1,5 roku kryzysu

Refleksje, dzielenie się swoimi przeżyciami...

Moderator: Moderatorzy

Bławatek
Posty: 266
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Bławatek » 21 lis 2020, 22:34

Fannyprice, z tego ostatniego postu widać, że jesteś silną osobą, która nie boi się iść pod wiatr i potrafi mieć odmienne zdanie. Dasz sobie radę, będziesz cudowną mamą - silną i kochającą.

Mam nadzieję, że Twój mąż otrząśnie się kiedyś z tego stanu w którym teraz jest i będzie Wam dane tworzyć rodzinę. Niestety na wiele spraw wpływu nie mamy i wielu rzeczy, które nam się w życiu przytrafiają nie rozumiemy.

Paradoksalnie odejście mojego męża spowodowało że zastanowiłam się jaką osobą chcę być i teraz to realizuję - blisko Boga, radosna, zaangażowana w relację z synem (bo wcześniej np. zamiast spędzać czas z dzieckiem to robiłam coś w domu,), realizująca siebie. Wszystko jest po coś...

fannyprice
Posty: 60
Rejestracja: 16 kwie 2019, 10:39
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: fannyprice » 02 gru 2020, 0:15

Trudny dzień dziś dla mnie. Miałam krótką rozmowę z mężem, w czasie której powiedział, że nasze małżeństwo było fikcją i jego prawnik już zajmuje się rozwiązaniem tej "sprawy". Później dzwonił teść i zapytałam czy już wiedzą o pozwie, był zaskoczony i powiedział że mąż mówił dosłownie kilka dni temu że na razie razem nie mieszkamy i zobaczy co będzie dalej. Później znowu dzwonił mąż cały rozparzony jakim prawem powiedziałam teściowi o rozwodzie... No matrix, niewiadomo kto mówi prawdę, a kto blefuje.

Dobiło mnie dziś coś jeszcze. Od początku małżeństwa jestem w róży różańcowej żon modlących się za mężów. I dzisiaj w tym gronie 20 kobiet wywiązała sie rozmowa o kryzysach i okazało sie, że połowa z nas jest w separacji/w trakcie rozwodu/w głębokim kryzysie/zdradzone lub opuszczone przez małżonka. I to wszystkie sprawy świeże, tegoroczne. To mnie zmroziło... Rozmodlone, ciekawe, piękne kobiety, mamy kilkorga dzieci i takie przykre historie o nieodpowiedzialnych mężczyznach. Tyle kryzysów, dramatów. Serce mi pękało z każdą wiadomością :( Panie, zmiłuj się nad nami grzesznikami...
"można nawet zabłądzić lecz po drugiej stronie
nasze drogi pocięte schodzą się z powrotem"

Bławatek
Posty: 266
Rejestracja: 09 maja 2020, 13:08
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Bławatek » 02 gru 2020, 8:30

Fannyprice, mnie też przeraża fala rozwodów, którą widzę w moim otoczeniu. I to często właśnie w katolickich rodzinach chodzących do kościoła, a nie będących daleko od kościoła. Nie wiem czy to działanie złego, czy niedojrzałość ludzi. Ale przeraża skala.

Jeśli chodzi i zachowanie Twojego męża to znów widzę analogię z moim - jak tydzień temu znów mówił, że nasze małżeństwo nie ma sensu bo jednak mnie nie kocha i przerwał naszą terapię to oczywiście rodzicom powiedział tylko że nie będziemy już chodzić na terapię, a o tym że jednak chce rozwodu już nie wspomniał. Nie wiem czy tak kłamie we wszystkim czy manipuluje ciągle bo ma taką naturę, czy nie lubi przyznawać się rodzicom. Ja nie zamierzam zakłamywać rzeczywistości i jak ktoś pyta to mówię prawdę. W każdym bądź razie mąż przychodzi dalej do nas jakby nigdy nic a mnie traktuje jak najlepszą przyjaciółkę, na co zaczynam się jeżyć. Za to dziecko szczęśliwe bo ma tatę częściej.

I awantury też miałam o to że np. coś jego rodzicom przekazywałam - ale mam chyba prawo mówić głośno, że nie podoba mi się to że mąż dla syna nie na czasu, a dziecko tęskni i potrzebuje kontaktu z ojcem. Czasami niektóre osoby żyją w innej rzeczywistości i chyba najważniejsze w tych sytuacjach jest to aby być pewnym swoich czynów, przemyśleń i wartości. A zło trzeba nazywać złem a nie przykrywać dywanem.

