Moje uzależnienie a rozwód

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 6764
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Moje uzależnienie a rozwód

Post autor: Nirwanna » 03 gru 2018, 13:33

Pustelniku, jednak gdy terapeuta dotyka obszarów nie psychoterapeutycznych, a duchowych, to nie jest to jego przestrzeń i jego kompetencja. I tu każdy powinien znać swoje granice. I tutaj o takiej kwestii mówimy.
A nie o obszarze rozmontowywania fałszywych przekonań, do czego terapeuta ma jak najbardziej prawo, oraz obowiązek- asekuracji człowieka, który zjeżdża w dół.
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

santi
Posty: 102
Rejestracja: 05 wrz 2017, 11:06
Jestem: w separacji
Płeć: Mężczyzna

Re: Moje uzależnienie a rozwód

Post autor: santi » 11 sty 2019, 16:08

Hej

Co do psychoterapii, to uważam ją jako jedną z przyczyn rozpadu mojego małżeństwa. Tak dla przypomnienia napiszę, że moja żona jest psychologiem. Ponad 2 lata temu poszła do szkoły psychoterapii i zaczęła psychoterapię własną .. no i jej sprali mózg. Z psychologami to jest w dużym uproszczeniu tak, że oni w głównej mierze powinni się zająć sami sobą. Niestety m.in. przez takie stanowisko, straciłem żonę. Jestem osobą dla której zdrowy rozsądek jest ważniejszy niż emocje więc przez to i parę innych rzeczy rozpadło mi się małżeństwo. W ten sposób wali się sporo związków.

Po 2 latach, uważam, że psychologia może bardzo pomóc jeśli nie jest ideologizowana. Tzn. te wszystkie kursy samorozwoju, coachingu, mentoringu i terapii i wiele innych ... są dobre pod warunkiem jeśli 1) są używane przez mądrych ludzi 2) jeśli nie zrobimy z tego ideologii i celu samego w sobie.

Pozdrawiam śnieżnobiało
Jutro na sanki :-)

Pustelnik
Posty: 826
Rejestracja: 08 lut 2017, 12:04
Płeć: Mężczyzna

Re: Moje uzależnienie a rozwód

Post autor: Pustelnik » 12 sty 2019, 9:47

Poprzez sięganie "w głąb" , w swoją historię życia, widząc różne uwarunkowania i okoliczności, człowiek niejako "automatycznie" się zmienia.
Może się parę razy "rozpasć" aby ... na nowo się złożyć ...
Pytanie (oczywiscie jedno z wielu) czy ... otoczenie pozwala na zmianę, dopuszcza ją ...
Może dodam, że i bez psychoterapii człowiek ... też ... się zmienia. I też ... może to być ... dziwny / nieoptymalny kierunek ...

Zepsuty13
Posty: 235
Rejestracja: 16 lip 2018, 0:49
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Mężczyzna

Re: Moje uzależnienie a rozwód

Post autor: Zepsuty13 » 06 kwie 2019, 9:25

Witajcie Moi Drodzy.

Obiecuję, że dzisiaj napisze podsumowanie mojego wątku. Może nie podsumowanie ale dalszy ciąg wydarzeń. Jestem Wam to winien. Do usłyszenia bądź bardziej - przeczytania wieczorem :)

marylka
Posty: 925
Rejestracja: 30 sty 2017, 17:01
Jestem: szczęśliwą żoną
Płeć: Kobieta

Re: Moje uzależnienie a rozwód

Post autor: marylka » 06 kwie 2019, 11:30

Czekamy ;)

Zepsuty13
Posty: 235
Rejestracja: 16 lip 2018, 0:49
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Mężczyzna

Re: Moje uzależnienie a rozwód

Post autor: Zepsuty13 » 06 kwie 2019, 12:38

Moi Drodzy,

Dawno mnie tu nie było. Na prawdę dawno. Aż nie wiem od czego zacząć. Mam nadzieję, że zostało na forum jeszcze kilka osób, które pamiętają moja historię i brzydko mówiąc "przechodziły" to razem ze mną.

