróżniać takie niuanse.

Czemu o tym napisałam? Bo mam taką propozycję - żebyś spojrzała na siebie i męza trochę odwrotnie. Na siebie pod kątem mankamentów i niedoróbek, a na męża pod kątem tego co wniósł w twoje życie dobrego, czego się przy nim lub od niego nauczyłaś. Bardzo mi takie spojrzenia w poprawie komunikacji z moim męzem i relacji z nim pomagają. Znów zaczynam mówić wprost i nie krązyć, a mój mąż choć trudno w to uwierzyć, także zaczyna trchę nieśmiało - ale jednak - wspominać czasem o czymś co tam ma w środku.

Ewuryca
Posty: 287
Rejestracja: 12 maja 2019, 17:29
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Ewuryca » 27 lis 2020, 15:14

Nino pisze:
26 lis 2020, 11:43
Ja nie drążę tematu zdrady. Nie chcę znać żadnych szczegółów. Pragnę, aby mąż wyraził skruchę i mnie przeprosił. Aby zrozumiał, że kowalskie to droga donikąd.
Natomiast niekiedy dam mu do zrozumienia, że wiem...
Tu chodzi o mnie: jak mam się teraz odnaleźć?
Mąż wraca, jakby zza światów... Cieszy mnie to.
Ale co to znaczy: że nie mam schrzanić, a zarazem: zachować swoje granice, poczucie godności?
Dziś po raz pierwszy, od dłuższego czasu, puściły mi emocje trochę po staremu...Sama widzę, że to ślepa uliczka, ale nie katuję się za ten wybuch.
Niestety, jestem zmuszona wyjechać do pracy....Może to będzie tylko miesiąc, a może dłużej: nie wiem.
Mąż zostaje.W domu.
Czuję się rozbita. Może to i dobrze, że teraz wyjeżdżam. Przemyślę na spokojnie, przemodlę: kilka spraw.
Ostatnie dwa miesiące były intensywne i trudne.
Moje zmiany na plus wciąż są jednak dość powierzchowne. To co w środku, wymaga jeszcze dużo pracy.
Na korzyść męża powiem: że wychodzi ku mnie ze swej skorupy (ale bardzo ostrożnie). Odbudowuje się bardzo powolutku relacja z synem. Spotkał się z córką.
Natomiast ja boję się, że gdy wyjadę, to wszystko znowu osłabnie....
Nino mnie się wydaje, że oczekujesz od męża postawy, na którą on może nie jest gotowy bo wcale się z nią nie utożsamia. Ks.Dziewiecki na którego sie powołujesz mówi, że współmałżonek powinien wyrazić skruche i być transparentny, ale jak dla mnie to jest zupełnie inny scenariusz, w którym ty sie znalazłaś. Tam jest mowa o współmażonku, który decyduje się na powrót i jest świadomy swoich win. Z tego co rozumiem u ciebie, mąż nie wrócił bo zrozumiał co zrobił źle, ale bardziej bo tak wyszło, może nawet pod wpływem twoich próśb. Mówisz że masz się ok narazie z 20% męża, ale właśnie tak jest że apetyt rośnie w miare jedzenia. Jak mamy 20% to chcemy więcej, bo każdy doceclowo chce byc kochanym. Ja Cię rozumiem, też kiedy jeszcze mieliśmy kontakt z mężem to wydawało mi się że jak tylko uda się go ściągnąć z powrotem, to jakoś to będzie i jakoś wszystko wtedy się naprawi. Teraz po czasie widzę, że byłam po prostu głupia i nie szanowałam siebie pod przykrywką walki o sakramentlane małżeństwo. Czy da się naprawić małźeństwo chodząc na paluszkach kolo kogoś byle go nie spłoszyc? Być może tak. Czy tak powinno wyglądać małżeństwo? to już każdy musi odpowiedzieć sobie samemu.

Nino
Posty: 555
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Nino » 27 lis 2020, 17:05

Masz racje, Ewuryca, ze to nie ta historia, o ktorej mowi ks.Drzewiecki, czy ktora przytrafila sie np. Marylce...Ja moge tylko o czym taki. pomarzyc...W moim mezu jest moze zlosci i wg.niego uzasadnionych powodow, aby tak sie zachowac; jak sie zachowal.
Maz jest w domu - fakt - i to mnie cieszy, ale ja nie moge wiecznie sie bac!
Ze znow zamilknie po klotni na amen, odseparuje sie, albo jeszcze co innego...
Jestem skolowana. Przekonam sie wkrotce, co pokaze ta rozlaka.

