Kilka pytań o separację

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Caliope
Posty: 1928
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Caliope » 06 sie 2021, 9:17

Spróbuję tej nowenny lub znajdę dobrą modlitwę dla mnie. Wiedząc że już nigdy z mężem nigdzie nie pojadę, tym bardziej z matką lub braćmi, mam presję, bo chcę odwiedzać ludzi ,odwiedzać rodzinę, a mam sporą i to rozstrzeloną po całej Polsce. To jest życie, a syn będzie jeździł ze mną, a musi brać swoje leki. Potrzebuję tego prawa jazdy, bardzo i chyba to bardzo jest za silne. Samo myślenie o tej wolności daje mi ogromną radość życia.
To chyba pierwszy post w którym napisałaś tylko o sobie, to wspaniałe :)

Ruta
Posty: 1617
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 06 sie 2021, 11:54

Caliope pisze:
06 sie 2021, 9:17
Spróbuję tej nowenny lub znajdę dobrą modlitwę dla mnie. Wiedząc że już nigdy z mężem nigdzie nie pojadę, tym bardziej z matką lub braćmi, mam presję, bo chcę odwiedzać ludzi ,odwiedzać rodzinę, a mam sporą i to rozstrzeloną po całej Polsce. To jest życie, a syn będzie jeździł ze mną, a musi brać swoje leki. Potrzebuję tego prawa jazdy, bardzo i chyba to bardzo jest za silne. Samo myślenie o tej wolności daje mi ogromną radość życia.
To chyba pierwszy post w którym napisałaś tylko o sobie, to wspaniałe :)
Caliope, nie znasz przyszłości. Nie wiesz, czy pojedziesz jeszczcze gdzieś z mężem, czy nie. Pamiętaj, że Jezus jest tym, który chce naprawiać każde skaramentalne małżeństwo. Twoje także! Ostatnio mocno sobie to uświadomiłam. Wręcz poczułam. Takie myślenie, że nigdy, nic, na pewno, to jakby wchodzenie w przestrzeń Bożego Działania. O tym, co jest Boże a co ludzkie w myśleniu, i jak to działa, były wczorajsze czytania. Zerknij sobie w czytania i komentarze :)

Mojego męża w moim życiu jest bardzo mało. Więc nie bardzo jest o czym pisać. Jest w moich modlitwach, ostatnio znów bardzo intensywnie. Wczoraj przyszedł na kontakt. Normalnie rozmawialiśmy, ustaliliśmy też sprawy związane z urodzinami syna. Część tego dnia spędzimy razem, całą rodziną, uwzględniliśmy prośbę syna. Rozmowa była miła, jak zawsze gdy mąz jest trzeźwy, nawet się chwilę pośmialiśmy i było to szczere. Mniej miło się zrobiło, gdy (nie przy synu i poza jego zasiegiem słuchu, wzroku - bardzo tego pilnuję) poruszyłam temat alimentów. Powiedziałam, że to za mało, bo ja teraz będę wynajmować mieszkanie i jest konieczne by wywiązywał się z całej kwoty alimentów. Oraz kolejny raz powiedziałam, że nie chcę sięgać po prokuraturę, wolę aby płacił dobrowolnie. Zapytał czemu się wyprowadzamy i dokąd. Powiedziałam, zgodnie z prawdą, że dlatego, że tak zdecydowałam (nie czułabym się dobrze tłumacząc się i nie czułam w pytaniu męza troski, raczej coś co nie było przyjemne) i że nie wiem dokąd, bo szukam mieszkania. Mąż powiedział, że będzie płacił jak dotąd, ile może. Skończyliśmy na tym rozmowę.

Potem było mi trudno - nie w związku z postawą męża wobec alimentów i wyprowadzki, bo dokładnie takiej mogę się spodziewać przecież po mężu pogrążonym po uszy w kryzysie. W związku z tym krótkim czasem, który spędziliśmy na rozmowie, śmianiu się, planowaniu. To nie był taki przyacielski układ. W takie rozmowy nigdy nie wchodzę, z gatunku rozwodzimy się i przyjaźnimy. To był jeden z tych momentów, który się pojawia gdy coś planujemy razem, wspólnie. Nagle jesteśmy małżeństwem. To znaczy jesteśmy zawsze, ale wtedy to się urzeczywistnia.
A potem czułam się wściekła. W czasie gdy to się działo, po prostu było normalnie. Ale potem czułam złość na męża. Czułam się zraniona jego postępowaniem. Widzę, że do urodzin syna mam nad czym popracować, by tą złość wyrzucić. Jak mi się zbiera idę, dotykam krzyża, przed każdym kościołem są duże krzyże misyjne i tam wszystkie swoje trudne emocje oddaję. Tak zrobiłam, ale coś tu trzymam. Bo zwykle schodzi wszystko, a teraz coś zostało. Czuję, że w duchu męza oskarżam. A to nie jest dobre.

