Kilka pytań o separację

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Ruta
Posty: 958
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 11 gru 2020, 14:48

Mój mąż nadal przychodzi trzeźwy, więc bardzo się tym cieszę. Jak zawsze gdy jest trzeźwy, jego wizyty u nas w domu są przyjmene dla wszystkich. Synek jest szczęśliwy, bo ma swojego dobrego tatę, a ja jestem szcześliwa, bo mąż zwraca się do mnie z szacunkiem. Mam nadzieję, że mąz także czuje się podczas tych wizyt dobrze. Ja nawet gdy jest miło, nie "rzucam się" na to miło jak kiedyś, raczej się izoluję i ograniczam kontakt, wycofuję się nawet, gdy jest miło. Tak czuję, tak robię.

Czasem chwilę rozmawiamy. I jest w tych rozmowach zmiana. Po obu stronach. Mąż wraca czasem takimi okruszkami do naszej miłej i dobrej przeszłości, nie neguje jej. Chyba mój status jako potwora, z którym było zawsze źle i strasznie, trochę spada. Mówi też czasem o swoich potrzebach, rzadko, naokoło, o drobnych i błahych potrzebach, ale mówi, co jest olbrzymią zmianą, po trzecie przyjmuje to co ja mówię. A ja przyjmuję co mówi mąż. I mówię krótko i wprost i bez manipulacji. To mój ogromny postęp. Choć w głowie wciąż muszę uciszać swoje "dialogi" z mężem, w których wewnątrz siebie nadal próbuję na męża wpływać, a nawet w tym celu naginać fakty, manipulować, by jakoś na męża wpływać. Ale skoro panuję nad tym już na zewnątrz, to pewnie i wewnątrz takie moje dialogi z czasem ucichną. Mówię mężowi wprost także o sprawach trudnych. I nie kończy się to awanturą, ani napięciem między nami. Potrafię wobec męża na powrót otwarcie się ucieszyć, oburzyć, nie zgodzić, bez obawy jak on na to zareaguje.
Słucham też męża. I mąż mówi mi czasem "nie powtarzaj". Ja rzeczywiście powtarzaaaaam - nawykowo - bo gdy mąż przestał mnie słuchać, sądziłam, że jeśli coś powtórzę wiele razy, to mąż to w końcu usłyszy i przyjmie. I to powtarzanie mi zostało, jako nawyk. Ale słyszę męża - i postaram się to zmienić, by mówić raz. To też we mnie duża zmiana, bo nie tylko mąż przestał mnie słuchać - ja jego także nie słuchałam. Bo i wcześniej mówił mi "nie powtarzaj", ale ja tak bardzo chciałam na niego wpłynąć, że i tak powtarzałam.
Te nasze rozmowy są może dwie w tygodniu i nie trwają więcej niż minutę dwie. A jest w nich więcej treści niż w naszych kłótniach i długich nawet rozmowach, które prowadziliśmy w czasie gdy nasz kryzys się bardzo nasilił. To bardzo miłe móc znów otwarcie rozmawiać z moim mężem. Był czas, że szło nam to całkiem dobrze.

Nie mam też w sobie lęku przed kolejnym ciągiem męża. Wiem, że może nastąpić (choć cieszę się, że taki kalendarz ciągów sie jakby załamał, i trzeźwością męża się cieszę, ale nie jak kiedyś w napięciu i lęku, że to się skończy, udaje mi się być tu i teraz). Wiem już też, że choć jest to destrukcyjne, to ja umiem już w takiej sytuacji obronić siebie i synka, i umiem też już (nawet wewnętrznie) pozwolić by mąż ponosił swoje konsekwencje. I wiem, że każdy taki raz, gdy się pojawia, to szansa dla męża, na to by się zmierzył z tym co go trzyma. Jak to dobrze nie kulić się ze strachu.

Nadal nie palę, i nadal bez żadnych trudności mi to przychodzi. Nadal chodzimy z synkiem na roraty, jest wytrwały, więc i ja się staram być :) Dziś synek się martwił bo tuż przed naszym wyjściem na dworze była ściana deszczu. Wyszliśmy uzbrojeni w parasole, a tu... ani kropelki. Mały powiedział - mamo to cud i to specjalnie dla mnie. W pierwszym odruchu miałam sprostować, że po prostu przestało padać. Ale się zatrzymałam - wiara dzieci jest piękna prosta i ufna. Gdy dzieje się coś dobrego nie mają wątpliwości, że to pochodzi od Boga, nie mają też wątpliwości, że On otacza je troską, odpowiada nawet na takie potrzeby, jak zatrzymanie deszczu, aby nie zmoknąc w drodze na roraty. Przypomniało mi się jak sama w podobnym wieku modliłam się o śnieg z moją siostrą. Nie mogłyśmy się doczekać, aż Pan Bóg ten śnieg nam ześle z nieba. I gdy śnieg w końcu się pojawiał miałyśmy pewność, że nasze modlitwy są wysłuchane i że ten śnieg jest specjalnie dla nas. Każdy jeden płatek śniegu był cudem i darem dla nas, dla mnie - a było ich tyle :) I jak sobie o tym przypomniałam to pomyślałam, że przecież cały świat jest dla nas, dla mnie też. I te sroczki, co sobie śmieszną gromadką śpią na drzewie i te kropelki, które tak ładnie błyszczą na choince, i to rześkie powietrze, które mnie budzi, ja i mój synek jak sobie idziemy razem też jesteśmy dla siebie i cały świat jest dla każdego i wszyscy są dla wszystkich. I ta myśl dała mi taką ogromną wdzięczność dla Boga za piękny świat.

Ruta
Posty: 958
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 20 gru 2020, 20:28

Mąż nadal jest dla mnie miły. Nadal przychodzi do domu trzeźwy (mam czasem wrażenie, że miewa incydenty, ale wtedy po prostu nie przychodzi, niemniej jednak w ciągu nie jest na pewno, i to w sumie od dłuższego czasu). Nie ma między nami napięcia, nie ma spięć, zdarza się, że jest tak, jakbyśmy nigdy nie mieli nigdy żadnego kryzysu. To chwilki, ulotne, ale piękne.