Zacznę więc od podziękowań. Po pierwsze dla dwóch osób, które pomogły mi tutaj na forum i poza forum. Amica, która zawsze potrafiła postawić mnie do pionu oraz służyła radą i wysłuchiwała mnie w najgorszym etapie mojego rozstania. Amico - ukłony w Twoja stronę. Druga osoba to Monti. Dziękuję Ci za słowa wsparcia i merytoryczną pomoc i obróbkę dokumentów rozwodowych. Człowiek klasa sama w sobie. Dziękuję raz jeszcze. Oczywiście dziękuję wszystkim osobom, które merytorycznie udzielały się w wątku i dawały wskazówki lepsze bądź gorsze. Dziękuję. Nie będę wymieniał po nickach, żeby nikogo nie pominąć. Czapki z głów za to, że tyle dobrego można znaleźć "w internetach" jak mawia młodzież.

Ciąg dalszy mojej historii ma dwa wątki. Mam nadzieję, że nie zostanie ocenzurowany, pominięty lub nie dopuszczony do druku ale do sedna...

Od października z żoną miałem zero kontaktu. W międzyczasie dalsze etapy pracy nad sobą na wielu etapach. Terapia, prostowanie finansów, siłownia - to co zaczęło się od wyprowadzki mojej żony i miało pomoc mi w uporzadkowaniu życia trwało nieustannie. Dużo czasu niestety spędzałem w pracy. Październik oraz Listopad przeleciał dosyć szybko.

W Listopadzie spotykałem się ze znajomymi. Na jednym z takich spotkan poznałem kobietę w moim wieku po rozwodzie. Bądź co bądź adwokat. Zaczęliśmy razem spędzać czas ale nie była to relacja na nic więcej tylko czysta relacja na zabijanie wspólnego wolnego czasu w kinie, na basenie czy wyjście na jakieś wspólne jedzenie. Czy to zdrada/randkowanie? Ocenę zostawię Wam. Listopad bez kontaktu ze strony żony. Jej rodzina dalej nieswiadoma, bo kuzynostwo normalnie do mnie pisało.

Grudzień - wiadomo Święta i to był trochę smutny okres ze względu wracających wspomnień, porównań tym bardziej, że rok wcześniej spędzalismy z żoną pierwsze wspólne Święta u Jej rodziców. Nie napisałem żonie życzeń, bo na wcześniejsze maile jak wiecie nie dostałem żadnej odpowiedzi a numer telefonu zmieniła wcześniej. Gdzieś w głębi duszy miałem nadzieję, że może przez ten okres Świąteczny coś się wydarzy ale niestety nic. Zero. Przynajmniej po mojej stronie bez namacalnych dowodów, że coś się miało zmienić. Sylwestra spędziłem ze znajomymi, więc nie siedziałem w domu myśląc co może robić moja żona w tym czasie, gdzie jest i jak się bawi. Spędziłem miło czas. Do rozwodu zostawało 8 dni. Osiem dni na zmianę czegokolwiek. Szczerze mówiąc nie odczuwałem jakiegoś poddenerwowania czy stresu. Raczej podchodziłem do tego ze spokojem i takim poczuciem, że dobrze przepracowalem ten czas od czerwca do stycznia. Dzień przed rozwodem dostałem dużo słów wsparcia od osób, które wiedziały że mam sprawę następnego dnia.

Dzień sprawy rozwodowej. Sprawa wyznaczona na samo południe - jak na dzikim zachodzie pojedynek rewolwerowcow. Kto kogo zastrzeli i kto wyjdzie jako wygrany z tych zawodów. Ubrałem się w brązowe buty, ciemno granatowe spodnie, białą koszulę, marynarkę i czarny nowy zegarek. Może to dla kobiet i części facetów wyda się dziwne ale czułem sie elegancko. Podobnie jak w dniu ślubu. Miałem takie poczucie, że dobrze się czuje i dobrze wyglądam. Nie wziąłem okularów tylko soczewki, chociaż bałem się, że polecą łzy i wpadną w trakcie sprawy. Na sprawę jechałem sam samochodem. Jak ktoś jest bardziej emocjonalny to lepiej kogoś ze sobą zabrać. Jadąc na sprawę myślałem o tym jak to będzie zobaczyć swoją żonę pół roku od ostatniego spotkania. Może to dziwnie zabrzmi ale cieszyłem się na to spotkanie. Taki paradoks chyba całej tej sytuacji. W głowie zastanawiałem się czy spotkam swoją żonę z "kimś" i czy uda mi się po prostu być sobą - takim Marcinem jakim byłem. W wiadomości mailowej, kiedys pisała, że "ma nadzieję że na sprawie będzie z kimś do kogo się będzie mogła przytulić i komu będzie mogła zaufać" .