Ruta
Posty: 700
Rejestracja: 19 lis 2019, 12:00
Jestem: w separacji
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Ruta » 02 gru 2020, 8:58

fannyprice pisze:
02 gru 2020, 0:15
Trudny dzień dziś dla mnie. Miałam krótką rozmowę z mężem, w czasie której powiedział, że nasze małżeństwo było fikcją i jego prawnik już zajmuje się rozwiązaniem tej "sprawy". Później dzwonił teść i zapytałam czy już wiedzą o pozwie, był zaskoczony i powiedział że mąż mówił dosłownie kilka dni temu że na razie razem nie mieszkamy i zobaczy co będzie dalej. Później znowu dzwonił mąż cały rozparzony jakim prawem powiedziałam teściowi o rozwodzie... No matrix, niewiadomo kto mówi prawdę, a kto blefuje.

Dobiło mnie dziś coś jeszcze. Od początku małżeństwa jestem w róży różańcowej żon modlących się za mężów. I dzisiaj w tym gronie 20 kobiet wywiązała sie rozmowa o kryzysach i okazało sie, że połowa z nas jest w separacji/w trakcie rozwodu/w głębokim kryzysie/zdradzone lub opuszczone przez małżonka. I to wszystkie sprawy świeże, tegoroczne. To mnie zmroziło... Rozmodlone, ciekawe, piękne kobiety, mamy kilkorga dzieci i takie przykre historie o nieodpowiedzialnych mężczyznach. Tyle kryzysów, dramatów. Serce mi pękało z każdą wiadomością :( Panie, zmiłuj się nad nami grzesznikami...
Funny,

na mojej terapii ostatnio rozmawiliśmy o grach, jakie toczą różni ludzie i o tym, co możemy zrobić, by się przed takimi grami bronić. Takie gry, w których ktoś próbuje manipulowac drugą osobą, prowadzą z bliskimi nie tylko osoby uzależnione, ale ogólnie ludzie w kryzysach, którzy próbują coś przed bliskimi ukryć, lub chcą kontynuować jakieś swoje zachowania i nie chcą by "się wydało". Takie gry toczą się także w niektórych rodzinach, gdzie są jakieś poranienia, nierozwiązane trudne sprawy.

Gdy czytam to, co piszesz o swoim mężu, jego relacji z rodzicami, postawie twoich teściów wobec ciebie, to właśnie mam takie wrażenie - choć oczywiście mogę się bardzo mylić - że między rodzicami twojego męża a nim toczy się właśnie jakaś gra. Są gry zamknięte - do których nie zaprasza się innych osób i takie, które z czasem potrzebują nowych dodatkowych fabuł, nowych graczy w nowych rolach. I mam wrażenie, że udaje ci się pozostać poza grą, że jakoś intuicyjnie odmawiasz wejścia w napisaną ci rolę - a to budzi ogromną złość. Takie osoby są zagrożeniem dla takich gier - bo istnieje ryzko, że one tą grę zdemaskują - a osoby wciągniete w grę, chcą w niej uczestniczyć, bo mylą ją z życiem - i cele jakie mają w te grze bardzo mocno ich angażują i więżą. Poza tym nowa osoba w grze nie zna jej reguł, nieświadomie je łamie - co dla osób które są w grze już od dawna jest ogromnym szokiem, odbierają to jako osobistą zniewagę, atak wręcz. A dla osoby, która jest na granicy wejścia w tą grę wszystko może wydawać się bardzo abstrakcyjne, niezrozumiałe, nierzeczywiste wręcz.

Ja miałam i nadal mam trudną relację z rodzicami mojego męża. I to o grach pomogło mi uświadomić sobie co tam się wogóle działo i czemu różne rzeczy się działy. Moi teściowie są po prostu osobami współuzaleznionymi. Gdy nie reagowałam jak osoba współuzależniona i np. głośno i otwarcie mówiłam, że mąż się upił i to jest nie w porządku i wymaga reakcji, a nie udawania, że nic się nie stało - łamałam reguły gry. I dlatego cały gniew skupiał się na mnie. Czego ja kompletnie nie rozumiałam i czułam się rozzażlona. Nie rozumiałam też dlaczego wogóle mąż w takich sytuacjach zwraca się do rodziców - jakby po pomoc i wspracie i żeby mi wytłumaczyli. To nie było jakby. On po prostu się o to do nich zwracał. W tym układzie - uzależniony syn i współuzależnieniu rodzice, gotowi wspierać syna, żona miała określoną rolę - miała codownie sprawić, by on przestał być uzależniony, ale bez nazywania tego, ujawniania. Problem miał się rozpłynąć w małżeńśtwie - a skoro się nie rozpłynął - to wina żony, bo syn jest przecież idealny, i nie jest nade wszystko uzlażniony. A skoro nie jest, to znaczy, ża zaczął pić i brać przy żonie - czyli to wina żony. Więc teraz gra toczy się o to, by się tej złej żony pozbyć - to wtedy już na pewno syn przestanie pić i brać i będzie już z nim wszystko w porządku, bo winna jest żona.