Dziś obejrzeliśmy wspólnie z synkiem mszę. Miliśmy jedną chwilę niezgody, która nie skończyła się kłótnią, ale tym, że każde z nas się wypowiedziało - i już. Nieźle ;) Mąż z synkiem przyniósł potem piękną dużą choinkę, ubraliśmy ją razem. Zjedliśmy też dziś razem obiad, razem zapaliliśmy świeczki na naszym wieńcu. I to był dobry czas, przyjemny, choć przed wyjściem mąż stał się napięty wewnętrznie, ale wtedy po prostu wstał i się pożegnał i poszedł. Zwykle, gdy narastała w mężu jakaś frustracja lub emocje, zdenerwowanie, stawał się trudny i dawał to odczuć nam. Stąd pewnie nadal duża wrażliwośc i moja i synka na wszystkie nastroje męża - i ulga, gdy mąż reaguje w sposób nie destrukcyjny.

Staram się zachować równowagę wewnętrzną w tych nowych zmienionych warunkach i równocześnie nie wpadać w nadmierny entuzjazm, fantazje, marzenia. I nie wpadać w nadmierą tęsknotę, bo chwile bliskości ją nasilają. Choć czasem sobie pozwalam zarówno na miłe marzenia, jak i na wypłakanie tęsknoty.

Ostatnio sporo się wzruszam. Z początku, gdy dopuszczałam do siebie emocje, były często gwałtowne, musiałam przeczekiwać różne burze i zalewy emocji - i tych miłych i tych trudnych. Teraz jakby wszystkie złagodniały, ale też się pogłebiły. I odczuwam je tak bardziej całą sobą. Mam wrażenie, że z jednej strony jestem bardziej reagująca, a równocześnie bardziej wewnętrznie wyciszona - choć może to brzmieć jak sprzeczność. I łatwiej mi przychodzi w kontaktach nie tylko z mężem, ale ogólnie z ludźmi, otwarte mówienie co myślę i czuję - i coraz częsciej udaje mi się to wyrazić prosto, ale w sposób nieinwazyjny.

To przekłada się też na granice. Widzę, że kiedyś wyrąbywałam je toporem. A teraz jakoś tak miękko je wprowadzam, to miłe, dobrze się z tym czuję.

elena
Posty: 205
Rejestracja: 14 kwie 2020, 19:09
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: elena » 21 gru 2020, 0:34

Ruto, tak patrząc z boku można by pomyśleć, że w Twoim mężu zachodzi jakaś przemiana- wspólne ubieranie choinki, wspólny obiad, w innym wątku pisałaś o wspólnej Wigilii, spędzacie ze sobą czas bez kłótni, jest w tym dużo nadziei na lepsze. :)
„Kocha się nie za cokolwiek, ale pomimo wszystko, kocha się za nic”. Ks. Jan Twardowski

teodora
Posty: 117
Rejestracja: 10 wrz 2019, 21:55
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: teodora » 21 gru 2020, 11:11

Ruto, dużo dobrych wiadomości. Życzę bardzo i modlę się żeby wasze relacje były coraz lepsze. Twój mąż też przechodzi jakąś drogę. Może zaczyna widzieć jaki ma skarb. Może na razie to tylko jakieś przeczucie, tęsknota za czymś.

Masz rację zachowując ostrożność. Oboje jesteście poranieni, warto się cieszyć tym co jest tu i teraz, nie wybiegać w przyszłość. Ja teraz tak robię. Po burzliwych rozmowach mamy teraz etap spokoju. Tak jakby zniknął ten niedojrzały zagubiony chłopak a wrócił na chwilę mężczyzna , tata. Nawet ostatnio wzruszył mnie bardzo, bo tłumaczył córce dlaczego powinna mnie szanować - duża zmiana. Nie wiąże jednak z tą zmianą nadziei. Cieszę się nawet jeżeli to tylko mały promyk dobra,cieszę się, że po prostu jest.

Myślę, że takie małe promyki to w tych naszych poranionych, dysfunkcyjnych rodzinach takie przebłyski światła, nieba. Chyba naszym zadaniem, tych czekajacych jest rozwijać się i pracować, żeby te promyki mogły do nas docierać. Przecież, gdybyśmy zatracili się w gniewie, nienawiści, pretensjach, te mosty łatwo by było spalić.

Ściskam Cię serdecznie Ruto i dziękuję, że dzielisz się sobą tu na forum.

Ruta
Posty: 958
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 22 gru 2020, 14:07