Sądy Okręgowe chyba specjalnie są takie wysokie i mają z 50 schodów, żeby człowiek wchodząc do sądu miał czas przemyśleć swoje postępowanie i życie. Byłem 40 minut przed sprawą. Na wejściu kontrola ochrony, szatnia i trzeba było iść pod salę...

Byłem 40 minut przed sprawą a żona już tam siedziała. W kwadratowej poczekalni siedziała sama po prawej stronie wertujac wszystkie pisma złożone w sądzie jakby wcześniej nie miała czasu ich przeczytać. Ja znałem prawie na pamięć. "Cześć ....a", podałem rękę i usiadłem obok. Kolano w kolano jak starzy dobrzy znajomi. Pierwsze co to zapytała czy zmieniłem zdanie i z ironicznym uśmiechem dlaczego jestem sam skoro chce walczyć. Od razu trochę "przywołałem" ją do porządku mówiąc, że nie widzieliśmy się pół roku a ona pierwsze co pyta o takie rzeczy. Odbilem piłeczkę pytając o zdrowie babci, rodziców, jej, jak w pracy czy wszystko w porządku. Porozmawialismy jak normalnie w domu po obiedzie. Śmiała się, opowiadała, że była u Naszej wspólnej znajomej a Jej świadkowej w nowym domu itp. W głowie szukałem odpowiedzi na to, gdzie jest teraz według Niej ten Marcin, który niby pił, bił, nie dawał pieniędzy, męczył psychicznie. Rozmawialiśmy po prostu normalnie jak ludzie.

Odwlekałem ile mogłem rozmowę o tym co zaraz się wydarzy. Przechadzajac się po tej poczekalni czułem na sobie wzrok żony, która po chwili powiedziała, że bardzo dobrze wyglądam, tak przystojnie. Tak wiem - to pycha ale zdałem sobie sprawę w tym momencie, że te pół roku pracy nad sobą nie poszło na marne.

W końcu zapytałem wprost czy chce zmienić coś w podjętej przez siebie decyzji i czy widzi jakąkolwiek szansę, żeby to naprawić. Powiedziała, że nie.

Utwiedzila mnie w moich przypuszczeniach, że spotyka się z tym facetem z pracy. Gdy zapytała o to czy ja się z kimś spotykam powiedziałem szczerze, że tak - poznałem kogoś w listopadzie ale nie zna tej osoby i jest to relacja oparta na zabijaniu czasu wolnego. Żona zbladła. Zaczęła mówić, że pewnie mam teraz obiadki itp itd...Nie podjąłem tematu.

Sędzia w sądzie pytała Żonę czy zmienia zdanie i widzi szansę na naprawę. Padło zdecydowane - nie. Żona się stresowala i widać było, że to przeżywa. Było mi żal, że moje zachowanie doprowadziło do tego, że musieliśmy się ciągnąć po sądach.

Sędzia zapytała mnie i powiedziałem, że zmieniam zdanie. Odziwo mogłem i miałem trochę czasu, żeby to uargumentowac. Przyznałem, że kocham żonę, chce dla Niej dobrze i mimo, że chciałbym naprawiać to jednostronnie nie da się nic zrobić. Sędzina przyjęła argumenty. Niestety ale czułem, że sam sobie wbijam nóż w plecy.

Później do mównicy podeszła żona odpowiadając na pytania sądu. Powiedziała co i jak bez bzdur opisanych w papierach. Ogólnie nazwała rzeczy, że poróżniła Nas kwestia finansowa. Od tak. Zajęło jej to nie więcej niż 5 minut. Na pytanie sądu czy chce coś dodać od siebie powiedziała - nie.

