Uzdrowienie Małżeństwa :: Forum Pomocy SYCHAR ::
Kryzys małżeński - rozwód czy ratowanie małżeństwa?

Rozwód czy ratowanie małżeństwa? - Czy wierzycie ?

czerwona - 2008-12-03, 17:50
Temat postu: Czy wierzycie ?
Chciałam Was wszystkich zapytać i prosić o szczerą odpwowiedź. Czy naprawdę Drodzy Forumowicze wierzycie w to , że Wasze małżeństwa ( pytam szczególni tych , których małżeństwa się rozpadły i są w faktycznej długotrwałej separacji albo już po rozwodzie) zostaną jeszcze ocalone ?Czy wierzycie w to , że naprawdę będziecie jeszcze tworzyć rodzinę po np. 2 czy 3 latach rozłąki , zdrady itd. ? czy wierzycie w to szczerze , czy chcecie wierzyć ?Proszę o szczere odpowiedzi, co Wami kieruje , co czujecie do drugiej strony szczególnie kiedy nie ma żadnych znaków , że ta droga strona chciałaby powrotu , uzdrowienia ? Napiszcie .
wabona - 2008-12-03, 17:52

Ja nie wierzę. I tyle. Bo jak uwierzyć, gdy tam już jest dziecko..............
czerwona - 2008-12-03, 17:58

Wanboma , jak sobie radzisz? Czy nadal cierpisz ? Kiedy ból się wypala ? Czy w ogóle się wypala ? Jak jest dalej , napisz proszę - zostałam sama ze sobą , nie wiem co dalej...
wabona - 2008-12-03, 18:09

W tej chwili cierpię i to bardzo! Ból się nie wypala, ale może kiedyś..... Ja akurat mam taką sytuację, że często ich widzę - uśmiechniętych, szczęśliwych. Widzę, że im się udało - jest coraz lepiej. A teraz jeszcze dziecko! W tej chwili mam taki okres, że żyć się znów odechciewa. Wiem, że to minie, bo musi minąć - bo mam córkę i dla niej muszę żyć - tylko i wyłącznie dla niej.

Zżera mnie nienawiść do tej dziewczyny. Jest to jedyna osoba w moim zyciu, której nienawidziłam i nienawidzę. To dla mnie takie trudne - potrafiłam wybaczyć każdemu - jej nie potrafię. Nie potrafię wybaczyć komuś, kto zabral ojca memu dziecku - bo mąż całkowicie córki się wyparł. Nie potrafię wybaczyc osobie, która ostatnio mnie zwyzywała, bo dostała jakiś anonim ( nie ode mnie), która nie czuje żadnej skruchy.
Stałam się złym człowiekiem - widzę to i czuję - tak to wyglada.

czerwona - 2008-12-03, 18:21

Wanboma , nie możesz gdzieś się przenieść, uciec od tego ? Jak dlugo to trwa ? Od kiedy jesteś bez męża?Nienawiść to najgorsze uczucie - strasznie spala , nakręca , człowiek nie może sobie miejsca znaleźć . ja nie obwiniam obecnej "narzeczonej " mojego męża. To nie ona mi ślubowała - na tę chwilę nic do niej nie czuję. To on powienien dochować wierności i zachować się odpowiedzialnie.Czy nie potrafisz sobie w secu tego wszystkiego odpuścić? Inaczej zmarnujesz życie.
Facet- jeśli wyparł się dziecka nie jest go godzien. Mój wyparł się mnie i małżeństwa. Chciałabym żeby za karę już więcej mnie nie zobaczył ani nie usłyszał mojego głosu. Taki mam stan ducha na dziś , z doświadczenia wiem już , że jutro może być wszystko na opak.

chris - 2008-12-03, 20:38

a ja? chyba jeszcze wierzę, choć nie wiem jak długo. od żony wiele razy usłyszałem, że nie kocha, że chce być szczęśliwa, chce się bawić, tańczyć, nikomu się nie tłumaczyć gdzie i z kim wychodzi.
Myślę że kiedyś "usiądzie i pomyśli nad tym wszystkim", zawsze uważałem ją za rozsądną osobę, czas pokazał swoje...

samotna - 2008-12-03, 20:42

czerwona,
zdarzają się WYJATKI - ale ile ich tutaj???
Komu sie udało - jednostkom.
I jak żyją ????
Z bombą z opóżnionym zapłonem...
Z niepewnością,
z bólem,
z drżącym sercem - na kazdy sms, kazde wyjscie...
Co to za życie???
Ja raz zaufałam - zaufałam bezgranicznie - proszono mnie o to...
i co dostałam... ROZSTANIE,
i słowa - że już wtedy powinien był odejść....

wabona - 2008-12-03, 20:43

Prawie od 4-ech lat mąż jest z nią. Od trzech nie robi z tego tajemnicy.
Ja na pewno nie będę uciekać, nie mam zamiaru. Nie będę przestawiac świata do góry nogami - sobie i córce, po to, aby nie widzieć ich. Chyba bym zrobiła im tylko przysługę.

miriam - 2008-12-03, 20:57

samotna...

nie wszyscy tak żyją jak piszesz
jestem o wiele szczęsliwsza niż przed kryzysem, nie żyję na kredyt zaufania ,bo i nie umiem, zaufałam i kocham pomimo, mam wspaniałergo faceta u boku --dobrego męża i ojca
wnioski wyciągnęliśmy oboje, nadal pracujemy nad naszym małżeństwem i dokładamy drewienek do wpólnego ogniska, by nasza miłość wzrastała a jedność się umacniała
a podstawą jest nasza wiara i wspólpraca z łaską sakramentalną
kto nas poznał -a sporo jest ludzi na forum --to wie ,że nie jestem w tym wyznaniu gołosłowna,
oboje należymy do RWS i to z męża inicjatywy akurat
Bóg na pierwszym miejscu !!! i wszystko się poukłada na właściwym
cierpienie jest jak sól do potrawy --nadaje własciwy smak ;)

pozdrawiam wszystkich serdecznie
Miriam

wito - 2008-12-03, 20:59

wierzyłem - bardzo, bardzo chciałem pojednania.
walczyłem o nasze małżeństwo.
jednak wszystko ma swój kres. Czasami rachunki krzywd są tak ogromne, że sama wiara nie pomaga.
Nie wyobrażam sobie w chwili obecnej życia z kimś kto postępuje tak jak osoba, której szczerze oddałem 20 lat życia.
Przychodzi czas, że orientujemy się, że tak naprawdę to przez ten czas oczekiwania na powrót marnotrawnego żyliśmy wspomnieniami, kochaliśmy obraz który wyrył się w naszej pamięci. Broniliśmy się rekami i nogami przed prawdą o krzywdzicielu.
Nie mam zamiaru dłużej dreptać w miejscu, grzebać pazurem i czekać aż ktoś kto drwił z mojego życia wróci na "ciepłe nóżki" na emeryturę.
Każdy ma swój czas i każdy musi się przekonać sam.

Nie twierdzę - czerwona - że się nie udaje - mnie w 1991 roku się udało, żyliśmy potem kilkanaście lat tworząc konstruktywną rodzinę. Tylko po latach zastanawiam się: "czy aby napewno przez te lata nie byłem okłamywany?" bo wykorzystywany napewno.

[ Dodano: 2008-12-03, 21:02 ]
Miriam - wierzę że to co piszesz to prawda. jest jednak jeden podstawowy warunek:
TO WY OBOJE CHCIELIŚCIE.

ekola - 2008-12-03, 21:17

Czerwona, Samotna,
może nie powinnam się tu wypowiadać... Mój kryzys trwał (trwa) krótko, bo w sumie rok. A już od paru miesięcy wracamy do siebie. Więc odpał mojego męża trwał - bo ja wiem - może z pół roku.
Mówił, to co wszyscy... więc nie będę powtarzać. Może jedynie to że zanegował całe wspólne 9 lat, nazwał je pomyłką, bladym odblaskiem od wielkiego uczucia... Jego "nowa" miłość, to taka trochę odgrzewana była, z młodości... A ja... zauroczenie (krótkie zresztą :mrgreen: ), błąd, letne uczucie, bo to wielkie i jedynie prawdziwe przetrwało przecież tyle lat...
Teraz wracamy...
Przeprosił, próbował wyjaśnić, twierdzi że tak nie myślał, że to w amoku, w gniewie...
Ciężko przeżył fakt, że nie jest tak wspaniały jak mu się wydawało, że potrafił z premedytacją i - jak ja to nazywałam - okrucieństwem ranić najbliższą osobę.
Widziałam, z jakim trudem przychodziło mu przyznanie się do tego.

Ale teraz... Nie myślę, że za jakiś czas on znowu...
Nie czekam kiedy...
Nie boję się smsów - nie myślę o tym.
Boli mnie nadal, poczucie krzywdy kotłuje się we mnie cały czas,
Ale mam wrażenie że ta sytuacja tak wywróciła do góry nogami moje życie, że teraz nie ma w nim miejsca na strach.
Na pewno przestałam opierać swoje życie na mężu. Właściwie, jak się czasem zastanawiam, nie jest mi potrzebny do życia... :shock: Ale kocham go i chcę nam dać szansę.

Powoli, mozolnie, z wielkimi oporami uczę się wyrozumiałości w stosunku do świata... i do niego. Przynajmniej teoretycznie, bo praktyka póki co mocno szwankuje.
Na razie nie czekam na kolejny cios, jeszcze tego nie rozliczyłam. :mrgreen:

P.S.
Smutne to wszystko... Trzymam za Was kciuki! I podziwiam...

miriam - 2008-12-03, 21:18

WITO...
troszkę to trwało zanim oboje chcieliśmy i krok w marszu wyrównaliśmy...
Były obawy, ze strony męża szczególnie, czy to się uda, czy można razem po czymś takim , czy zaufam i będę potrafiła z tym żyć? Czy wystarczy uczuć? Jak prezwyciężyć ból i smutek...Jak pokonac ból pustki i wypalenia ...? Wiele było niewiadomych.
Kto to przeżył, to wie o czym mówię. Powrót to naprawdę początek ciężkiej drogi- nie ma nic za darmo.
Ale warto bronić miłości i godności sakramentu. Zawsze jest za wcześnie, aby się poddawać, bo jak widać cuda się zdarzają i nigdy za późno tylko w swoim i Bogu wiadomym czasie.

Dobrej nocki wszystkim
Miriam

samotna - 2008-12-03, 21:30

Gratuluje tym co sie udało
Mnie kilka lat temu wydawało sie, ze walke o nas wygrałam - mąż podchwycił moją rekę, którą wyciągnełam pomimo tego co zrobił.
Tez było wspaniale na początku, potem - nawet motyle wróciły - teraz mysle, ze chyba tylko u mnie.
Myślałam teraz jest lepiej niż przed kryzysem, ze oboje czegos sie nauczylismy.
Wydawało mi się, ze wyciągnął wnioski - wiedział jak bardzo to przeżyłam. Zna mnie i wie, ze jestem typem wrażliwca, który nie zgadza się na zło tego świata.
Niejednokrotnie mówiłam - ja tego nie rozumiem - dlaczego ludzie tak postepują - gdzie ich sumienie- ja chyba nie nadaję sie do dzisiejszego świata...
I co wróciło zło, ale obawiam sie, ze na dobre.
Zresztą nie che rozpatrywać hipotetycznie - gdyby....,
Nie jestem na to gotowa, czuję, ze jest zbrukany, nie ufam i nie wiem czy miałabym tyle siły....

wito - 2008-12-03, 21:58

Miriam - chcieliście i chcecie.
"Pon by siła mogli mieć żeby tylko chcieli chcieć" - to z "Wesela" mi się przypomniało
Bóg daje wolną wolę człowiekowi.
przeżyłem powrót i ja. I wiem co człowiek przeżywa.
Nie miejsce tu na licytację.
masz rację - trzeba bronić godności sakramentu - nie wolno pozwolić by ktoś jaja sobie z małżeństwa robił.
A Bóg? Miłosierdzie każe wszystkim regułom ustalonym przez Kościół dostosowywać się do konkretnych sytuacji konkretnych osób. I nie nam zamykać innym drogi do raju - zwłaszcza tym słabym, którzy już sił nie mieli.

agnieszka78 - 2008-12-03, 22:27

kiedy mąż mnie zdradzał, porzucał nie pozwalalam sobie na wiarę ze w przyszłosci stanie się tak jak ja chcę, ale wierzyłam ze stanie się tak jak chce Bóg, tak właśnie się modlilam-o pomoc Boga wg jego woli cokolwiek to będzie-bo Bóg pomaga wtedy kiedy ufasz w to o co się modlisz...podczas kryzysu nie udało mi się podnieść z psychicznego bagna ani na centymetr...bylam wrakiem człowieka...modlilam się prawie bezustannie
kamyk07 - 2008-12-03, 22:29

.
kurcze:) pewnie że wierzymy!!! bo wiara Góry przenosi,ale kiedy to nąstąpi to nie wiadomo? może to być jutro ,pojutrze za miesiąc czy rok..itd....Ja wiem ,ze kiedyś tego doczekam:):)..ale jeszcze nie dziśśś::)..Pozdrawiam .. i głowa do góry:)

Maka - 2008-12-03, 23:08

Ja też wierzę,cały czas jeszcze wierzę,że będziemy razem,choć na dzień dzisiejszy się nie zanosi... :-( Powolutku ,krok po kroku,próbuję zmieniać siebie i dobrze żyć mimo wszystko...
kamyk07 - 2008-12-03, 23:14

Mąka racja.......:)krok po krok i damy radę:) i na pewno wszytko będzie dobrze
kot - 2008-12-03, 23:30

Ja nie wierzę. Mimo to próbuję.
czerwona - 2008-12-03, 23:33

Dziękuję za odpowiedzi , przewaga optymistycznych , miło się je czyta choć ja te pesymistyczne rozumiem - w pewnym momencie przelewa się , wszystko ma swoje granice .Niektórzy je strasznie przekraczają - niszczą wszystko to co było ( tak było u mnie - uważam ,że ten mój mąż ( eX formalnie) po prostu zniszczył nasze małżeństwo.
Wanboma - Ty nie patrz na to , czy wyświadczysz im przysługę , wyświadcz sobie przysługę - jesteś masochistką ?Czasem lepiej jest pójść przed siebie ani na chwilę nie oglądając się za siebie. Chyba caly czas nie radzisz sobie z tą sytuacją - bardzo to przykre , szkoda życia , szkoda każdego dnia na takie emocje i dla takiego człowieka.
Pozdrawiam.

[ Dodano: 2008-12-03, 23:36 ]
Ja nie wiem- nie wiem co samej sobie odpowiedzieć na to pytanie - każda odpowiedź będzie tak naprawdę zła....... Optymizm niebezpieczny a pesymizm dołujący ....Trzeba zająć się sobą.

[ Dodano: 2008-12-03, 23:38 ]
Nie chciałabym kolejny raz poczuć odrzucenia , ta lekcja wystarczajaca do końca życia...

micszpak - 2008-12-04, 02:06

Dla naszego małżeństwa zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy. Całe ostatnie wakacje spędziłam z dziećmi w Dublinie. Mąż nawet nie załatwił nam hostelu. Dzieci poszły do pracy, wynajęły mieszkanie. Mąż mieszkał z kolegami. Ja osobno, w hostelu, potem na kempingu. Pewnej nocy spalono mój samochód z całym bagażem i ekwipunkiem kempingowym. Policja zawiozła mnie do męża. Nawet wtedy mnie nie wpuścił. Wyszedł przed dom i poradził mi, abym pojechała do dzieci. Zostałam sama na ulicy w środku nocy.
Wynajęłam mu mieszkanie, do którego i ja się wprowadziłam (hostel za drogi, kemping spłonął). Pożyczyłam od dzieci pieniądze. Zapłaciłam kaucję i czynsz.
-Nie znam tej pani. - Powiedział po angielsku do wchodzącej przez bramę z domofonem kobiety, gdy mnie zobaczył pod tym naszym WSPÓLNYM domem. - Proszę jej nie wpuszczać.
Poszłam do znajomych. Cały dzień ryczałam. Ale zrozumiałam: to koniec.
Wierzę, że już nigdy nie zdarzy mi się coś równie potwornego.
Wierzę, że gdy przyjedzie do Polski, odwiedzi nas i będziemy mogli rozmawiać jak znajomi.
Wierzę, że pomoże mi finansowo w wykształceniu dzieci.

NIE JESTEM W KRYZYSIE. Moje małżeństwo jest zupełnie OSOBNE, ale akceptuję je właśnie takim. Samotność bardziej mi służy, bardziej się podoba i daje większe poczucie wolności i godności, niż zły - mimo że sakramentalny - związek.
A więc: zdarzył mi się cud ukojenia.

Dobranoc Wam, zgromadzonym wokół studni Sychar. Niechaj prowadzą Was łagodne wiatry, a dobra woda niechaj ugasi Wasze pragnienia.

Wan, Wito, życzę NAM wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia: spełnienia, satysfakcji, radości, zdrowia i dużo poczucia humoru. Pa!
Wasza J.S.=Mona

Maria Anna - 2008-12-04, 07:44

Podziwiać Ciebie kobieto - to mało:) micszpak - powodzenia.
wabona - 2008-12-04, 09:08

Mona, ja też Ciebie podziwiam. Skąd tyle spokoju w Tobie?
kasia1 - 2008-12-04, 09:23

Mona... kilka dni temu zastanawiał się co się z Tobą dzieje... kiedy przyszłam na to forum, sporo pisałaś a teraz dłuuuuuugo Cię nie było... i nagle Twój wpis :-) to niesamowite...
i to co piszesz, też jest niesamowite...
Powtórzę za Dziewczynami, podziwiam Twoją siłę...
Niech Boży Pokój zawsze będzie w Twoim sercu :-D

supeł - 2008-12-04, 09:26

Trudno mi o tym pisać, ale nadziei na pojednanie z moim małżonkiem raczej nie mam, nie mówiąc już o wspólnym życiu. Im bardziej staję się od niego niezależna, prowadzę własne życie i im bardziej staram się aby w oczach dzieci na zawsze pozostał kochanym tatą, tym większą, mam wrażenie, wzmagam w nim nienawiść. Przerażają mnie jego pełne zła oczy. Jest w kompletnym amoku nie trafiają do niego żadne argumeny, nawet te dotyczące dobra dzieci. Ból jest okrutny niemal fizyczny. Jestem uosobieniem wszystkiego co mu się w życiu nie udało. Nie potrafię zrozumieć jak mogłam żyć u boku tego człowieka przez kilkanaście lat i niezauważyć czających się w nim demonów. To przeraża najbardziej. Jego nowy związek kwitnie. Z domu się nie wyprowadza - twierdzi, że nie ma dokąd. Ja pragne jedynie spokoju i wierzę, że kiedyś go odzyskam. Modlę się głównie o to aby ta sytuacja jak najmniej krzywdziła dzieci. On nie cofa się przed niczym. Zabiera je do kochanki, obsypuje prezentami. Nie, dla nas już nie ma szans.
czerwona - 2008-12-04, 10:36

Dlaczego dajecie się tak upokarzać? Dlaczego tęsknicie za ludźmi , ktorzy Was niszczą , robią złe rzeczy ? Dlaczego Supeł pozwalasz mu mieszkać z Tobą? Dlaczego Micszpak po czymś takim wierzysz , że będziecie kiedyś rozmawiać jak znajomi? Ty w ogóle jeszcze chcesz z nim rozmawiać ? O czym ? Czy to jest tak , że prawda jest zbyt brutalna , żeby ja wreszcie przyjąć ?
nałóg - 2008-12-04, 10:59

Czerwona........... bo one/oni pozwolili przejśc przez siebie temu co ich spotkało,nie skupiaja sie juz na swoim egocentrycznym "MNIE".
Bo juz maja dystans do siebie i konsekwencji czyjchś i swoich poczynań.Bo wiedz ana co maja wpływ a na co nie mają.
Pogody Ducha

elzd1 - 2008-12-04, 11:23

nałóg napisał/a:
Czerwona........... bo one/oni pozwolili przejśc przez siebie temu co ich spotkało,nie skupiaja sie juz na swoim egocentrycznym "MNIE".

Czy na pewno chodzi o egocentryzm tych poranionych? Nałogu, czy przypadkiem się nie zagalopowałeś taką cechę przypisując Monie, Supłowi i wielu innym?
I w imię tego wyzwolenia nadal pozwalają sobą pomiatać, siebie ranić, siebie znieważać?
Mam wrażenie że egocentryczne MNIE było i jest ZAWSZE z tej drugiej strony.
Ale oczywiście mogę się mylić, może "egocentryzm" ofiary jest przyczyną, że sprawca uderza coraz mocniej. To może jeszcze poradzisz, żeby sprawców przeprosić za ich podłości? Może podpowiedzieć im, co jeszcze nas rani, niech wiedzą jak mają się znęcać?

To, że nie mam wpływu na czyjeś postępowanie nie oznacza, że mam pozwalać drugiej osobie na pomiatanie sobą.

Ech, znawco.

nałóg - 2008-12-04, 11:49

Elzd1......... w tym wypadku "egocentryzm" poranionych -jak piszesz- u mnie ma zupełnie inne odniesienie.
Zupełnie co innego znaczy tkwienie w poczuciu skrzywdzenia-bo ono jest faktem,juz się stało- a czym innym jest przyjęcie faktów do wiadomości.Faktów nie musza,nawet nie mogą akceptowac,ale muszą z nimi życ.
I co??? maja walczyć,mają sie dołować do konca życia że jakiś porypany w zaspokajaniu swoich instynktów i żądz osobnik poszedł na zielona trawkę do innej???
Właśnie wyzwolenie sie z tego egocentrycznego "MNIE" powoduje stan przyjęcia w siebie i puszczenia z siebie tego faktu.Nie tkiwenie w nieutulonym żalu,w rozdrapywaniu ran do końca życia.
Stan pogody ducha mimo doznanych krzywd.MIMO.
A to tez wcale nie znaczy że One dają sobą pomiatać.Mona dlatego ,jak pisze,jest szczęśliwa.
A Ty ??? czy dalej tkwisz w nieutulonym żalu??? Tym samym (och znawczynio) masz jak masz.
Elzd1..... czytaj ze zrozumieniem.
Stawianie granic,brak zgody na draństwo nie oznacza tkwienia w ciągłym
rozpamiętywaniu,w dołowaniu siebie.Bo to mocno zachacza o pychę i egocentryzm.
A jak chcesz swojego "sprawcę" przepraszać ............to juz Twoja wola.Ja nie otym pisałem.
Można -jak widać po postach Mony być szczęśliwą mimo ewidentnych krzywd.

mami - 2008-12-04, 12:28

ja sie zgadzam z nałogiem jak zawsze...
słuszna ocena
...
Osoba egocentryczna postrzega cały świat wyłącznie z własnego punktu widzenia, poprzez absolutyzowanie własnych doświadczeń, obserwacji i przemyśleń, a marginalizowanie opinii pochodzących od innych osób. Jest głęboko przekonana, że świat wygląda dokładnie tak, jak jej się wydaje i na tej podstawie określa własne relacje z resztą otoczenia, a szczególnie wobec innych ludzi. Osoba taka uważa, że świat funkcjonuje zgodnie z jej mniemaniem, lub że najlepiej by było, gdyby tak funkcjonował, jak ona to postrzega. Efektem tego jest pogląd, iż wszyscy pozostali ludzie powinni postępować tak, jak uważa dana osoba, a szczególnie, że powinni oni postępować w określony sposób (najczęściej korzystny) wobec niej samej. Osoba egocentryczna często obraża i drwii inne niż swoja opinie, a broni własnej, nawet w sytuacji, gdy ma przeciw niej setki trafnych argumentów....

To, że nie mam wpływu na czyjeś postępowanie nie oznacza, że mam pozwalać drugiej osobie na pomiatanie sobą.