elena pisze:
21 gru 2020, 0:34
Ruto, tak patrząc z boku można by pomyśleć, że w Twoim mężu zachodzi jakaś przemiana- wspólne ubieranie choinki, wspólny obiad, w innym wątku pisałaś o wspólnej Wigilii, spędzacie ze sobą czas bez kłótni, jest w tym dużo nadziei na lepsze. :)
Zdecydowanie jest to zmiana. Z jednej strony widzę, że ja sama zrobiłam na nią przestrzeń, na wiele różnych sposobów, porzucając stopniowo współuzależnione mechanizmy zachowań, związane z lękiem i potrzebą kontroli. Bardzo pomogło to, co zrobiłam ostatnio, a raczej czego nie zrobiłam, dosłownie dając przestrzeń mężowi na jego decyzje, wycofując się, nie robiąc żadnych propozycji, co do świąt, nie budując scenariuszy, ktore potem usiłowałabym przeprowadzać i zrealizować.
Myślę, że praca, jaką wykonałam nad sobą bardzo mi to ułatwiła, bo gdy podjęłam decyzję, że nie będę sama zaczynać tematu świąt z mężem i pogodzę się z jego decyzjami i dostosuję zarówno do decyzji, że spędzi czas świąt lub jakąś jego część z nami, jak i to, że tego nie zrobi. I okazało się, że nie musiałam się gryźć w język i powstrzymywać za wszelką cenę. I że lepiej znoszę niepewność i zależność. Nabrałam pokory, i bardzo ułatwia mi to moje życie.
Pokora objęła też to, że jestem na powrót w stanie męża o coś poprosić, wyrazić prośbę wprost i nie naciskać. W naszym kryzysie, gdy się robiło coraz gorzej, taka umiejętność wobec męże we mnie zanikła. Sytuacje, w których czegoś od męża potrzebowałam, kończyły się z mojej strony, albo rodzajem nacisku, manipulacji, albo pretensją. Gdy mąż obsadził i ustawił choinkę - i widać było, że zaczął się robić właśnie taki wewnętrznie niespokojny i zbierający się do wyjścia - pomyślałam, że nie dam rady założyć sama lampek (choinka jest pod sufit i bardzo rozłożysta, a ja jestem nieduża). I zwyczajnie poprosiłam męża, żeby został jeszcze chwilę, żeby na pomógł. Wyraziłam swoją prośbę nie tylko słowami, ale też patrząc na męża - a naprawdę dawno nie komunikowałam się z mężem spojrzeniami - chociaż kiedyś byliśmy tak blisko, że słowa rzadko nam były potrzebne. I mąż został, pomógł z lampkami i nawet sam z siebie pozawieszał różne ozdoby na najwyższych gałązkach i został jeszcze chwilę przy ozdabianiu dolnych. Wymagało to od niego dużo wysiłku, wiem, bo widziałam jak w tym czasie musiał zachować w sobie wewnętrzną frustrację, która w nim narastała. I równocześnie widziałam, że jest z siebie zadowolony, że został, że nam pomaga i że ozdabiamy razem tą choinkę. I wyszedł, gdy frustracja zaczęłą przeważać.
Zmiana jest te z w tym - we mnie - że tak bardzo męża nie analizuję - czemu narasta w nim niepokój, co się w nim dzieje, czy ma to związek z uzależnieniem, zmęczeniem problemem finansowym, który przede mną ukrywa. Tu chyba najbardziej pomaga to, że nie ponoszę konsekwencji tych frustracji - po pierwsze dlatego, że żyjemy osobno. Ale też dlatego, że mąż uczy się zachować to co się w nim trudnego dzieje wewnątrz siebie - kiedyś w takich sytuacjach wybuchał, był jak bomba i trudno było przy nim czuś się spokojnie, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy nastąpi wybuch. Stąd ta czujność i nastawienie na analizę tego co z męzem sie dzieje - bo bałam się, że coś przegapię i dojdzie "przeze mnie" do wybuchu.

W tym wszystkim ja nadal trzymam dystans przestrzenny - podawałam tylko ozdoby, rozplątywałam coś. Wiele różnych rzeczy to powoduje. Nadmierna bliskośc męża w przestrzeni powodowała u mnie pragnienie bliskości małżeńśkiej i było to trudne, dla mnie. I bardzo krępujące, zwłaszcza, że mąż we mnie to wyczuwa i też nie jest na takie sytuacje obojętny, i było to dla nas obojga krępujące. Ale też mam takie poczucie, że mąż czuje się bezpieczniej, nie czuje się pod presją, gdy trzymam się trochę z boku. A ja czuję się bezpieczniej na pewno, bo nie ma we mnie zaufania. Zdarza mi się zastanawiać, czy za obecną postawą męża nie ma jakiegoś postęu, złych intencji. I myślę, że mąz może również podobnie z nieufnością traktować te zmiany, które widzi we mnie.
Choć mam też w myśli obawy, że może przez ten dystans przegapię moment gdy mąż będzie próbował się zbliżyć do mnie - emocjonalnie, nie fizycznie, albo, że mylnie ten dystans odczyta - że jakoś on otwiera się, zbliża, a ja pozostaję zdystansowana. Potem myślę, że mój mąż jest dorosłym mężczyzną, zdaje sobie sprawę, jak wygląda nasza sytuacja i nasza relacja i że jeśli mój dystans ma spowodować, że mąż ucieknie, to trudno. Nie będzie dobrze, jeśli będę postępować wbrew sobie - nie chcę męża dystansem karać, chcę nim chronić siebie. Otwieram się na tyle na ile jestem w stanie, bez poczucia, że się narażam.

Natomiast trudno mi określić, co zmiany oznaczają po stronie męża. Tu mam w sobie same pytania. Więc po prostu przyjmuję to, co jest dobre i mnie cieszy, a pytania na razie odsuwam. Jeśli mąż kiedyś się zdecyduje mi wyjaśnić, co oznaczają jego niektóre gesty, pewnie to zrobi. Skoro tego nie robi - może nie wie jak, może potrzebuje więcej czasu, może sam nie wie - albo nie chce. Gdy bliska relacja zaczyna być zaburzona, granice się zacierają bardzo mocno po obu stronach. Zwłaszcza, gdy tak ja ja i mąż, są w tej relacji dwie osoby z których każda ma problem z własnymi granicami, i żadna z nich nigdy nie potrafiła dobrze ich określać i wyznaczać.
Uczę się więc nie tylko na nowo swoich granic, ale także granic mojego męża.

Z cichą nadzieją w sercu :) Gdy nadziei towarzyszy wiara i miłość, nadzieja ma szansę nie być destrukcyjna i nie spalać... Tak sobie po cichu myślę - starając się utrzymać w tym wszystkim swoją odzyskaną i chwiejną nadal równowagę wenętrzną.

Ruta
Posty: 958
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 22 gru 2020, 14:19

teodora pisze:
21 gru 2020, 11:11
Ruto, dużo dobrych wiadomości. Życzę bardzo i modlę się żeby wasze relacje były coraz lepsze. Twój mąż też przechodzi jakąś drogę. Może zaczyna widzieć jaki ma skarb. Może na razie to tylko jakieś przeczucie, tęsknota za czymś.

Masz rację zachowując ostrożność. Oboje jesteście poranieni, warto się cieszyć tym co jest tu i teraz, nie wybiegać w przyszłość. Ja teraz tak robię. Po burzliwych rozmowach mamy teraz etap spokoju. Tak jakby zniknął ten niedojrzały zagubiony chłopak a wrócił na chwilę mężczyzna , tata. Nawet ostatnio wzruszył mnie bardzo, bo tłumaczył córce dlaczego powinna mnie szanować - duża zmiana. Nie wiąże jednak z tą zmianą nadziei. Cieszę się nawet jeżeli to tylko mały promyk dobra,cieszę się, że po prostu jest.