Piszą tak szczegółowo, żeby na przykładzie opisać dynamikę gry. Bo gracze głowni piszą scenariusz i rozdają role, oni też zmianiają reguły i wszystkim zarządzają. W moim przypadku rolą numer jeden była rola kobiety, przy której syn się ustatkuje. Rolą numer dwa, wobec niepowowodzenia roli numer jeden była rola żony, która będzie maskować niedostatki męża i kryć jego nałóg, kompensować wszystkie jego braki i niedociągnięcia. I dopóki tą rolę grałam moje relacje z teścimi były dobre. Rolą numer trzy wobec wyjścia przeze mnie z roli numer dwa była rola złej kobiety, przy której i przez którą syn się rozpija i bierze i odchodzi od wiary i ma ona zły wpływ na męża. Moi wierzący teściowie zaczęli omawiać z moim mężem rozwód i ten rozwód uzgodnili - za moimi plecami, bez mojej wiedzy, bez choćby jednej rozmowy ze mną. Teraz nadano mi rolę numer cztery - kobiety od której syn musi się za wszleką cenę uwolnić - wtedy to już na pewno będzie trzeźwy, a jego życie będzie opływało w dobra wszelakie i dostatki i od samego rozwodu stanie się świętym, wspierającym rodziców, idealnym ojcem, a jego trzeżwość będzie zapewne tak wielka, że wszyscy w promieniu przynajmniej trzydziestu kilometrów będą trzeźwieć od samej pary z oddechu mojego męża. Ironizuję i przesadzam - ale nie aż tak bardzo. Cechą graczy jest to, że wierzą w niewiarygodne rzeczy i wierzą, że w na drodze swoich rozgrywek mogą to wszystko osiągnąć.

Terapeuta wyjaśnił nam, że jedyną metodą uniknięcia problemów w takiej sytuacji jest nie wchodzenie w grę. Bo jakakolwiek próba wejścia nie ma żadnych szans powodzenia. Graczom, którzy wierzą w swoje zasady i reguły nic racjonalnie nie wytłumaczysz, bo oni wiedzą swoje. Gdy tylko stajesz na planszy, stajesz sie pionkiem, który nie wie co się dzieje, nie zna zasad, nie zna swojej roli. Jak Alicja w krainie czarów. Jeszcze nie wiem co to znaczy nie wchodzić w te gry - jak się przed tym bronić. Wstępnie - nie wejście w grę oznacza w najprostszej wersji - izolację i odcięcie się, w nieco bardziej zaawansowanej - jasny i krótki komunikat, np. "jak to widzę inaczei" bez wdawania się w szczegóły - i odcięcie się. Najważniejsze jest by w grę nie wchodzić. Pilnować swoich granic i swojego osądu. Nie ma zasad które pozwalają w grę wejśc i nie zostać pobitym. Jak wchodzisz w grę, zaczynasz funkcjonować w tym własnie matrixie, alternatywnej rzeczywistości. Już samo to jest przegraną. Sama tak funkcjonowałam - bardzo trudne, raniące i bolesne doświadczenie.

Przypomniały mi się te sytuacje z Pisma, gdy Pan Jezus się po prostu odwracał i to zwykle bez słowa. Pan rozmawiał z grzesznikami, z osobami wyrzuconymi poza nawias społeczności, nawet z trędowatymi, z którymi jakikolwiek kontakt był zakazany - ale były osoby od których się odwracał i z którymi nie rozmawiał. Nie potrafię powiedzieć, czy to było własnie takim demaskowaniem ukrytych intencji tych osób, i taką własnie odmową - ale ten obraz mi się w tym pojawił i wydaje mi się adekwatny.

Może coś z tej "teorii gier" ci się przyda do oceny twojej sytuacji i twojej relacji z meżem i teściami.

Caliope
Posty: 495
Rejestracja: 04 sty 2020, 12:09
Jestem: w kryzysie małżeńskim
Płeć: Kobieta

Re: 1,5 roku kryzysu

Post autor: Caliope » 02 gru 2020, 11:50

Wejście w grę, to inaczej manipulacja. Mając swoje granice nie wejdzie się w taką zgubę. Będąc w tym jedynie mając podbudowane poczucie wartości, brak strachu przed odrzuceniem, własne niepodważalne zdanie, można z tego wyjść, jak było na terapii, pozamykanie otwartych bramek tam gdzie się niebezpiecznie otworzyły. U mnie to matka przekroczyła pierwsza moje granice, dalej próbuje, a ja się pomimo terapii dalej uczę z tym walczyć. Teściowa też ma swòj wkład w interpretowaniu dosłownie nauk katolickich, że żona ma być w 100% posłuszna mężowi, nawet jak będzie przemocowcem. Polegam na swoim rozumie, słucham, ale już nie jestem naiwna. Słucham Boga, opiekuję się sobą jak potrafię.

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 10 gości