Elzod stanąc z boku
przestac sie przejmowac uznac, ze nie musze wszystkim sie podobac, nie wszyscy musza mnie lubiec i to dotyczy też męża
przestaje zważac na jego opinie, przestaje bolec co robi i mówi, jak żyje
zaczynam uważac, że to jego sprawa co robi i mysli
i przestaje nade wszystko starac sie sobie i wszystkim wokoło wmówic, że on postępuje źle czy staram sie go naprostowac
Elzod problem w tym, że nic nie musze... nic nie musze robic, mówic, usprawiedliwiac
to jest najgorsze pogodzenie sie z tym, że ktoś postrzega to inaczej, że ktoś może mnie widziec inaczej, że może komentowac cała tą sytuacje inaczej, że nadszedł czas braku kontrolowania czegos/ kogos
po prostu człowiek krzywdziciel przestał byc dla mnie murem, który zasłaniał mi reszte świata
widziałam, tylko mur, który nie moge przejśc i strasznie mnie to denerwowało, złościło, że nie moge go pokonac, czasami, nawet, że nie starałam sie nawet pomyslec, że zdołam
tylko nie potrafie, nie idzie

ja tak miałam z naciskiem na czas przeszły
dzis jest inaczej dużo wiary w siebie z pogodzeniem tego co było

supeł - 2008-12-04, 12:35

W moim przypadku stawianie granic jak na razie nie przyniosło żadnego efektu, powoduje wręcz skutek odwrotny eskalacje. Jakiekiekolwiek próby porozumienia odbierane są jako gra finalnie wymierzona przeciwko małżonkowi. On jest święcie przekonany, że to wszystko dla pozoru. Nie mam więc innego wyjścia jak "żyć swoim życiem". Z prawnego punktu widzenia nie ma możliwości pozbycia się delikwenta z domu jeśli jest jego współwłaścicielem. On nie czuje się za nic winny i dogadać się nie chce. Oczywiście można dom sprzedać "za pomocą sądu" ale kwota jaką uzyskam po podziale nie wystarczy na lokum dla mnie i dzieci. Mogę tylko wierzyć, że sytuacja zacznie go w końcu "uwierać" i trzeba będzie się jakoś porozumieć. Obawiam się jednak, że to może jeszcze potrwać (obecny stan trwa 14 miesięcy). Muszę więc stawić temu czoło choć lekko nie jest. Znacznie łatwiej byłoby uporządkować swoje życie bez jego fizycznej obecności. Na to jednak wpływu nie mam. Wymiana zamków itp. nie wchodzą w grę ze względu na dzieci, które ojca bardzo kochaja, a są na tyle małe, że byłaby to dla nich wielka trauma. Z resztą nie mam gwarancji, że na drugi dzień nie spotkałoby mnie to samo. Każdy "przypadek" jest inny. Może rzeczywiście "daje się upokarzać", nie widzę jednak innego wyjścia jak próbować żyć po swojemu i odciąć się na ile się da. Oby sił starczyło.
czerwona - 2008-12-04, 13:28

Supeł, nie chciałam Cię urazić, myslę, że wszystkich nas dotyczy ten sam problem - druga strona widzi w nas już tylko jakieś przeszkody , mnie mój były mąż postrzega juz tylko przez pryzmat podziału majątku tak , żeby on nie był stratny , zaczynam bać się , po tym , co tu piszecie , że bedę miała z tym kłopot. Najlepiej jest faktycznie całkowicie sie odciąć - "unieważnić " tą drugą stronę . tak , jak ona unieważniła nas.Uwolnić sie od nich w swojej głowie. Trudno wierzyć w uzdrowienie sakramentalnego małżeństwa jeśli druga strona widzi nas tylko jako człowieka , z ktorym trzeba dokonać podziału pieniędzy. Moj Boże - na co nam przyszło , to była moja wielka miłość , poszłabym za nim na koniec świata a on tylko teraz mi liczy - żeby mi za dobrze nie było bo przecież na pannę trzeba wydawać ile można . Ja mam zmienne nastroje =- ale tak realnie - nie wierzę w uzdrowienie mojego małżeństwa. Boję się wierzyć w coś czego już nie ma. Strasznie to wszystko bolesne.
supeł - 2008-12-04, 14:06

Czerwona, po tym co przeszłam bardzo trudno mnie urazić juz czymkolwiek. Chciałam tylko napisać, że nie ma jednej recepty na każdy kryzys, nie zawsze twarda miłość się sprawdza.Żyć jednak trzeba i to najlepiej i "najmocniej" jak się potrafi. Moje nastroje to też sinusoida. Muszą tolerowac obecność człowieka, dla którego mogłabym nie istnieć. Muszę jednak pamiętać, że z drugiej strony są dzieci, dla których zawsze będzie ojcem. Ja też kochałam i ufałam bezgranicznie. Teraz jestem dla niego "odciskiem", którego nie za bardzo można się pozbyć - a uwiera i fatalnie wpisuje się w życiorys znanego człowieka "z zasadami", filantropa oddanego ojca. jakie to wszystko poplątane i przewrotne.
czerwona - 2008-12-04, 15:13

Supeł, najważniesze to zachowac godnośc przed samą sobą. mam straszne doły bo , tak , jak napisałam , zostałam porzucona przez człowieka , którego bardzo i szczere i oddanie kochałam . Nigdy nic nie zrobiłam przeciwko niemu. kiedy jest mi strasznie źle i mysle o jego wielkim szczęściu i moim nieszczęściu czytam pismo święte- nigdy nie byłam "przesadnie" wierząca - polska średnia , przeciętny konsument , także w wierze . Teraz odczytuję to wszysko na nowo , kiedy mysle, że ja jestem na dnie - wbita tam bez powodu przez człowieka , którego kochałam i za którym tęsknię , czytam słowa , z ktorych płynie sama madrość , wiedza , jak żyć , jak sobie radzić.Kiedy ogarnia mnie złość , kiedy się duszę z żalu i chcę sie z bezsilności i rozpaczy mścić czytam : Pomstę mnie zostaw. Ja odpłacę - mówi Pan. ,kiedy czytam , że bez miłości byłabym jak miedź dzwięcząca albo cymbał brzmiący -robi się lżej . Bo całą tę sytuację trzeba zacząć oceniać inaczej - nie tak "po ludzku" . To ja nic złego nie zrobiłam , czemu sie boję , czemu jest mi cieżko ? Ważne , że ja nic złego nie zrobiłam, ważne , że nie muszę sie mścić i nie chcę nienawidzić.To przynosi ulgę , nie trzeba się już tak szarpać - wszystko mozna zobaczyć w innym wymiarze i pomyślec nawet ze współczuciem o tych , ktorzy nas zranili. Trzeba to wszystko sobie przewartościować , wszyscy chcemy być szczęśliwi takim ludzkim , prostym szczęściem ( ktore szczęściem nie jest)- czasem trzeba swoje pocierpieć. Tak się pocieszam.
Elżbieta - 2008-12-04, 15:24

Czerwona, piszesz świadectwo, może nie zdając sobie nawet z tego sprawy.
czerwona napisał/a:
Supeł, najważniesze to zachowac godnośc przed samą sobą. mam straszne doły bo , tak , jak napisałam , zostałam porzucona przez człowieka , którego bardzo i szczere i oddanie kochałam . Nigdy nic nie zrobiłam przeciwko niemu. kiedy jest mi strasznie źle i mysle o jego wielkim szczęściu i moim nieszczęściu czytam pismo święte- nigdy nie byłam "przesadnie" wierząca - polska średnia , przeciętny konsument , także w wierze . Teraz odczytuję to wszysko na nowo , kiedy mysle, że ja jestem na dnie - wbita tam bez powodu przez człowieka , którego kochałam i za którym tęsknię , czytam słowa , z ktorych płynie sama madrość , wiedza , jak żyć , jak sobie radzić.Kiedy ogarnia mnie złość , kiedy się duszę z żalu i chcę sie z bezsilności i rozpaczy mścić czytam : Pomstę mnie zostaw. Ja odpłacę - mówi Pan. ,kiedy czytam , że bez miłości byłabym jak miedź dzwięcząca albo cymbał brzmiący -robi się lżej . Bo całą tę sytuację trzeba zacząć oceniać inaczej - nie tak "po ludzku" . To ja nic złego nie zrobiłam , czemu sie boję , czemu jest mi cieżko ? Ważne , że ja nic złego nie zrobiłam, ważne , że nie muszę sie mścić i nie chcę nienawidzić.To przynosi ulgę , nie trzeba się już tak szarpać - wszystko mozna zobaczyć w innym wymiarze i pomyślec nawet ze współczuciem o tych , ktorzy nas zranili. Trzeba to wszystko sobie przewartościować , wszyscy chcemy być szczęśliwi takim ludzkim , prostym szczęściem ( ktore szczęściem nie jest)- czasem trzeba swoje pocierpieć. Tak się pocieszam.


Kiedy czytasz Pismo Święte napełniasz się Duchem Świętym,
a Duch Święty to owoc-miłość, więc napełnia Cię Miłość Boża.

To owoce działania Ducha Świętego.

Czytając Słowo Boże (Pismo Święte), Duch Święty wypełnia Twoją duszę miłością i jest Ci "inaczej",
lepiej Ci znieść, łatwiej i patrzysz na wszystko miłoscią.


Cytat:
Tak się pocieszam.


Duch Święty, o którym pisałam wyżej jest Pocieszycielem.
I teraz czy to Ty się pocieszasz, czy to On Cię pociesza?
:-)

Ty myślisz, że Ty się pocieszasz,
a widzisz,
to On Cię pociesza.
Taki wydzisz ON TO JEST.
"POCIESZYCIELEM jesteś ZWAN" - mówimy DO NIEGO.
Mówimy tak do Niego.
Przyjdź Duchu Święty, pociesz mnie.
Na mszach świętych o uzdrowienie - mówimy zwłaszcza.
Pociesz mnie, mówimy. Duchu Święty pociesz mnie. I ON pociesza. Słowem Bożym.

czerwona - 2008-12-04, 15:50

Elżbieto , nie jestem takiej wiary jak Ty , nie wiem , czy to świadectwo , to sposob na radzenie sobie w tym świecie , ktory teraz mam . rozpłakałam się - nie tak to oceniałam, czuję intuicyjnie , że to jedyna dobra droga - tam naprawdę jest napisane jak trzeba żyć, jak przetrwać taki kryzys , tam każde słowo na wagę złota, nie wypatrywałam w tym świadectwa - po prostu zawsze robi sie lżej - polecam wszystkim - Wanbowie , ktora pisze, że nienawidzi .
Mną też targają wielkie emocje ( najbardziej niszczy złość i nienawiść) ale tak sobie radzę.

Elżbieta - 2008-12-04, 17:01

Robi Ci się lżej, bo Duch Boży jest przy Tobie. Tyle. Nic więcej.
TO NORMALNE. Tak działa Bóg przez Ducha Świętego.

Ci co czytają Słowo Boże tego doświadczają - pocieszenia i nauki miłości i Ty doświadczyłaś.
To wszystko, a jak wiele...
Tak działa Bóg.
Chwała Bogu więc za to, że Jest.

Ty masz wiarę... małą, większą, to nie ma znaczenia. Ważne, że masz wiarę w Boga.

pozdr :-)

czerwona - 2008-12-05, 08:25

Supeł , chciałam jeszcze napisać, że "stosowanie""stanowczej miłości" nie ma sensu w sytuacji gdy po drugiej stronie jest człowiek wyprany z uczuć .
Kiedy czytam Wasze wpisy o mężach, którzy robią zwykłe ohydne świństwa ( tak jak mój) nie widząc w tym nic złego, wiem , że "stosowanie" czegokolwiek nie ma sensu . Oni albo sami muszą przejść oświecenie albo są na stracenie .
Miłość stanowczą trzeba wówczas stosować do samego siebie - kochać siebie tak stanowczo , żeby nie pozwalać się więcej ranić ani sobą pomiatać. Siebie i dzieci , jeśli są . Nic nie są warci ci "mężowie". To biedni ludzie tak naprawdę , którzy nie odróżniają dobra od zła.
Podziwiam Cię Supeł , wyobrażam sobie jak Ci ciężko , ja nie mam kontaktu z moim byłym mężem i nie muszę znosić jego chamstwa na co dzień a i tak cały czas te wszystkie zadane mi słowa przeżywam - na nowo i na nowo. Moim marzeniem jest wykreśłić go z pamięci- marzenie nie do zrealizowania.

supeł - 2008-12-05, 08:59

Własnie dostałam projekt pozwu rozwodowego. Podobno nasze małżeństwo nie istnieje już 3 lata..., a podzieliła nas różnica charakterów. Boże co z tym zrobić. Tak po prostu odpuścić? Dowodów jego winy mam dziesiątki. Proszę o modlitwę, bo sama chyba nie potrafię podjąć dobrej decyzji. Jak dalej żyć pod jednym dachem...
czerwona - 2008-12-05, 09:03

To zależy - czy masz siłę się szarpać - albo udowadniasz jego wyłączną winę i zgadzasz się na rozwód albo nie , albo też wyrażamsz zgodę na nieorzekanie winy i rozwód. To zależy , różnica jest też w ewentualnych alimentach na Ciebie, teraz nie mam czasu - mogę Ci napisać na privie później , napisz , czy jesteś zainteresowana.
supeł - 2008-12-05, 09:07

Jestem zainteresowana każdym dobrym słowem w tej sytuacji. Dzięki.
samotna - 2008-12-05, 09:36

Jestem przerażona!!!!!!
Czytam i zastanawiam sie kiedy i do mnie przyjdzie pozew, czy raczej mąż weźmie mnie na przetrzymanie, aż sama pekne psychicznie i złożę pozew - chyba na to liczy, bo że myśli o rozwodzie to pewne, wczoraj dał temu wyraz.
A ja nie wyobrażam sobie jego powrotu, nie ma nawet ku temu przesłanek, a ciągle cierpię, tęsknię i bardzo boli.

[ Dodano: 2008-12-05, 09:47 ]
supełku,
pozdrawiam i życze Ci dużo siły. Podobnie jak u ciebie - mąż mieszka jeszcze z nami, ale niedługo przeniesie sie pietro wyżej, co tez nie zmieni mojej sytuacji/ mam namysli emocje i o tym, ze ciągle bede narażona na ciągłe widzenie/.
Trudno bedzie mi odciąć się i zdrowieć. Ciągle mam zmienne nastroje od siły po płacz i lęki.
Tak ciężko zrozumieć i pogodzić się z tym co sie stało.
Tak trudno przyjąć do wiadomości, ze moje małżeństwo nie było dobre, a tylko mnie sie wydawało, ze tak jest. W głowie mojego męża umarło już dawno, a jeszcze był ze mna, usypiał czujność..... Boże - daj mi siłę i wszystkim nam, którzy tu walczymy. Codziennie o to proszę w mojej skromnej modlitwie.
Ja ciągle chyba męża kocham. Pisze chyba, bo sama próbuję uśpić tą miłość. Miłość, którą sam zdeptrał, zniszczył. Sama siebie jeszcze oszukuję wmawiając sobie, ze już moja miłość wygasa, a tymczasem....gdyby nic dla mnie nie znaczył - nie byłoby mnie tutaj.Boże, Jezu i Matko Boża - podaj prosze swją dłoń i przeprowadź nas przez to piekło.

Elżbieta - 2008-12-05, 09:53

samotna napisał/a:
Boże - daj mi siłę i wszystkim nam, którzy tu walczymy. Codziennie o to proszę w mojej skromnej modlitwie.


gdyby nic dla mnie nie znaczył - nie byłoby mnie tutaj.Boże, Jezu i Matko Boża - podaj prosze swją dłoń i przeprowadź nas przez to piekło.


(Mt 9,27-31)
Gdy Jezus przychodził, szli za Nim dwaj niewidomi którzy wołali głośno: Ulituj się nad nami, Synu Dawida! Gdy wszedł do domu, niewidomi przystąpili do Niego, a Jezus ich zapytał: Wierzycie, że mogę to uczynić? Oni odpowiedzieli Mu: Tak, Panie! Wtedy dotknął ich oczu, mówiąc: Według wiary waszej niech wam się stanie! I otworzyły się ich oczy, a Jezus surowo im przykazał: Uważajcie, niech się nikt o tym nie dowie! Oni jednak, skoro tylko wyszli, roznieśli wieść o Nim po całej tamtejszej okolicy.


Głośne wołanie niewidomych ujawnia ich zmęczenie życiem. Podobnie i my, utrudzeni życiem i zniechęceni sobą, wołamy: „Ulituj się nad nami”. W odpowiedzi Jezus pyta nas o wiarę, która nie jest szukaniem cudownej ingerencji uwalniającej od cierpienia, lecz aktem ufności wobec Pana. Taka ufność przywraca czystość serca, która pozwala oglądać Boga. Nakaz milczenia o tym, co się wydarzyło, to w rzeczywistości troska Jezusa, abyśmy doznając tak wielu łask od Niego, nie zatrzymali się na szukaniu sensacji i cudowności. Głębokie doświadczenie Jezusa w Eucharystii skłania serce do cichej kontemplacji naszego Mistrza i Pana. Dziękujmy Mu w sercu za Jego miłość i okazane łaski.
Ks. Jakub Szcześniak,

Wszystko dobre dla nas zaczyna się od aktu ufości wobec Pana.

martin - 2008-12-05, 09:59

supel - bardzo smutna Twoja sytuacja, ale jak masz dowody na jego wine, to je wyciagnij i nie zezwalaj na rozwod. W podobnych watkach ludzie juz pisali, ze jesli nie nastapila rozdzielnosc mieszkaniowa to przeczy jego falszywej tezie, ze nie bylo juz dlugo Waszej relacji.

samotna - przeciez sama nie skladaj wniosku!! Sama wiesz, ze to grzech, a rozwod nic nie zmienia w oczach Boga. Chcesz na siebie sciagnac wine jeszcze? Widac po Tobie, ze jestes ostatnio mocno podlamana. Wielu z Nas tutaj tak ma, lepsze, gorsze dni. Ale nie mozesz Ty przylozyc reki do tego. Widzisz sama i mowisz to, ze go kochasz. A to znaczy, ze bylas prawdziwa w swoim uczuciu i jestes w nim. I dotrzymujesz przysiegi.

czerwona - przeciez jestes z Nim zwiazana sakramentem. To jak go wykreslic? Po ludzku mozna probowac, nie myslec. Ale i tak bedziecie polaczeni. Moze kiedys on napisze watek taki jak teraz pisze Sill12...

EDIT: dzieki Ela. Ja mimo, ze ciezko mi idzie to tez tego zawierzenia bardzo potrzebuje. Pieknie piszesz.

czerwona - 2008-12-05, 11:05

Martinie , wątek Sill wcale mi się nie podoba . Napisała go tylko dlatego ( moim zdaniem oczywiście - ja to tak odbieram) , że przejechała się na swoim romansie i nowym partnerze . Uczucie do drugiego człowieka powinno być samo z siebie, niezależnie do tego , czy jest nam z kimś innym dobrze czy źle . To , czy on kiedyś bedzie żałował nie ma tak naprawdę znaczenia - zło się stało . Łączy nas sakrament ale on go nie szanuje ani nie czuje. Tak , jak napisałam - albo dozna olśnienia albo wszystko stracone.Ja nie mam na to wpływu. Chcę go unieważnić tak jak on mnie unieważnił.Inaczej się nie da żyć .Nie myśleć się nie da ale trzeba sobie to wszystko przewartościować.
NORBERT - 2008-12-05, 12:13

włączę sie do postu ..czerwona nie wiem co chciał martin ci przekazać...ale przykład sill..jest własnie dobrym przykładem....to ze twój mąż teraz czuje ze jego trawka jest bardzo zielona nie oznacza że z czasem nie wypłowieje....kogoś kochac....a jak mozna mówic o miłości..w dobie kryzysu,zdrady,upadku małżenstwa..czerwona choć to brzmi brzydko istnieją dwa fronty..dwie ściany....rzucacie w nie nawzajem..wrzucacie sobie ochydę..potem cos takiego jedno żałuje ,myśli,zastanawia się a moze jeszcze nie!!!!...a druga strona dumna,w poczuciu obrazy...z myslami jak tak mozna to ja teraz nie....i za jakiś czas znowu inna wersja ..starający sie wkoncu dochodzi nie to nie ..i druga strona
zaczyna sie zastanawiać co dalej..rozumiesz czerwona jak dzieci wieczna przepychanka...i ta przepychanka moze trwac i trwać...widzisz ja tez tego nie mogłem pojąc a moze odpuścic
zobaczyc co z czasem los przyniesie...napisałas mąz podeptał związek sakramentalny...to teraz ty załatwiasz to destruktywnie bo tobie nagle tez przeszło....czerwona ...moja droga do zrozumienia co to jest związek dwojga ludzi..a do tego jeszcze co to jest związek sakramentalny ..tez trwała jakis czas...ja też kiedys zdeptałem mój związek!!!!...teraz juz wiem co zrobiłem ,zrozumiałem....czemu zakładasz że mąż twój nigdy nie zrozumie????

czerwona - 2008-12-05, 13:36

Norbercie Kochany ! Jak patrzę w jego zimne stalowe i oczy i widzę odbijające się w nich złotówki i żal , że musi się ze mną jeszcze nimi podzielić - a przecież narzeczona wymagająca kobieta to moja wiara w niego schodzi do 0 . Jak napisałam - może go kiedyś olśni .... może ....ale szansy na to dużej nie widzę . Nie piszę tutaj i nie napisałam nigdy tych wszystkich okropności , które zrobił , on zniszczył , zdeptał dla tej laluni wszysko , cały nasz związek - też ten przed zawarciem małżeństwa - a znaliśmy się długo , niczego nie uszanował , nawet tej wspólnej młodości . To był mężczyzna mojego życia , za którym bym poszła na koniec świata o on wszystko opluł z obrzydzeniem. Naprawdę .Skruchy żadnej nie okazuje , nawet grama . Więc na cóż mogę liczyć ? Trzeba przetrzeć oczy i zobaczyć świat takim , jakim jest a nie takim jaki byśmy chcieli. Podrawiam Cię .

[ Dodano: 2008-12-05, 14:16 ]
Norbercie , tak , jak napisała Monika w "Życzeniach świątecznych"- ja go nie znajdę , on musi sam.

NORBERT - 2008-12-05, 14:24

czerwona i w tym sens że nie ty masz liczyć na kogoś ty licz na siebie ,na swoja siłę ,na swoj pozytywny nastrój=ich sie trzymaj....sama nieraz piszesz nie masz wpływu na kogoś ,nie masz wpływu na jego myśli,odczucia na jego zachowanie...ten ktos musi sam z tym dojśc..czy warto było?...czy to czego chciał?..czy jest z tego szczęsliwy?..czy jego decyzja jest i była słuszna?....każdy jest kowalem swego losu...każdy działa jak chce....kazdy ma swoje wartości....i każdy musi dojśc że nieraz trzeba złamac zasady w imię czegośl ub kogoś....czerwona spokoju i radości.....święta to znak czystego serca tego ci życzę i zresztą wszystkim na forum!!!!!!!!!!
czerwona - 2008-12-05, 14:54

Dziękuję , te święta będą ciężkie , myślę, że przeleją czarę goryczy, szczerze napiszę, że nie wierzę w niego , z głębi serca to piszę - nie wierzę w niego, on jest w innym świecie - wiecie jakim i wiecie jakie ma wartości ,sam ze sobą dojdzie tam gdzie teraz zaszedł - to chyba jest wszystko na co go stać.

[ Dodano: 2008-12-05, 14:54 ]
Ale piszcie dalej - Czy wierzycie , proszę !