Myślę, że takie małe promyki to w tych naszych poranionych, dysfunkcyjnych rodzinach takie przebłyski światła, nieba. Chyba naszym zadaniem, tych czekajacych jest rozwijać się i pracować, żeby te promyki mogły do nas docierać. Przecież, gdybyśmy zatracili się w gniewie, nienawiści, pretensjach, te mosty łatwo by było spalić.

Ściskam Cię serdecznie Ruto i dziękuję, że dzielisz się sobą tu na forum.
Teodoro, piszesz tak ładnie i tak bezpośrednio wyrażasz różne ważne i trudne do wyrażenia rzeczy, że się bardzo wzruszam - także dlatego, że są mi one bardzo bliskie.
Mój mąż też ostatnio wstawił się za mną i tłumaczył synkowi, że powinien do mnie odnosić się z szacunkiem - i gdy to usłyszałam, poczułam ciepło w sercu.

Bardzo ładnie napisałaś o tych promykach. Pomyślałam o wszystkich tych promyczkach, które do mnie dotrały od męża w zeszłym roku i uzbierała się ładna wiązka. Cieszę się, że mimo trudności nie zatraciłam się w gniewie ani w moim bólu, ani w żalu.

I widzę, że tych mostów jest całkiem sporo, tak że oba królestwa tkóre te mosty wciąż łączą, mają szansę na rozejm (no bo po mostach jeżdżą coraz częściej jacyś posłańcy), a nawet na to, by się połączyć - choć na końcu każdego z mostów na razie stoją straże, gotowe w razie czego od razu trąbić na alarm, by zalewać fosy, opuszczać kraty i wystawiać łuczników :)

I ja cię mocno i serca ściskam - i jestem bardzo wdzięczna tobie za twoje refleksje, są dla mnie cenne i bardzo lubię spokój, jaki ostatnio z nich płynie. Dziękuję, że się nim dzielisz :)

Ruta
Posty: 958
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 23 gru 2020, 2:19

Mam kryzys, zjadają mnie emocje, choć tak bardzo się starałam pozostać w równowadze. Rozkręciły się jak kula śniegowa. Nie mogę wejść w modlitwę, od razu się rozpraszam. Nie mogę ufnie zawierzyć. Te wszystkie pytania o motywy zachowania mojego męża staram sie odsuwać i to się udaje - racjonalnie sobie tłumaczę, że nie wiem i żebym myślała jeszcze rok, to i tak się przecież nie domyślę.

Za to wszystkie emocje się kłębią i kłębią, jeżdżą po mnie jak walec. Czuję się nimi udręczona i wyczerpana. Odzywa się we mnie żal, smutek, tęskonta, niepewność, nadzieja, obawa, że coś zepsuję, lęk przed tym jak łatwo mąż może mnie teraz zranić. Trudna mieszanka. Normalnie pomogłoby mi wypłakanie się, ale na płakanie się akurat zblokowałam. Dawno już nie byłam w takim kłębku.

W pewnym momencie miałam już tylko ochotę przestać czuć - ale udaje mi się temu oprzeć. Choć parę drobnych potyczek przegrałam. Ale to już opanowałam, nadal wiem, że nie chcę uciekać od emocji. Tylko póki co nie wiem co dalej. I nie udaje mi się znaleźć ukojenia w modlitwie - bo albo wyklepuję jakieś słowa, które w nic się nie łączą, albo jestem w pustce. To dziwne uczucie, bo zwykle czuję się blisko Boga, tak w relacji. Blisko Maryi. Mogę rozmawiać. A teraz nie. Pójdę chyba jutro na adorację z tym kłębowiskiem.

teodora
Posty: 117
Rejestracja: 10 wrz 2019, 21:55
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: teodora » 23 gru 2020, 8:14

Znam to. Sinusoida. Kiedy napada mnie takie tornado robię różne rzeczy. Oglądam po raz tysięczny ulubiony serial, robię sobie gorąca kąpiel, słucham muzyki która mnie uspokaja (ja lubię smętnej muzyki słuchać, bo paradoksalnie wzrusza mnie i pociesza :)), czytam lekką książkę. Ogolnie 'odmożdzam' się . Czesto w takich chwilach po prostu wyżalam się do Boga w aktach strzelistych, bo na wiecej mnie nie stać. Mówię o wszystkich moich pretensjach,o tym żalu, że nie jest tak jak chciałabym, żeby było. Skarżę się też na mojego męża, że on sobie nastrój poprawia moim kosztem. Wylewam wszystko co czuję, nawet te najgorsze, niepoprawne myśli.

Wiesz to jest tak, że już jestem bardziej zaprawiona w 'bojach', lepiej nawet jestem w stanie się odnaleźć w trudnych rozmowach, 'cięższych' etapach naszej relacji, niż tych właśnie lepszych. Bo te lepsze budzą nadzieję, która rodzi od razu obawy, te obawy rodzą smutek a smutek wyrzuty sumienia, że przecież było lepiej, już sobie radzilam... Ehhh :(

Zrozumialam już, że mam prawo to wszystko czuć. Ma prawo się to wszystko przewalać i nic w tym złego. To są bardzo ludzkie, kobiece emocje, stany. Daję temu czas,bo na wszystko jest czas jak mowi Kohelet :). Kiedyś na terapii psycholog poradzila mi, żebym w takich trudnych emocjach, starała się zachować jak pasażer pociągu,ktory patrzy przez okno. Siedzi sobie, obserwuje co się tam za oknem dzieje i nie czuje się zmuszony, żeby cos z tym widokiem robić. Te emocje też wiele mówią o bólu, ktory jest, o tesknocie. Myślę, ze czasem daję się wkręcić w pułapkę, że już przecież powinnam tak się czuć, a nie powinnam tak, bo już to przerabiałam. Te 'powinniści' powodują tylko wyrzuty sumienia.