Caliope
Posty: 1022
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Caliope » 27 lis 2020, 17:59

Nie bój się Nino, przecież nie zatrzymasz tego co może nastąpić. Ja się nie boję, mówię co myślę, a też wcześniej tak było jak u ciebie, bo żyłam życiem męża zamiast swoim. Wiem że też chcesz spokoju jak ja, a można sobie samemu ten spokój dać.

Nino
Posty: 555
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Nino » 29 lis 2020, 21:28

Wlasciwie juz sie sypie...Jestem od dwoch dni zagranica. Nowa praca. Maz obiecal dzwonic: nie dzwoni. Na watsappie przysle pytanie np. I jak u Ciebie? I na tym sie konczy. Na moja odpowiedz juz nie reaguje.
Maz jest jak wytrenowane zwierzatko: nauczyl sie przez lata zycia w rodzinie, ze trzeba reagowac, np zadac pytanie. Ale on potem tego nie ciagnie. Nie potrafi/nie chce..? Nie wiem.
Najlepiej mu wychodzi porzucanie nas. Izolacja. Mam wrazenie, ze wtedy jest na swoj sposob szczesliwy.

Ruta
Posty: 958
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Ruta » 29 lis 2020, 23:15

Nino pisze:
29 lis 2020, 21:28
Wlasciwie juz sie sypie...Jestem od dwoch dni zagranica. Nowa praca. Maz obiecal dzwonic: nie dzwoni. Na watsappie przysle pytanie np. I jak u Ciebie? I na tym sie konczy. Na moja odpowiedz juz nie reaguje.
Maz jest jak wytrenowane zwierzatko: nauczyl sie przez lata zycia w rodzinie, ze trzeba reagowac, np zadac pytanie. Ale on potem tego nie ciagnie. Nie potrafi/nie chce..? Nie wiem.
Najlepiej mu wychodzi porzucanie nas. Izolacja. Mam wrazenie, ze wtedy jest na swoj sposob szczesliwy.
Nino, nie panikuj. W zasadzie nie dzieje się, z tego co piszesz, nic nowego, a twój mąż tak ma od lat. To nie znaczy, że nie może się to zmienić, raczej, że jeszcze się na razie nie zmieniło. Ale skoro tak mąz komunikuje, czy może raczej nie komunikuje się od lat, to wszystko jest na starym torze - i skoro jednak mąz przez te lata nadal jest w waszej orbicie, to pewnie na niej pozostanie.

Odmów Nowennę do Niepokolanej - zacznij dziś. Nie zaszkodzi na pewno, a może się wyciszysz, tu masz ładne i króciótkie nauki (po 10 minut na każdy dzień). Nowenna ma przygotowac nas na uroczystość Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Jak się skupisz na takich przygotowaniach, mniej będziesz gdybać i analizować. Puść trochę tego męża, pobłogosław mu. A nauki są fajne, dużo śpiewu i dużo miłości do naszej Matki - czyli to co obie lubimy :) Tu masz link do Nowenny i nauk na każdy dzień Nowenny. Odmów sobie i spij dobrze :)

https://niepokalanow.pl/sanktuarium/msz ... epokalanej

Nino
Posty: 555
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Nino » 30 lis 2020, 15:02

Dziekuje Ruta! Jestem obecnie w kolejnej juz NP, ale z tej nowenny chetnie skorzystam. Tak, chce sie przygotowac na to swieto!!
Tak, mezowi popuszczam (co za slowo... ). Grzecznie reaguje na jego skape zapytania. Nie wydzwaniam z pretensjami, ze nie dzwoni. Ciesze sie, ze jest w domu i zaczal kontaktowac sie z dziecmi.
Dzis napisal, ze bardzo zle sie czuje w swojej obecnej pracy. Sam zaczyna dostrzegac, jaki tam jest toksyk. Ja tego nie skomentowalam, bo wczesniej tak robilam i on sie wtedy wkurzal. Obecnie sama mam dosc swoich trosk na glowie w zwiazku z nowa praca, ale o meza tez sie martwie. Nasza przyszlosc jawi mi sie jak jedna wielka ciemna plama...

Caliope
Posty: 1022
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Caliope » 30 lis 2020, 18:39

Zobacz Nino, mąż szuka z Tobą kontaktu. Ja bym skomentowała, że jest mi przykro że u niego w pracy jest źle, ale da sobie radę. Zaczęłam zauważać właśnie takie rzeczy u mnie i ostatnio nawet pisałam z mężem smsy czego nie było chyba kilka lat. Wspieram go, bo poczułam w końcu coś innego jak wszystko na głowie i moją winę.