Przyszła na mnie pora, stanąłem przed sądem i tak jak sobie obiecałem przyznałem się do wszystkiego. Powiedziałem jak było: o kredycie, o zakładach sportowych i o całej reszcie co uznałem, że musi być powiedziane. Gdy sędzina zapytała czy chce coś dodać zacząłem mówić już stricte do żony patrząc jednak cały czas na skład sędziowski. Podziękowałem żonie za przeszło 5 lat wspólnego życia, za to że pewnie uratowała mi życie w jakimś stopniu, za to że zawsze mogłem na Nią liczyć i że zawsze będzie miała specjalne miejsce w moim sercu. Popłakałem się od tak, samo wyszło z emocji. Nie widziałem reakcji żony. Krótka przerwa, wejscie, wyrok, wyjście. Rozwód ogłoszony.

Po wyjściu z sali pomogłem jej wypełniać papiery i dokumenty o zwrot kosztów sądowych, zanieść do odpowiedniego okienka. Rozmawialiśmy jakby przed chwilą nic się nie stało. Jak w naszym mieszkaniu.

Poszedłem po kurtkę i zapytałem czy jej nie podrzucić do centrum miasta. Powiedziała, że zamówiła taksówkę. Podszedłem, złapałem za rękę i dałem buzi w policzek. Ona od razu po tym się odwróciła plecami. Ja nie chciałem się odwracać. Straszne uczucie, że możesz kogoś widzieć ostatni raz w życiu, z kim planowałes być do końca życia.

Wróciłem do domu i zaplanowałem sobie ten dzień do końca. Wszystko tylko po to, żeby nie myśleć. Szybko zleciało do momentu...

Dwa dni po rozwodzie wstaje rano i widzę, że na wszystkich dostępnych portalach żona mnie "odwiedziła": instagram, Facebook, LinkedIn. Wszędzie zostałem odblokowany. Mojej reakcji zero.

Godzina 17.00 tego samego dnia dostaje wiadomość od żony. Ogólnie sens wiadomości przebiegał następująco:
- czy możemy pogadać, nie miałam siły gadać na żywo w dzień rozwodu itp itd
-podziękowała moim rodzicom
- kazała pozdrowić rodzinę brata i dzieciaczki w tym jej chrzesnice. Chciała je jeszcze kiedyś zobaczyć.
- ciężko się jej pozbierać po rozwodzie itp
- od dwóch dni tylko leży i płacze

Podziękowała mi za małżeństwo ale tutaj Wam muszę wrzucić oryginał wiadomości.

[...]

Później wymiana uprzejmości i przyznała się, że od razu po wyjściu z sądu wyszpiegowala kobietę z którą się spotykam w wolnej chwili. Przyznała, że gust dobry i tyle tematu. Zaproponowałem spotkanie, pogadać ale odmówiła.

Tydzień po rozwodzie napisała czy może zostać przy moim nazwisku i czy nie mam nic przeciwko. Nie miałem. Na urodziny swojej chrzesnicy na początku kwietnia przysłała prezent.

Z tego co wiem, bo sama pisała to nie mieszka z tym facetem i na chwilę obecną nie ma zamiaru zmieniać mieszkania na wspólne w czerwcu tak jak planowała. Na początku była koncepcja, że wynajmą coś wspolnie jak tylko skończy się jej umowa. Oczywiście na instagramie wcześniej pojawiły się tylko zdjęcia z Walentynek i jej urodzin. Jedno z misiem a drugie z nową torebka jako prezent. Od początku lutego cisza i spokój. Zero nowych zdjęć.

Pisaliśmy jeszcze na internecie jeden raz to właśnie wtedy przyznała się, że nie ma zamiaru się przeprowadzać, pytała jak mi się układa i tyle.

Za każdym razem chce jej lekko przypomnieć, że zawsze będzie i jest dla mnie ważna i że chciałbym pewnie ze swojej strony to odbudować. Nie piszę tego wprost ale daje sygnały bez ponizania się.

Z tego co wiem to Tesciowie nie znają jeszcze tego nowego gościa, nie brała go do domu, nie poznali go rodzice będąc u Niej na miejscu.

Wnioski? Napisze w kolejnej wiadomości już niedługo.

Od razu zaznaczam, że moje spotkania z płcią przeciwna są oparte na kolezenskich relacjach.