Dziś usłyszałam, że emocje biorą się z myśli. Muszę, czy raczej chcę złapać w sobie te myśli, które stoją za takim moim wzburzeniem.

Ruta
Posty: 1617
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 06 sie 2021, 14:41

Znalazłam taki fragment w Dzienniczku Siostry Faustyny:

"Nie jest to rzecz łatwa znosić wesoło cierpienia, a zwłaszcza niewinne. Natura zepsuta burzy się, i choć wola i rozum są wyższe ponad cierpienie, bo są w stanie dobrze czynić tym, co im zadają cierpienie, to jednak uczucie robi dużo hałasu i jak duch niespokojny napada na wolę i rozum, lecz [gdy] widzi, że samo nic nie może, cichnie i poddaje się rozumowi i woli."

Jakoś mnie wyciszył ten fragment, pochodzę jeszcze z nim. Już od jakiegoś czasu wszystko co trudne znoszę od męża, co przykre, i co zamierzone przez niego i nie, zaczęłam ofiarowywać za jego uwolnienie i nawrócenie. Kiedyś sądziłam, że taka postawa wiąże się z naiwnością i zgodą na krzywdę. Ale nie. Wcale nie wyklucza ona obrony siebie, ani innych osób zależnych ode mnie, przed krzywdą. Wręcz przeciwnie, taka postawa pomaga stawiać mądrzejsze granice, takie, które nikogo nie ranią i które są skuteczne.

LvnWthHpe20
Posty: 67
Rejestracja: 09 lip 2019, 6:41
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: LvnWthHpe20 » 06 sie 2021, 16:33

Ruta,

To piękne co piszesz,

Zastanawia mnie tak często, jak człowiek człowiekowi może być takim wilkiem. Ale tak jest, a w tym co piszesz to obraz przebaczenia. I widzisz jak druga osoba by to widziała było by o ile mniej zła na świecie.

Tak jak Chrystus musiał tłumaczyć apostołom by zamilkli i dali czas by zrozumieć wole ojca. Tak siostra Faustyna nam to podkreśla napisaniem dzienniczka.

Choć dzisaj wiele w to nie wierzy, bądź przykładem, bo tylko tak możemy by ktoś o wiarę pytał. Tylko naszym przykładem możemy pokazywać nasze chrześcijańskie wartości, wartości które prowadzą do zbawcy. Ojca, Jezusa Chrystusa.

Chwała Panu!

Ruta
Posty: 1617
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 07 sie 2021, 12:01

Lvn,
Wiesz ja myślę, że mąż nie jest mi wilkiem, myślę, że jest w kryzysie i nie jest świadomy tego, że sprawia ból mi i rodzinie. Myślę też, że z jego perspektywy, to ja jestem mu wilkiem, choćby nie godząc się na rozwód. Po prostu obecnie patrzymy na małżeństwo, relacje, na wartości, na wartość naszej przysięgi z zupełnie różnych perspektyw. Im dłużej trwa nasz kryzys, tym mocniej to widzę i tym mniej we mnie oceny.

Było mi bardzo trudno przyjąć słowa spowiednika, który powiedział mi, że mój mąż jest obecnie moim wrogiem. Jednak tak przedstawiają się fakty. Spowiednik jednak dodał, że mamy miłować nieprzyjaciół swoich. A więc, tak jak ja to rozumiem, nadal widzieć w tych naszych wrogach ludzi, z ich zranieniami, trudnościami, bólem. No więc się staram, ale sama nie jestem zdolna do takiej miłości. Dlatego potrzebuję modlitwy, potrzebuję Jezusa, potrzebuję też Jego i Naszej Mamy, aby mnie do Niego prowadziła. I pomocy i wstawiennictwa Świętych, i swojej pracy nad sobą.

Myślę, że idąc za Jezusem, możemy dawać świadectwo, nie sobie, ale Jemu, Jego pięknej miłości i temu jak On potrafi przemieniać nasze serca, uzdalniając je do miłowania wszystkich, także tych, którzy są nam wrodzy, którzy ranią i do wierności. Uzdalniając je także do wierności. Bardzo chcę, by mój mąż także to wszystko poczuł, by mógł cieszyć się bliskością Matki Bożej, życiem blisko Jezusa, bo to jest po prostu piękne, dobre, przykro mi, że to wszystko stracił. Martwię się także o jego zbawienie. Dlatego się za niego modlę.

Natomiast do bycia przykładem brakuje mi wiele. Bo wciąż upadam, gubię się, błądzę.



LvnWthHpe20 pisze:
06 sie 2021, 16:33
Ruta,

To piękne co piszesz,

Zastanawia mnie tak często, jak człowiek człowiekowi może być takim wilkiem. Ale tak jest, a w tym co piszesz to obraz przebaczenia. I widzisz jak druga osoba by to widziała było by o ile mniej zła na świecie.

Tak jak Chrystus musiał tłumaczyć apostołom by zamilkli i dali czas by zrozumieć wole ojca. Tak siostra Faustyna nam to podkreśla napisaniem dzienniczka.