Pavel
Posty: 3363
Rejestracja: 03 sty 2017, 21:13
Jestem: już po kryzysie
Płeć: Mężczyzna

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Pavel » 30 lis 2020, 21:34

Pavel, jak uporałeś się ze zdradami żony? Wiele razy pisałeś, że to cały proces u Was, że choć zdrady strasznie bolą, bo to silne emocje i głęboka uraza, ale mogą być bardzo zgubne i utrudniające, jeśli chce się ratować małżeństwo.
To nie było łatwe. To długi czas i proces. To taka duża i bolesna blizna, która od czasu do czasu o sobie przypomina. Nie mam sklerozy, więc od czasu do czasu pewne obrazy wracały ...ba! wciąż wracają.
Grunt, by w efekcie tego bólu nie psuć relacji, by nie wracać do tego w niewłaściwym kontekście zwłaszcza.
Mi pomogła praca nad sobą, świadomość własnej małości.
Własnego udziału w kryzysie.
Świadomość pogubienia żony.
Braku wiedzy po obu stronach.
Przyczyn kryzysu.
Poranień po obu stronach.
Pomaga oczywiście Bóg i modlitwa.
Pomaga czas, cierpliwość i cel tego wszystkiego.

Najtrudniej było mi wybaczyć nie żonie, a kowalskiej, kowalskiemu i teściowej. Ale to miało podstawy w sumie emocjonalne, bo przecież najbardziej zawiniłem ja z żoną.
Decydując się na to, że chcę pomimo, łatwiej mi było przełknąć gorycz tego co narobiła żona niż osoby trzecie. Tak jak łatwiej było wybaczyć sobie, bo jakoś ze sobą trzeba żyć 😂

Wiadomo, zaufanie nie wraca szybko, takie „pełne” jakie było przed kryzysem zapewne nie wróci nigdy. Bo było naiwne, nie oparte na racjonalnych przesłankach, życzeniowe.
Jednocześnie jakieś zaufanie warto dać, bo inaczej jaki tego sens?
Na początku przychodziły mi myśli o ewentualnej powtórce.
To się może zdarzyć, jasne. Nie jest ode mnie bezpośrednio zależne, przynajmniej nie tylko ode mnie.
Ja chce robić swoje i na tym się skupiam.
No i nie boję się już takiej ewentualnej wywrotki, strach uleciał na wiosnę 2016.
Wiem już, że tak czy inaczej mogę (i chcę) być szczęśliwy. Żona lub jej brak tego nie determinuje, aczkolwiek preferuję to szczęście z nią ;)
"Bóg nie działa poza wolą człowieka i poza jego wysiłkiem.(...) Założenie, że jeśli się pomodlimy, to będzie dobrze, jest już wiarą w magię." ks. dr. Grzegorz Strzelczyk

Nino
Posty: 555
Rejestracja: 14 gru 2019, 18:26
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Nino » 12 gru 2020, 23:48

Drodzy,
komunikacja z moim mężem to góry i doliny. Niestety, po moim wyjeździe rzucił się ponownie w pracę. Kiedy byłam w domu, udawało się nad tym zapanować. Zaczął nie wyjeżdżać do pracy w weekendy. Ledwo zniknęłam z pola widzenia: robi po swojemu i jeszcze wrzuca na fejsa foto, jak to wraca nocą z roboty...(odblokował mnie).
Nadal je byle co. Nie ugotuje sobie. Ma początek poważnej choroby, powinien TOTALNIE zmienić tryb życia. Nie zmienia.
Wiecie co? Okej. Fajnie, cieszę się, że jest w domu, że kontaktuje się z dziećmi, spędził z nimi trochę czasu, syn był w domu na weekend, córka widziała się z ojcem u babci ...Ale generalnie to mąż się nie zmienia!
Problem natomiast doszedł taki, że - brutalnie mówiąc - to na mnie i na dzieci spadnie za parę lat (dwa, pięć?)jego nie w pełni już sprawność, która będzie postępować. A on nic z tym nie robi!
Zatem: co ja mam zrobić? Jak mam zadbać o to szczęście czy z mężem, czy bez? Bo jeśli z mężem: to chociażby z powodu jego choroby, nie pozostało już nic z tych wyobrażeń o naszej przyszłości, które jeszcze raiłam sobie przed kilku miesiącami....
Z drugiej strony: mam odwrócić się od męża, mam go porzucić, bo spadła na niego choroba??
Za mną dwa tygodnie pracy na obczyźnie. Kontakt z rodziną mam ograniczony, bo nie mam neta na komórce.
Praca ciężka.
Jak sobie pomyślę, o tych męża nocnych konwersacjach z kowalskimi pomimo zmęczenia...
A ze mną monosylaby.
Ok. Odmraża się. Pojawiają się wyrażenia: "tęsknię", "Słońce". OK. Ale na normalną rozmowę nie mam co liczyć.
Czy tak już będzie zawsze?
Ok. Mąż w domu. No dobrze. Jakby do siebie wracamy.
Ale: co dalej??
Nie chcę po staremu!!!!!!
I zaraz mi powiecie: biedna Nino, masz, co chciałaś....