NORBERT - 2008-12-05, 15:35

a to zle bo wiarę w innego człowieka zawsze trzeba mieć,taka wiara pomaga nawet tej drugiej stronie zmobilizowac swoje zycie nawet jak zagłuszony,zaślepiony z początku tego nie widzi..czerwona ciągle tylko widząc swoją racje ,swoje odczucia..widząc tylko siebie -swój beznadziejny los stawałem się coraz większym egoistą....wtedy zrozumiałem..nie wyłączam siebie z patrzenia na siebie ale zwracam uwage tez na innych to co czują ,czego pragną...teraz wiem dzieki temu czuję się lepiej..i choc w wielu oczach nadal nie jestem wiarygodny..bo na to pewnie całe zycie będe pracować!!!!....ale ja sam dla siebie czuję się lepszy,doskonalszy...zadajesz pytanie czy liczę????...tak ja liczę choć to jest zalezne o bardzo wielu czynników...okreslę 50% na 50%.........jedna połowa jest moja ..ale druga nalezy do kogoś innego...jeszcze do niedawna starałem się sterowac i nie moja 50 ,ale uznałem nadal wpływam,nadal ja oczekuję..a przeciez to nie moje 50% dlatego pozostawiam je właścicielowi....chyba przeszedłem wkońcu swój próg..uffff na to czekałem
czerwona - 2008-12-05, 18:11

Norbercie , będę trwała przy swoim , to zły rozkapryszony dzieciak ,pusty w środku , taki , który przypala mrówki albo wyrywa owadom skrzydła bo sam nie wie , co to ból - robi to dla zabawy , sadystycznie . Zabrał swoje zabawki i poszedł i jest zły , że nie zdążył zabrać wszystkich - to jedyne, co go martwi. Jest pusty , próżny , bez empatii , wierzy tylko w pieniądze, nie ma żadnych wartości , nie wierzy w Boga , nie wie , co to odpowiedzialnośc , co to małżeństwo . Liczy się tylko on , jego wygoda , jego zabawki , do których zalicza się teraz lalunia. W środku jest jak wydmuszka - nie ma żadnego środka , jest tylko powłoka , środek zmącony przez jakieś pierwotne instynkty.
Ja mam tylko problem czemu nie dojrzałam tego wcześniej. Gdzie były moje oczy - patrzyłam a nie widziałam . Potrafi łgać bez mrugnięcia okiem . W sumie żal mi go - on nic nie rozumie o co w tym świecie chodzi , dalczego nie warto być świnią , ba , on nawet chyba nie rozumie , co to znaczy być świnią . Jestem współodpowiedzialna za to , że stał się ( zawsze był ??) taki.
Dlatego właśnie w niego nie wierzę , Pan Bóg musiałby się bardzo napracować a ma chyba ważniejsze sprawy na głowie.

[ Dodano: 2008-12-05, 18:16 ]
Piszcie proszę! czemu nie piszecie , jestem ciekawa , czy naprawdę wierzycie.

Anula - 2008-12-05, 19:48

Nie wierzę choć bardzo chciałabym wierzyć .
Nie wierzę - po 3 latach faktycznej całkowitej separacji .
Nie wierze - po roku bez żadnego kontaktu ( z wyjatkiem jednego obowiazkowego spotkania ) .

Życie bez tej wiary , w tym aspekcie jest przewidywalne bardzo , nic sie przecież ze strony małżonka dobrego nie wydarzy .
Jednocześnie , mimo wszystko takie życie tez potrafi być bardzo zaskakujące - na innych płaszczyznach . Bez męża .

Mimo braku wiary w uzdrowienie naszego małżeństwa Trwam wiernie - dla siebie i dzieci .
Pozdrawiam serdecznie .

TEOR - 2008-12-05, 19:49

Ja napiszę tak. Szczerze wierzę, że każde małżeństwo może być uratowane, bo wierzę też, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. To, co napisałam nie oznacza jednak, że każde małżeństwo będzie uratowane, bo ludzie mają wolną wolę. Żeby małżeńswo trwało i kwitło musi być wola obu zainteresowanych stron. Dopóki nie ma świadomej woli, że oboje chcemy, to i widoków na wspólną przyszłość nie ma. Niczego tu się nie da przyspieszyć, ani też wymusić, niczego też nie da się na siłę zmienić. Jedyne, co pozostaje, to czekać i ... modlić się, ... mieć nadzieję, ... i dać szansę. Doświadczenie kryzysu małżeńskiego z pewnością otwiera nam oczy i pozwala na głęboką refleksję na temat naszego dotychczasowego życia i na temat nas samych i osób, z którymi to życie dzieliliśmy, dzielimy i być może dzielić będziemy. Kryzys małżeński możemy odbierać, jak dany nam talent. To od nas zależy, co z nim zrobimy. W niektórych przypadkach, mam wrażenie, że kryzys jest po to, żeby uchronić jednego z małżonków przed tym drugim, który ciągnie rodzinę w otchłań. W innym przypadku taki kryzys to kubeł zimnej wody - daje szansę na otrzeźwienie. Jest też pewnie wiele innych przypadków. Nie ma uniwersalnej diagnozy na kryzys i na jego przezwycieżenie. Pozdrawiam. Życzę szczęścia. Niektórym z nas już się udało, wielu innym też z pewnością się uda!!!
ketram - 2008-12-05, 19:51

czerwona

Wierzę, że kiedyś to nastąpi. Powtarzam sobie: wiara, nadzieja, miłość.

Ogrom agresji, niesprawiedliwych osądów, to wszystko wypisz wymaluj, jak u Ciebie 8 miesięcy w separacji (sądowej). Sam nie wiem, jak to przetrwałem. No i pytam się, jak Ty - czy jest jeszcze w co wierzyc? Teraz zaczynam słyszeć o rozwodzie. Po tamtej stronie - brak jakiegokolwiek uczucia czy woli. Karczemna awantura, gdy padła z mojej strony kwestia świąt, opłatka, jest przecież dziecko. Usłyszałem, że jestem chyba psychicznie chory, skoro przychodzą mi do głowy takie rzeczy. Oficjalnie nikogo trzeciego nie ma. Pytałem. Ale kto by się przyznał? Słowo, może już nawet wolałbym wiedzieć - ale ciągle nie wiem. Równie dobrze może naprawdę nie ma?

Nachodzą mnie coraz częściej momenty całkowitego zwątpienia. A często mówimy tu na forum o zmianach sami dla siebie. Zatem pytam wówczas siebie, czy powinienem rozpocząć pracę nad sobą w kierunku zaakceptowania stanu, że nigdy do siebie nie wrócimy. Zona jest o tym absolutnie przekonana. No ale przypominam sobie słowa przysięgi, wracają wspomnienia, kiedy żona była "absolutnie przekonana" że będziemy na zawsze razem. I myślę - nie znam jutra. 8 miesięcy temu też nie znałem jutra. Pytam się, jak powinien zachować się prawdziwy mąż? Myślę, że swoje lekcje odrabiam - nie robie z siebie niewinnego - popełniłem mnóstwo błędów: komunikacja, egoizm, niechęć do zrozumienia emocji żony. Przez ten czas zaliczyłem terapie, lektury, rozmowy, zbliżyłem się do Boga bardziej niż zwykle. Myślę, że prawdziwy mąż powinien trwać. Nauczyłem się już, że miłość to wybór. Wybrałem.

Pytam też Boga - Jezu dla kogo jest ten kryzys, dla mnie czy dla żony? Słyszę wtedy zawsze odpowiedź - dla Was.

Niestety popełniam ciągle błędy. Polegają one na tym, że jestem zbyt czytelny dla żony. Ona jest przekonana, że gdyby jej się zachciało, to ja z otwartymi rękami ją przyjmę. Problem polega na tym, że po mnie to widać. Raz, ze ją to drażni, dwa, że łatwiej jej, bo zawsze ma taką alternatywę.

Ciekawi mnie również, jak dalece można się zmienić. W przypadku moje żony dotyczy to nie tylko takich "detali", jak kwestia małżeństwa i rodziny - ale także diety, stosunku do pracy, zdrowia, wychowywania dzieci.

I jeszcze te oczy - inne, obce, złe.

A jeśli jest chora? Na duszy? Czy mąż może opuścić chorą żonę?

Robie swoje. Kocham na odległość. I pracuje nad tym, aby być mniej czytelnym. I oczywiście nad tym, abym był lepszym człowiekiem.

Tak, wierzę

czerwona - 2008-12-05, 20:34

Ketram , u mnie to samo - inne , obce , złe oczy. Nie mogę i nie chcę w nie patrzeć . Siebie trzeba zmieniać - uważam , że po to, by umieć żyć bez współmałżonka - nie po to by znów razem z nim żyć - bo faktycznie do tego zawsze potrzebna jest wola dwóch stron. Trzeba się uczyć życia na nowo , swoje odcierpieć , stoczyć heroiczną walkę , tyle osób ją toczy , czemu nie ja ,Samotna , czemu nie Ty ?Ważne ,żeby starać się ja wygrać a , że będzie bolało - to widać musi . A potem ból się wypali i trawa znów się zazieleni.
Samotna - A KIEDY BÓL SIĘ WYPALI TRAWA ZNÓW SIĘ ZAZIELENI .Tak , czy siak - zazieleni się.

samotna - 2008-12-05, 20:39

czerwona,
dzieki Ci - Ty wiesz dobrze co czuje i jak targają mna emocje, Ty mnie słyszysz,
i wiesz jaka huśtawka u mnie.
Oczy zapuchnięte od łez.
tak bardzo chciałabym wierzyć....

NORBERT - 2008-12-05, 21:07

czerwona ty jestes ofiara tej trzeciej...to jest twoje cierpienie i twój stan....a czy ketram jest ofiara tego trzeciego...ja mysle że ketram nie odrabia lekcji.....ketram..czy twój stan to nie wynik konsenkwencji.....to nie stan za czyny,słowa wykonan przez ciebie....zimne oczy napisałes a czy sam przez swoje działanie nie wyziebiłeś ich......ketram....ja dzisiaj wiem to ...zrobiłem zle...zdruzgotałem wszystko co mozna w małżenstwie..i moze faktycznie nie jestem az taki jakim mnie widziano..i moze nie dokonałem az tyle zła....ale wiem jedno ....jeszcze jakiś czas temu....tak zmieniłem wiele w sobie,odnalazłem sens zycia sens małżenstwa....sens
kobiety jaka została mą żona....zrozumiałem potrzeby i wiele innych.....ale nadal siedziała we mnie tez i moja krzywda....szukałem usprawiedliwienia swych czynów,szukałem zła i wad w mej zonie,nie wierzyłem ze stan w jakim tkwię jest na moje zyczenie ....dzisiaj juz wiem....nie otworzyłem całkiem serca....ketram trzeba sie przyznac tak to ja doprowadziłem do mego stanu,tak to ja spijam konsenkwencje swoich czynów....i daj mi Boze godnie przyjąc moje konsenkwencje ....oczyśc me serce....i prowadż....Ketram doszedłem do swojego progu...przyjołem wszystkie swe uczynki....przeprosiłem sam siebie za swoje zło....i wiesz mysli moje juz nie bładzą,serce moje jest spokojne....tak trzeba wkoncu przyznac sie samemu przed sobą,aby uwolnic sie od poczucia winy!!!!!!

chris - 2008-12-05, 21:32

ketram napisał/a:


Niestety popełniam ciągle błędy. Polegają one na tym, że jestem zbyt czytelny dla żony. Ona jest przekonana, że gdyby jej się zachciało, to ja z otwartymi rękami ją przyjmę. Problem polega na tym, że po mnie to widać. Raz, ze ją to drażni, dwa, że łatwiej jej, bo zawsze ma taką alternatywę.


I jeszcze te oczy - inne, obce, złe.

A jeśli jest chora? Na duszy? Czy mąż może opuścić chorą żonę?

Robie swoje. Kocham na odległość. I pracuje nad tym, aby być mniej czytelnym. I oczywiście nad tym, abym był lepszym człowiekiem.

Tak, wierzę


ketram, przeczytałem w Twoim pscie to, co sam mógłbym napisać...


Być mniej czytelnym dla żony...

ketram - 2008-12-05, 21:46

Norbert

W czasie przesłuchań na gestapo ludzie przyznawali się do wszystkiego. W pierwszym okresie mego kryzysu - tak samo było ze mną. Jeden z moich sukcesów w pracy nad sobą - po kilku miesiącach - polegał na tym, że zacząłem odróżniać zarzuty prawdziwe od niesprawiedliwych. Potrafię je odróżnić.

Proponujesz, aby wziąć za wszystko odpowiedzialność. Biorę. Resztę powierzam Bogu. Ale także w trosce o żonę, modlę się, aby ona zobaczyła, co po jej stronie było i jest nie tak.

Tyle, że liczę że ona sama na to wpadnie. Albo Bóg jej oczy otworzy.


chris

Pracujmy nad tym.

Elżbieta - 2008-12-05, 21:57

czerwona napisał/a:
Norbercie , będę trwała przy swoim , to zły rozkapryszony dzieciak ,pusty w środku , taki , który przypala mrówki albo wyrywa owadom skrzydła bo sam nie wie , co to ból - robi to dla zabawy , sadystycznie . Zabrał swoje zabawki i poszedł i jest zły , że nie zdążył zabrać wszystkich - to jedyne, co go martwi. Jest pusty , próżny , bez empatii , wierzy tylko w pieniądze, nie ma żadnych wartości , nie wierzy w Boga , nie wie , co to odpowiedzialnośc , co to małżeństwo . Liczy się tylko on , jego wygoda , jego zabawki , do których zalicza się teraz lalunia. W środku jest jak wydmuszka - nie ma żadnego środka , jest tylko powłoka , środek zmącony przez jakieś pierwotne instynkty.
Ja mam tylko problem czemu nie dojrzałam tego wcześniej. Gdzie były moje oczy - patrzyłam a nie widziałam . Potrafi łgać bez mrugnięcia okiem . W sumie żal mi go - on nic nie rozumie o co w tym świecie chodzi , dalczego nie warto być świnią , ba , on nawet chyba nie rozumie , co to znaczy być świnią . Jestem współodpowiedzialna za to , że stał się ( zawsze był ??) taki.
Dlatego właśnie w niego nie wierzę , Pan Bóg musiałby się bardzo napracować a ma chyba ważniejsze sprawy na głowie.

O, Czerwona, gdybyś wiedziała jak może być czarna dusza i jak bardzo ta dusza jest w otchłani, przestałabyś użalać się nad sobą.
Twój mąż jest w śmierci duchowej.
Nie piszę módl się za niego, lecz napiszę inaczej - zamów za niego msze święte wieczyste:
datek to 20 zł - u księży werbistów.

powtórzę:
Nie piszę, żebyś zaczęła modlić się za tego człowieka - męża,
to może być Najświętsza Ofiara - msza świeta (większej ofiary nie ma od śmierci krzyżowej Chrystusa)
ale conajmniej dziekować Bogu za krolę rosy w której jest TWOJA NADZIEJA.
ONA TAM JEST I TY JĄ ZNAJDZIESZ,
A ON NIE,
BO MĄŻ TWÓJ NIE ZNA BOGA I JEGO PRZYKAZAŃ.
JEGO DUSZA JEST SMUTNA I DLATEGO JEST W OTCHŁANI ŚMIERCI DUCHA.

Jak masz czas, przeczytaj tekst, warto poznać otchłań śmierci duchowej.

" Sakrament małżeństwa

Chciałabym tutaj poruszyć kwestię małżeństwa. Chciałabym Wam również opowiedzieć o wielkiej łasce płynącej z sakramentu małżeństwa. Gdy ktoś przyjmuje w kościele sakrament małżeństwa i mówi swoje „tak” i tym samym zobowiązuje się dochować wierności, być wiernym w dobrych i złych chwilach, wtedy obiecuje to samemu Bogu Ojcu. On jest tym jedynym świadkiem, gdy składamy sobie obietnice. Kiedy umrzemy, ujrzymy ten moment zapisany w księdze naszego życia. Widziałam, jak para małżeńska w owym momencie spowita była w niewymownie pięknej, złocistej poświacie. Bóg Ojciec zapisuje te słowa złotymi literami w naszej księdze życia. Kiedy później przyjmujemy Ciało i Krew naszego Pana, zawieramy przymierze z Bogiem i osobą, którą sobie wybraliśmy na małżonka/małżonkę, z którą chcemy dzielić całe swoje życie. Kiedy oznajmiamy naszą wolę, te słowa są zobowiązaniem nie tylko wobec partnera, ale i wobec Trójcy Przenajświętszej.

Pan pozwolił mi zobaczyć, jak w dniu mojego ślubu, gdy mój mąż i ja przyjęliśmy Komunię świętą, nie byliśmy tylko my dwoje, lecz troje: my i Jezus. Bowiem w chwili, gdy przyjęliśmy Komunię św., Pan tak nas jednoczy, że jesteśmy jedno. Bierze nas do Serca i w Jego Sercu stajemy się jedno. Razem z Jezusem tworzymy świętą trójcę. Człowiek zatem niech nie rozdziela tego, co Bóg złączył. I teraz pytam się: kto jest w stanie rozdzielić coś takiego? Nikt! Nikt, moi Bracia i Siostry w Chrystusie Panu, nikt nie może rozbić tego przymierza. Naprawdę nikt, po tym jak Bóg go pobłogosławił. I kiedy te dwie dziewicze osoby zawierają związek małżeński, o jakie błogosławieństwo spoczywa na takiej parze!

Ujrzałam również ślub moich rodziców: gdy mój ojciec wkładał mojej matce pierścionek na palec, a ksiądz ogłaszał ich mężem i żoną, Pan przekazał ojcu laskę pasterską, która wyglądała jak zgięta na górze świetlista laska; to jest łaska, którą Pan daje mężowi. To prezent autorytetu Boga Ojca, aby ten mąż mógł opiekować się małą trzódką swojej rodziny, którą są jego dzieci, dane mu w darze w małżeństwie, i aby bronił swego małżeństwa, aby strzegł swoich dzieci przed wieloma szkodami i niebezpieczeństwami, na jakie narażona jest rodzina.

Mojej matce Bóg Ojciec dał coś na kształt ognistej kuli i umieścił ją w jej sercu. Oznacza ona miłość Ducha Świętego; zobaczyłam, że moja matka była bardzo czystą kobietą. Bóg był pełen radości.

Nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, jak wiele nieczystych duchów próbowało zaatakować mojego ojca w tamtym momencie. Te duchy wyglądały jak larwy, pijawki.

Musicie wiedzieć, że gdy ktoś ma pozamałżeńskie stosunki płciowe, to wówczas te nieczyste duchy uczepiają się natychmiast tej osoby, oblepiają ją wszędzie, zaczynają od genitaliów, biorą w posiadanie ciało, hormony, osadzają się w mózgu, zajmują przysadkę mózgową, grasicę (glandula) i wszystkie neurologiczne miejsca organizmu ludzkiego oraz rozpoczynają produkcję mnóstwa hormonów, które pobudzają niskie instynkty. Przekształcają dziecko Boże w niewolnika swej żądzy, instynktów, pożądania seksualnego. Czynią z niego człowieka, o którym mawia się, że używa życia.

A my mówimy tak lekkomyślnie: raz się żyje – i to „raz” pociąga za sobą gorzkie konsekwencje…

Gdy para małżeńska jest dziewicza, Bóg jest szczególnie uwielbiony. Bóg zawiera z nimi święte przymierze i błogosławi ich seksualność. (To błogosławieństwo otrzymuje również para, która nie zawarła związku małżeństwa będąc czystą). Seksualność bowiem nie jest grzechem. Bóg dał ją jako błogosławieństwo. Tam gdzie małżeństwo zawierane jest przed Bogiem, tam jest On obecny, także w łożu małżeńskim. W sakramentalnie zawartym małżeństwie osoby udzielają sobie łask Bożych w intymnym obcowaniu, w związku niepobłogosławionym brudzą się wzajemnie swoim grzechem.

Bóg raduje się, gdy może im towarzyszyć w ich nowym życiu. Bóg i taka para tworzą jedność. Szkoda, że wiele małżeństw tego nie wie i nie myśli o tym. Gdy bierze się ślub w kościele jedynie z tradycji, nie wierząc w ten sakrament, błogosławieństwa nie ma.

Wielu myśli podczas ceremonii o tym, aby jak najszybciej się skończyła, aby mogli wreszcie świętować, jeść, pić, bawić się. Zapominają o Panu. Tak jak ja wtedy uczyniłam i zostawiłam Go samego. Do głowy mi nie przyszło, aby zaprosić Pana do mojego nowego domu, do mojego nowego życia. On tak bardzo lubi być zapraszanym do bycia z nami, we wszystkich sytuacjach życiowych. Chce, abyśmy odczuli Jego obecność. Wprawdzie jest obecny z racji sakramentu małżeństwa, ale lubi, kiedy z własnej woli Go o to prosimy i zapraszamy.

Także i ja nie zaprosiłam Go, aby po moim weselu przybył do mojego domu. Zostawiłam Go w kościele, potem spędziłam moje tygodnie miodowe, w ogóle nie myślałam już o Nim, powróciłam do domu, a On smutny pozostał na zewnątrz i w ogóle nie zwracałam na Niego uwagi, nie zapraszałam do siebie.

Ale jak dobrze byłoby dla małżonków, gdyby byli świadomi Jego obecności i nie popełniali tego samego błędu, jak ja wtedy. Przy ślubie moich rodziców najpiękniejsze było to, że Bóg przywrócił memu ojcu wszystkie łaski, które stracił z powodu swego rozpustnego życia. Bóg uczynił to z miłości do mojej matki, jego żony, która jako dziewica zawarła związek małżeństwa. Bóg uleczył przez to zbrukaną seksualność mojego ojca i cały związany z nią nieporządek hormonalny. Ale ponieważ ojciec był bardzo „męski” – istny, tak zwany macho – i jego przyjaciele zaczęli go znowu zatruwać i zwodzić, mówiąc mu, aby nie dał się wodzić za nos swojej żonie, szybko go przekonali do powrotu do swego wcześniejszego trybu życia. Okazał się niewiernym swojej powierzonej żonie, mojej matce, już w 14 dni po swoim weselu i dał się zaciągnąć do domu publicznego, by udowodnić swoim przyjaciołom, że jest panem, że nie będzie pantoflarzem.

I wiecie, co się stało z laską pasterską, którą otrzymał od Pana? Demon mu ją zabrał. I wszystkie te brudne złe duchy powróciły i przykleiły się do niego. Mój ojciec przeobraził się z pasterza swojej rodziny w wilka, który nie chronił już swej rodziny, a otworzył demonom drzwi na oścież i stał się postrachem całego domu.

Mój ojciec powiedział we łzach po tamtej stronie: „Dzięki mojej cudownej żonie, twojej matce, która modliła się przez 38 lat za mnie o moje nawrócenie i prowadziła przykładne życie jako ofiarna matka, zostałem uratowany przed piekłem”.

Moja matka modliła się przez 38 lat swego życia za mojego ojca, który prowadził zepsute i pełne cudzołóstwa życie, także z winy mojego dziadka, który zabrał go, 12-latka ze sobą do domu uciech, by zrobić z niego mężczyznę. I wiecie, jak modliła się zawsze moja matka przed Najświętszym Sakramentem? Mówiła: „Panie, wiem Boże mój i ufam, że nie pozwolisz umrzeć Swojej służebnicy, zanim nie ujrzę nawrócenia mojego małżonka. Proszę Cię nie tylko za moim mężem, a błagam Cię również, abyś wspierał wszystkie te biedne kobiety, które znajdują się w tej samej nieszczęśliwej sytuacji, co ja. Szczególnie proszę Cię za tymi kobietami, które oddają się mocy wróżbitów, czarnoksiężników i innym narzędziom magii oraz siłom demonicznym. Proszę Cię za wszystkimi tymi, które w ten sposób sprzedają demonom swoje dusze i dusze swoich dzieci, zamiast być przed Najświętszym Sakramentem – przed Tobą – modlić się tutaj i Cię uwielbiać. Proszę Cię także za nimi. Wspieraj je wszystkie i uwolnij je z więzów złego!”

Tak modliła się moja matka. I wiecie, dlaczego zawsze kochałam swego ojca i na niego spoglądałam? Ponieważ moja matka była właśnie dobrą kobietą, która nas nigdy, ani na trochę, nie skłaniała do tego, by kogoś nienawidzić, a tym bardziej naszego ojca, mimo że dawał jej ku temu powody.

Czasami moja matka mawiała do mnie, jakoby miała widzenie i widziała, że po każdym ciężkim grzechu ziemia się otwiera i połyka daną duszę. Często naigrywałam się z tych jej opowiadań i nazywałam ją głupią oraz naiwną. Mówiłam często do niej: „Wiesz co, Bóg mi właśnie pokazał, jak otwarła się ziemia i połknęła tatę”. Mówiłam to nawiązując do jej wypowiedzi odnośnie ciężkich grzechów.