Sarah
Posty: 176
Rejestracja: 01 maja 2020, 13:46
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Sarah » 23 gru 2020, 9:50

Ruto, przykro mi i smutno gdy czytam Twój wątek. Wiem, piszesz, że nie jesteś nieszczęśliwa... Czy nie jest jednak tak, że swoim postępowaniem umacniasz męża w przekonaniu, że wszystko jest w porządku, że właściwie nic złego nie robi, a takie życie w trójkącie jest w sumie ok?
Piszesz często o jego nałogu, a o tym, że żyje z kochanką wspominasz tylko na marginesie. Może gdybyś nie była zawsze taka dla niego dobra, cierpliwa, uważna, ale nienarzucająca się, sama nie wiem jak to nazwać... może miałby szansę przejrzeć na oczy i zrozumieć, co traci? Nie jest czasem tak, że ten facet ma po prostu za dobrze (z każdej strony?)
Nothing lasts forever
And we both know hearts can change
And it's hard to hold a candle
In the cold November rain...

burza
Posty: 425
Rejestracja: 29 maja 2018, 22:23
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: burza » 23 gru 2020, 13:03

Ruto, smutno czyta się twój dzisiejszy post ale nie zawsze ma się pozytywne myślenie że, jednak mimo tych zawieruch będzie jeszcze słońce.A przecież, i taka pozytywna osoba jak ty może mieć gorszy dzień.I naprawdę jesteś dobra dla swego męża szacunek ja w tej najgorszej fazie kiedy się dowiedziałam o swoim mężu szalalam z rozpaczy, wściekłości, krzyczała i nienawidzilam go nie umialam przyjąć tej wiadomości spokojnie. Za dużo było zła i to on zapamiętał ale ja tak reaguje niestety choć, bardzo go kochałam i kocham. Być może to ten dzień przed wigilja, ta niepewnośc twoja jak będzie z twoim mężem w święta i mam nadzieję że popadlas w w chwilowe przygnębienie. Czytając twoja historie i niektórych z was którzy są tu niedługo . To widzę że, być może jest dla waszych małżeństw jakaś nadzieja bo ten kryzys jest od niedawna nie to co u mnie 5lat.I być może jest jeszcze to do uratowania kto wie. A propo smutnego nastroju to i ja dziś mam smutek bo właśnie pojechała córka z mężem. I to będą pierwsze moje święta bez dziecka i łzy same napływają do oczu bez męża to już któreś z kolei ale on nie chce przyjmuje do wiadomości ale bez córki bardzo ciężko. A córka strasznie ociagala się z ubraniem i wogole pewnie chciała byc razem z obojgiem rodziców . Niestety to niemożliwe bo mąż już, sobie tego niewyobraza. A do psycholog mówił że, wszystko w moich rękach przecież, to nie prawda skoro nie daje mi szansy tylko tak mówił. Przepraszam rozpisałam się a miałam cię podnieść na duchu. Życzę Wesołych Świąt i Bożego Błogosławieństwa.

Ruta
Posty: 958
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 24 gru 2020, 11:19

Dziękuję wam za wsparcie. Dziś jest znacznie lepiej. Wczoraj udało mi się przełamać z modlitwą - poszłam na mszę i wszystko na powrót we mnie połynęło, jasnym wartkim nurtem :) Przyniosło mi to ogromną ulgę.
Zdałam sobie sprawę, że o ile mój pomysł wycofania się i zrobienia przestrzeni jest super, w sensie nie wymyślania własnych scenariuszy i nie działania potem według nich i nie podejmowania prób, by inni także w tym scenariuszu uczestniczyli - o tyle pomysł, że zrobię tym przestrzeń dla męża jest głupi. To jest wprowadzanie mojego męża na piedestał dla bożków tylnymi drzwiami. I to zrozumiałam podczas wczorajszej modlitwy. Już jakiś czas temu zauważyłam, że chwile, gdy blokuję się wewnętrznie z modlitwą, to chwile, gdy coś robię nie tak - coś wymyślam nie tak, planuję nie tak, przekombinowuję. Ustawiłam to na nowo - wycofuję się, by zrobić przestrzeń dla Boga, nie dla męża. I od momentu, gdy w ten sposób to w sobie ułożyłam od razu jest mi lepiej. Lżej.

Takie ułożenie spraw we mnie sprawiło też, że mniej obawiam się tej wspólnej Wigilii i wspólnie spędzonego czasu. Bo nie zależę od męża. A gdy robię przestrzeń dla niego - na powrót sama wpycham się w emocjonalną zależność i zaczyna się burza emocjonalna i jazda na ostro. Gdy przestrzeń jest dla Boga, nie ma tak naprawdę znaczenia, co motywuje mojego męża, czy ma wobec mnie dobre zamiary, czy wręcz przeciwnie, co planuje, a czego nie. Mało tego - niezaleznie od jego planów - robiąc przestrzeń - daję Bogu miejsce w moim małżeńśtwie, do tego, by On działał. I od razu jestem spokojniejsza - i nie muszę gorączkowo odsuwac żadnych myśli.
Lekcja odrobiona - w teorii całkiem dobrze, mam nadzieję, że praktyka pójdzie mi równie dobrze. Odświeżę sobie zaraz listę Zerty :)

Teodoro - masz rację, że paradoksalnie lepiej jest znosić te trudne momenty, te lepsze niosą nadzieję i ta nadzieja niesie za sobą różne rzeczy, wiele trudnych. Będę o tym myśleć - jak z tą nadzieją pracować i z tymi lepszymi momentami, by nie stawały się przyczynami takich moich emocjonalnych zapaści i nie wybijały mnie tak mocno z równowagi. Pomogły mi bardzo twoje rady i akty strzeliste - gdy tak modlitewnie zamilkłam, pomogły mi na nowo nawiązać kontakt - no i pójść do Kościoła, nie w pustkę, ale z poczuciem, że idę spotkać się z moim Bogiem. A dziś mam zamiar się Bogu "wygadać", żebym gdy przyjdzie do nas mój mąż była już wewnętrznie wygadana :)

Burzo, bardzo mocno cię przytulam. Tak mi przykro - na pewno święta bez córeczki nie będą łatwe i będziesz za nią tęsknić. Będziesz obecna w moich modlitwach, twoja córeczka także i cała twoja rodzina. Mam nadzieję, że czas świąteczny upłynie ci mimo wszystko dobrze - no i przecież w końcu niedługo się zobaczycie, wyściskacie się i znów będziecie razem. Może myśl o tym momencie podtrzyma cię na duchu i pozwoli znaleźć też trochę radości w czasie czekania na jej powrót?