Choć dzisaj wiele w to nie wierzy, bądź przykładem, bo tylko tak możemy by ktoś o wiarę pytał. Tylko naszym przykładem możemy pokazywać nasze chrześcijańskie wartości, wartości które prowadzą do zbawcy. Ojca, Jezusa Chrystusa.

Chwała Panu!

Ruta
Posty: 1617
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 08 sie 2021, 16:13

Wróciłam z całonocnej Adoracji. Poszłam niosąc swój problem z przebaczeniem osobom, które szkodziły mojemu małżeństwu, które nastawiały męża i inne osoby, także mi bliskie przeciwko mnie oraz z postanowieniem przebaczeniem kowalskiej. Razem pięć osób, które mnie mocno zraniły. Tylko ja już nie chcę tego nosić. Od jakiegoś już czasu modlę się za te osoby. Dwie z nich zaczęłam ostatnio przypadkiem spotykać. Jak powiedział jeden z moich ulubionych księży michalitów, przypadek to drugie imię Ducha Świętego.

Całą noc oddawałam to w modlitwie. Trochę już poznałam proces przebaczania. Za podstawę przyjęłam rozaniec i cały swój proces na modlitwie różańcowej oparłam.

Najpierw wchodzilam w relację, jakby ją opisywałam. Potem mówiłam w modlitwie o swoim bólu, o konkretnych krzywdach, konkretnych zachowaniach, które mnie raniły. Potem ten ból, który się pojawiał , gdy świadomie o tym myślałam, ofiarowywalam za nawrócenie tych osób i za nawrócenie mojego męża. Potem niespodziewanie dla mnie przyszła wściekłość. Tak ogromna wściekłość, którą puściłam, pozwoliłam sobie ją wyrażać, nadal w modlitwie, pokazać ją Bogu i Mu o niej opowiedzieć. I odkryłam, że ja wobec każdej z tych osób tlumilam emocje na długo zanim weszły w bardzo krzywdzące mnie zachowania. Bez wchodzenia w szczegóły. Swoją biernością nauczyłam te osoby, że wobec mnie wolno tak postępować. Więc i sobie potrzebowałam tą swoją bierność wybaczyć. Potem myślałam też o tym czym ja mogłam skrzywdzić te osoby i przepraszałam i za oczywiste trudne zachowania i za takie, których mogę nie być świadoma. W dwóch relacjach nie znalazłam swojej winy.

Z tym wszystkim przyszedł nowy stan. Wybaczam, pamiętam i nie pozwolę się dalej krzywdzić. Wobec jednej osoby, która jest wobec mnie wciąż bardzo destrukcyjna (i nie kowalska), czułam jednak nadal agresję. Jak dalej się w tym temacie modliłam okazało się, że ja nie mam nawet pomysłu jak się przed tą osobą obronić. Bo ona nadal próbuje mieć wpływ na moje życie, opowiada o mnie bardzo nieprzychylne rzeczy gdzie tylko moze. Także wobec osób, na których mi zależy. Klamala także w sądzie. Myślę, że to jej reakcja na poczucie winy, tak robił także mój mąż wobec mnie, gdy szukał uzasadnienia swojej wyprowadzki. No bo gdyby powiedział o romansie, naraził by się na źle oceny.
Ta osoba nastawiła przeciw mnie wielu znajomych, by nie wyszły na jaw jej matactwa i kłamstwa. Zostawiłam to. Nie chciałam się tłumaczyć, że nie jestem wielbladem. A jednak boli. Stąd moja agresja, z poczucia bezsilności wobec takich działań.

Wobec pozostałych osób jest dobrze, wyciszyłam się, wzmocniłam i czuję, że jestem w stanie postawić opór dalszym krzywdzącym zachowaniom. Spokojnie, bez wątpliwości. Na tym się zatrzymałam. Wyczerpujące. Ale z Duchem Świętym i przy Matce Bożej ten proces idzie szybko. Ale to właśnie męczy.
Zaskoczyło mnie jak bardzo zranił mnie mój teść. Mieliśmy dobrą relację. Zdystansowaną, ale bliską, mamy oboje podobne charaktery, i taki rodzaj bliskości jest dla nas komfortowy, relację opartą przy tym na współpracy i porozumieniu. Także na wierze. I jego "zdrada", to że poparł syna w jego staraniach o rozwód, że nawet mnie nie wysłuchał i z dnia na dzień się ode mnie odciął bardzo raniącymi słowami boli. Nie wiedziałam tylko, że tak bardzo. Płakałam raz po raz, gdy tylko tej relacji dotykalam, będąc zarazem w prawdzie o tym, ile ona dla mnie znaczyła i jak zraniona się czuję.