Ale w tym drugim świecie stało mi się jasne, że moja matka naprawdę miała mistyczną wizję. Odpowiedziała mi tak: „Tak, moja córko, widziałam twego ojca. Był spętany przez diabła, który chciał go zaciągnąć do otchłani. Ale musisz wiedzieć, że owinęłam go natychmiast moim różańcem i zaciągnęłam do kościoła przed Najświętszy Sakrament. To była ustawiczna walka. Szatan chciał go zaciągnąć w dół swymi pętami, a ja swoim różańcem ciągnęłam go z powrotem w górę. I kiedy wreszcie przyprowadziłam go do kościoła, rzekłam do Pana: „Oto przyprowadzam Ci go i ufam Tobie, że go uratujesz”.

Mój ojciec nawrócił się osiem lat przed swoją śmiercią. Z głęboką skruchą prosił Boga o przebaczenie, a miłosierny Bóg odpuścił mu. Mój ojciec jednakże nie odpokutował swoich czasowych kar za grzechy. Wprawdzie żałował, wyspowiadał się i otrzymał rozgrzeszenie, ale nie miał okazji odbyć pokuty. Dlatego znajdował się w Czyśćcu aż po szyję w tym cuchnącym bagnie, który już wcześniej opisałam.

Pokutowanie za popełnione grzechy i zadośćuczynienie to jedna z tych rzeczy, o których tak łatwo zapominamy. Właściwie to bardzo mało o tym myślimy. I jest też tak, że my sami z siebie bardzo mało możemy zadośćuczynić. Ale Jezus w Najświętszym Sakramencie może nam udzielić łaski, abyśmy mogli pokutować. Gdy Go odwiedzamy w Najświętszym Sakramencie i uwielbiamy Go, otrzymujemy często ten dar pokuty, zadośćuczynienia za skutki naszych grzechów. Właśnie w tym drugim świecie Bóg ukazuje nam, czym nasze grzechy skutkują dla innych. Cierpi On bardziej z powodu skutków naszych grzechów dotykających inne osoby, aniżeli z powodu samego grzechu, ponieważ te skutki są zazwyczaj bezpośrednim atakiem przeciwko Jego miłości. Bóg sam w Sobie jest miłością.

Eucharystia i adoracja Najświętszego Sakramentu to jedyna droga, która nas bezpośrednio prowadzi do Nieba. Zapamiętajcie to sobie! To bardzo ważne dla nas wszystkich.

Gdy ktoś zdradza swojego małżonka/małżonkę, zdradza Pana Boga. Łamie obietnicę, którą złożył Bogu i swojemu partnerowi w dniu swego ślubu. Jeśli ktoś zamierza nie dotrzymać obietnicy małżeńskiej, niech lepiej nie zawiera związku małżeńskiego. Pan mówi do nas: „Jeśli jesteś niewierny, sam siebie potępiasz. Jeśli nie jesteś wierny, to się nie żeń”.

Pan mówi: „Moje dzieci, proście Mnie, abyście mogły być wierne swojej małżonce/małżonkowi, abyście mogli być wierne waszemu Bogu”.

Ile szkód i cierpień doświadcza małżeństwo z powodu niewierności! Gdy np. mężczyzna idzie do domu publicznego albo rozpoczyna romans ze swoją sekretarką, to pomimo prezerwatywy zaraża się wirusem. Wtedy nie pomoże żadna kąpiel. Ten wirus nie ginie i później, gdy przychodzi do swej żony, przenosi tego wirusa na nią i ten zagnieżdża się w pochwie lub w macicy, a później rozwija się z tego rak. Tak, rak!

Kto więc odważy się twierdzić, że cudzołóstwo nie zabija?! I jakże wiele kobiet, które dopuściły się cudzołóstwa, boi się potem, że zostanie odkryty ich cudzołożny związek, i wtedy chcą usunąć dziecko? Zabijają niewinnego człowieka, który nie może jeszcze ani mówić, ani się bronić. To kilka przykładów nieprzewidzianych konsekwencji grzechów, krótkiej chwili przyjemności.

Cudzołóstwo zabija w wieloraki sposób. Potem mamy jeszcze czelność skarżyć się na Boga, atakować Go naszą bronią i zrzucać na Niego winę, gdy rzeczy nie mają się tak, jak tego byśmy chcieli, gdy mamy problemy, nawiedzają nas choroby. To my fundujemy sobie nieszczęście i ściągamy je na siebie naszymi grzechami. Za grzechem stoi zawsze przeciwnik, szatan. Otwieramy mu drzwi, gdy ciężko grzeszymy. I gdy spotyka nas jakieś nieszczęście, wtedy Boga obarczamy odpowiedzialnością za to. Biada temu, który próbuje zniszczyć małżeństwo. Gdy ktoś rujnuje małżeństwo, uderza w skałę, którą jest Jezus. Bóg chroni małżeństwo, nigdy w to nie wątpcie!

Chciałabym Wam też jeszcze powiedzieć, że musicie dobrze uważać na wszelkiego rodzaju teściów, którzy mieszają się do małżeństwa dzieci, aby zniszczyć ich związek, zaszkodzić relacji małżonków, siejąc nieufność, uważając się za kogoś mądrzejszego. Nawet jeśli nie lubicie swojej synowej lub zięcia, czy sprawiedliwie czy nie, nie mieszajcie się w ich związek. Lepiej pomódlcie się za to małżeństwo. Oboje są już w małżeństwie i nic już nie można zrobić. Jedyną rzeczą, którą możecie zrobić, to modlić się za nich. Módlcie się za to małżeństwo i milczcie. I ofiarujcie Panu to swoje milczenie, które być może nie przychodzi Wam łatwo. Wiele kobiet samo się potępiło, ponieważ mieszały się do małżeństwa swoich dzieci. To bardzo ciężki grzech. Gdy zauważacie, że coś nie jest w porządku, że jedno z nich grzeszy przeciwko małżeńskiej obietnicy, bądźcie cicho i módlcie się.

Proście Boga za nimi, proście Boga o pomoc. Możecie również porozmawiać z obojgiem i prosić ich, aby ratowali swe małżeństwo, aby brali pod uwagę swoje dzieci, gdyż małżeństwo jest po to, aby kochać, obdarzać się i wzajemnie sobie przebaczać. Trzeba walczyć o małżeństwo, ale nie poprzez mieszanie się i ustawianie po jednej stronie barykady."


źródło : zakładka świadectwo Glorii: http://www.kryzys.org/viewtopic.php?t=2807

kasia1 - 2008-12-05, 22:04

Na ostatnim spotkaniu wspólnoty w W-wie był mężczyzna, 15 lat po rozwodzie z sakramentalną żoną. Powiedział coś takiego...
"żałuję, że 15 lat temu, żona tak łatwo zgodziła się na rozwód... że nie walczyła... że nie pokazała,że Jej na mnie zależy... wtedy pewnie wściekałbym się za takie zachowanie, ale dziś żałuję, że tego nie zrobiła"
Niech każdy zinterpretuje to sobie tak, jak chce...

..monika.. - 2008-12-05, 22:04

A ja wierze.. Pewnie powiecie, ze mi latwiej, bo to JA ostatecznie doprowadzilam do zniszczenia mojego zwiazku.. To ja po kilku miesiacach samotnej i bezskutecznej (jak mi sie wtedy wydawalo) walki o Nas odpuscilam, poddalam sie. I wszystko zniszczylam. Zamknelam sie i oddalilam tak bardzo, ze nie widzialam juz potem walki mojego Mezczyzny. Oddalilam sie, zamknelam, zdradzilam, odeszlam :-(
przejrzalam na oczy.. Po fakcie...za pozno???
nigdy nie jest za pozno!
Odbilam sie od dna. I teraz plyne juz w gore. Sama.. ale z pelna otwartoscia na wole Boza. Ja juz nic nie moge. Nie chce moc. Wiem teraz, ze swoimi wlasnymi wizjami, planami, metodami tylko coraz bardziej mieszamy i sie gubimy.
pracuje nade mna..tyle moge zrobic. Widze, co we mnie bylo zle i po kolei, z BOZA POMOCA, siebie naprawiam.
dla mojego zwiazku nie moge juz zrobic nic..decyzja juz nie nalezy do mnie, nie mam wplywu na to czy moj Mezczyzna kiedykolwiek zechce mi wybaczyc i dac Nam jeszcze jedna szanse.

Ja dzialam tam, gdzie moge. Tam, gdzie nie moge - juz na sile nie probuje - tam miejsce na dzialanie Boga. Ale czy wierze?? Calym sercem!

wito - 2008-12-05, 22:20

ketram napisał/a:
Norbert

W czasie przesłuchań na gestapo ludzie przyznawali się do wszystkiego.


tiaaa i Maleszka i wielu innych zdrajców też zostało "złamanych" - tiiaaa.
Na całe szczęście byli też tacy jak Janek Bytnar, którzy zdawali sobie sprawę z tego, że zdrada pociąga za sobą ogromne konsekwencje, że nie wszyscy są na tyle silni by wytrwać.
Zdrada pociąga za sobą ogromne konsekwencje, zmienia życie małżeństwa, dzieci, rodziny, czasem całego otoczenia. I nie chodzi tu jedynie o zdradę fizyczną są też zdrady duchowe.

ketram napisał/a:
aby ona zobaczyła, co po jej stronie było i jest nie tak

nie licz na to - będzie Ci łatwiej.
Uważam, że czerwona ma rację - to są emocjonalni nieudacznicy, którzy wyrywają owadom skrzydełka. Nie wahają się krzywdzić własnych dzieci by postawić na swoim.
NORBERT - to twoje ciągłe 50/50 i szukanie winy w sobie, przypomina mi pewien stereotyp, z którym się zetknąłem niedawno w sądzie "najlepszy ojciec jest gorszy od najgorszej matki" i za dwa dni się przekonałem że baba - tak bo inaczej nie mogę określić tej kobiety w todze, ma nierówno pod sufitem, wydała kiedyś wyrok- przyznając dziecko matce, która wyrzuciła z domu syna, przyjął go ojciec urządził mu pokój i co - nico. Stereotyp chłopie - taki jak wina po połowie, każde małżeństwo jest do uratowania, sąd biskupi to ściema i wiele innych, które często wpędzają ludzi w doła zamiast pomagać z niego wyjść.

PS - chłopiec i tak mieszka z ojcem bo matka go olewa.

czerwona - 2008-12-05, 22:26

Elżbieto , nie nienawidzę mojego męża , wiem , że on potrzebuje pomocy , że sam ze sobą raczej nie da sobie rady , sam z tej drogi raczej nie zejdzie. Tak ,jak napisałam , Bóg musiałby mocno nad nim popracować . To wszystko bardzo trudne , za trudne na moją małą głowę , moja mała głowa tęskni za spokojem ,jest zmęczona . Uważam za swoją wygraną na tę chwilę, że nie nienawidzę go i nie czuję potrzeby zemsty . To już sukces - sukcesem jest też pozostawienie go samemu sobie - niech Bóg mnie wspiera w tym , obym wytrwała. Tak , jak wcześniej pisałam , to czy będzie tego żałował za 10 czy 15 lat to zupełnie inna sprawa - w to akurat jestem w stanie uwierzyć. Modlić się jednak za niego modlę tak jak za wszystkich.
NORBERT - 2008-12-05, 23:17

czerwona on wybrał swiat ....szybki ,kolorowy...ale nie wie jeszcze ze to swiat pusty.....to swiat przemijania...mamona-zbraknie,bryki-zaczna sie sypac..panienki-odwróca wzrok od starego dziada......i jedno co zobaczy to samotnośc...kto u boku....nikt.....rozumiesz człowieka z wypowiedzi kasi.....15 lat on jest juz po tym...rozumiesz go.... brak...brak bratniej duszy....wszystko przemija.....mozna nauczyc sie zyc samemu...ale we dwoje to co innego
ktos poruszał tu temat smierci ze łatwiej...tak łatwiej bo odchodzi osoba ukochana..nadal jest w naszym sercu zawsze mamy mozliwośc porozmawiac z nią....ale co jak nikt nas nie kocha.....przekreslic łatwo człowieka dla swoich mysli,dla swojego ja.....jedyne co słysze na tym forum to ciagłe JA,MNIE,DLA MNIE,O MNIE,MÓJ,MOJE......wieczna liczba pojedyńcza!!!!!!!!!

agnicha - 2008-12-05, 23:28

http://mipik.wrzuta.pl/au...iara_czyni_cuda

...moja odpowiedź...podpisuję się pod każdym słowem tej piosenki:)))

bird70 - 2008-12-06, 01:15

Czerwona, Samotna, Anula, Ketram... kochani-
pisałam już, że moje małżeństwo (cały 8-letni związek) było od początku trudne, dziwne? chore? Ale moje zaangażowanie było prawdziwe i na maksa...
Moja spóźniona miłość była niedoskonała, chora? ale prawdziwa, z głębi serca
I wiara w niego też była prawdziwa,
że w końcu dojrzeje- do trzeźwości, do odpowiedzialności, do dorosłej miłości,
że będzie chciał tak mocno, jak ja budować ze mną naszą rodzinę...
Wiele faktów moją wiarę umacniało... ale mąż nie dorósł do wierności i uczciwości... a mnie wreszcie po latach zaczęło uwierać zupełne odarcie z godności...
Zobaczyłam wreszcie, że siebie samą zdradziłam, zaniedbałam, że kochałam za bardzo i źle...

A teraz... on mówi bez emocji o rozstaniu, albo proponuje dziwny układ- mieszkajmy osobno, pomogę ci w tym kraju, jeśli chcesz to zostać... Nie pojmuje, że taka sytuacja zniszczy mnie psychicznie, bo ciągle będę czekać na niego...
Więc skupiam myśli na moim nowym, pojedynczym życiu w Polsce bez niego...
a co dalej- aż boję się myśleć, skoro teraz czasem wyć się chce- na jego obojętność, chłód, nieobecną obecność...
Chyba przestaję wierzyć, że jemu kiedykolwiek będzie zależało na prawdziwym małżeństwie, w którym słowa przysięgi nie są tylko niechcianą presją, ale własnym wyborem...

czerwona - 2008-12-06, 08:53

Bird 70 - ja też się boję ,bardzo, też widzę po drugiej stronie chłód i puste oczy . Trzeba przestać zaklinać rzecywistość , również myślę o pojedynczym życiu - czasem tak właśnie trzeba , czasem nie ma innego wyjścia
Norbert - dlatego jest tyle mnie ,ja itd na tym forum - to chyba dobrze , że właśnie zaczynamy myśleć i działać z myślą o sobie. Dużo gorzej jest kiedy ktoś cały czas mówi :on/ona zrobiła, powiedziała, odeszła,on to, on tamto. W pewnym momencie już nie ma znaczenia co on , ważne jest już tylko co ja ... Bo to ja muszę dalej żyć sama i to życie zbudować na nowo - co on wtedy robi - traci znaczenie - jest daleko ode mnie. Tak naprawdę jego już nie ma- to już nowy on w nowych ubraniach , z nową kobietą .
Norbert - wiem ,że to szybkie i puste życie - ale tak , jak napisałam powyżej - dla mnie już nie ma znaczenia co on teraz , co za 15 lat , ważne co ja teraz i co ja za 15 lat. Trzeba zacząć żyć tylko swoim życiem - jakiekolwiek by ono nie było..

NORBERT - 2008-12-06, 09:38

ja wiem czerwona ze trudno jest patrzec na oczy jakie sie wypaliły i sa zimne,ze trudno słyszec słowo jestes juz niepotrzebna,ze nic nie miało wartosci i nic nie istnieje,ze czujesz sie jakby cie nie było,ze naglek trch krecha i dla kogos tamto nie istnieje...ale czerwona
to słabośc takich ludzi..to nie radzenie sobie ze sobą..czy to oznacza ze masz sie upodobnic do niego nie niech twoje oczy patrza nadal z miłoscia ale jak z miłoscia do czlowieka to mu sie nalezy bo jest człowiekiem ...patrz na niego i powiedz sama sobie zal mi ciebie bo jestes w tej chwili chorym,biednym człowiekiem na duszy....to jest własnie ten spokój pogody ducha o jakim czesto pisze nałóg....patrzec z miłoscia na człowieka..zamykasz swe serce..ale zostawiasz w nim wszystkie piekne karty bo one były czerwona...piękne chwile
bo one tam w srodku zostały...nie mozesz zostac w sercu egoista bo ktos taki sie stał....czerwona to sie nazywa oddzielic uczucie od miłosci..uczucie umarło ale miłośc moze przetrwac latami....miłego dnia!!!!!!!

czerwona - 2008-12-06, 10:36

Wystarczy , że go nie nienawidzę Norbert , a miałabym za co , to już mój wielki sukces na dziś.
bird70 - 2008-12-06, 13:40

Myślę, Norbert, że piszesz o jakims następnym etapie tej drogi...
Nie można patrzeć z miłościa, gdy serce ci ciągle krwawi z poczucia krzywdy,
gdy nie umiesz sobie jeszcze poradzić z własną emocjonalnością...
Tak rozumiem Czerowną... Ja tak mam...
To, o czym piszesz- jako etap docelowy- ok, zgadzam się.
A na teraz musze zająć się swoim chorym sercem, opatrzyć je, zaopiekować się sobą samą (ci, co mają dzieci- jeszcze dziećmi), a sukcesem moim będzie
niemyślenie o mężu,
na patrzenie z miłością mimo wszystko- żeby było szczerze,
bez wymuszania na sobie, musi przyjść czas...
Tak czuję, tak myslę...

..monika.. - 2008-12-06, 13:49

bird70, zgadzam sie z Toba. najpierw jest czas na Twoja relacje z sama soba, na Twoja relacje z Panem Bogiem. dopiero kiedy w nich juz bedzie wszystko poukladane, kiedy w nich juz odnajdziesz siebie, swoje miejsce i sens.. dopiero wtedy jest czas na Twoja relacje z mezem.
samotna - 2008-12-06, 13:56

Odbiegnę od tematu czerwonej,
ale czy wierzycie, ze czyjeś złe słowa rzucone w naszym kierunku maja złą moc i odzwierciedlenie w naszym życiu?
Czy, czyjas zazdrość, ze nam jest/było/ dobrze moze miec wpływ na to, ze teraz jet źle?

Dlaczego pytam,
otórz przed samym ślubem zaczepiła mnie cyganka o jakąś wróżbę, czy grosz.
Byłam na zakupach przedślubnych, zaaferowana, więc odmówiłam - na co ona,
ech ty to zycie bedziesz miała.... ,nie pamietam nawet czy nie splunęła przez ramię.
Wiecie co, tyle lat od tego czasu minęło, ja o tym pamiętam, no i teraz w obliczu całej sytuacji chyba wiąże z tm faktem.

Druga sprawa, to mam koleżankę, z którą mam coraz luźniejsze kontakty. Zawsze jak z nia rozmawiłam to wyczuwałam jej zazdrość -
a bo Ty masz męża, a bo ty masz pieniądze, a nie przejmuj sie swoją chorobą, bo mąz Cie wspiera, a ty to masz to.... i tak ciągle..
Oj, chyba mi pozazdrościła, nawet jej sie nie przyznaję, ze od kilku miesiecy nie jesteśmy razem.
ostatnio też usłyszałam, a bo ty masz męża z którym to czy tamto robisz...,
a ja sobie w duchu pomyslałam dziewczyno - jak ty mało wiesz...

Wypowiedzci sie proszę, co o tym sądzicie. wiem, ze to forum katolickie i nie powinno się w to wierzyć, ale chyba cos w złorzeczeniu jest....?

bajka - 2008-12-06, 14:03
Temat postu: Re: Czy wierzycie ?
czerwona napisał/a:
Chciałam Was wszystkich zapytać i prosić o szczerą odpwowiedź. Czy naprawdę Drodzy Forumowicze wierzycie w to , że Wasze małżeństwa ( pytam szczególni tych , których małżeństwa się rozpadły i są w faktycznej długotrwałej separacji albo już po rozwodzie) zostaną jeszcze ocalone ?Czy wierzycie w to , że naprawdę będziecie jeszcze tworzyć rodzinę po np. 2 czy 3 latach rozłąki , zdrady itd. ? czy wierzycie w to szczerze , czy chcecie wierzyć ?Proszę o szczere odpowiedzi, co Wami kieruje , co czujecie do drugiej strony szczególnie kiedy nie ma żadnych znaków , że ta droga strona chciałaby powrotu , uzdrowienia ? Napiszcie .


nie, nie wierzę. zwłaszcza, żę nie ma żadnych znaków. zresztą ja juz na nie nie czekam. on jest zadowolony, ma swoje życie. ja układam swoje. w sumie jestem szczęśliwa. wreszcie nie cierpię. wszystko zaczyna mieć sens. mojego małżeństwa nigdy nie było. o tyle jest mi łatwiej. nie ma do czego wracać.

NORBERT - 2008-12-06, 14:38

samotna odpowiem tak całe swe zycie nie wierzyłem w horoskopy,wrózby ...zawiść ludzi itd
ale juz to kiedys napisałem jakies 8 lat temu miałem w nocy sen ze roztalismy sie z zona pamietam jak powiedziała mi nie mozemy byc razem nie wyszło nam ..trudno....obudziłem sie zmeczony i spocony spojrzałem obok jest spi .....to tylko głupi sen.....nie wiedziałem ze przejdzie w rzeczywistość......teraz sie zastanawiam czy to nie była przestroga od kogoś..czy to nie był ten pierwszy głos..człowieku....zrób cos ze soba ..zbagatelizowałem
i mam co mam....

czerwona - 2008-12-06, 14:49

Samotna , nie wierzę w żadne złorzeczenie , to nie jest mądre ani prawdziwe. Wierzę natomiast w znaki , które się pojawiają i wierzę w sny - które faktycznie te znaki przynoszą. Moje kłopoty wyśniła rok wcześniej moja koleżanka , która wtedy zadzwoniła i zapytała , czy u nas wszysko ok - bo miała dziwny sen , rok przed odejściem - wyśniła dokładnie moją aktualną sytuację. Ja wierzę w sny - może to głupie i dziecinne ale tak mam.

[ Dodano: 2008-12-06, 14:51 ]
w horoskopy , wróżby , cyganki i numerologię ,chińskie znaki zodiaku itd. nie wierzę .

samotna - 2008-12-06, 14:53

tzn. w sny - chyba coś ze sobą niosą.

Kiedy bliska osoba była w szpitalu, miałam sen - czułam, ze nie jest dobry, ale nie miałam odwagi sprawdzić. Poza tym byłam zajęta opieką nad nią. Po śmierci sprawdziłam - ewidentnie sen oznaczał smierć.

NORBERT - 2008-12-06, 15:24

może i to jakas zaleznośc ....ech nie wiem ...pisałem tez na tym forum ..podobny sen miałem 1,5 roku temu...sen o pojednaniu miedzy nami o tym ze pojednalismy się ze sobą i znowu sie smielismy,wygłupialismy- wtedy mieszkałem jeszcze w domu pamietam obudziłem sie i zobaczyłem że radośc moja to tylko sen bo zona spała już sama na innym łózku..nie wiem czy to znaki czy tylko działanie naszej podswiadomości....lecz zawsze słyszałem ze sny sie sprawdzają...
w.z. - 2008-12-06, 15:58

kasia1 napisał/a:
Na ostatnim spotkaniu wspólnoty w W-wie był mężczyzna, 15 lat po rozwodzie z sakramentalną żoną. Powiedział coś takiego...
"żałuję, że 15 lat temu, żona tak łatwo zgodziła się na rozwód... że nie walczyła... że nie pokazała,że Jej na mnie zależy... wtedy pewnie wściekałbym się za takie zachowanie, ale dziś żałuję, że tego nie zrobiła"
Niech każdy zinterpretuje to sobie tak, jak chce...


Coś w tym jest. Moja żona kiedy wróciła powiedziała, że żałuje, że gdy odchodziła ja jej nie walnąłem w głowę by zrozumiała, że źle robi. Niestety akurat wtedy to ona mnie walnęła ;) więc nie wypadało oddawac bo liczyła na pobicie i sprawę w prokuraturze.