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 9854
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Nirwanna » 13 gru 2020, 8:44

Ja tam powiem inaczej ;-)
Przyszłości nie znasz. Leży w Bożym ręku.
Zaufasz Mu?
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

Caliope
Posty: 1022
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Caliope » 13 gru 2020, 23:28

Nino pisze:
12 gru 2020, 23:48
Drodzy,
komunikacja z moim mężem to góry i doliny. Niestety, po moim wyjeździe rzucił się ponownie w pracę. Kiedy byłam w domu, udawało się nad tym zapanować. Zaczął nie wyjeżdżać do pracy w weekendy. Ledwo zniknęłam z pola widzenia: robi po swojemu i jeszcze wrzuca na fejsa foto, jak to wraca nocą z roboty...(odblokował mnie).
Nadal je byle co. Nie ugotuje sobie. Ma początek poważnej choroby, powinien TOTALNIE zmienić tryb życia. Nie zmienia.
Wiecie co? Okej. Fajnie, cieszę się, że jest w domu, że kontaktuje się z dziećmi, spędził z nimi trochę czasu, syn był w domu na weekend, córka widziała się z ojcem u babci ...Ale generalnie to mąż się nie zmienia!
Problem natomiast doszedł taki, że - brutalnie mówiąc - to na mnie i na dzieci spadnie za parę lat (dwa, pięć?)jego nie w pełni już sprawność, która będzie postępować. A on nic z tym nie robi!
Zatem: co ja mam zrobić? Jak mam zadbać o to szczęście czy z mężem, czy bez? Bo jeśli z mężem: to chociażby z powodu jego choroby, nie pozostało już nic z tych wyobrażeń o naszej przyszłości, które jeszcze raiłam sobie przed kilku miesiącami....
Z drugiej strony: mam odwrócić się od męża, mam go porzucić, bo spadła na niego choroba??
Za mną dwa tygodnie pracy na obczyźnie. Kontakt z rodziną mam ograniczony, bo nie mam neta na komórce.
Praca ciężka.
Jak sobie pomyślę, o tych męża nocnych konwersacjach z kowalskimi pomimo zmęczenia...
A ze mną monosylaby.
Ok. Odmraża się. Pojawiają się wyrażenia: "tęsknię", "Słońce". OK. Ale na normalną rozmowę nie mam co liczyć.
Czy tak już będzie zawsze?
Ok. Mąż w domu. No dobrze. Jakby do siebie wracamy.
Ale: co dalej??
Nie chcę po staremu!!!!!!
I zaraz mi powiecie: biedna Nino, masz, co chciałaś....
W życiu bym ci tak nie napisała Nino. A po staremu nie będzie jak przestaniesz się przejmować dorosłym mężem, on sam zdecyduje czy zje kanapkę, czy jakiś obiad. Na jego choroby też nie masz wpływu ,jego sprawa. Mój mąż mi na początku kryzysu wykrzyczał żebym nie wisiała na nim jak bluszcz z zajmowaniem się jego rzeczami, bo swoje problemy rozwiązuje sam. Odpuściłam, bardzo ciężką pracą, ale w końcu mam swoje życie.

Ruta
Posty: 958
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Dziękuję. Nie tańczę.