Saro, będę musiała na spokojnie przemysleć to co napisałaś. Wczoraj podobną rozmowę miałam z terapeutką - ogólnie o moich relacjach, że mam skłonność do nienarzucania się, wycofywania - ja to roboczo nazwałam unikaniem bycia zagarniającą. Dowiedziałam się, że bywa to odbierane jako dystans i obojętność. Terapeutka poradziła mi spróbować być właśnie taką trochę zagarniającą - i zobaczyć, co się stanie. Będę musiała to radykalnie przemyśleć - bo jest coś w tym co piszesz. Stale balansuję między twardą miłością - a miłością, a moją nieumiejętnością stawiania granic i ochrony siebie. Robię postępy - ale zapewne nie są duże.
Na razie, aż zyskam czas na pomyslenie, pozostanę przy tym co znam - by nie robić rewolucji na którą jeszcze nie jestem gotowa i w sposób nieprzemyślany. Wycofam się nawet bardziej - by zrobić przestrzeń Bogu. Ufam Mu znacznie bardziej niż sobie. No i to także rodzaj rewolucji - dla mnie, by aż tak się odsunąć i tyle przestrzeni zostawić i odpuścić moją potrzebę kontroli i lęk.

Kochane i kochani,
życzę Wam dobrych i błogosławionych Świąt, by jak najwięcej było w tym świątecznym czasie bliskości, której tak bardzo wszyscy potrzebujemy. By udało się nam mocno i czule przytulić do serca Dzieciątko Jezus, i być jak najbliżej Niego. By udało się nam odnaleźć chwile prawdziwej bliskości także z naszymi bliskimi i ze sobą także :)
Z całego serca życzę wam także dobrych, spokojnych chwil szczerej radosnej modlitwy, aby udało się wam część czasu spędzić nie tylko na modlitwie indywidualnej, ale także na wspólnej modlitwie z waszymi bliskimi.

Ruta
Posty: 958
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Ruta » 28 gru 2020, 2:12

Doświadczenie wspólnej Wigilii było dla nas raczej trudne, niż szczęśliwe. Mąż przyszedł trzeźwy, co doceniam. Nie potrafię tego dobrze opisać, ani jednoznacznie podsumować. Z jednej strony pomyślałam w pewnym momencie, że to całkiem dobrze, że mimo kryzysu potrafimy wspólnie spędzić Wigilię. I zapewne to lepiej niż Wigilia osobno. Dla mojego męża byliśmy jednak raczej takim zapchaniem dziury, bo jak wyjasnił osoby z którymi mieszka wyjechały i po prostu nie miał z kim tej Wigilii spędzić. I to się dało odczuć, bo mąż był zdystansowany, chętnie brał i czerpał z nas, nic od siebie nie dając. Jakby miał w sobie taką dziurę pochłaniającą nasze siły życiowe i radość. To ciekawe, że wcześniej tak go nie postrzegałam. Do tego usłyszałam nieładny komentarz dotyczący mojej wiary, coś w stylu że mnie pokręciło (gdyby mąz wiedział, ile czasu teraz spędzam na modlitwie, dopiero by się zdziwił, hehe).

Skorzystałam o tyle, że poszłam na pasterkę. Nasz proboszcz kocha pasterki chyba nawet bardziej niż ja, więc każda minuta jest starannie zaplanowana i celebrowana. Było wspaniale, radośnie, pasterkowo :) Zostawiłam swoje smutki, wykolędowałam się na całego i wróciłam radosna. W domu czekał mąż, który już od jakiegoś czasu chciał wyjść i słał mi nerwowe smsy, i zdaje się po jego zachowaniu z narastającym głodem. Synek rano powiedział, że nie był zadowolony z tego co się działo po moim wyjściu - tata głownie wychodził zapalić co chwilę i był nerwowy. Przykro mi, bo jakoś nie przewidziałam takiego rozwoju sytuacji - miałam wizję, że mąż miło spędzi czas z synkiem (kolejna iluzja, która pękła). Z kolei mąż widząc mnie taką radosną spytał, czy byłam w kościele czy "na pasterce", sugerując, że byłam na jakiejś randce. Zignorowałam to, bo był już nakręcony, bez sensu. Ale naprawdę mnie to zraniło - że mąż wmawia mi niewierność, by sobie usprawiedliwiać swoje zachowanie.

Musze wprowadzić erratę do tego co napisałam powyżej. To nie my potrafimy spędzić wspólnie Wigilię mimo kryzysu. To ja potrafię spędzić ją z mężem mimo kryzysu. Jednak mój koszt emocjonalny jaki poniosłam okazał się wyższy niż sądziłam. Zbieram się jeszcze do teraz.

Na pewno uległam też swoim własnym iluzjom po części - mój mąż jest uzależniony, w kryzysie, trzeźwość kosztuje go dużo wysiłku, a i tak myśli wtedy o swojej nagrodzie, kiedy już będzie mógł z niej skorzystać. Wbrew temu i tak w sercu liczyłam na jakieś takie chwile empatii, bliskości - do których, wiem to przecież, mąż w takim stanie nie jest zdolny. Inna to iluzja, że będąc dobra i wyrozumiała dla męża jakoś to jego serce uruchomię, krusząc skorupę. Cos jak w baśni o Królowej Sniegu. Dobrze jest, gdy takie iluzje się we mnie rozwiewają, choć to boli.

Dodam, że mąż wkręcił się do nas na pierwszy dzień swiąt, mówiąc, że się umówił z synkiem - i tu ewidentnie żałuję, że się zgodziłam, bo przyszedł i był w stanie totalnego wyautowania, niby poszedł z małym do pokoju, ale widziałam, że małemu było przykro i czuł się bardzo rozczarowany. Tata spędził ten czas na kanapie, mały nie wiedział co robić, w końcu zaczął grać na komputerze, ale miał łyz w oczach. Po dwóch godzinach zdecydowałąm, że włączam mszę on-line i mąż sam uciekł. Zapewne więc był na kacu, albo umknęło mi, że nietrzeźwy - bo normalnie nie ma problemu, by z nami uczestniczyć w mszy - on-line lub w Kościele. Trochę przykre, że po jego wyjściu było tak, jakby światło zaczęło jaśniej świecić, jakby jakiś ciężar z nas zdjęto. Mały miał podobne odczucia i podobnie to opisał.