Co do pytania z tematu to mniej więcej już 2 tygodnie po jej odejściu nie miałem żadnej wiary i nadziei, że ona kiedykolwiek wróci. Jej znajomi wybili mi to z głowy, spaliła wszystkie mosty itd. itp. w stylu, że "te lata zmarnowane", "że brzydzi się mną", stara śpiewka wszystkich zdradzaczy.

A jednak ... :))).

czerwona - 2008-12-06, 16:29

Wz - po jakim czasie wróciła , jak tłumaczyła te stare śpiewki zdradzaczy , czy coś w tym kierunku zrobiłeś , czy sama zaczęła się starać ?Odpisz proszę , bo mnie to bardzo ciekawi , po jakim czasie zaczęła zaczęła żałować ?15 latach chyba nie ?

[ Dodano: 2008-12-06, 16:33 ]
Ja nie wierzę .

wito - 2008-12-07, 07:14

w.z. napisał/a:
Coś w tym jest. Moja żona kiedy wróciła powiedziała, że żałuje, że gdy odchodziła ja jej nie walnąłem w głowę by zrozumiała, że źle robi. Niestety akurat wtedy to ona mnie walnęła ;) więc nie wypadało oddawac bo liczyła na pobicie i sprawę w prokuraturze.


czerwona napisał/a:
po jakim czasie zaczęła zaczęła żałować


ja usłyszałem kiedy drugi raz odchodziła, że po pierwszym razie (z moim bratem 15 lat wcześniej) powinienem ją sprać. Prowokacje by oberwać po twarzy też mam za sobą.
Od dwóch lat w Sądzie słyszę, że nigdy mnie nie zdradziła, że cyberseks to praca naukowa a spotkania z facetami służyły "uwierzytelnieniu na ile obraz wirtualnego rozmówcy odpowiada rzeczywistości" ciągle podnosi te tezy pomimo już orzeczonej przez Sąd jej winy.
NIE WIERZĘ, że ktoś taki w perspektywie kilkunastu lat spojrzy krytycznie na swoje życie. Nie wierzę, bo wydaje mi się że oni tak tłumią sumienie, że wierzą, iż wolno im popełnić każdą niegodziwość byleby osiągnąć swój cel.
Nie wierzę w pojednanie z kimś takim nawet po rozwodzie, kiedy opadną emocje.

ketram - 2008-12-07, 09:27

Wito

Te brednie o cyberseksie, to pewnie linia obrony. Tak jej doradzono. Podejrzewam także, ze eskalacja emocji towarzysząca sprawie sądowej skutecznie tłumi u Twojej żony jakąkolwiek refleksje. Oprócz tego, że tłumi ją jeszcze wiele innych "czynników"

Pytanie jest inne - czysto hipotetyczne - czy za jakiś czas, byłbyś skłonny jej wybaczyć i przyjąć do siebie?. Czy taka postawa u Ciebie jeszcze istnieje - czy powoli się wypala?

wito - 2008-12-07, 09:56

bronic się można do momentu kiedy zapada wyrok. Potem jest czas na refleksję. Jeżeli i to nie pomaga i ktoś dalej nie widzi, że to on podniósł wieko od tej studni i pociągnął wszystkich za sobą - z kimś takim nawiązanie dialogu jest niemożliwe.
Odpowiedź nie będzie hipotetyczna. Do jakiegoś czasu wierzyłem. Chciałem by coś zrozumiała, by wróciła. Ja starałem się o nią a ona w tym czasie skutecznie zniechęcała do mnie starsze córki. Swego rodzaju zemsta za wykazanie jej winy przed sądem. "mamę skrzywdziłem". Odpuściłem i przestałem skupiać się na niemożliwym a zająłem się najmłodszą córką by i jej nie udało się matce zmanipulować.
Lepiej dbać o to co się ma jak walczyć z wiatrakami.
Nie każde małżeństwo jest do uratowania. Nie każdy zrozumie że robi źle.
Wybaczyć jej jestem skłonny, za jakiś czas jak minie u mnie poczucie doznanej krzywdy, jak przestanie krzywdzić. O powrocie nie ma mowy. Wspólne życie po czymś takim to jak siedzenie na beczce prochu. Przekonałem się już o tym raz i szkoda mojego życia na dalsze poświęcanie go po raz kolejny emocjonalnemu wampirowi.

samotna - 2008-12-07, 10:40

przykre jest wito, to o czym piszesz i to do czego skłonny jest człowiek - najblizszy - jak na sie wydawało - tylko wydawało- bo w rzeczywistość ukazała, że najbliższym niestety nie jest....
Przykre, bo stoję na rozdrozu i też zastanawiam się do czego dojdzie u mnie - do czego ów 'najblizszy' człowiek bedzie skłonny sie posunąć? - jakie działa wytoczy?
Zauwazyłam, ze strony zdradzone, opuszczone sa tak zmęczone sytuacja, ze najczęściej mając dowody na niewierność małżonka - odpuszczają w sądzie - godzą się na orzekanie bez winy - brakuje najzwyczajniej sił - a walka o małżeństwo w ten sposób z pewnością nie
przynosi dla nas oczekiwanego rezultatu - ze mąż/żona zrozumie.
Najczęsciej wzmaga to tylko w drugiej stronie agresję - poczytuje to jako złośliwość i próbe trzymania na siłę.
Jesteśmy tu nie raz świadkami, ze często strona pokrzywdzona staje sie ofiarą, bo to jej na końcu stara sie przypisać winę odwracając kota ogonem.
Zgadzając się na rozwód - zgadzamy sie na rozwód cywilny - tylko i wyłącznie.
Przed Bogiem - nadal jest się małżeństwem
Małżonkowie, którzy odeszli - żyją z osobami trzecimi bez względu czy maja rozwód,
czy nie - żyją w grzechu.

ketram - 2008-12-07, 11:47

Wito

Twoja żona pewnie wypierała się wszystkiego, obarczając Cię winą za wszystko? Rozumiem, że znalazłeś dowody i co wtedy? Nadal w zaparte? A gdybyś dowodów nie znalazł? Może wmówiłaby Ci, że to Twoja wina.

Ciekaw jestem zdania dzieci. Czy o tych sprawach wogóle z nimi rozmawiasz?

mami - 2008-12-07, 12:29

ketram napisał/a:
Wito

Twoja żona pewnie wypierała się wszystkiego, obarczając Cię winą za wszystko? Rozumiem, że znalazłeś dowody i co wtedy? Nadal w zaparte? A gdybyś dowodów nie znalazł? Może wmówiłaby Ci, że to Twoja wina.

Ciekaw jestem zdania dzieci. Czy o tych sprawach wogóle z nimi rozmawiasz?



dziecko kocha oboje rodziców i nie rozumie całej ich kłotni
wplątując dziecko w to robi im sie ogromna krzywde bo dziecko nie wie, po której stronie sie opowiedziec i odczuwa ogromny stres
mysle, że prawidłowa postawa rodzica pozwoli w późniejszym wieku dziecka na zrozumienie pewnych rzeczy, które na dzień dzisiejszy nie jest w stanie pojąc
dla dobra dziecka nie mówi sie żle o rodzicu mamie/tacie
ono kocha oboje
inaczej to manipulacja dzieckiem dla własnych korzysci tz by mnie bardziej kochało czy tez odczuwało krzywde jaka mi wyrządzono
ono tego nie jest w stanie zrozumiec nie zna problemu rodziców i tak ma byc
jak dorośnie pewne sprawy zrozumie i doceni Twoja postawe

NORBERT - 2008-12-07, 12:55

cos takiego znalazłem dzis w necie...warto przeczytac i sie zastanowic.....

......ten który walczy z potworami powinien zadbać,by sam nie stał się potworem.....gdy
długo spogladasz w otchłań,pamietaj ze otchłań spoglada równiez na nas.....

F.NETZSCHE


[ Dodano: 2008-12-07, 13:01 ]
mami napisał/a:
inaczej to manipulacja dzieckiem dla własnych korzysci tz by mnie bardziej kochało czy tez odczuwało krzywde jaka mi wyrządzono
....mami bardzo popieram ta wypowiedz ja sam dokonałem takiego błędu....i ten błąd niestety ciagnie się az do dzis.....potem zrozumiałem próbowałem to odwracac ale taki stan ..robił jeszcze wiekszy mętlik w głowie dziecka....dzisiaj wiem jedno milczec..i unikac tematu..a może samo zaniknie
ketram - 2008-12-07, 13:31

U mnie to wygląda tak, że tematu sam nie ruszam. Problem robi się, gdy sam jestem pytany. Unikam wtedy tematu - ale ile się da?
mami - 2008-12-07, 13:44

dziecko wie więcej niż myslimy i rozumie...
w zależności od wieku inaczej z małym inaczej z dorastającym dzieckiem ale nigdy krytycznie

i zawsze mama tato sie kłoca bo mają inne zdania ale ciebie bardzo mocno kochaja i to nie Ty jestes powodem kłótni
po prostu nie potrafimy dojśc do zgody
taka postawa zyska u dziecka więcej szacunku dla rodzica niz próbowanie na siłe cos wytłumaczyc
a kazdy wydzi co innego w problemie i swoja krzywde,
dziecko tez widzi ten problem inaczej
bo jest bezinteresowne jak sie go nie wpłatuje w to
stawiając go w sytuacji gdy musi opowiedziec sie za rodzicem czuje do drugiego kochanego przez siebie rodzica jako zdrajca
chce pomóc ale nie wie jak
wywołuje to u niego złośc i agresje
przez to często w tym czasie dzieci sa niegrzeczne bo nie radza sobie z emocjami
z uczuciami miłosci zarówno do taty jak i mamy

wabona - 2008-12-07, 14:25

NORBERT napisał/a:
......ten który walczy z potworami powinien zadbać,by sam nie stał się potworem.....gdy
długo spogladasz w otchłań,pamietaj ze otchłań spoglada równiez na nas.....

F.NETZSCHE


Jakbym o sobie czytała. To się ze mną właśnie stało. Nigdy, przenigdy nie czułam żadnej złości do żadnego człowieka. Nawet do męża nie czuję. I wiem, że nawet po tym wszystkim, gdybyśmy mieli zacząć od nowa - byloby dobrze. Ale tej "xyz", która mi męża zabrała, a memu dziecku ojca - nienawidzę z całego serca i choc tak nie powinno byc - życzę, aby kiedyś cierpiała tak, jak ja cierpiałam, patrząc na łzy mego dziecka, które chciało do taty.
Zawsze byłam dobrym człowiekiem, nawet za dobrym, naiwnym wręcz - teraz dostrzegam w sobie cechy potwora.......... :evil:

mami - 2008-12-07, 14:39

a może Bóg chce bysmy w całym tym cierpieniu dostrzegali iż czasami wydaje nam sie tylko iż jestesmy dobrzy, dopóki przed nami nie piętrzą sie kłopoty i problemy
wtedy dopiero tak naprawde postrzegamy jacy jesteśmy i czego mamy sie wyzbywac...
mysle, że chyba po to nasze cierpienia i ból by człowiek stawał sie istota na wzór i podobieństwo Boga
jestesmy grzeszni i odczuwamy takie uczucia jak złośc czy nienawisc, które nie są cechami prawdziwego katolika
to chyba Bóg poprzez zsyłane na nas krzyze chce nam powiedziec bysmy ich sie wystrzegali
nie jest trudno kochac gdy nie ma sie problemów o wiele trudniej kochac gdy ktoś cie nienawidzi czy wyrządza zło
to forum, te krzywdy i cierpienia nasze daje mi czasami własnie takie momenty do myślenia nad którymi w zyciu powszednim sie nie zastanawiałam

bajka - 2008-12-07, 14:44

kasia1 napisał/a:
Na ostatnim spotkaniu wspólnoty w W-wie był mężczyzna, 15 lat po rozwodzie z sakramentalną żoną. Powiedział coś takiego...
"żałuję, że 15 lat temu, żona tak łatwo zgodziła się na rozwód... że nie walczyła... że nie pokazała,że Jej na mnie zależy... wtedy pewnie wściekałbym się za takie zachowanie, ale dziś żałuję, że tego nie zrobiła"
Niech każdy zinterpretuje to sobie tak, jak chce...


niechby lepiej żałował tego, co zrobił, że doprowadził żonę do sądu i do rozwodu. najpierw taki napsuł zycia kobiecie, a potem żałuje, że ona miała już dosyć i zgodzila się na rozwód. i niech żałuje. bo teraz to się tęskni nagle do ciepełka domowego. a tu nie ma. za błędy się płaci, ot co. i ten pan w tej chwili płaci. [/list]

NORBERT - 2008-12-07, 15:02

mami napisał/a:
dziecko wie więcej niż myslimy i rozumie...
...i dlatego najpierw trzeba zadbac o nie ...one sa najwazniejsze, a nie odczucia nas starych...walki,kłótnie .złożeczenia,upartość,własny ból,zemsta itd.....dzieci chcą dwójkę rodziców..normalny dom....każdej pory pożalić sie mamie ....dostac wsparcie od taty...i to my mamy dołożyc staran by im to dać...a jezeli naprawde nie jest to już mozliwe....bo jeden z rodziców nic nie rozumie nic do niego nie dociera..pomóc im przez to przejść....swojego czasu dorwałem ulotke i program nie dałem rady iść na spotkania(miały trwac miesiąc) gryzło sie to z moimi terapiami -czasowo ,ale to były szkolenia dla rodziców w kryzysie,separacji,okołorozwodowych....to co wyczytałem włosy stoją na głowie co my dorosłe barany..bo tak mozna o nas napisac ..barany robimy niewinnym istotom....a o co chodzi..o nasze dobre samopoczucie,o naszą niechęć,o nasz nowy paten na życie o nasz ból...bo ja zadecydowałem...bo ja zadecydowałam.....bo odszedłem...bo ja odeszłam......

smutne ale prawdziwe....dlatego do nas nalezy by nie krzywdzic tych najbiedniejszych!!!!!!!!!

wito - 2008-12-07, 15:10

samotna - zgadzam się z większością twojej wypowiedzi. Ja odpuściłem orzekanie o winie mając wyrok z orzeczeniem jej winy. tak zatruwała mi życie i manipulowała oczywistymi faktami, że nie mam siły drugi raz przez to przechodzić.
mam jedynie wątpliwości czy każde małżeństwo zawarte w Kościele jest sakramentem. Sakramentu udzielają sobie ludzie (małżonkowie) i o oszustwo nietrudno. Oszustwo świadome ale i podświadome wynikające z wychowania, modelu rodziny który się wyniosło.

mimi masz rację co do dzieci, ale wbrew pozorom o wiele łatwiej zmanipulować dorosłe dziecko jak małe. Dorosłe zaczyna kalkulować i to się sprawdza w większości przypadków które znam. W większości dorosłe zrozumieją - kiedy dorosną, czyli kiedy żucie kopnie je w d...

norbert - nie wszystko w życiu zależy od nas. czasami zło, które nas otacza zmienia nas, ma wpływ na nasze decyzje. Czytałeś Netzchego? czy tylko posługujesz się wyrwanymi z całości cytatami. Polecam o. Augustyna Pelanowskiego, czy choćby Tolkiena ale w całości. Ktoś, kto ma silne korzenie, kto wierzy w Boga a nie w bozię tego otchłań nie wciągnie.

wanboma - przestań nie jesteś żadnym potworem, masz prawo do własnych emocji, masz prawo być wkurzona, Bóg nie stworzył Cie jako automatu do wybaczania, każdy ma swój czas. Nie zrzucaj całej winy na kobietę, z którą teraz jest Twój mąż. Wygląda to tak jakbyś jego wybielała. Ona temu winna... Uwiodła mi go...
Wan - przyjdzie czas gdy odpuścisz, gdy zaczną się dla Ciebie liczyć inne sprawy i zobaczysz że można być szczęśliwym bez tego człowieka. choćby nie wiem jak przeszkadzał. Potrzeba tylko odpuścić i chcieć dalej żyć a nie grzebać samego siebie w otchłani. Powodzenia

samotna - 2008-12-07, 15:32

mami napisał/a:
a może Bóg chce bysmy w całym tym cierpieniu dostrzegali iż czasami wydaje nam sie tylko iż jestesmy dobrzy, dopóki przed nami nie piętrzą sie kłopoty i problemy
wtedy dopiero tak naprawde postrzegamy jacy jesteśmy i czego mamy sie wyzbywac...
mysle, że chyba po to nasze cierpienia i ból by człowiek stawał sie istota na wzór i podobieństwo Boga
jestesmy grzeszni i odczuwamy takie uczucia jak złośc czy nienawisc, które nie są cechami prawdziwego katolika
to chyba Bóg poprzez zsyłane na nas krzyze chce nam powiedziec bysmy ich sie wystrzegali
nie jest trudno kochac gdy nie ma sie problemów o wiele trudniej kochac gdy ktoś cie nienawidzi czy wyrządza zło
to forum, te krzywdy i cierpienia nasze daje mi czasami własnie takie momenty do myślenia nad którymi w zyciu powszednim sie nie zastanawiałam



Mami,
przykre to, ze my w obliczu podeptanej miłości i w związku z tym ogromnego cierpienia, musimy dodatkowo uporać sie z uczuciem złości, nienawiści, wyrzadzonej krzywdy....,
Ci którzy są tego powodem z niczym takim zmagać sie nie muszą...., bo to ich świadomy wybór...

NORBERT - 2008-12-07, 15:51

wito nie zgodze się z tobą ,mozna miec nawet bardzo mocne korzenie...ale jestesmy tylko ludzmi i przez to ciagle możemy bładzić...dlatego Bóg ma z nami tyle pracy.....a z tym potworem...to tak -jak z powiedzeniem wpadając między kruki moze byc tak ze sam zaczniesz krakac.....czy my jestesmy sami w stanie wyczuć....gdzie sa nasze granice własnej okropności..czy czasami nie stajemy się podobni....pewnie tak jest.... tylko wiele ludzi sobie tłumaczy przeciez mam prawo bo to ja doznałem krzywdy!!!!!!!.......a korzenie nic do tego nie mają....znam przypadki ludzi o bardzo mocnych korzeniach ,ludzi ..na jakich nie mozna było zawiesic ...złego słowa,a okazali się ludzmi bez wartości...i znam przypadki ze ktos
urodzony nieudacznik,ktos bez korzeni...bez wiary....stał sie człowiekiem prawym..i o wielkim sercu........wito złość,złozyczenie,uraganie współmałzonkom nawet w chwili naszego najwiekszego bólu .....czy w imie wiary i boskiej miłości do czegos takiego jestesmy upowaznieni.....nie wiara katolicka .....uczy wybaczenia,pochylenia głowy,przyjecia z pokorą swej krzywdy...nie emanowanie jej na zewnątrz...nie odwetem....

nie wiem dokładnie czy tylko ta jedyna ale islamizm tylko uczy oko za oko..ząb za ząb

wabona - 2008-12-07, 16:14

A może to ból, bezsilność.... To nie tak, że mam prawo, bo doznałem krzywd.... Może to zraniona dusza, może to zszargane nerwy...
wito - 2008-12-07, 16:16

ok norbert - polecam Pelanowskiego - "pokora to nie głupkowatość"
a co do bólu nawet Jezus w chwili swojego największego opuszczenia na krzyżu zawołał: "Elia Elia lamach sabachtani" (cytuję z pamięci wiec mogą być błędy)
Czyż nam ludziom nie wolno czuć się samotnymi i upokorzonymi tak że wołamy: "Boże dlaczego?"
jeżeli uważasz że Bóg zaprogramował nas jak cyborgi - chylę czoła.

samotna - 2008-12-07, 17:11

wito napisał;
"
--------------------------------------------------------------------------------

samotna - zgadzam się z większością twojej wypowiedzi. Ja odpuściłem orzekanie o winie mając wyrok z orzeczeniem jej winy. tak zatruwała mi życie i manipulowała oczywistymi faktami, że nie mam siły drugi raz przez to przechodzić.
mam jedynie wątpliwości czy każde małżeństwo zawarte w Kościele jest sakramentem. Sakramentu udzielają sobie ludzie (małżonkowie) i o oszustwo nietrudno. Oszustwo świadome ale i podświadome wynikające z wychowania, modelu rodziny który się wyniosło.

mimi masz rację co do dzieci, ale wbrew pozorom o wiele łatwiej zmanipulować dorosłe dziecko jak małe. Dorosłe zaczyna kalkulować i to się sprawdza w większości przypadków które znam. W większości dorosłe zrozumieją - kiedy dorosną, czyli kiedy żucie kopnie je w d... "

Tak wito, chyba nie kazde małżeństwo zawarte w Kościele jest sakramentem.
Jak mam traktować swoje, skoro mąz po latach oświadczył, ze nie wierzy, ze chodził ze mną do Kościoła - dla mnie, choc nie zmuszałam.
Teraz nie chodzi bo i po co?
Wychowywabie syna w wierze zostawił mi. Syn sie buntuje, bo tata nie wierzy i on też nie.
Zaparł sie, że do Kościoła chodzić nie będzie.
Czy w obliczu tego zawarty SAakrament nie jest oszustwem - swiadomym, czy podświadomym, zawatym tylko dlatego, ze tak wypada?

Odnośnie, dzieci - zgadzam sie w zupełności z tym co wyzej napisałeś.
Dostrzegam pewien mechanizm na własnym podwórku.

NORBERT - 2008-12-07, 17:29

wanboma napisał/a:
A może to ból, bezsilność.... To nie tak, że mam prawo, bo doznałem krzywd.... Może to zraniona dusza, może to zszargane nerwy...
tak wanboma całkowicie ludzkie reakcje..ale to własnie ty masz sie z nimi pogodzic,zaakceptowac je ..pogodzic sie ze swoim bólem ...i zacząc normalnie życ bys ty nikogo nie raniła...na to tak jak sie często pisze kazdy potrzebuje swego czasu..jedni szybciej inni wolniej.....ale kiedys akceptacja swojej krzywdy nastąpi!!!!
wito napisał/a:
jeżeli uważasz że Bóg zaprogramował nas jak cyborgi - chylę czoła.
..wito jak cyborgi no co ty stworzył nas dał nam swe przekazy,uczy nas zyc ,daje wskazówki,upomina....ale czas kryzysu i nie tylko to czas własnego brzemienia..to własny krzyż....my mamy wkońcu pogodzic sie z własnym krzyżem,a wtedy poczujemy ulge mimo ze go dzwigamy nie czujemy juz ciężaru....i mysle że o to chodzi....to jest te uwolnienie sie dla jednych z poczucia krzywdy dla innych z poczucia winy....dla Boga jestesmy równi i ci skrzywdzeni i ci krzywdzący dla niego jest wazne bysmy go tylko słuchali.....wiesz wito w innym temacie Elzd1 napisała cos takiego..po tym jak usuneli jej post ale to akurat bardzo przekonywujące słowa.....cos w tym sensie.....bysmy mocno kochając Boga nie zapominali tez kochac innego człowieka(nie wiem czy tak dokładnie)....
wito - 2008-12-07, 17:37

NORBERT napisał/a:
bysmy mocno kochając Boga nie zapominali tez kochac innego człowieka(nie wiem czy tak dokładnie)....

no no :-)
czyli litera prawa nie może nam przesłaniać drugiego człowieka.
nie może nam przesłaniać naszego człowieczeństwa bo samo prawo bez człowieka jest tylko zbiorem reguł. :-)

NORBERT - 2008-12-07, 18:05

dobra wito w zasadzie jakos tam pewnie sie rozumiemy..ale kończmy bo zasmiecamy watek..swoimi watkami..a kończąc człowiek potrzebuje innego człowieka...chocby by nie zdziczał....łączymy sie w pary..z pomocą miłości boskiej....i jeżeli nawet ktos pobłądzi to Bóg nam daje swe serce by byc dla niego człowiekiem..wskazac mu ze bładzi ale napewno nie potępiac!!!!!!!!!!!
w.z. - 2008-12-07, 18:28

wito napisał/a:

NIE WIERZĘ, że ktoś taki w perspektywie kilkunastu lat spojrzy krytycznie na swoje życie. Nie wierzę, bo wydaje mi się że oni tak tłumią sumienie, że wierzą, iż wolno im popełnić każdą niegodziwość byleby osiągnąć swój cel.
Nie wierzę w pojednanie z kimś takim nawet po rozwodzie, kiedy opadną emocje.