Refleksja, która mnie mocno zaskoczyła jest taka. Jeśli wybaczam, owocem jest zatrzymanie krzywdy, a przynajmniej moja aktywna konsekwentna niezgoda na dalsze krzywdzenie mnie. Jeśli pozwalam się dalej krzywdzić, to jeszcze nie wybaczyłam. Samej wydaje mi się to dziwne i nie do końca logiczne, ale w tej mojej prawdzie, tak to wygląda.

Ruta
Posty: 1617
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 10 sie 2021, 23:26

Mam dziś gorszy dzień. Nic się w sumie takiego nie stało. Wręcz przeciwnie, mąż był wczoraj, naprawił prąd, jakiś korek się przepalił czy coś tam. Nie wiem jak to możliwe, ale przed przyjściem męża regularnie coś się w domu psuje. I mąż zawsze to naprawia. W sumie dobrze, że w dniu przyjścia męża, a nie parę dni przed, a to pralka, a to umywalka, a to drzwi. Odjazd. Widzieliśmy się tylko chwilę. Mąż powiedział, że naprawi. No i się wybrałam na spotkanie. Byłam też na Mszy, i na różańcu. Jak wróciłam, już męża nie było. Ale prąd już był.

Poczułam wczoraj impuls, by tak się bardziej ładnie ubrać, kobieco, założyłam sukienkę, inaczej uczesałam włosy, założyłam kolczyki. Bardzo rzadko tak robię, odkąd męża ze mną nie ma. Ale wczoraj jakoś tak poczułam, że chcę. Widziałam, że mąż to dostrzegł. Chociaż nie robiłam tego z myślą o nim, ale miałam taką wewnętrzną potrzebę. Trochę się wewnętrznie do siebie uśmiechnęłam, widząc, że nie uszło to mężowskiej uwadze. Ogólnie czułam się wczoraj ze sobą dobrze i od paru osób usłyszałam, że ładnie wyglądam. Zasypiałam zadowlona i pełna ufności.

Dziś za to jak obuchem w głowę od samego rana. Na pewno częściowo odpowiada za to niewyspanie, bo pracowałam w nocy i spałam krótko. Ale to mi się czasem zdarza, i nie wpływa na mój nastrój, czasem trochę na zmęczenie. Więc nie jest to główną przyczyną. Czuję się smutna, mam blokadę do modlitwy, rano jeszcze coś powiedziałam, a potem w ciągu dnia walczyłam o każde słowo. Pierwszy raz od dawna nie byłam na Mszy Świętej. Nie mogłam się zmobilizować. W zasadzie do niczego nie mogłam się zmobilizować. Jest mi trudno. I nawet nie wiem dlaczego. Spadek sił do zera. Jak ten Eliasz mam ochotę powiedzieć, Panie nie mam już siły dalej iść.
Problemy wciąz te same, szukam mieszkania na wynajem, to duże wyzwanie, no bo finansowo musi być do udźwigniecia dla smotnej matki. Ale jakoś tak do wczoraj wydawało mi się wszystko łatwe. Znajdę mieszkanie, potem stałą pracę w pobliżu, jeśli trzeba będzie zmienić szkołę syna, też jakoś sobie z tym poradzimy. I będzie dobrze. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że wszystko się poskłada. A dziś brakuje mi sił i trochę mnie ta perspektywa przytłacza. Czuję się, jakby mi ktoś na barki włożył ogromny ciężar. I czuję wszystko to, co od paru lat dźwigam sama. I mam ochotę krzyknąć też do męża - hej, zobacz, ja nie daję rady, potrzebujemy cię. Czuję się zmęczona i przytłoczona.

Ewuryca
Posty: 326
Rejestracja: 12 maja 2019, 17:29
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ewuryca » 11 sie 2021, 6:28

Ruto już dawno nie pisałaś nic o mężu w stanie nietrzeźwości. Czy możliwe ze twoj mąż powoli radzi sobie z nałogami? Czy jest tam jakieś światełko w tunelu? Mój mąż raczej tygodnia nie był w stanie wytrzymać bez alkoholu, jak jest teraz nie wiem bo nie mamy kontaktu, ale czasem myśle o nim i o tym czy daje sobie radę z uzależnieniem. Myślisz ze twoj mąż przestał nadużywać alkoholu?

Ruta
Posty: 1617
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 11 sie 2021, 9:42

Ewuryca pisze:
11 sie 2021, 6:28
Ruto już dawno nie pisałaś nic o mężu w stanie nietrzeźwości. Czy możliwe ze twoj mąż powoli radzi sobie z nałogami? Czy jest tam jakieś światełko w tunelu? Mój mąż raczej tygodnia nie był w stanie wytrzymać bez alkoholu, jak jest teraz nie wiem bo nie mamy kontaktu, ale czasem myśle o nim i o tym czy daje sobie radę z uzależnieniem. Myślisz ze twoj mąż przestał nadużywać alkoholu?
Prawdę mówiąc nie wiem. Do domu na spotkania z synem od dłuższego czasu mąż przychodzi ani nie po alkoholu, ani nie po narkotykach, ani nie na kacu. I gdy jest, spędza czas z synem. A różnie z tym bywało.
Był moment na początku lata, gdy czułam, że mąż zbliża się do granicy ciągu, ale znad tej granicy się cofnął, co jest także nowością i sukcesem. Od tej pory jest względnie dobrze.