Chyba czas na nowy etap utwardzenia miłości i większej mojej izolacji od męża. Potrzebowałam długiej drogi, by do tego dorosnąć. Dopiero teraz, gdy widzę i czuję swoje emocje staję się zdolna do tego, by widzieć naszą obecną relację z innej perspektywy i dostrzec też to, że obecnośc taty, nie zawsze jest dla synka najważniejsza, bo bywa krzywdząca. I jest krzywdząca także dla mnie. Może to też kwestia, że im dłużej żyjemy bez męża, tym bardziej odzwyczajamy się od braku normy, braku empatii, manipulacji - i nie jesteśmy na to wszystko już tak znieczuleni, jak kiedyś, gdy było to elementem naszej codzienności.

Za to w moim Kościele Święto Świętej Rodziny w tym roku było wspaniałe i inaczej niż w ubiegłym roku wyszłam podniesiona na duchu. Po pierwsze była solidna modlitwa w intencji małżeństw w kryzysie i o przywrócenie małżonkom jedności. Po drugie przed błogosławieństwem rodzin ksiądz wyraźnie zaznaczył, że wspólnie po błogosławieństwo mogą podejść wspólnie jedynie małżonkowie sakramentali, pozostałe osoby - pojedynczo. Może w przyszłym roku doczekam się solidnej modlitwy o małżonków trwających w wierności :)

Odnowiłam podczas mszy moją przysięgę małżeńską i w duchu przyjęłam te słowa przysięgi, które mąż mi kiedyś wypowiedział. Nie wiem nadal, czy tak można robić, ale tak czułam. Było mi to potrzebne teraz, gdy choć pozornie nic się nie dzieje - to we mnie dzieje się tak dużo - i gdy przechodzę kryzys małżeński, czy kryzys w kryzysie... Bo przechodzę. Ponieważ to już któryś raz, to choć moje obecne emocje i pomysły są intensywne (złość, poczucie, że po co ja się mam "męczyć", skoro mąż ma mnie gdzieś, że mąż już i tak nigdy nie wróci, że inni jakoś tam coś tam, blablabla), to tak gdzieś tam wewnętrznie w sobie ziewam. Jakieś tam próby rozjątrzenia mojego poczucia złości, zranienia, wściekłości. Kłęby emocji, momentami skumulowane tak, że nie wiadomo jak je uśmierzyć. Jakieś pomysły, że niby się uśmierzą te emocje, gdy zapalę lub się trochę alkoholu napiję. Trochę nudne się to robi. Wiem też, że z każdego takiego doświadczenia wychodze z nową wiedzą. No i wiem, że taki stan mija. Wystarczy poczekać. Z modlitwą za męża, nawet gdy jest teraz trudna. A może szczególnie teraz.

Zapewne, choć teraz mi trudno, jeszcze przyjdą dla mnie ładne i radosne dni, a przynajmniej dni, gdy wrócę z powrotem do równowagi wewnętrznej :)

Bławatek
Posty: 466
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Bławatek » 28 gru 2020, 7:46

Ruto, piękne świąteczne przemyślenia - pod większością mogłabym się podpisać 🙂

Nie odważyłam się zaprosić męża na wigilię, choć do końca biłam się z myślami, bo spędzałam ją z moją rodziną, do której on ma dziwne pretensje, więc wiedziałam, że ani jedna ani druga strona niezbyt chętnie razem do stołu zasiądzie, chociaż dzwoniłam nawet do męża dzień przed Wigilią aby zapytać jak się czuje bo ostatnio nas "unikał" twierdząc, że jest przeziębiony, ale po usłyszeniu od niego, że nic u niego odnośnie odejścia od nas się nie zmieniło, zrezygnowałam z zapraszania go. Zapowiedział się na pierwszy dzień więc chciałem zaprosić go już na obiad, ale stwierdził, że ma coś od mamy więc przyjdzie po obiedzie. Niestety jego samochodu nie było tam gdzie teraz mieszka a u rodziców nie był więc trochę smutno mi się zrobiło, że pewnie jednak kowalska w jego życiu jest... Niestety razem z synem mieliśmy swoje oczekiwania co do tego spotkania w święta ale niestety oboje się rozczarowaliśmy. Wzięłam przykład z Twojego działania i się wycofywałam do drugiego pokoju aby syn mógł spędzić czas z tatą, ale niestety mąż dalej nie potrafi z synem nawiązać relacji, bawić się, więc syn co chwilę przychodził po mnie abym się z nim pobawiła. Próbowałam ich zachęcić do różnych aktywności niestety z marnym smutkiem. A największe rozczarowanie - mąż po 3 godzinach wyszedł. Smutno mi się zrobiło, bo wujkowie więcej potrafią niż własny ojciec 🙁. Niestety sytuacja bardzo syna "rozwaliła" wewnętrznie, ponieważ chciał budować z lego, ale nic mu nie wychodziło - spędziłam z nim 2 godziny na próbowaniu zbudowaniu czegoś co by wreszcie poprawiło mu humor, niestety syn ciągle mówił "nic nie umiem, jestem beznadziejny..." Więc mimo że miałam oczy pełne łez ze spokojem mu tłumaczyłam, że czasami tak jest, że coś nie wychodzi, ale za chwilę mu się uda. A zazwyczaj z różnych miksów klocków potrafi wyczarować cuda. Przeplakalam pół nocy a następnego dnia od rana bolał mnie z tego wszystkiego żołądek. Mam wielką ochotę powiedzieć mężowi, żeby jak najrzadziej do nas przychodził bo jego obecność nic dobrego do nas nie wynosi. Też się czuję tak, jakby mąż wysysał ze mnie wszystko co dobre, po jego wyjściu zawsze jestem mocno rozbita - a przecież mąż nie robi mi żadnych kłótni, wyrzutów, nie wiem z czego to wynika.

Pomogły mi konferencje ks. D. Chmielewskiego. Trudno, nie mogę mieć małżeństwa o jakim marzę bo na tę chwilę osoba z którą je tworzę nie jest zdolna do bycia dobrym mężem.