Post autor: Ruta » 14 gru 2020, 0:35

Nino,
właśnie znowu opisałaś sporo zmian po stronie męża - odblokował cię na fejsie (choć to może nieco dziecinne, ale jednak to jest jakiś gest w twoją stronę). Wrzuca zdjęcia jak wraca z pracy do domu - to komunikat przecież - pracuję a potem wracam do domu (czytaj: nigdzie się nie szwendam) - może nie to samo co słowa, ale żyjemy w kulturze obrazkowej ponoć. Ha, kontaktuje się z dziećmi! Pojawiają się "Słońce" i "tęsknię". Ja nadal widzę zmiany, jasne do ideału daleko, ale jednak w dobrą stronę. A ty to widzisz? Powiedziałaś męzowi coś doceniającego te zmiany?

Martwisz się o męża i jego zdrowie. To zrozumiałe. Napiszę trochę tak poradnikowo - o etapach godzenia się z chorobą, mądrego wspierania osoby chorej, przystosowywania się rodziny. Sporo tego wiem z praktyki, sporo z rozmów ze specjalistami od wspierania chorych i z bliskimi osób chorych i z samymi chorymi. Przez jakiś czas takie rozmowy prowadziłam zawodowo i naprawdę dużo się dowiedziałam od samych zainteresowanych. Może coś ci się z tej wiedzy przyda...

Wiesz, jak najlepiej by było, aby mąż funkcjonował, jak powinien wyglądać jego tryb życia, co powinien jeść i jaki tryb życia prowadzić. Wiem, to wszystko jest racjonalne, mądre i ma uzasadnienie. Rzecz w tym, że z perspektywy osoby chorej, czy zdiagnozowanej, to wygląda trochę inaczej. Czasem w głowie pojawia się pomysł, że będę żyć jak dotąd - to faza wyparcia choroby. Dośc naturalna. Niektórzy w niej zostają, inni przepracowują i uczą się z czasem żyć z chorobą, starać się opóźnić jej przebieg, dbać o siebie. Ale to długi wewnętrzny proces. Naciski z zewnątrz na zaczęcie życia w zdrowy sposób (co chory czyta: jak chory człowiek) mogą, szczególnie na tym pierwszym etapie wyparcia, bardzo ranić i rodzić bunt. To tylko opóźnia przepracowanie problemu. Poczytaj o fazach akceptacji choroby po diagnozie i jak mogą przebiegać. To proces. Trzeba czasu.

Twoja złość na to, że mąz wypiera chorobę i wygląda na to, że podchodzi do niej irracjonalnie też jest zrozumiała. Tu kluczem jest zrozumienie skąd ta jego irracjonalność płynie. I trochę jest też tak, że tu tempo wyznacza soba chora. Rodzina podąża za nią. Troche jak na długiej wyprawie, gdzie tempo marszu wyznacza najsłabszy. Nie da się nawet w najlepszej trosce nakazać choremu - zaakceptuj że jesteś chory i od jutra żyj w rygorze choroby, zmień dietę tryb życia i wszystko. Niektórych zmian chory nie zaakceptuje. Na przykład będzie dalej palić, albo niezdrowo się odżywiać, albo spać zbyt mało, albo za dużo solic, albo co drugi czwartek przy brydzu wypijac z sąsiadem lampkę koniaku. Albo uprze się że leki co ma brać na czczo będzie brac po posiłku, bo mu tak lepiej. Nie ma pacjentów idealnych przestrzegających wszystkich zaleceń. A gdyby byli wcale nie jest pewne, że to naprawdę by pomogło. Równie ważny jak zdrowy tryb życia w chorobie jest komfort życia chorego. A czasem ten komfort zapewnia paradoksalnie lekceważenie lub niedokładne przestrzeganie wszystkich zaleceń. I to jakoś trzeba bilansować.

Uważaj też na słowa. Komunikat: ty o siebie nie będziesz dbać, a potem na nas spadnie obowiązek opieki nad tobą - jest bardzo raniący. I trafia w miejsce, które bardzo boli. Bo chory też myśli o tym, że stanie się zależny. I będzie potrzebować opieki. I bardzo się tego boi. Czasem tak, że po prostu o tym nie mysli, nie chce myśleć ani o tym rozmawiać. Nie po złości, nie z głupoty, nie z nieodpowiedzialności. Ze strachu. Takiego co zjada trzewia. I wiem, że to głupie, ale chory odczytuje zwykle takie słowa jako "nie chcemy się tobą zajmować", choć wcale nie to jest mówione. No ale słucha z perspektywy tego, czego sie boi.

Są grupy wsparcia telefoniczne i on line, dla bliskich osób chorych. Zwykle mają swoje strony, na których z kolei są poradniki. Wiele zależy od rodzaju choroby, dlatego zwykle też te grupy są wyspecjalizowane. Warto z nich korzystać. Bezcenna wiedza.