Spojrzałam na niego ostatnio tak uważniej, nie wygląda dobrze. Z troską spojrzałam. Trudno to opisać, ale nie jest to wygląd mężczyzny wolnego od nałogów. A widywałam męża także w pełnej abstynencji, w czasie gdy był w terapii. I już po trudnym okresie odstawienia. Jednak nie wpada w długie ciągi narkotykowe, bo spotkania odbywają się systematycznie. Mąż się stara, bywa mu trudno, to też widzę. Syn mówi, że ostatnio to nie jest całkiem tata, ale da się z nim wytrzymać.

Na pewno dużym sukcesem jest także to, że mąż był trzeźwy w swoje urodziny. Pierwsze od wielu lat takie w jego życiu.

Każdy okres bez ciągów narkotykowych i alkoholowych jest sukcesem i może być oznaką drogi ku zdrowiu. Jednak zwykle gdy mąż odstawia wszystko, jest bardzo trudny. A teraz nie jest. Suchy alkoholik czy narkoman to bardzo ciężkie osoby. Zwykle mąż sobie radzi z odstawianiem ciężkich używek w taki sposób, że stosuje inną używkę zastępczą, mniej widoczną. Często była to pornografia. Niewidoczna, ale czyniąca ogromne szkody.

Po naszym ślubie mąż z kolei brał cały czas tabletki i syrop na kaszel. Całkiem sporo. Nie miałam wtedy świadomości, że on się tym odurza, choć trochę mnie niepokoiła ilość tych tabletek. Gdy się okazało, że wycofują je ze sprzedaży, był bardzo przejęty. Ja też się zmartwiłam, bo powiedział, że mu pomagają i bez nich będzie mu ciężko. Nawet byłam oburzona, czemu je wycofują. Sama mu je czasem jako troskliwa żona kupowałam. Byłam naprawdę naiwna :lol: Więc możliwe, że mąż ma teraz okres, gdy stosuje jakąś używkę zastępczą z kategorii mniej zaburzających funkcjonowanie.

We wrześniu mamy mieć badania w OZSS. Myślę, że to też może mieć wpływ. Mój mąż ma bardzo mocno wbudowany mechanizm ukrywania nałogów i takie rzeczy jak sprawa w sądzie, czy konsultacja u terapeuty go zwykle motywują do podejmowania abstynencji z substancją zastępczą właśnie. Inna sprawa, że nie zawsze udaje mu się wytrzymać... Czas pokaże. Na razie cieszymy się względnym spokojem.

Tak przy pisaniu, teraz na bieżąco, gdy uważniej się przyjrzałam zachowaniom męża w ostatnim czasie, zdałam sobie sprawę, że jego zachowanie wobec mnie jest ostatnio specyficzne. Na tyle, że mimo, że jest względnie miły, wolę go unikać. Będę musiała się temu przyjrzeć. Bo chyba niepostrzeżenie zaczynamy nowy taniec. Zwykle oznacza to, że mąż za moimi plecami robi coś przeciwko mnie. Albo właśnie maskuje jakiś swój nowy nałóg... Zapomniałam o zasadzie ograniczonego zaufania. Łatwo mi wciąż dać się przez męża uśpić.

Caliope
Posty: 1928
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Caliope » 11 sie 2021, 10:22

Ewuryca pisze:
11 sie 2021, 6:28
Ruto już dawno nie pisałaś nic o mężu w stanie nietrzeźwości. Czy możliwe ze twoj mąż powoli radzi sobie z nałogami? Czy jest tam jakieś światełko w tunelu? Mój mąż raczej tygodnia nie był w stanie wytrzymać bez alkoholu, jak jest teraz nie wiem bo nie mamy kontaktu, ale czasem myśle o nim i o tym czy daje sobie radę z uzależnieniem. Myślisz ze twoj mąż przestał nadużywać alkoholu?
Nie da się tak Ewuryco, mało czytałaś o tej chorobie i innych nałogach. On musi chcieć, musi iść najpierw na odwyk, 8 tygodni ciężkiej pracy i w takim stanie najlepiej w ośrodku zamkniętym. Potem ponad rok terapii, mitingi AA, warsztaty. Nie ma czegoś takiego jak radzenie sobie z nałogami, trzeba przestać pić,brać, w jeden dzień ogarnąć abstynencję. Nie ma na raty, ja pamiętam tą datę i do końca życia będę kiedy weszłam w tryb abstynencji.
Ruta nie pisze o tym, bo stawia granice i mąż nietrzeźwy nie może już zajmować się dzieckiem i to jest dobre.