Tak to u mnie wyglądało w ostatnim czasie...
Ostatnio zmieniony 06 kwie 2019, 21:23 przez Nirwanna, łącznie zmieniany 1 raz.
Powód: wycięto nadmiar danych oraz treść prywatnej wiadomości

Awatar użytkownika
Pijawka
Posty: 272
Rejestracja: 12 wrz 2018, 15:01
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Moje uzależnienie a rozwód

Post autor: Pijawka » 06 kwie 2019, 14:30

Pamiętam, jak czytałam Twoja historię i nie dalej jak wczoraj (!!) zastanawiałam się co u Ciebie.. miałam nawet plan napisać na priv...Ale z jakiegoś powodu zaczęłam sobie "wkręcać" i (nie wiem dlaczego...intuicja??) że jeśli kogoś poznałeś np.na siłowni ;-) i jesteś zakochany,zaangażowany w nowy zwiazek to takie pisanie (z mojej strony) i przypominanie choćby swoją osobą o Sycharze, o małżeństwie, o zobowiązaniach itd..może być lekko "kłopotliwe". Z jednej strony próba "układania sobie życia na nowo" po porzuceniu...A z drugiej strony..jakaś Pijawka z forum pyta "co słychać?" Wiem, że wkręcałam się trochę, ale kobieca intuicja mnie nie zawiodła ;-) piszesz, że sympatyzujesz z rozwiedzioną panią adwokat i to ma swoje plusy i minusy. Nie jest dobrze być samemu w takim okropnym czasie, ale z doświadczenia niestety wiem jak słaby bywa wtedy człowiek. Wizja życia samemu do (...)śmierci że świadomością, że zuchwały współmałżonek znakomicie się bawi i układa życie na nowo - potrafi pobudzić nas do najróżniejszych działań sprzecznych nietylko z Dekalogiem ale i z dotychczasowymi poglądami.. po prostu z "zagłodzenia emocjonalnego", z bólu, rozpaczy, samotności, złości, żalu i miliona innych powodów nagle coś się może "przestawić" w głowie, w sercu, sumieniu i...człowiek płynie na fali grzechu i wydaje mu się, że uprawia windsurfing. Tak było ze mną. Na szczęście pewnego dnia odpuściłam i teraz zupełnie nie wiem co dalej. Ty wiesz już czego chcesz W życiu "dalej"??

tata999
Posty: 567
Rejestracja: 29 wrz 2018, 13:43
Jestem: w trakcie rozwodu
Płeć: Mężczyzna

Re: Moje uzależnienie a rozwód

Post autor: tata999 » 06 kwie 2019, 15:34

Zepsuty13, z Twojej wypowiedzi widzę, że potrafisz docenić własne starania. To jest duże osiągnięcie moim zdaniem. Wydaje mi się, że zapanowałeś nad sobą, nabrałeś wiatru w żagle, a teraz będzie kolejne wyzwanie - tak sterować, żeby się nie wywrócić, nie rozbić lub nie zdryfować.

s zona
Posty: 3594
Rejestracja: 31 sty 2017, 16:36
Płeć: Kobieta

Re: Moje uzależnienie a rozwód

Post autor: s zona » 06 kwie 2019, 16:39

A ja sie rozczarowalam .. tzn wszystko na plus , jak zaprezentowales sie wizualnie w sadzie , warte nasladowania , ale zgoda na rozwod strzeliles sobie w kolano :shock: :(

kocimiętka
Posty: 23
Rejestracja: 24 mar 2019, 19:37
Płeć: Kobieta

Re: Moje uzależnienie a rozwód

Post autor: kocimiętka » 06 kwie 2019, 16:52

Zepsuty13 a jak sobie radzisz z tym, że Żona kogoś ma? Jak sądzisz sobie poradził z tym emocjonalnie gdyby Żona stwierdziła, że też chce odbudowy?

Tak w ogóle przepraszam, że się nie przywitałam- witam wszystkich forumowiczów. Jestem nowa na forum. Poczytuje je od roku, uważam, że jest skarbnicą wiedzy. Może z czasem opiszę swoją sytuację.

Blondynka55
Posty: 182
Rejestracja: 14 sty 2019, 15:13
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: Moje uzależnienie a rozwód

Post autor: Blondynka55 » 06 kwie 2019, 18:27

Witaj Zepsuty czytając Twoją historię miałam tą nadzieję, że wszystko dobrze się skończy i Sąd nie orzekanie rozwodu.Nie wiem różne myśli mi chodziły tutaj po głowie nie chce teraz o nich pisać. Mam jedynie tą nadzieję, że robiłeś wszystko, aby uratować wasze małżeństwo, nawet w tych chwilach gdy było zwątpienie, że może już nie warto.I może nie ma po co walczyć????