To tak właśnie wygląda w tym momencie gdy jest się zdradzonym.

Gdy moja żona wróciła to w tym momencie nastąpił zwrot w drugą stronę. Coś co wydawało się niemożliwe stało się, choć przyjaciele uważali, że zbyt łatwo przebaczyłem i pozwoliłem na powrót. Po prostu moja żona zmieniła punkt widzenia. Niestety budowanie tylko na nas samych jest zbyt kruche i podejrzewam, że na dłuższą metę nasz związek miałby spore trudności. Jednak dzięki Bogu w tajemniczy dla mnie sposób moja żona nawróciła się i to radykalnie, a to zjednoczyło nas na nowo. Nie żeby było idealnie, ale teraz jest zupełnie inaczej. Nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz "ciche dni" były.

Cały kryzys trwał w sumie krótko - była tylko 2 miesiące poza domem, ale wierzcie, że ja po dwóch tygodniach nie miałem złudzeń, że ona kiedykolwiek wróci. Wydawało się, że zbyt dużo złego zrobiła i wszystko co możliwe zniszczyła łącznie z naszą intymnością, ale naprawdę wybaczanie jest łatwą rzeczą, łatwiejszą niż cierpienie bez niej.

NORBERT - 2008-12-07, 18:42

w.z. napisał/a:
Wydawało się, że zbyt dużo złego zrobiła i wszystko co możliwe zniszczyła łącznie z naszą intymnością, ale naprawdę wybaczanie jest łatwą rzeczą, łatwiejszą niż cierpienie bez niej.
....wz i piekne to co napisałeś....choc pewnie wszystko było trudne.......mocno kochasz dlatego zdołałes oczyscic serce....czyz nie tak???????...to forum przypomina mi poczekalnie do gabinetu lekarskiego ...i tak częśc ...jest po wizycie i słyszą jest Pan/Pani chory/a werdykt rozwód..ale prosze brac leki zobaczymy czy poskutkują.....częśc jest po wizycie i usłyszeli jest Pan/Pani zdrowy/a-gratuluje związek jest uratowany bedziecie razem.....i jest jeszcze cała zgraja ludzi czekających dopiero na wizytę!!!!!!!!!
bolek - 2008-12-07, 19:16

Czy wierzę?
Oczywiście, że tak, inaczej pewnie by mnie nie było wśród Was. Moja Agnieszka jest uparta, stanowcza, konsekwentna, bezkompromisowa i jeśli sobie postanowiła, że będzie rozwód to doprowadzi do tego. A ja wierzę, wirzę że mogę być dobrym ojcem, dobrym mężem, dobrym człowiekiem. Byłem już bez dna, ale odzyskałem je i chcę się od niego odbić. Wierzę, bardzo mocno wierzę. Jeśli nawet dojdzie do rozwodu to przecież będziemy się spotykali. Wierzę, że wszystko może się zdażyć, nawet ponowny ślub po rozwodzie.
Pozdrawiam.

samotna - 2008-12-07, 19:48

no bolek - grunt to wiara i optymizm.
tak trzymaj, jesli tak Ci serce dyktuje

wito - 2008-12-07, 19:51

w.z. napisał/a:

ale naprawdę wybaczanie jest łatwą rzeczą, łatwiejszą niż cierpienie bez niej.

tak jest bardzo łatwo wybaczyć komuś kto tego wybaczenia chce, kto się ukorzy, wróci po 2 miesiącach.
wz - właśnie po 5 latach w moim związku był pierwszy kryzys. Okrutna poniżająca zdrada z moim własnym bratem. Wybaczyłem. A teraz po 17 latach uważam, że za szybko, że to ja przez te 15 lat kiedy później byliśmy razem starałem się by było dobrze, że moja żona była jedynie biorcą.
Chciałbym by tobie i całej reszcie się udało, by nikt tak jak ja nie musiał patrzeć na własne dzieci w sądzie. całe te lata dbałem, budowałem, pomagałem... zbyt łatwo zapomniałem: z jakiej rodziny wywodzi się moja żona, jakie wzorce wyniosła z domu, że kiedyś popełniła okropna zdradę. szczęście nas uśpiło. Ja zapomniałem a ona sądziła że mam "licencje na wybaczanie" i kolejny kryzys nas zniszczył.
Potem była walka z wiatrakami.
Nie wierzę w jej sens. Gdybym wcześniej odpuścił zapewne nie zdążyła by mnie poróżnić z córkami a tak - lepiej nie mówić.

wniosek - wz - to czy wybaczymy, jak szybko wybaczymy - nie zawsze zależy od nas. często sama chęć wybaczenia to już wiele z naszej strony.

Norbert - wcale wątku nie zaśmiecamy. lepiej szczerze pogadać jak kadzić tak by to odpowiadało ogólnie przyjętemu założeniu forum.

NORBERT - 2008-12-07, 20:33

wito,czerwona,samotna i dla wszystkich w potrzebie...mnie to pomaga


Modlitwa o łaskę pogody ducha.....

Zechciej mi dac,o Panie,zdrowie ciała
i umiejetnosci zachowania go.
Zechciej mi dac,o Panie,swiętą duszę,która ma stale na oku
to,co jest dobre i czyste.
Spraw,
abym w obliczu pokusy do grzechu
nie wpadł w strach,
ale umiał znależć sposób przywracania,
wszystkim rzeczom nalezytego porzadku
Zechciej,o Panie,dac mi duszę,
której obca jest nuda i która nie zna
szemrania,wzdychań i utęskiwań.
Nie pozwól,
zebym kłopotał sie zbyt wiele
wokół tego panoszącego się czegoś,
co nazywam moje-JA
Panie obdarz mnie zmysłem humoru.
Daj mi łaske rozumienia sie na żartach,
azebym zaznał w zyciu troche radosci,
a innych mógł nią obdarzyć
.....AMEN

(św.Tomasz Moore)

samotna - 2008-12-07, 20:42

Norbercie,
dziękuję- piękna modlitwa - dziękuję, że pommyślałeś o nas...,

Wito, rozumiem Cię - ja też wybaczyłam zbyt lekko kilka lat temu,
gdybym tego nie zrobiła, może nie bylibysmy jeszcze tych kilka lat....,
a może to dało by mojemu męzowi coś do myślenia,
a tak zaufałam, koło zatoczyliśmy,
a ja nie mam monopolu na wybaczanie...,
zreszta on nawet tego nie potrzebuje...,
Sama tej ściany nie przebiję....
Przykre jest to czego w swoim zyciu doświadczyłeś....
Łączę się z Tobą w twoim mam nadzije mniejszym już bólu...
Wspomne o Tobie w mojej modlitwie

wito - 2008-12-07, 22:34

Popatrzcie ile podobnych historii.
Te same sytuacje, te same tłumaczenia tych którzy odchodzą.
I ci którzy chcą - starają się, niosą ten swój krzyż a krzywdziciele wykorzystują z premedytacja ten czas realizując swoje cele. Samemu ściany nie przebijemy.
Jedni później czekają inni żyją samotnie jeszcze inni wstępują w kolejne związki.

..monika.. - 2008-12-08, 08:55

wito napisał/a:
Jedni później czekają inni żyją samotnie jeszcze inni wstępują w kolejne związki.

.. a jeszcze innym udaje sie mimo wszystko ..

aga77 - 2008-12-08, 10:28

Przytoczę Wam przykład mojego sąsiada.Przez-uwaga-SIEDEMNAśCIE LAT mieszkał z kochanka(nie wiem czy z żona miał rozwód czy nie).Teraz od paru lat są razem,wrócił do domu,dba o żonę i dom,ciągle cos robi na podwórku,co niedziela razem na mszę i do Komunii...

Drugi przykład dotyczy brata mojej teściowej.Wychowuje on dwoje (!) dzieci jego żony...
Nie znam dokładnie tej historii ale wiem że były tam zdrady ze strony żony,mieszkała z facetem kilka lat i dzieci pochodzą z tego własnie związku.
Dzis są razem,wychowuja te dzieci (wspólnych nie maja) i są bardzo szczęsliwi.
Na własne uszy słyszałam jak on kończył rozmowę z żona stwierdzeniem "kocham Cię"...
Z biologicznym ojcem dzieci nie maja kontaktu,nie wiem nawet czy wiedzą o całej sytuacji-w każdym razie do ojca który je wychowuje mówią "tata".

Sa to przykłady z mojego otoczenia,chyba mogę powiedziec że widziałam cud na własne oczy.
Tak więc myślę ze warto wierzyc.

Nirwana - 2008-12-08, 13:42

Napiszę tylko jedno słowo - WIERZĘ
...mimo wszystko....

samotna - 2008-12-08, 23:14

Kochani,
po wczorajszej i dzisiejszej rozmowie z mężem - NIE POZOSTAŁ NAWET CIEŃ NADZIEI !
Posłuchajcie mili -
tak to czasem w zyciu bywa, ze cos sie kończy..... i nigdy nie wróci.
Nie wierzę, by cokolwiek odmieniło decyzje mojego męża.
sama nie wiem, czy byłabym w stanie na tym etapie, po takich słowach - byc razem.
Zrozumiałam - mój mąz faktycznie mnie nie kocha, zastanawiam się czy kiedykolwiek kochał....?
Rozmawialismy spokojnie, jest teraz szczęsliwy - nareczcie zyje tak jak chce po swojemu.

Chce z pewnością ułozyć sobie zycie. Nasze małżeństwo nie było tym o czym marzył - brakowało ciepła- porozumienia emocjonalnego. Podkreślił różnice charakterów i zupełnie inne postrzeganie świata.
kiedy zapytałam - czy nie ma w nim żadnego uczucia - odparł, ze tylko szacunek.
Podkreslił, ze nie mam złego charakteru, ale jemu nieodpowiada...,
Powiedział mi, ze nie ma problemów z nawiązywaniem kontaktów - przychodzi mu to bardzo łatwo. Powiedział, ze ludzie zarówno nowo poznani jak i z mojej i jego rodziny otworzyli mu oczy na niego samego - jaki jest na prawdę /w sewnsie pozytywnym/, bo do tej pory on sam uważał, ze jest najgorszy... .Oni mu pokazali jego samego z lepszej strony.
czego ja nie potrafiłam przez kilkanaście lat.
Domniemam, ze nowe doświadczenia, mysle tu wiecie o której sferze dały mu też taki obraz... .
oczywiście udusił sie w naszym związku i stwierdził, ze małżeństwo to dwoje kochających się ludzi, a nie papierek podpisany przez księdza.
Powiedział, ze wolałby sie powiesić, niz tak zyć - unieszczęsliwiając mnie/niekochając/
i siebie. Oczywiście nie zaprzeczył, ze nawiązuje różne zznajomości, ze kobiety to nie problem, bo mógłby, gdyby mu na tym tylko zależał mieć bez problemu, ale na razie nie ma nikogo, bo nie będzie zaczynał niczego nowego, póki nie uporządkuje spraw z nami. Oczywiście nie wierzę, bo myślę, że ktoś musiał mojemu mężowi dać wsparcie i podkreślić akurat to czego potrzebował.
Wiem - powiecie - to tylko słowa, ale ja znam swojego męża i z tej drogi nie zawróci....
Pytacie, czy wierzymy - chciałabym, ale widzę, szczęście mojego męża
i to, ze mnie nie kocha nie jest jego winą.
Jak sam podkreślił wszystko mozna kupić, ale serca NIE.
Cięzko dyskutować z takimi argumentami, ze obowiązek, że rodzina, ze powinien.
Nawet nie chciałbym, zeby zgodził sie tylko z poczucia obowiązku.
Pomimo wszystko zrobiłam ostatni krok - zaproponowałam terapie małżenską, ale odmówił.
Mówiłam o nas, o naszych błędach, o wnioskach jakie wyciągnełam, co było, a czego brakowało.
Jedyna reakcja - to, ze to tylko piekne słowa i w nie wierzy, ze czyny sie liczyły, a tego nie było.
Koniec

bolek - 2008-12-08, 23:26

wiesz samotna to co piszesz jest wierną kopią mojej sytuacji. Moja Agnieszka wciela się w rolę twojego męża. Jest jednak jedna zasadniczna różnica. Ja wierzę!
Pozdr bolek

samotna - 2008-12-08, 23:31

bolku w co Ty wierzysz ?
Ja widze chłód w oczach męża i czuję, że nie kocha - to sie poprostu czuje.
rzeczywiście w naszym związku oddalalismy sie od siebie, zakykając sie wzajemnie we własnej skorupie. brakowało bliskości to fakt.
w co mam teraz wierzyć, ze sie potknie, czy ze moze pokocha?

bolek - 2008-12-09, 00:03

Samotna to smutne, bardzo. Agnieszka jako najważnieszy powód do rozwodu podaje właśnie to, że mnie nie kocha. Ja wierzę, że wydarzy się coś co zmieni decyzję Agi sam nie wiem co, ale wierzę. Ja również zaproponowałem Agnieszce terapię małżeńską, na co odparła, że nie potrzebuje żadnej terapii, że chce rozwodu i to możliwie jak najprędzej. Mieszkamy jeszcze razem i potrwa to jeszcze jakiś czas, może nawet i rok. To sporo czasu, ja z dnia na dzień zmieniam się i to nie dla Niej, ale dla siedie, oswajam się z myślą o rozstaniu, a jednocześnie wirzę!, że mimo determinacji Agi do tego nie dojdzie.
A jeśli zabraknie wiary, to co? Wiara w drugiego człowieka to wiara w Boga, przecież Bóg jest w każdym z nas, nawet w grzeszniku. Jeśli stracimy wiarę w człowieka to stracimy wiarę w Boga, to stracimy wszystko to po co żyjemy.
bolek

samotna - 2008-12-09, 00:16

bolku,
tak wiara w drugiego człowieka - to wiara w Boga ...,
ale Bóg kocha zarówno Twoja żonę jaki i mojego męża - wiem, ze broni sakramentu małzeństa, ale oni maja wolna wolę....,
Poza tym nie trace wiary w Boga, nie tracę wiary w męża jako człowieka, co nie jest równoznaczne z tym, że wierzę w jego powrót - w jego miłośc, której w sobie nie ma.
Moze należy w końcu dopuścić fakt, ze nasi małzonkowie nie byli/ nie sa z nami szczęśliwi
i przyjąć, pogodzic sie z ich odejściem..., Mają przecież prawo do szcęścia....,
a jeśli wolą Bożą kiedykolwiek bedzie połączyć nas razem to tak bedzie,
Wolę jednak nie łudzić się i przyjąć rzeczywistośc taką jaka ona jest....

[ Dodano: 2008-12-09, 00:27 ]
ja nadal postrzegam mojego męża jako ogólnie dobrego człowieka, wiem, ze jeśli kogos naprawdę pokocha będzie dla tej kobiety dobrym facetem. To ze tak postąpił wobec mnie- swojej zony-jest dla mnie przykre i nie pochwalam takiego postępowania, prawdą jest też , ze nie chce być z kimś kto nic do mnie nie czuje...,ale osąd męża zostawiam Bogu...

mami - 2008-12-09, 10:47

dla mnie samotna Twój mąż ma bardzo niską samoocene siebie, Ty byłas przez lata dla niego tym na kim swoje Ja podwyższał przez ciągłe wytykanie Ci twoich błędów i widząc, że ty sie z tym zgadzasz dowartościowywał siebie
jednak podświadomie wiedział zreszta to piszesz, że cie szanuje więc nie móże do końca w pełni wierzyc, że on jest ten dobry ty zła...
jednak ty zgadzajac sie na taka gre pozwoliłas mu na jedno by stracił do ciebie szacunek
bo pozwalając sobie wmawiac, że jestem zła, że zawsze robie cos nie tak, jestem winna bo ty zawsze - jak pisałas, że mąż mówił, itp
mysle tez, że mąz dlatego nie odchodzi tak do końca od ciebie bo z jednej strony boi sie tego kroku a z drugiej lęka sie tez co powiedza inni
rodzina, znajomi jak go opiszą po tym co zrobił
a dla niego opinia o sobie jest bardzo wazna
może mu zepsuc jego wizerunek jaki sobie zrobił o sobie
choc na pewno fałszywy dla niego na dzien dzisiejszy to obraz jaki chce widziec
by móc dalej zyc w zgodzie z soba
samotna dlatego wciąz sie mówi zmiany zmiany zmiany
po co
po to bys zmieniając siebie ruszyła lawine
jaką może zburzenia tego tok myślenia u męża
nie wiem może sie myle ale jak dla mnie to oczywiste co robi mąż
boi sie zycie i z toba i bez ciebie...
a obwiniajac ciebie o to potwierdza ze boi sie bardzo, że może popełnia bląd i znów przez ciebie, bo gdybys była inna to on by nie musiał uciekac od ciebie...
ty jestes i z ciebie zrobił kogos kogo obwinia
dlatego pozwalanie mu na życie jakie chce powoli go zaczyna chyba obawiac



jeszcze co do syna
samotna bunt syna zawsze jest manifestem uczuc w tym wypadku poczucia niebezpiecznym,co bedzie po rozpadzie rodziny
czuje sie zraniony i jest mu źle
cóz tak już jest za manifestujemy tylko temu kogo kochamy
to znaczy syn sprzeciwiajac sie tobie ciebie wini za to
dlaczego
bo czuje sie bezpieczny
o twoje uczucia nie musi walczyc i zabiegac
o ojca tak
więc nie bedzie manifestował wrogości do ojca
tylko swoim zachowaniem bedzie sie mu przymilał by okazac swoja milosc i ja otrzymac
by w ten sposób zatrzymac ojca w domu
to gra
kazdy inaczej stara sie rozwiazac problem twoj syn manifestujac niechodzenie do kościoła chce przypodobac sie ojcu a przez to otrzymac z jego strony aprobate i milosc
o twoje uczucia nie musi walczyc bo czuje sie kochany i bezpieczny
spójrz na to w ten sposób że mimo iż cie rani takim zachowaniem jestes dla niego w tym czasie podpora
jest juz dorosły i możesz z nim na jego wątpliwosci odpowiadac
pozdrawiam trzymaj sie samotna

i

KAZDE MAŁŻEŃSTWO NALEZY RATOWAC TAK DŁUGO DOPUKI SĄ KU TEMU MOŻLIWOŚCI I REALNE NDZIEJE

KAŻDE MAŁŻEŃSTWO MOżE BÓG URATOWAC

NIE KAŻDE MAŁŻEŃSTWO MOŻE URATOWAC CZŁOWIEK... MIMO OGROMNEJ NADZIEJI I WIARY

agnieszka78 - 2008-12-09, 10:59

samotna napisał/a:
Kochani,
po wczorajszej i dzisiejszej rozmowie z mężem - NIE POZOSTAŁ NAWET CIEŃ NADZIEI !
Posłuchajcie mili -
tak to czasem w zyciu bywa, ze cos sie kończy..... i nigdy nie wróci.
Nie wierzę, by cokolwiek odmieniło decyzje mojego męża.
sama nie wiem, czy byłabym w stanie na tym etapie, po takich słowach - byc razem.
Zrozumiałam - mój mąz faktycznie mnie nie kocha, zastanawiam się czy kiedykolwiek kochał....?
Rozmawialismy spokojnie, jest teraz szczęsliwy - nareczcie zyje tak jak chce po swojemu.

Chce z pewnością ułozyć sobie zycie. Nasze małżeństwo nie było tym o czym marzył - brakowało ciepła- porozumienia emocjonalnego. Podkreślił różnice charakterów i zupełnie inne postrzeganie świata.
kiedy zapytałam - czy nie ma w nim żadnego uczucia - odparł, ze tylko szacunek.
Podkreslił, ze nie mam złego charakteru, ale jemu nieodpowiada...,
Powiedział mi, ze nie ma problemów z nawiązywaniem kontaktów - przychodzi mu to bardzo łatwo. Powiedział, ze ludzie zarówno nowo poznani jak i z mojej i jego rodziny otworzyli mu oczy na niego samego - jaki jest na prawdę /w sewnsie pozytywnym/, bo do tej pory on sam uważał, ze jest najgorszy... .Oni mu pokazali jego samego z lepszej strony.
czego ja nie potrafiłam przez kilkanaście lat.
Domniemam, ze nowe doświadczenia, mysle tu wiecie o której sferze dały mu też taki obraz... .
oczywiście udusił sie w naszym związku i stwierdził, ze małżeństwo to dwoje kochających się ludzi, a nie papierek podpisany przez księdza.
Powiedział, ze wolałby sie powiesić, niz tak zyć - unieszczęsliwiając mnie/niekochając/
i siebie. Oczywiście nie zaprzeczył, ze nawiązuje różne zznajomości, ze kobiety to nie problem, bo mógłby, gdyby mu na tym tylko zależał mieć bez problemu, ale na razie nie ma nikogo, bo nie będzie zaczynał niczego nowego, póki nie uporządkuje spraw z nami. Oczywiście nie wierzę, bo myślę, że ktoś musiał mojemu mężowi dać wsparcie i podkreślić akurat to czego potrzebował.
Wiem - powiecie - to tylko słowa, ale ja znam swojego męża i z tej drogi nie zawróci....
Pytacie, czy wierzymy - chciałabym, ale widzę, szczęście mojego męża
i to, ze mnie nie kocha nie jest jego winą.
Jak sam podkreślił wszystko mozna kupić, ale serca NIE.
Cięzko dyskutować z takimi argumentami, ze obowiązek, że rodzina, ze powinien.
Nawet nie chciałbym, zeby zgodził sie tylko z poczucia obowiązku.
Pomimo wszystko zrobiłam ostatni krok - zaproponowałam terapie małżenską, ale odmówił.
Mówiłam o nas, o naszych błędach, o wnioskach jakie wyciągnełam, co było, a czego brakowało.
Jedyna reakcja - to, ze to tylko piekne słowa i w nie wierzy, ze czyny sie liczyły, a tego nie było.
Koniec


Samotna mój mąz mawiał bardzo podobnie, tez nie pozostawiał mi złudzeń, nagle cale nasze 13 lat wspolnych było dla niego pasmem nieszczęść a wizja przyszłosci ze mna jedną udręką...teraz nie wie jak mógł tak myśleć, tak czuć, podczas kryzysu był potowrny a teraz jest wrażliwy na każde moje spojrzenie , kazde słowo, niesamowicie opiekuńczy...wtedy kiedy był potowrem nigdy bym nie pomyslała że bedzie taki

[ Dodano: 2008-12-09, 11:04 ]
a kiedy u nas doszło do takej rozmowy jak u was to ja otworzyłam klatke , powiedizłam ze go nie zatrzymuje, a on na to ze zabiera wszystko (dom, samochod...) a ja bedę szczęsliwa tylko musze w to uwierzyc buhahahhahahahahahahah

ak70 - 2008-12-09, 13:56

Podziwiam tych, co wierzą...
Ponoć nadzieja umiera ostatnia... Bolek, co nam pozostało?
Brak komunikacji, miłości, słaby kręgosłup moralny... może egoizm i niechęć do zmiany siebie - to chyba przyczyny rozstań.
Moje małżeństwo, które miało odrodzic sie jak feniks z popiołów, umiera...
Dobrze ktoś napisał wcześniej: aby cos z tego miało być muszą chcieć OBOJE..
Pozdrawiam wszystkich w kryzysie...
A.
PS. Wito... zgadzam sie z tym co napisałeś... zdrady nie warto wybaczać zbyt szybko... nie warto prosić o ponowną szansę strony, która zdradziła... bo stajesz się dawca notorycznym, bo tylko Ty chcesz zmiany na lepsze... ta druga strona czuje sie bezkarna... przepraszam za te słowa jeśli wydaja sie komus za ostre.

..monika.. - 2008-12-09, 14:18

oczywiscie, ze nie warto prosic o szanse strony, ktora zdradzila.. ale co, jesli to ta strona prosi o szanse? jesli to ta strona walczy..
w.z. - 2008-12-09, 14:19

ak70 napisał/a:
... ktoś napisał wcześniej: aby cos z tego miało być muszą chcieć OBOJE..
Pozdrawiam wszystkich w kryzysie...
A.
PS. Wito... zgadzam sie z tym co napisałeś... zdrady nie warto wybaczać zbyt szybko... nie warto prosić o ponowną szansę strony, która zdradziła... bo stajesz się dawca notorycznym, bo tylko Ty chcesz zmiany na lepsze... ta druga strona czuje sie bezkarna...