Są też różne fazy zmian w rodzinie, pomagających sie przystosowac do nowej sytuacji. Czasem sposoby przystosowania się bywają konstruktyne, czasem nie. Role nie są dobre - bo bardzo nas ograniczają. W role uciekamy od emocji. Np. rola rozsądnej pielęgniarki i niezdyscyplinowanego opornego chorego, rola profesjonalnej pomocnicy i zblazowanego dekadenta, któremu wszystko obojętne, rola nadopiekuńczej mamy i niesfornego irracjonalnego synka. Im bardziej wejdziesz w rolę nadopiekuńczej, zarządzającej, oceniającej, racjonalnej - tym mniejsza szansa, że twój mąz będzie wykazywac takie podejście. Dla niego zostanie ta pula nieracjonalna.

Jak rozmawiać z chorym? Wprost, ale uwzględniając jego uczucia i jego prawo do decydowania o sobie. Także prawo do tego, by nie przestrzegać zaleceń, nie żyć systematycznie i regularnie, nie łykać tony suplementów czy nie gimnastykowac sie na co dzień. Czy co tam jeszcze troskliwa rodzina wymyśli.
Warto spojrzeć w siebie i rozmawiać wprost, jasno wypowiadając siebie np.
Bardzo się o ciebie boję, przeraża mnie diagnoza, i to, że nie wiadomo jak dalej ta choroba będzie się rozwijać i co to będzie dla nas oznaczać.
Chciałbym zrobić wszystko, byś jak najdłużej cieszył się zdrowiem.
Nie wiem jak mogę ci pomóc i jakie są teraz twoje potrzeby. Czy dasz mi znać, kiedy będziesz chciał o tym pogadać?
Chciałabym cię schować pod skrzydła i nigdy więcej nie wypuszczać. Boje się i trudno mi się pogodzic z twoją diagnozą.
To wszystko na razie wydaje mi się bardzo nierealne.
Mam wiele pomysłów na zmiany jakie moglibyśmy wprowadzić, sądzę że niektóre mogłyby pomóc. Czy chcesz o tym porozmawiać?
Nie czuję się gotowa do rozmowy, jest we mnie tyle lęku, że ze zdenerwowania moge mówić głupoty, a nie chcę cię zranić. To dlatego, że bardzo się tym wszystkim przejmuję.
Wiesz ja to głupia jestem, zrzędzę, rządzę się, próbuję cię musztrować, widzę, że się na mnie wkurzasz. I słusznie. Robię to, bo sie o ciebie martwię i próbuję poradzić sobie z lękiem. Przepraszam, postaram się jakoś z tym uporać i być dla ciebie lepszym oparciem.

Warto też pytać, gdy mamy jakiś dobry pomysł, zamiast go narzucać:
Czy chcesz porozmawiać o tym? Ja wolałabym choć chwilę rozmowy, bo czuję niepokój i może rozmowa mogłaby pomóc. Daj znać jak będziesz gotowy.
Bardzo chcę ci pomóc, ale tak naprawdę nie wiem, co byłoby właściwe i naprawdę by ci pomogło. Daj proszę znać, co mogę dla ciebie zrobić.
Chcę ci pomóc i wpadłam na pomysł, że może poczytam więcej o diecie o dpowiedniej dla ciebie i wprowadzimy taką dietę u nas w domu, ale nie wiem co o tym sądzisz? Czy uważasz, że to dobry pomysł?
Trochę się martwię, że może warto zasięgnąc konsultacji innego lekarza i dowiedzieć się coś więcej. Ale nie wiem czy ty uważasz, że warto?

I rozmowy z chorymi lepiej "porcjować". Długie wyczerpujące rozmowy są... wyczerpujące.

Ninko, no i mamy przecież wyjątkową, kochającą Matkę, najwaspanialszą, najmądrzejszą. Powierz Jej te troski, powierz całą tą sytuację, proś o rady i wskazówki. O zdrowie dla męża, o siły dla ciebie, o to, byście jako rodzina jak najlepiej sobie radzili, o wszystkie łaski jakich potrzebujecie, by się zmierzyć z nowym wyzwaniem. Ona słucha - i pomaga.
W troskach i smutkach jest piękna litania do Matki Boskiej Wspomożycielki Wiernych.

Mocno cię przytulam, pracuj szybko i wracaj z tej obczyzny :)

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Triste i 16 gości