Ewuryca
Posty: 326
Rejestracja: 12 maja 2019, 17:29
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ewuryca » 11 sie 2021, 13:55

Caliope pisze:
11 sie 2021, 10:22
Ewuryca pisze:
11 sie 2021, 6:28
Ruto już dawno nie pisałaś nic o mężu w stanie nietrzeźwości. Czy możliwe ze twoj mąż powoli radzi sobie z nałogami? Czy jest tam jakieś światełko w tunelu? Mój mąż raczej tygodnia nie był w stanie wytrzymać bez alkoholu, jak jest teraz nie wiem bo nie mamy kontaktu, ale czasem myśle o nim i o tym czy daje sobie radę z uzależnieniem. Myślisz ze twoj mąż przestał nadużywać alkoholu?
Nie da się tak Ewuryco, mało czytałaś o tej chorobie i innych nałogach. On musi chcieć, musi iść najpierw na odwyk, 8 tygodni ciężkiej pracy i w takim stanie najlepiej w ośrodku zamkniętym. Potem ponad rok terapii, mitingi AA, warsztaty. Nie ma czegoś takiego jak radzenie sobie z nałogami, trzeba przestać pić,brać, w jeden dzień ogarnąć abstynencję. Nie ma na raty, ja pamiętam tą datę i do końca życia będę kiedy weszłam w tryb abstynencji.
Ruta nie pisze o tym, bo stawia granice i mąż nietrzeźwy nie może już zajmować się dzieckiem i to jest dobre.
Caliope masz racje ze raczej tak się nie da, ale znam osobiście dwa przypadki wyjścia z alkoholizmu samemu, bez terapii. W obu przypadkach zadziałała łaska Boża.

Caliope
Posty: 1928
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Caliope » 11 sie 2021, 14:20

Ewuryca pisze:
11 sie 2021, 13:55
Caliope pisze:
11 sie 2021, 10:22
Ewuryca pisze:
11 sie 2021, 6:28
Ruto już dawno nie pisałaś nic o mężu w stanie nietrzeźwości. Czy możliwe ze twoj mąż powoli radzi sobie z nałogami? Czy jest tam jakieś światełko w tunelu? Mój mąż raczej tygodnia nie był w stanie wytrzymać bez alkoholu, jak jest teraz nie wiem bo nie mamy kontaktu, ale czasem myśle o nim i o tym czy daje sobie radę z uzależnieniem. Myślisz ze twoj mąż przestał nadużywać alkoholu?
Nie da się tak Ewuryco, mało czytałaś o tej chorobie i innych nałogach. On musi chcieć, musi iść najpierw na odwyk, 8 tygodni ciężkiej pracy i w takim stanie najlepiej w ośrodku zamkniętym. Potem ponad rok terapii, mitingi AA, warsztaty. Nie ma czegoś takiego jak radzenie sobie z nałogami, trzeba przestać pić,brać, w jeden dzień ogarnąć abstynencję. Nie ma na raty, ja pamiętam tą datę i do końca życia będę kiedy weszłam w tryb abstynencji.
Ruta nie pisze o tym, bo stawia granice i mąż nietrzeźwy nie może już zajmować się dzieckiem i to jest dobre.
Caliope masz racje ze raczej tak się nie da, ale znam osobiście dwa przypadki wyjścia z alkoholizmu samemu, bez terapii. W obu przypadkach zadziałała łaska Boża.
Czasem sie zdarza, dwa przypadki na kilkaset tysięcy, wiekszosc nie dożywa do Bożej łaski i pewnie też wsparcia bliskich. Nie wiem jak u nich, ale nie starczy sama abstynencja, trzeba przewartościować całe życie i nauczyć się żyć prawie samotnie i znaleźć inne zabawy i priorytety.

Ruta
Posty: 1617
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 13 sie 2021, 0:04

Caliope pisze:
11 sie 2021, 14:20
Ewuryca pisze:
11 sie 2021, 13:55
Caliope pisze:
11 sie 2021, 10:22