Ak masz trochę racji, lepiej nie miec złudzeń. Widzisz ja tak właśnie postąpiłem jak niby nie powinno się.
Udało mi się kilka dni po powrocie żony namówic ją na spotkanie z księdzem w poradni. Ksiądz to skwitował krótko:"do tanga trzeba dwojga". I miał rację. Moja piękna jeszcze przez miesiąc po powrocie utrzymywała kontakt z kochankiem. To była "masakra" psychiczna, ale jakoś wytrzymałem. Po miesiącu pokłócili się jakimś cudem, a po 5-ciu miesiącach ona nawróciła się i też nie wiem jakim cudem.

Nie wiem czy warto łatwo przebaczac, boję się, że gdybym tak nie zrobił to już by nie wróciła. Z drugiej strony po jej powrocie starałem się aby jednak Bóg zamieszkał w naszym domu, i to się stało. Swoimi siłami nie damy rady. Nie łudzę się, że gdyby Bóg nie pojawił się w naszym życiu to byśmy razem wytrwali.

NORBERT - 2008-12-09, 14:43

ak70..i wz..w momencie zwątpienia wczytajcie sie w słowa tej modlitwy....


Panie Jezu,dziękuję Ci za Twoją miłość i za to ,że przyszedłeś na świat,
żeby umrzeć dla mnie.Wyznaję że sam kierowałem moim życiem
i dlatego zgrzeszyłem przeciwko Bogu.
Teraz chce zaufać Tobie i rozpocząc nowe życie z Tobą.
Dziękuję za wybaczenie moich grzechów.
Uczyń ze mnie osobę jaką Ty chcesz żebym był.
Dziękuję,że odpowiedziałeś na moją modlitwę
i że jestes teraz w moim sercu......AMEN

ak70 - 2008-12-09, 14:43

W.z.... podobnie jak Ty, ja też wybaczyłam zdradę i też przeczekałam... niestety, w moim przypadku cud sie nie zdarzył... jedni zasługują, inni nie...
Wiem za to na pewno, że nie warto będąc zdradzonym prosić o drugą szansę... trzeba przeczekać... jeśli związek współmałżonka nie przetrwa, wtedy warto (jeśli ma sie na tyle wiary i siły) dać druga szansę... a jeśli przetrwa, cóż... rany i tak zostały odniesione podczas rozstania... trzeba spojrzeć w przyszłość i zadbać o siebie

w.z. - 2008-12-09, 14:57

ak70 napisał/a:
jedni zasługują, inni nie


Nie mów tak.
Ja też nie wiem co bedzie za kilka lat. Czas dopiero zweryfikuje. Ale cud to to co się dzieje w naszym wnętrzu, nasza przemiana, i o to walcz, a Bóg doda Ci siły. Walcz o szacunek dla samej siebie.

ak70 - 2008-12-09, 15:07

W.z.... nie będę miała tyle szczęścia co Ty... mój mąż pochodzi z niewierzącej rodziny, w zasadzie chodził do kościoła, spowiedzi i Komunii dla mnie (kiedy było dobrze między nami), a nie z potrzeby wewnętrznej... teraz chodzi tylko w niedzielę na Mszę, a zaraz potem siada przed komputerem i przegląda strony XXX :((
Czy mogę liczyc na cud? To nierealne... moja wiara jest zbyt słaba...

czerwona - 2008-12-09, 21:03

Chciałam podziękować Wito i AK za to , co napisali. Kiedy mój umęczony mózg zaczyna snuć fantastyczne wizje powrotu cudownie odmienionego , skruszonego i kochającego małżonka - staram się mieć w pamięci Wasze posty . Że byłaby to bomba z opóźnionym zapłonem , że wybaczenie oznacza też czasem dalsze krzywdzenie samego siebie- że nie wszyscy są warci wybaczenia . Czuję , że mój nie jest wart , oceniam to po jego czynach , nie po jego słowach( te są całkowicie niewybaczalne). Jak napisałam , nie wierzę w niego. Czasem wejście do tej samej rzeki oznacza powtórkę z rozrywki, czasem warto się przemęczyć przez jakiś czas ale dalej nie fundować sobie powtórki z traumy. Jedna na razie wystarczy . Ja czuję , że u mnie właśnie tak by było. Nie wyobrażam sobie szczęścia- problemu takowego na razie nie mam bo z drugiej strony żadnych oznak do odwrotu nie ma - wręcz przeciwnie. Kiedy znów łapię doła - paradoksalnie to mnie też pociesza - myślę, że dla mnie lepiej , że on nie chce wrócić, bo co bym wtedy uczyniła ? Czy tak wielka poniżająca zdrada jest do wybaczenia , czy takie oplucie jest do wybaczenia , czy taka trauma jest do zapomnienia ? Nie wiem , czy ktoś z Was został tak poniżjąco zdradzony? Czy jeśli ktoś się ciebie wypiera i swoich dzieci może się nawrócić , może stać się dobrym człowiekiem -wypierając się ciebie wobec całego świata dla laluni , której w zasadzie nie zna.Wiem ,wiem - święty Piotr. Ale on to zrobił ze strachu o własne życie a ten? Dla przyjemności . W zasadzie nie wiem dlaczego - wyparł się małżeństwa ze mną , unieważnił je mówiąc , że chciał już dawno odejść i dawno mnie nie kocha ( tylko zapomniał mi powiedzieć- przypomniał sobie jak lalunię spotkał). Eh, szkoda życia dla głupich ludzi. człowiek się szarpie - za kim ?
Dziś mam taką fazę - jutro pewnie znów wycie z tęsknoty . Chcę spokoju !!!

[ Dodano: 2008-12-09, 21:07 ]
fatycznie jest tak , że wybaczenie mu tego utwierdziło by go w przekonaniu , że może mnie opluć z góry na dół a ja i tak mu powiem : kocham cię . To chore - ale to moja choroba , nie jego . Dlatego tak się męczę . Miłośc nie polega na opluwaniu i byciu opluwanym . Nawyższa pora , żeby to do mnie dotarło.

Mąż Zosi - 2008-12-09, 23:03

Witajcie

poczytałem sobie troszeczkę. wszystko już napisaliscie. dodam jedynie dwie rzeczy.

- możecie wierzyć lub nie. To nie jest najwazniejsze. Istotne jest to by dbac o siebie i swoje sprawy tak jakby się nie wierzyło

- Co do wybaczania. Wybaczamy dla siebie. By zdjąc z siebie ciężar nienawiści i ulżyć sobie w cierpieniu. Zdradzacz nie musi i nawet nie powinien o tym wiedzieć. Dopiero gdy swoja postawą zasłuży niech się o tym dowie. Inaczej takie "wybaczanie" tylko utwierdza ich w błędnym postepowaniu. Rozumieją to tak - wybacza = rozumie, nie ma żalu.

pozdro
jarek

p.s.
U na s wszystko O.K

czerwona - 2008-12-09, 23:18

Męzu Zosi - napisałeś najmądrzejszą rzecz - dbać o siebie i swoje sprawy tak jakby się nie wierzyło .
Wybaczyć trzeba - wiem - wszystko w swoim czasie , wybaczyć trzeba dla siebie bo inaczej się nie da żyć - przyjdzie , mam nadzieję, na to pora.

bird70 - 2008-12-09, 23:32

Cytat:
Istotne jest to by dbac o siebie i swoje sprawy tak jakby się nie wierzyło

Dziękuję, Jarku za te słowa, chyba je sobie gdzieś w widocznym miejscu powieszę :)

Gratuluję i cieszę się Waszym OK :-)

lena - 2008-12-10, 00:03

... zdrady nie warto wybaczać zbyt szybko...

...wybaczenie oznacza też czasem dalsze krzywdzenie samego siebie- że nie wszyscy są warci wybaczenia ...

...fatycznie jest tak , że wybaczenie mu tego utwierdziło by go w przekonaniu , że może mnie opluć z góry na dół a ja i tak mu powiem : kocham cię . To chore - ale to moja choroba , nie jego ...

Takie myślenie owszem.... chore
Wybaczenie nie jest prezentem, przysługą dla krzywdziciela, ale jest prezentem.......żródłem uzdrawiającej mocy dla Nas samych.
Jest sposobem wychodzenia ze złej bolesnej przeszłości, jest oczyszczeniem...uwolnieniem od wszelkich destrukcyjnych uczuc...leku, złości, nienawiści, pogardy, jak rownież ciagłego poczucia skrzywdzenia, bycia ofiarą...
Przebaczenie przywraca spokoj, powraca bądź podnosi sie nasze poczucie wartości, dzieki niemu odzyskujemy wewnetrzna równowage ...

Wybaczenie nie jest usprawiedliwieniem, nie jest pozwoleniem i godzeniem sie na dalszą krzywdę....jest drogą do wolności... naszej wolności....
Nie jest słowem (niejednokrotnie mało obchodzi krzywdziciela) ale jest aktem który dokonuje sie w naszym sercu.
Wybaczenie nie zawsze wiaże sie z pojednaniem..... do tego potrzeba dwojga...krzywdziciela i skrzywdzonego, ale z pewnoscia wiąże sie z naszym uleczeniem.

Kto ma w sobie chęć przebaczenia, prędzej czy później tego dokona....troche wysiłku... Bóg i odpowiednia terapia.

nałóg - 2008-12-10, 08:36

Lena...... to jest SEDNO co napisałaś.
I sugestia z mojej strony dla tych co jeszcze "walczą" zprzebaczeniem:słowa Leny sa naprawdę warte zapamiętania.
Czy ważana jest spowiedż gdy penitent odchodząc od kratek konfesjonału zabiera ze sobą brak przebaczenia?????
SŁOWA LENY SĄ PODSTAWOWĄ DEWIZĄ.
Wybaczenie to nie znaczy zapomnienie,to nie znaczy -jak napisała Lena -pojednanie.
Wybaczyć tzn.poprawić swoej samopoczucie.
I nie utożsamię sie z tym co napisał Jurek:"Zdradzacz nie musi i nawet nie powinien o tym wiedzieć"....... chwalić sie nie ma potrzeby z wybaczenia,ale i trzymania w tajemnicy tez nie.
Scenka autentyczna z sądu.W wypadku samochodowym ginie 21 letnia dziewczyna.Nie ma świadków,bo był pózny wieczór.Kierowca idzie w zaparte ,twardziel,kamienna twarz,że ona wybiegła mu pod koła.Rodzice dziewczyny na pytanie sądu czy chca coś powiedzieć wstają i mówia kilka zdań do tego kierowcy.Mówią o tym że mu wybaczają,mówią że jest im bardzo żal córki ,ale córki juz im nie wróci to że zapieka sie w nienawiści.Wybaczaja mu.
Facet zaczyna płakać na sali sądowej.Ten twardziel,z kamienną twarzą.Dostaje wyrok.Podczas pobytu w więzieniu pisze list do rodziców tej dziewczyny.Mineło kilka lat od tamtej pory...... do dziś utrzymuje z nimi kontakt.Pomaga im.
Jak sam mówił ,gdyby nie ich słowa przebaczenia na sali sądowej nigdy by sie do nich nie odezwał.


Słowa Leny sa naprawdę wiele,wiele warte
Pogody Ducha

ak70 - 2008-12-10, 09:39

Nałóg... jak Cię czytam to jesteś bardzo radykalny w swoich poglądach.. białe to białe czarne to czarne... i bardzo dobrze, żeby życie takie było. Ale ono nie jest...
Napisałeś: "Czy ważana jest spowiedż gdy penitent odchodząc od kratek konfesjonału zabiera ze sobą brak przebaczenia????? " Odpowiem Ci: jest nieważna.. dlatego nie wiem jak mam pójść do niej teraz na te najpiękniejsze Święta w roku... czy tak jak nie poszłam przez cały ten rok? :((
Lena napisała bardzo mądre rzeczy... i absolutnie sie zgadzam z nią. I uwierz mi: czekam z niecierpliwością na dzień, kiedy będe potrafiła wybaczyć, bo to będzie dzien mojego wyzwolenia. Teraz nie mogę, nie potrafę... kiedy patrze czasem na mojego męża widzę tą kobietę. Wiem, że to chore... ale opowiem ci bajkę o płocie, może to pozwoli Ci mnie zrozumieć:
"Był sobie kiedyś niegrzeczny chłopiec, który mieszkał wraz z ojcem w małym domku otoczonym płotem z kolorowych sztachet. Ojciec, który miał na głowie całe gospodarstwo i utrzymanie ich dwuosobowej rodziny nie radził sobie z krnąbrnościa chłopca, a że był łagodny i mądry nie chciał bic swojego dziecka. Któregoś dnia po kłótni zabrał swojego syna na podwórko dał mu młotek i paczkę gwoździ i powiedział "wbij gwóźdź w ten płot zawsze, ilekroć będziesz niegrzeczny". Po jakimś czasie płot zaroił sie od gwoździ, a chłopiec zmęczył sie już ich wbijaniem. Poszedł do ojca i powiedział, że postara sie być grzecznym... ojciec nakazał mu, aby każdego dnia, kiedy wytrwa w postanowieniu wyciągał jeden gwóźdź z płotu. Kiedy nie pozostał ani jeden gwóźdż syn pochwalił sie ojcu. Ten wziął go na dwór i pokazał mu płot, który był cały podziurawiony od gwoździ i powiedział "ten płot jest TEN sam, ale juz nie TAKI sam... za każdym razem kiedy kogos krzywdzisz wbijasz w niego taki gwóźdź... i choćbyś potem nie wiem jak sie starał i wyciągał te gwoździe, rany i pamięć o nich pozostaną".
No właśnie... to boli... jeden przykład zachowania mojego męża, którego mu nie moge zapomniec i wybaczyć: mieliśmy kłopoty finansowe, oboje nie pracowaliśmy, było naprawde bardzo ciężko. Potem on dostał pracę... dawał mi 10 zł i za to oczekiwał superjedzenia przez kilka dni... a kiedy mu mówiłam, że nie mam juz pieniędzy powiedział "TO IDŻ NA ULICĘ I ZARÓB!"...
To boli... do dzisiaj, choc miało miejsce 4 lata temu...

czerwona - 2008-12-10, 09:55

ak70 - tak właśnie jest , wybaczyć ( dla siebie - jak napisała Lena ) trzeba , zapomnieć się nie da ,mam te same , identyczne odczucia , przypowieść - genialna - to jest właśnie to .
LENA - Kiedy ja napisałam o wybaczaniu i opluwaniu, miałam na myśli takie wybaczenie, że mąż wraca , łapiemy się za rączki i biegniemy na łąkę - hopsa sasa . To miałam na myśli , że takie wybaczenie oznaczałoby dla niego - jak dla każdego pewnie zdrajcy - bezkarność i utwierdzenie się w przekonaniu , że może mnie opluć a ja wszystko przetrwam .
To wybaczenie , o którym Ty piszesz to inna sprawa - nieunikniona - niezbędna , żeby dalej żyć. Mam nadzieję ,że przyjdzie na to pora- teraz pracuję na to małymi kroczkami.

ak70 - 2008-12-10, 10:40

Czerwona.. daj rękę... we dwie będzie nam raźniej :) I może z czasem obie będziemy mogły podnieść głowy, a nasze kroki staną się pewniejsze i dłuższe ...
mami - 2008-12-10, 11:03

Ak twój problem to, taki że i bez niego /męża/ i znim nie potrafisz
kiedys myslałas, że z męzem pokonasz wszystko, dziś już wiesz, że zdrada, ze nielojalny, że z nim nie pokonasz ale i wiesz, że sama nie potrafisz
i ta świadomośc jest najgorsza
szukasz oparcia w kims kto ci pomoże a pomoc odnalez siebie mozesz tylko ty
musisz znalez w sobie siłe ze jestes mądra dzielna dziewczyna, która może sama bez nikogo radzic sobie i cieszyc sie zyciem,
nie bój sie potrafisz sama musisz tylko uwierzyć w siebie ze mozesz być szczęsliwa
wtedy z kazdym będziesz potrafiła
wtedy i z męzem będziesz umiała
pogodzona ze soba pogodzisz sie i z całym światem

..monika.. - 2008-12-10, 11:13

oj mami,
masz swieta racje.
ja tez dlugo tkwilam w takim poczuciu, ze potwierdzenie swojej wlasnej wartosci musze znalezc w drugim czlowieku.
Mezczyznie, rodzicach, znajomych..
potrzeba akceptacji i przekonanie, ze bez tych wszystkich ludzi, sama dla siebie, nie mam zadnego znaczenia.
dopiero [juz..?] teraz wiem, ze to w SOBIE musze szukac sily, wiary. ze to ze mnie musi plynac sila dla mnie. teraz to ja juz nie chce byc mala wystraszona dziewczynka wiecznie chowajaca sie za kims, o nie! moje poczucie wlasnej wartosci i samoswiadomosc kielkuje powoli, ale ciagle. kazdego dnia troche rosnie. podlewane Boza Miloscia.

ak70 - 2008-12-10, 11:17

Mami... pewnie dużo racji jest w tym co mówisz...
uczę sie tego... dawania sobie rady samodzielnie.. nikt mnie tego nie nauczył... moja mama, niestety, była nadopiekuńcza, a ja na swoje nieszczęście jestem jedynaczką... czy wiesz jakie to uczucie zostać zaprowadzona do koleżanki na urodziny (miałam wtedy 11 lat!) i nie umieć sobie zawiązać butów??!!
Pewnie nie wiesz... powiem Ci: to horror!!
Uczę się... roczna terapia DDA była dla mnie straszna... to może zrozumieć tylko ktos kto sam jest DDA.. te emocje, strach wstyd i poniżenie.. kiedy ktoś mówi Ci, że to, co do tej pory robiłaś nie było normalne i zdrowe... wali sie cały świat, uczysz sie życ na nowo... a jednocześnie zaczynasz rozumieć, że to nie twoja wina... i jest trochę lżej.. ale tylko trochę :(
Uczę się samodzielności każdego dnia...

mami - 2008-12-10, 11:47

ak70 napisał/a:
Mami... pewnie dużo racji jest w tym co mówisz...
uczę sie tego... dawania sobie rady samodzielnie.. nikt mnie tego nie nauczył... moja mama, niestety, była nadopiekuńcza, a ja na swoje nieszczęście jestem jedynaczką... czy wiesz jakie to uczucie zostać zaprowadzona do koleżanki na urodziny (miałam wtedy 11 lat!) i nie umieć sobie zawiązać butów??!!
Pewnie nie wiesz... powiem Ci: to horror!!
Uczę się... roczna terapia DDA była dla mnie straszna... to może zrozumieć tylko ktos kto sam jest DDA.. te emocje, strach wstyd i poniżenie.. kiedy ktoś mówi Ci, że to, co do tej pory robiłaś nie było normalne i zdrowe... wali sie cały świat, uczysz sie życ na nowo... a jednocześnie zaczynasz rozumieć, że to nie twoja wina... i jest trochę lżej.. ale tylko trochę :(
Uczę się samodzielności każdego dnia...


AK nie patrz na siebie z punktu usprawiedliwienia sie bo wtedy zatracasz sie i sama sie usprawiedliwiasz
każdy z nas przeszedł jakas traume ale to nie moze zawazyc na moim terazniejszym i bron Boze przyszłym zyciu
mam walczyc o siebie, o ta lepsza czesc siebie
mama popełniała błedy ale ty nie musisz
mama zyła z alkoholikiem i cala milosc przelala na ciebie co okazało sie dla ciebie większym błedem niz gdyby cie zaniedbała
ale ty o to jestes mądrzejsza
z kazdych błędów wyciagaj wnioski nie po to by sie usprawiedliwiac tylko by o nie byc mądrzejsza i silniejsza
przeciez krzywdy nam nie tylko sprawiaja ból i cierpienie ale wykuwają z nas silne osoby
inaczej poddajemy sie w poczuciu nic mi nie wychodzi, jestem do niczego, mialam zle dziecinstwo, zlego meza
AK pomysl jak trudno jest i mężowi wiążąc sie z toba znał cie myślał, że może ci pomóc ale go to przerosło
popatrz na to z jego strony
pomóz mu na nowo zobaczyc tego chłopca z ulicy który jedyny pragnął szczęścia dla ciebie i pragnął ci pomóc
nie wyszło mu bo to i ciężka droga była
ale nie miej tylko do niego przykrości sama mu tej drogi nie ułatwiałas
a on sam bez ciebie tez niewiele mógł
teraz jestes juz o to wszystko mądrzejsza wyciągnij reke na zgode
za ręke z mężem idź jak kiedys
tylko teraz juz jestes o te wszystkie lekcje z zycia mądrzejsza teraz ty go ucz bo i on sie zagubił przy tobie
pozdrawiam dasz rade wiem jestes silna i w to wierz ze potrafisz

ak70 - 2008-12-10, 11:54

Mami.. nie, nie nie!
Nie bede widziała w nim tego chłopca z ulicy... własnie to sobie wmawialam kiedy poszlam do niego.. nie moglam uwierzyc, ze ktos tak moze sie zminic, zobojętniec... nie oceniam go, ale gdybym ogladala tyle pornosow co on to pewnie tez traktowalabym ludzi jak rzeczy...
Poza tym masz rację... staram sie wyciagać wnioski z błędów własnych i innych (mój 5-letni syn sam sobie zawiązuje buty ;-) ) "co nas nie zabije to nas wzmocni"... jest we mnie ta sila... odkrywam ja po kawaleczku kazdego dnia... i - paradoksalnie - kazdy "kopniak" mojego męża dodaje mi sił...
Dzięki za wszystko co napisałaś. Pozdrawiam...

czerwona - 2008-12-10, 12:20

ak70 - znów trafiony zatopiny z tymi pornosami - on ma problem , nie bedę tu pisać jaki ale to wypłyca jego uczucia aż je w koncu zabije , gasi sumienie , znam to - pewnie często jest zły , pewnie złośc to głównie odczuwane przez niego uczucie - innych nie ma , zgadza się ak?
Obydwoje do terapii .sama niewiele zdziałasz ( nie chciałam napisać - nic)
Agresja do Ciebie oznacza , że nie może sobie sam ze soba poradzić.

ak70 - 2008-12-10, 12:32

czerwona napisał/a:
ak70 - znów trafiony zatopiny z tymi pornosami - on ma problem , nie bedę tu pisać jaki ale to wypłyca jego uczucia aż je w koncu zabije , gasi sumienie , znam to - pewnie często jest zły , pewnie złośc to głównie odczuwane przez niego uczucie - innych nie ma , zgadza się ak?
Obydwoje do terapii .sama niewiele zdziałasz ( nie chciałam napisać - nic)
Agresja do Ciebie oznacza , że nie może sobie sam ze soba poradzić.


czerwona... to prawda... on ma problem... ale jak probuje o tym rozmawiac, kiedy staram sie mu tłumaczyć jak to na niego/na nas wpływa... podsuwam mu artykuly i ksiazki (bo wiem, ze mnie i tak nie poslucha)... nie czyta, a mnie wysmiewa "wszyscy faceci oglądaja pornosy, a ci co mówią inaczej kłamią"... i już...
Na terapie on juz nie pójdzie - był na dwóch, do tematu pornografii nie zdążyliśmy dojść :-(
Ja już nic dla niego nie moge zrobić... i juz nawet nie próbuję, bo mija sie to z celem... muszę zająć sie soba i dziećmi (a raczej umiejętnym zabieraniem mu ich z drogi :-( )

..monika.. - 2008-12-10, 13:08

ak,
2 terapie?
czyli 2 spotkania, tak?
no to wiadomo, ze niewiele Wam to dalo.. z terapiami jest tak, ze to pomalutku, malymi kroczkami. taka rehabilitacja psychiki. nie da sie - hop i juz jest dobrze.
szkoda, ze nie udalo sie Wam wytrwac dluzej..

zajmij sie teraz soba,
a meza Bogu zostaw, bo to juz trudniejszy przypadek.