Nie odespalam jeszcze zarwanych nocy przez naukę i stresów związanych z naszym małżeństwem więc nie miałam siły iść na pasterkę, ale z synem uczestniczyliśmy w pasterce z naszego kościoła on-line o 22 - piękne było kazanie, aż w pewnym momencie sięgnęłam po komórkę i nagrałam resztę. Ks. mówił o tym, że Jezus urodził się w stajni, w brudzie i ubóstwie, a nasze życie to często też taka stajnia pełna brudu życiowego, grzechów, ubóstwa, nieporadności, oddalenia. I tak często nie mamy odwagi aby posprzątać w swoim życiu w spowiedzi, a Jezus i tak przychodzi do nas ze swoją miłością i czeka na nasze zaproszenie. Chciałam puścić nagranie mężowi, który u spowiedzi już daaawno nie był, ale jak zwykle nie zainteresowany.

Im bardziej my się staramy tym bardziej oni nas odpychają.

Mój mąż też "wyśmiewa" moją modlitwę. A że jestem przekorna to będę dalej to robić, tym bardziej, że w konferencji ks. Chmielewskiego ostatnio usłyszałam jak wspominał o kobiecie która kilkadziesiąt lat modliła się za swoje błądzące dziecko i była zniechęcona, że nic się nie zmienia, a na koniec dowiedziała się, że Bóg ma inny pomysł związany z naszymi modlitwami i dlatego nic nie zmieniał w życiu syna ponieważ, jej modlitwa była rozciągana też na inne dzieci w trudnych sytuacjach, za które nikt się nie modlił. Może i my, mamy za zadanie modlić się za naszych małżonków niewspółmiernie długo, a dzięki temu ktoś inny też dzięki tej modlitwie łaski otrzyma.

Ruto, miejmy nadzieję, że jednak ci nasi mężowie w końcu przejrzą na oczy, że ich serca będą zdolne kochać swoje rodziny, że czas będą aktywnie i dobrze spędzać z dziećmi. Takie życzenie poświąteczne 🙂

renta11
Posty: 596
Rejestracja: 05 lut 2017, 19:20
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: renta11 » 28 gru 2020, 7:47

Ruta pisze:
28 gru 2020, 2:12
Doświadczenie wspólnej Wigilii było dla nas raczej trudne, niż szczęśliwe. Mąż przyszedł trzeźwy, co doceniam. Nie potrafię tego dobrze opisać, ani jednoznacznie podsumować. Z jednej strony pomyślałam w pewnym momencie, że to całkiem dobrze, że mimo kryzysu potrafimy wspólnie spędzić Wigilię. I zapewne to lepiej niż Wigilia osobno. Dla mojego męża byliśmy jednak raczej takim zapchaniem dziury, bo jak wyjasnił osoby z którymi mieszka wyjechały i po prostu nie miał z kim tej Wigilii spędzić. I to się dało odczuć, bo mąż był zdystansowany, chętnie brał i czerpał z nas, nic od siebie nie dając. Jakby miał w sobie taką dziurę pochłaniającą nasze siły życiowe i radość. To ciekawe, że wcześniej tak go nie postrzegałam.

Zapewne, choć teraz mi trudno, jeszcze przyjdą dla mnie ładne i radosne dni, a przynajmniej dni, gdy wrócę z powrotem do równowagi wewnętrznej :)
To dobrze, że u Ciebie pękają iluzje. Twój mąż jest uzależniony i ma w sobie dziurę, której nigdy nie uda mu się zapełnić. Dopóki będzie brał... cokolwiek. Do tego momentu będzie w ogromnej większości brał od ... naiwnych.I jeszcze długo potem. Dopiero po kilku latach od zaprzestania brania, mózg się zmienia, zmienia się człowiek. Do tej pory jest trzeźwy na sucho. A w przypadku narkotyków to nawet nie wiem, na ile jest to możliwe (bo niektóre narkotyki ingerują chemicznie w mózg). Więc myślę, że uczysz się stawiać granice, jak choćby włączenie mszy, która go wygoniła w nicość. To bardzo trudne, im lepszą jesteś osobą, tym trudniejsze.
Nie mylić miłości z naiwnością. Dużo czytaj o miłosiernym Samarytaninie i pamiętaj, że on zostawił człowieka pod opieką innych ludzi. Sam oddalił się do swojego życia, do swoich obowiązków. Twoim obowiązkiem jest dbać o swoje dziecko i uczyć je odpowiedzialnej i mądrej miłości. Twój mąż jest dorosły i sam decyduje o sobie. Bez woli i pracy męża, męża nie uratujesz. Możesz uratować siebie i dziecko. Obserwuj siebie i staraj się mocno to odróżniać. W sumie to pięknie Ci to idzie.
Z Bogiem
św. Augustyn
"W zasadach jedność, w szczegółach wolność, we wszystkim miłosierdzie".

Caliope
Posty: 1021
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Kilka pytań o separację

Post autor: Caliope » 28 gru 2020, 11:47

Rento można być pijanym na sucho, nie trzeźwym na sucho. To jest nawet gorsze od czynnego picia, bo tak działa psychika jak jest kilka godzin przerwy w piciu. Twój mąż Ruto będąc u was myślał cały czas, że wróci do siebie i się napije, strasznie jest to ciężkie, a jego emocje to złość i irytacja które bardzo odczuwają ludzie wokół. Nie powinien w takim stanie być z wami fizycznie, bo duchem nie był.
Bławatku twój synek czuję się winny, że nie ma taty, nie ma co płakać, a wspierać dziecko, zapewniać go o miłości, chwalić, doceniać, bo to buduje poczucie wartości. Ja swojemu to daję, aż dziwne że to potrafię, bo mi nikt tego nie dał, a po terapii, poradnikach wiem co robić jak sama mam deficyty.
Ja przy mężu się nie modlę, nie pokazuję mu swojej wiary, bo to moja sprawa i intymna relacja z Bogiem. Mszy słucham w nocy jak już pójdzie spać, jak mogę idę się pomodlić do kościoła, tak z potrzeby serca dla mnie samej.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 14 gości