Monti
Posty: 512
Rejestracja: 21 mar 2018, 18:14
Płeć: Mężczyzna

Re: Moje uzależnienie a rozwód

Post autor: Monti » 06 kwie 2019, 19:58

Witaj, Marcinie,

Dziękuję za miłe słowa.

Cieszę się, że się trzymasz mimo tych trudnych doświadczeń.

Będąc w sądzie kilka razy w tygodniu, mimo obycia z tą instytucją, często z dużym lękiem myślę o tej chwili, kiedy stanę tam w charakterze strony sprawy o rozwód (niestety, do tego raczej zmierza moja sytuacja). Wiem, ile trudnych emocji się z tym wiąże i dlatego nie ośmielę się krytykować Twojej decyzji procesowej. Zwłaszcza, że chodziło bardziej o danie świadectwa, bo szanse oddalenia powództwa niestety były znikome.

Dalsze życie jest o tyle trudne, że nie macie już czystej karty. Jesteśmy w podobnym wieku i dla mnie perspektywa samotności przez pozostałą część życia jest szczerze mówiąc przerażająca. Wy dodatkowo nie macie dzieci, co tym bardziej może potęgować samotność. Ja przynajmniej przez połowę tygodnia jestem z synem.

Ja pewnie na Twoim miejscu rozważyłbym zbadanie ważności małżeństwa sakramentalnego. Odejście Twojej żony tak szybko po ślubie przy stosunkowo błahych przewinieniach z Twojej strony jest wg mnie pewną niedojrzałością i może świadczyć o nieważności małżeństwa.

Awatar użytkownika
Nirwanna
Posty: 6764
Rejestracja: 11 gru 2016, 22:54
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Kobieta

Re: Moje uzależnienie a rozwód

Post autor: Nirwanna » 06 kwie 2019, 21:33

Marcinie, bardzo podpisuję się pod słowami Pijawki oraz s zony.
Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się - na próbę
Jan Paweł II

MareS
Posty: 217
Rejestracja: 05 lut 2017, 22:22
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Moje uzależnienie a rozwód

Post autor: MareS » 07 kwie 2019, 19:34

Monti pisze:
06 kwie 2019, 19:58
Ja pewnie na Twoim miejscu rozważyłbym zbadanie ważności małżeństwa sakramentalnego. Odejście Twojej żony tak szybko po ślubie przy stosunkowo błahych przewinieniach z Twojej strony jest wg mnie pewną niedojrzałością i może świadczyć o nieważności małżeństwa.
Sorry Monti ale uważam, że wychodzisz z błędnych założeń, bo skoro żona mnie porzuciła to już przysięga małżeńska mnie nie obowiązuje.
Może zanim pójdzie się do sądu biskupiego warto odpowiedzieć sobie czym dla mnie była przysięga małżeńska, czy dobrze i uczciwie dorobiłem swoją "pracę domową" przed ślubem a nie "zwalać" winę na drugą stronę. Może warto wreszcie wziąć odpowiedzialność za swoje życie.
Jestem dużo starszy niż autor wątku i szczerze mówiąc boję się samotności. Ale wiem także, że gdybym pokład ufność tylko sobie to już dawno bym poległ. Nie ufam sobie ale wierzę i ufam Bogu i tylko dzięki Jego pomocy jestem wstanie wytrwać.

jacek-sychar
Posty: 6342
Rejestracja: 04 sty 2017, 17:55
Jestem: po rozwodzie
Płeć: Mężczyzna

Re: Moje uzależnienie a rozwód

Post autor: jacek-sychar » 07 kwie 2019, 19:43

MareS

Oczywiście należy właściwie odrobić swoja pracę domową, ale przy ołtarzu ślubują sobie dwie strony. I to obie strony muszą z pełną odpowiedzialnością powiedzieć swoje "TAK". I jak dobrze zrozumiałem Montiego (dobrze odmieniłem? :oops: ) to on sugeruje zbadanie ważności sakramentu pod kątem tej drugiej strony. I nie ma to (moim skromnym zdaniem) nic wspólnego z tym, co ja mam do zrobienia.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 5 gości