Nie da się tak Ewuryco, mało czytałaś o tej chorobie i innych nałogach. On musi chcieć, musi iść najpierw na odwyk, 8 tygodni ciężkiej pracy i w takim stanie najlepiej w ośrodku zamkniętym. Potem ponad rok terapii, mitingi AA, warsztaty. Nie ma czegoś takiego jak radzenie sobie z nałogami, trzeba przestać pić,brać, w jeden dzień ogarnąć abstynencję. Nie ma na raty, ja pamiętam tą datę i do końca życia będę kiedy weszłam w tryb abstynencji.
Ruta nie pisze o tym, bo stawia granice i mąż nietrzeźwy nie może już zajmować się dzieckiem i to jest dobre.
Caliope masz racje ze raczej tak się nie da, ale znam osobiście dwa przypadki wyjścia z alkoholizmu samemu, bez terapii. W obu przypadkach zadziałała łaska Boża.
Czasem sie zdarza, dwa przypadki na kilkaset tysięcy, wiekszosc nie dożywa do Bożej łaski i pewnie też wsparcia bliskich. Nie wiem jak u nich, ale nie starczy sama abstynencja, trzeba przewartościować całe życie i nauczyć się żyć prawie samotnie i znaleźć inne zabawy i priorytety.
Myślę o tym, jak to uzdrawianie z nałogu wygląda. Znam różne przypadki. Od pełnych nagłych uzdrowień, gdzie zdecydowanie zadziałała Łaska. Za nimi szło nawrócenie i przemiana człowieka. Ale też takie, gdy nałóg jakby został wyhamowany, zabrany, a człowiek ze swoimi trudnościami pozostał. I pozostawał mimo braku nałogu trudnym człowiekiem. Czasem kończyło się to nawrotem. Albo długim procesem dochodzenia do siebie. Znam też przypadki ciężkich walk, mozolnej pracy w terapii, upadków. I czasem w tej walce także przychodzi Łaska.
Nie znam za to żadnej uzależnionej trzeźwej osoby, która jest trwala trzeźwa i która dokonała tego wyłącznie własnymi siłami. Różnie to przebiega, u jednych osób nie zdarzyło się nic, po prostu któregoś dnia byli zdrowi i chciało im sie modlić, inni zostali zalani Bożą Miłością, inni nagle mieli wgląd w swoje życie i to rodziło potrzebę zmiany, inni spojrzeli na siebie z innej perspektwy, jakby z zewnątrz i dostrzegli siebie i zapragnęli zmiany. Zwykle jednak w tych doświadczeniach jest jakiś rodzaj transcendencji, choć nie zawsze o treści religijnej lub nie zawsze interpretowanej przez pryzmat religii. Jednak patrząc z perspektwy wiary zawsze jest to Boża Łaska.

Jednak Boża Łaska i uwolnienie to początek. Potem jest jeszcze praca nad sobą. Czy odbędzie się to na drodze nawracania, terapii, czy też przez połączenie tych rzeczy, wszystko na pewno jest pomocne. Choć widzę, że większe postępy czynią osoby szczerze i całym sercem nawracające się. Nie neguję tym terapii. Sama z niej korzystam. Choćby dlatego, że nie zawsze umiem iść za głosem Bożym, kierować się wskazówkami. A Bóg działa także przez innych ludzi, terapeutów także.

Natomiast podejmowanie abstynencji, bez innych działań, bez szukania pomocy Bożej, bez terapii, z przekonaniem poradzę sobie, prędzej czy póżniej kończy się upadkiem. To tylko przerwy, pozwalające się zregenerować i nabrać sił, uspokoić bliskich, i by potem spokojnie kontynuowac nałóg. Widziałam to wiele razy.

Ruta
Posty: 1617
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 13 sie 2021, 10:00

Moja blokada modlitewna i przygnębienie trwały nieco ponad jeden dzień. Uczę się, odwołując do Boga, wychodzić z takich stanów i się z nich podnosić. Nie chcę w nich zostawać, brakuje mi wtedy relacji z Bogiem, a w takim stanie nie jest ona możliwa. I ta tęsknota mnie wyciąga do góry.

Jeszcze nie jestem w równowadze, ale już mi lepiej. Trochę korzystam z tego stanu nierownowagi, bo łatwiej mi w nim otworzyć trudne uczucia, których jeszcze nie przerobiłam w sobie całkiem i nie przyjęłam. Ból związany z odsunięciem się ode mnie tak wielu osób. Ból związany z oszczerstwami i tymi, które mój mąż wypowiadał o mnie, gdy ukrywał w ten sposób swój nałóg i potem romans i tymi, które inne osoby opowiadały na mój temat mojemu mężowi. I tymi, które padały potem i nadal padają. To boli.
Odrzucenie, oparcie się na tych kłamstwach przez osoby, które uważałam za przyjazne, boli. Mój mąż powiedział mi ostatnio, że wobec niektórych sytuacji i osób jestem naiwna. Miał na myśli jedną konkretną sytuację w mojej rodzinie, w której latami byłam wyzyskiwana finansowo. Ale ja dostrzegłam w tym momencie znacznie więcej takich sytuacji i naiwności. Już tak nie chcę.
Był moment, gdy mój mąż i całe otoczenie kłamali mi w żywe oczy, manipulowali nie tylko mną, ale i sobą i tym co o mnie mówili, tylko po to by usprawiedliwić romans męża, oraz swoją postawę popierania tej sytuacji i okłamywania mnie. To był też moment próby, okazało się, że niewiele miałam przy sobie osób szczerych, o dobrych intencjach wobec mnie. A mnóstwo takich, które miały w sobie skrywaną wrogość, która wtedy uderzyła we mnie z całą mocą.
Byłam naiwna, bo większość tych osób uważałam właśnie za przyjaciół lub bliskich znajomych. Często tym osobom pomagałam. Sądziłam, że w razie potrzeby ja od nich także pomoc otrzymam i to mi wystarczało. Ale ja sobie zawsze radziłam, więc nigdy o nic nie prosiłam. Niedawno usłyszałam, że wielu ludzi, gdy otrzymuje bezinteresowną pomoc zaczyna odczuwać wrogość, bo nie radzą sobie z poczuciem bycia dłużnikiem. Im więcej wtedy pomocy, tym więcej wrogości.

Ja z domu wyniosłam przekonanie, że bycie dobrą oznacza stałą gotowość do pomagania innym, kimkolwiek są, wyręczania ich nawet i rezygnowania dla nich z siebie, ze swojego czasu, potrzeb, swojej własności. Żądanie czegoś dla siebie uważałam za bardzo niewłaściwy czyn. Myślałam też że bycie dobrą oznacza nie zwracanie uwagi, znoszenie, gdy inni mnie ranią i stałe wybaczanie i usprawiedliwianie krzywdzących mnie, bez podejmowania obrony siebie. Bronić można tylko innych, słabszych. A wszyscy inni są słabsi, mi nie wolno być słabą. Tak nauczyłam się żyć w domu i tak żyłam potem.
Bardzo chciałam być dobra, połączyło mi się to z religią. Nie samo. Tak wyzyskano w domu moją dziecięcą religijność. Zresztą potem wielokrotnie ją raniąc. Rozumiem już też dlaczego odwróciłam się potem od Boga i poczułam bunt. Utożsamiałam Boga z tym obrazem jaki powstał we mnie w tamtym czasie.

Pisałam już kiedyś o tym jak zaszokowała mnie jako dziewczynkę przypowieść o pannach. Ja jeszcze i rok temu oddałbym cały swój olej i pobiegła szukać oleju tym pannom które nie mają oleju. Uznałabym za głupie te które się nie chcą podzielić. Miałabym wyrzuty sumienia, że nie byłam w stanie pomóc wszystkim i skrzywdziłam te, które nic ode mnie nie dostały. Uważałam, że mam dług wobec każdego człowieka. Zaczynam rozumieć czemu nie umiałam kochać siebie.

Nie doświadczyłam miłości. Ta myśl boli. Jest trudna. Nie wiedziałam nic o miłości. Byłam przekonana, że będąc ofiarną, pomocną, znosząc krzywdy, mogę budować relacje, przyjaźnie, a doświadczałam tego samego czego doświadczałam wcześniej od bliskich. Coraz większej samotności i coraz większych wymagań i coraz boleśniejszych zachowań. I żadnej wzajemności.

Nie żałuję żadnej sytuacji w której komuś pomogłam. Choć widzę teraz jak często te osoby mogły sobie poradzić same, owszem ponosząc wtedy koszty. Czasem spore. Ale moja pomoc nie była niezbędna. Ale mimo tego, że wiele takich sytuacji polegało na wykorzystaniu mnie, moją wewnętrzną wolą jest zatrzymanie dobrej intencji tej pomocy, nie wycofywanie jej. Nawet wobec tych osób, które potem tak mnie zraniły i tak na mój temat kłamały. Ale teraz ma to inne źródło we mnie.

Natomiast widzę w sobie dalszą gotowość do ofiarności wobec osób mi bliskich i wobec osób w potrzebie. Ale też czuję, że potrafię już potrzebować w tym od bliskich wzajemności. I za nikogo nie przejmować odpowiedzialności, z którą ta osoba jest w stanie sobie poradzić sama. W dużej mierze moje myślenie się zmieniło. Widzę to po moich obecnych relacjach, w których jest wzajemność. W których ja także mogę otrzymać pomoc i ją dostaję. W końcu w swoim życiu, po tylu latach, otrzymuję to, czego mi tak bardzo w życiu brakowało. Troskę, ciepłe słowa, pomoc, wysłuchanie. Czasem także od mojego męża.

Czuję, że ta mała dziewczynka, którą byłam i która tak bardzo kochała tych, którzy ją krzywdzili i tak bardzo chciała poczuć się kochana, trzyma teraz za rękę Pana Jezusa. Widzę ten obraz w sobie bardzo wyraźnie. I słyszę jak oboje się śmieją w rozmowie. I czuję w sobie jak ta dziewczynka-ja, czuje się w końcu dobrze i bezpiecznie. Bezinteresownie i całym sercem kochana.

Caliope
Posty: 1928
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Caliope » 13 sie 2021, 16:43

I to jest kwintesencją wszystkiego kochać siebie i Boga, wtedy można kochać resztę i nie mieć wyrzutów sumienia, że coś zrobiłam źle, że ten ktoś kto mógłby mnie kochać nie kocha, bo to jego wybór. Kocham siebie, odmawiam jeśli czuję dyskomfort, odmawiam wsparcia finansowego jeśli zdecyduję. Mam własne zasady ,przekonania i nie słucham ludzi dosłownie, a myślę co mi to przyniesie jak zrobię coś co oni chcą, a może nie zrobię, bo będzie to niezgodne ze mną. To jest wolność, asertywność, opiekowanie sobą.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: jacek-sychar, Sefie i 17 gości