Macius - 2008-12-10, 13:08

czerwona napisał/a:
trafiony zatopiny z tymi pornosami - on ma problem , nie bedę tu pisać jaki ale to wypłyca jego uczucia aż je w koncu zabije , gasi sumienie

Ja się też kiedyś naoglądałem masy pornosów, nałogowo oglądałem, ściągałem z netu itd. W końcu taki ktoś się może jednak opamiętać i z tego zrezygnować. Może normalnie (no - może w miarę normalnie) kochać, chcieć być ze swoją jedyną, dochować przez lata wierności i zrezygnować z prób wprowadzania perwersji do swojego związku. Przynajmniej u mnie tak było. Wywaliłem to po prostu do śmieci i wcale mnie nie ciągnie z powrotem. Bez żadnej terapii w tym kierunku.

mami - 2008-12-10, 13:33

...Mami.. nie, nie nie! ...
twój wybór twoje konsekwencje..
nikt cie do niczego nie zmusza a jedynie pragnie wskazac przyczyne
Wasz problem to brak okazywania uczuc bliskości
mąz tak samo jak ty ma z tym problem świadczy o tym najpierw zdrada potem ucieczka w pornografie
pornografia jest to dla niego formą rozładowania stresu i szukaniem bliskości, miłości i szczęścia
niestety czysty sex znieczula na chwilę ból, ale go nie leczy
doprowadza jedynie do uzaleznienia takiego samego jak inne nałogi
powodując jeszcze większy stres i niemoc
zdrada dała mu poczucie i świadomośc ogromej krzywdy jaką ci zrobił ,teraz pornografia zastępczy środek rozładowywania napięcia choc nie jest czysto fizyczną zdradą to emocjonalnie wie też że cie krzywdzi
ale jak każdy nałóg zmusza go do tego
dlatego mając tego świadomośc warto zawalczyc o siebie i rodzine o męża
zmieniając siebie swój lęk przed okazywaniem uczuc możesz ruszyc lawine zmian i u męża
widząc zmiany u ciebie mąz może poczuc też potrzebe okazywania uczuc tobie
ale to długa droga
twoje życie jest w Twoich rękach jak nim pokierujesz zależy tylko od Ciebie
ale podejmując walke o siebie w miarę postępów zdrowienia będziesz życzliwszym okiem patrzeć na swego męża bo zobaczysz inną siebie
zaradną, ciepłą osobe, bez piętna patrzenia na siebie jako tej pokrzywdzonej w dzieciństwie
mimo iż ogromnie pragniesz bliskości niestety sama ją odrzucasz paradoks DDA lęk przed zaufaniem i bliskością
pozdrawiam gorąco AK
nie zmieniaj męża zmień siebie

ak70 - 2008-12-10, 14:00

Maciuś... on jest nałogowcem, który mówi, że nie jest nałogowcem.. jak alkoholik, który nie widzi problemu. To co powiedziałeś daje mi nadzieję, że sie opamięta i zacznie mnie traktować jak CZŁOWIEKA w "tych" sprawach, a nie jak maszynke do zaspokajania własnych perwersji... więc nie wiem czy dobrze sie stało w moim przypadku, bo nadzieja umiera ostatnia :(
czerwona... to nie były dwa spotkania tylko dwie terapie po kilka spotkań... pierwsza przerwalismy, bo zaczęły sie wakacje... potem okazało się, że jedna z terapeutek zaszła w ciąże i dali nam inny zespół... więc tak jakbyśmy wszystko zaczynali od nowa... a drugi zespół nie odpowiadał mojemu mężowi, więc powiedział po paru spotkaniach, że wiecej nie pójdzie :(( i tyle...
"zajmij sie teraz soba,
a meza Bogu zostaw, bo to juz trudniejszy przypadek."
tak właśnie zrobie :) dzięki..

[ Dodano: 2008-12-10, 14:03 ]
Mami... muszę przetrawić, zeby spróbować przyjąć..
Masz rację DDA to paradoks: wielka potrzeba bliskości, a jadnak ucieczka i brak zaufania, kiedy ktoś ci ja daje...
Zmuszasz mnie do myslenia, thx :))

czerwona - 2008-12-10, 16:09

nie chciałam tego pisać wprost ale zrobiłas to sama : on jest nałogowcem i ma typowe nałogowe zachowania , wiem to , bo moje małżeństwo tez padło ofiarą nalogowych zachowań ( choc akurat nie takich)
Kiedy to odkryłam zaszokowało mnie to , wbrew pozorom nie przyniosło ulgi ale zwiekszyło cierpienie bo wiem , że bez terapii dla dwojga nie ma szans a wiem tez , że on nigdy na taką terapie by nie poszedł bo pierwsza i zasadnicza rzecz - gdybym mu powiedziala prawdę o nim wysłałby mnie do psychiatry, zresztą po co sie męczyc na terapii - lepiej nakręcać sie i hajować przyjemnościami , teraz podbitymi przez lalunię - przeciez on ma tylko jedno zycie . On chce żyć !
naprawdę musze odpuścić sobie to malżeństwo - kiedyś to do mnie dotrze ale jeszcze bardzo długa droga przede mną

nałóg - 2008-12-10, 17:28

Ak70....napisałaś w odpowiedzi chyba na mój post:"Nałóg... jak Cię czytam to jesteś bardzo radykalny w swoich poglądach.. białe to białe czarne to czarne... i bardzo dobrze, żeby życie takie było. Ale ono nie jest..."

Ak70,w pewnych sprawach ja musze być radykalny.Np. w stosunku do alkoholu....bo jestem alkoholikiem,w sprawach patrzenia na siebie tez.... bo wiem jak można swoje własne sumienie zmanipulować,jak można z czarnego zrobić białe,jak można pójść daleko w manipulacji,w racjonalizowaniu własnych poczynań,w usprawiedliwianiu sie ,w zamianie winy w poczucie krzywdy."kusy" dobrze wie gdzie i jak uderzyc w człowieka by ten człowiek sam siebie zmanipulował.

Co do spowiedzi..... bo do tego watku odnosiłaś się............. moje zdanie jest takie ,że jak świadomie wiem że kogoś,czy komus nie mogę na dziś przebaczyć bo nie jestem jeszcze gotowy by to zrobić ,to zastanawiam się czy ja chcę mu przebaczyć,czy mam gotowość do podjęcia pracy nad sobą ku przebaczeniu.
W programie AA ,w kroku 5 stoi zapisane:"Wyznaliśmu Bogu,sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów".
Konieczne mi było -aby wyznać -najpierw rozpoznac tę istotę.I na ten czas nic więcej .Mając świadomośc że mam ułomną naturę mogłem zwrócić sie do Boga w kroku 6 o "Staliśmy sie całkowicie gotowi ,aby Bóg uwolnił nas od wszystkich wad charakteru" .
Istotą na dziś jest ta gotowość....... a kiedy nastąpi uwolnienie????? to zależne jest od Boga,i od nas samych (Ciebie ,mnie) ,aby stale mieć tę gotowość.Byc GOTOWYM.
Dopiero po osuiągnięciu tej GOTOWOSCI w kroku 7 "Zwróciliśmy sie do Niego w pokorze by usunął nasz braki".

Piszesz że boli,że mąż ogląda pornosy.A jak ogląda to jest zniewolony onanizmem.Ucieka od siebie,od swoich kompleksów,od swoich lęków w szybkie rozładowanie napięcia.Tak działa uzaleznienie .
Niestety..... jak ogromna większość uzaleznionych od pornografi i chorej miłości(seksu) nie przyzna sie do tego.Bo tak działa mechanizm uzaleznieniowy.
Jak Ci powiedział:wszyscy faceci oglądaja porosy.
Nieprawda...... nie wszyscy.
Ci uzaleznieni tak.Nałogowo.
Ak70...... piszesz że jesteś DDA....... że próbowałaś terapi...a czy Ty chodzisz na mityngi DDA? lub Al-anon??? wiesz....każda terapia kiedyś sie kończy.Mityngi raczej sie nie kończą.Jak nie chodzisz ,to ja Ci serdecznie polecam.
Ak70..... można sie domyślać że w Tobie samej tez jest duży problem.Problem z samoakceptacją,z lękami z dzieciństwa,z własnym poczuciem wartości,z okazywaniem uczuć,z nawiązywaniem kontaktów i komunikacją.

A męża???/ no cóż...... twarda miłość.
Akceptacja człowieka przy ostrym stawianiu granic dla dysfunkcji,przy jasnym stawianiu granic,przy jasnym okreslaniu własenj osobowości i stosunku do dysfunkcji(pornografi i chorego seksu).
Może Twój mąż jednak by przeczytał książkę Jacka Pulikowskiego "Warto byc ojcem".
Kup.
połóż na widocznym miejscu i nie pytaj czy przeczytał.Przeczytaj sama.Powinna Ci wiele dać w temacie komunikacji małżeńskiej.
Współczuje Ci,ale Twoje życie lezy w Twoich rękach,emocjach i rozumie.Można być bezsilnym wobec dysfunkcji męża,wobec jego poczynań,ale nie bazradnym.BEZRADNYM NIGDY. Ty tez nie jesteś bezradna.Poznając mechanizmy zniewolenia od pornografi i seksu poznasz bardziej męża.
Pogody Ducha Ak70

czerwona - 2008-12-10, 19:15

Dużo przeszedłeś Nałóg - prawda ? Wiesz jak to się wszystko kręci . Moje małżeństwo też padło ofiarą nałogu - jak napisałam - takiego podstępnego bo nie wszystkie nałogi widać gołym okiem i z daleka , ja - typowa współuzależniona długo zaprzeczałam chociaż czułam pismo nosem . Zamykałam oczy i udawałam , że nic się nie dzieje. A działo się i zmierzało tam gdzie doszło.
Nawet moja koleżanka już po rozstaniu powiedziała :ty to jak żona alkoholika uważasz , że nic lepszego w życiu może cię nie spotkać .
To wszystko bardziej pokręcone niż piszemy tu na forum , ja nie piszę wszystkiego - bardziej o swoich emocjach , które szaleją jak u każdej współuzależnionej . Mnie też zabrakło używki - mojego męża.
Wyjść z czegoś takiego jak Ty to wielka rzecz. Czasem denerwujesz mnie w swoich postach bo zawsze wiesz najlepiej . Ale generalnie Nałogu - szacunek za trzeźwość i powrót do człowieczeństwa. Szacunek.Ten post do AK rewelka ,tylko ,że ona za swojego męża z nałogu nie wyjdzie.

nałóg - 2008-12-10, 19:37

Czerwona.... czy duzo???? tyle ile mi dane było.Od powierzchni do dna.
Czy wiem jak sie to kręci??? No cóz...... wiem.Bo wbrew pozorom to nie ma wielkiej róznicy w mysleniu tak przy zdradzie jak i przy wchodzeniu uzaleznienie czy dysfunkcję.
Czerwona...... może sie wydawac że pisze bo wiem najlepiej.......... nie ja nie wiem najlepiej.Wiem jak sam przeżywałem,wiem jak przezywała (w przybliżeniu) moja rodzina,wiem jak bolała moja dysfunkcja.
Poprostu dzielę się swoim doświadczeniem z uzaleznienia,doświadczeniem z dysfunkcyjnego życia w małżeństwie,z dysfunkcyjnego pojmowania komunikacji małżeńskiej,z egocentrycznego kontaktu z innymi ludżmi,z indywidualistycznego traktowania własnej osoby .
Był taki okres w moim życiu że gdyby nie grawitacja to ja bym fruwał ....nie chodził po ziemi....... tak mi się wydawało.A miałem poprostu tylko taki poziom pychy i egocentryzmu.
Moje życie to było zakładanie kolejnych masek .
Czerwona..... nikt za nikogo z czynnego nałogu nie wyjdzie.Bo nałogiem zostaje sie juz do końca życia.Tylko nie czynnym.
Ale można poprzez podwyzszanie dna pomóc wyjśc komus bliskiemu ze zniewolenia nałogu.
piszesz o swoim małżeństwie.............. o uzaleznieniu męża...... Ty tez do końca swoich dni jesteś współuzalezniona............. ale jak sie już wie o tym to można całkiem godnie żyć.
pogody Ducha

czerwona - 2008-12-10, 20:04

Nałóg- tylko widzisz , ta wiedza mnie osobiście teraz nie pomaga ale raczej mnie obciąża - małżeństwo sie rozpadło , wiem , że on sam ( tym bardziej z nakręcającą go lalunią) nie wyjdzie z tego . Bo on, niestety sam nie wie , że w tym jest.On nie wie, że problem jest w nim a nie w naszym małżeństwie .
Te wszystkie słowa , które mi sprzedał to właśnie przejaw pychy - zobacz , jak się ustawiłem , jaki jestem gość , na co mnie stać , jaki jestem wielki - ja maczo mam lalunię i świat do mnie nalezy brzydulo . Takie właśnie fruwanie, o którym piszesz . tak naprawdę ta moja wiedza to moja tragedia .Bo nic nie mogę zrobić , na nic liczyć . Nie mogę na niego liczyć i cudowne ozdrowienie bo takie się nie zdarzają . On jest jedną wielką pychą i jednym wielkim JA , jest jedną wielką maską pozbawioną grymasów . Kiedy mam lepszy nastrój tym go właśnie tłumaczę i wiem , że dalej może być jeszcze gorzej a ja nic nie moge zrobić. Kiedy mam gorszy nastrój nie tłumaczę go niczym . I tyle -smutne to wszysko.

Piki - 2008-12-10, 22:11

cześć Czerwona ....

Napisala posta i mi zeżarło - zdrarza się:) napiszę po raz drugi ...

Jeśli kto pytał Piki, to ja absolutnie w takie coś jak powrót do eksmalzonka nie wierze i nie chcialabym tego. Ale moja sytacja w mazeństwie nie byłą związana z takimi rzeczami, jak zdrada, czy niesnaski na polu życiowym. To byla inna sprawa i w moim przypadku takowy powrót oznaczalby brak rozsadku i instynku samozachowawczego przy jednoczesnej niemoznosci polegania w żaden sposób na uczuciach, czy rozumie drugiej strony.

Wiem, ze przy mojej inicjatywie takowy "powrót" bylby mozliwy (teoretycznie) to znaczy druga strona wykazaly takei chęci, ale motywy tejze strony, choć moze poczatkowo zabrzmialyby logicznie nie bylyby zrozumiałe ani dla mnie, ani dla Ciebie, ani przypyuszczam dla nikogo:...

BNie jestem wiec dobrym pzypadkiem do rozpatrywania. Natomiast - kiedyś tak, wierzylam,z e da się poprawic, naprawić, uzdrowić. Nie dalo sie i teraz wiem dlaczego. Wtedy nie. Dopoki czegos tak radykalnego nie ma, mysle, ze kazdy wierzy na swój, ze tak powiem rachunek. KAzdy zcłowiek i kazda sytuacja jest inna, nie przewidzimy biegu wydarzeń. Sa tacy ludzie, którzy wierza do końca w takie uzdrowienie i to się spełnia, sa tacy, którzy wierzą i nie spełnia się. Sa też tacy, którzy deklaruja ze szczerze tego pargnęliby, ale nie wiadomo jak zachowaluiby się za np. 10 lat w oblizcu takiej mozliwosci.. Wszystko zalezy iod ojkolicznosci i czlowieka.

NORBERT - 2008-12-10, 22:22

jezeli moge odniose sie do wątku ak70 -przebaczanie....cos ze strony jaka ostanio przegladałem


....wielokrotnie nie zdajemy sobie sprawy,jak czesto w naszej codziennosci działa
Duch Swiety.Dopiero zatrzymanie sie i wejście w cisze pozwala dostrzec to
działanie,zdac sobie z niego sprawe......



Duchu Swiety,który mieszkasz
w sercu człowieka,
Ty przychodzisz,aby złożyc w nas
jakże istotne ewangieliczne dary...
dobroc sercai przebaczenie/
Kochać i wyrazać to naszym zyciem,
kochac dobrocia serca i przebaczać
w ten sposób sprawiasz,ze możemy
odnależc zródła pokoju i radości
(Brat Rogier z Taize)

czerwona - 2008-12-10, 22:35

Cześć Piki - u mnie spadek formy i to bardzo ostry .PIKuję w dół. Nie wiem , co się dzieje ale to jak przypływy i odpływy- zjawisko ode mnie niezależne.Czytam tu wiele postów ale jakoś u niewielu widzę tak ostre fazy cierpienia jak u mnie , zaczyna mnie to martwić bo albo Wy lżej piszecie albo ja zwijam się w swoim bólu. Ból się teraz pali żywym ogniem.
Tak , jak wcześniej miałam huśtawki - zmiany nastroju co parę dni tak teraz mam je co parę godzin . Śmieję się i dosłownie za pół godziny zanoszę się płaczem - moim marzeniem jest z tego wyjść , zerwać się jak pies z łańcucha z całej tej sytuacji i uciec w świat - byle dalej , najlepiej , jak napisałam , na rok do Tybetu.
Piki, kiedy z Tobą pisałam byłam siłaczką - czasowo , jakoś wtedy natchnięta spokojem i pogodzeniem . teraz ostra cofka - faza początkowa - tęsknota , maśłane oczy i buczenie w poduszkę za tak naprawdę ...nie wiem nawet jak go określić . Walczę ze soba każdego dnia - cierpię każdego dnia , jak długo jeszcze , chciałabym zacząć w miarę normalnie żyć . Nie wiedziałam , że człowiek człowiekowi może zgotować taki los , po co komuś gotować taki los? Eh kiedy przyjdzie ta pogoda ducha ?

Macius - 2008-12-10, 22:53

ak70 napisał/a:
To co powiedziałeś daje mi nadzieję, że sie opamięta i zacznie mnie traktować jak CZŁOWIEKA w "tych" sprawach, a nie jak maszynke do zaspokajania własnych perwersji

może mu podsuń coś nt produkcji takich porno-materiałów - ile w tym jest wykorzystywania, cierpienia i pogoni za kasą... może zobaczy że to tylko wielka iluzja? żerowanie na niskich instynktach? były jakieś wywiady na ten temat chyba w Szwecji robione. pokazujące jakie tam jest pod spodem, pod tym 'wspaniałym' wyzwolonym seksem obrzydlistwo

NORBERT - 2008-12-10, 23:09

Macius sory ale uderze ponizej pasa ....a moze twoja zona pokaze ci materiały....o agresji....sorry..nie trac czasu jeno pracuj nad sobą...a ty do rad!!!!!
ak70.....taka technike o jakiej napisał Macius...to mozna nastolatkom choc to i tak nic nie da.....skłonnośc do pornografii..jak napisał nałóg jest uzaleznieniem....a w zasadzie jak kazde uzaleznienie ...poczatkiem..bądz juz etapem choroby...potocznie sie mówi o takich osobach nieradzenie sobie z meskościa...słabe pozcucie wartosci na polu sex-u...i podswiadome dążenie do zaspakajania..i doskonałości.....ak70 ja proponuje udac sie do fachowców...dowiedz sie np.w osrodku społecznym....gdzie poszukac ratunku dla męża....to nie jest takie hop siup jak myslisz....odpowiem tak..wprost po ludzku ..kazdy zdrowy facet..potrafi...zaspokajac..i otrzymywac zaspokajanie od swojej partnerki....jezeli cos ucieka poza te granice to jest juz nie o,k....

[ Dodano: 2008-12-10, 23:20 ]
czerwona napisał/a:
u mnie spadek formy i to bardzo ostry .PIKuję w dół
..czerwona lae dokładnie wiesz ze sama go sobie napedzasz.....czerwona wychamuj czy wkoncu chcesz sie obudzic trzęsaca z bardzo siwymi włosami..i zapytasz co ja tu robię.....aby cie rozładowac opowiem ci kawał....jada faceci na grzyby ,chodza po lesie patrza okopy z wojny..ty zobazc ale okopy..ida dalej a tu patrza w okopie siedzi stary..siwiutki ..dziadunio w mundurze wojskowym ..grzybiarze Panie a Pan co no jak co czekam na atak szkopów...atak szkopów przeciez wojna juz dawno sie skonczyła.....(dziadunio)o kurcze a mnie nikt nie powiedział.....
martin - 2008-12-10, 23:38

Witaj AK70

Nalog mnie wyprzedzil z ksiazka dla Twojego meza "Warto byc ojcem".
ALE
Jak wiadomo, w stanie zaslepienia taki czlowiek nie widzi w sobie problemu, jest slepy.
Wiec moze po ksiazke nie siegnac.
W zwiazku z tym lektury dla Ciebie to:

Dobson "Milosc potrzebuje stanowczosci" - jak do Niego podchodzic
Martin Padovani "Uleczyć zranione uczucia" - i jak sobie poradzic tez ze swym wnetrzem

A w skrocie i do zastosowania od zaraz - widzisz bardzo popularnym problemem jest fakt, ze zona widzac problemy meza uwaza, ze najlepiej "chroni" te biedne dzieci przed mezem, bo on zawsze na nie z krzykiem, zloscia itd.
On ma problemy ze soba, jest uzalezniony, ale NIE sa przed nim przez CIEBIE stawiane wymagania, ktore go moga z tego stanu wyprowadzic. Zostaw go z dziecmi, bo np. wychodzisz z kolezanka ze studiow nie widziana od lat. Jaki efekt? NIE wyobrazona sobie przez Ciebie tragedia, ze krzywda sie komus stanie, ale wlasnie swiadomosc tego, ze oto przed facetem postawilas zadanie. Sugerujac tym samym, ze:
- jest dla Ciebie wazny
- ufasz mu, ze zrobi to dobrze - dowartosciowujesz go.
i KONIECZNIE podziekuj mu potem za to! Nawet jesli przy okazji dziecko stluklo lampe, zalalo lazienke i poplamilo dywan ok? Od pierwszego razu przeciez nie bedzie w tym doskonaly.

Jesli czesciej bedzie musial podjac odpowiedzialnosc i bedzie za nia wynagradzany i doceniany to zacznie sam szukac okazji do tego, zeby pokazac, ze umie jeszcze wiecej.
Powodzenia!

czerwona - tez cierpimy, serio. Ale ten post leny - ze strony 9 - kwintesencja calej prawdy o wybaczaniu. Strasznie trudne, pod gorke, nawet jak nie wychodzi, ale trzeba.
A co do Twoich etapow - nie wiem, czy pamietasz post Blekitnej:
http://www.kryzys.org/vie...8c3d6768ea5be05
no ciezko jest z tymi etapami :(. Pamietam w modlitwie. Trzymaj sie

bird70 - 2008-12-11, 01:06

czerwona napisał/a:
u mnie spadek formy i to bardzo ostry .PIKuję w dół. Nie wiem , co się dzieje ale to jak przypływy i odpływy- zjawisko ode mnie niezależne.Czytam tu wiele postów ale jakoś u niewielu widzę tak ostre fazy cierpienia jak u mnie , zaczyna mnie to martwić bo albo Wy lżej piszecie albo ja zwijam się w swoim bólu. Ból się teraz pali żywym ogniem.
Tak , jak wcześniej miałam huśtawki - zmiany nastroju co parę dni tak teraz mam je co parę godzin . Śmieję się i dosłownie za pół godziny zanoszę się płaczem - moim marzeniem jest z tego wyjść , zerwać się jak pies z łańcucha z całej tej sytuacji i uciec w świat - byle dalej , najlepiej , jak napisałam , na rok do Tybetu.

witaj, czerwona
Może nie wszyscy piszą wszystko o swoim cierpieniu... pamiętam u siebie takie stany, o jakich piszesz (były związane z ostrym alkoholizmem mojego męża) , kiedy brałam psa, szłam w pole i złorzeczyłam nawet Bogu, chciałam przestać istnieć... nie chcę nawet wracać do szczegółów.
I pojawiło się światełko... warsztaty dla uzależnionych i współuzależnionych w oparciu o program 12 kroków, pojechałam- i uratowałam się psychicznie na tamten moment... Pomogło mi to być bardziej stanowczą dla męża (ostatnia terapia efektywna).
Może faktycznie gdzieś pojedź, może nie od razu do Tybetu :-P , ale może coś dla siebie znajdziesz... wiem, jak to jest, kiedy nie masz w domu żadnych zobowiązań (dzieci)... więc zostajesz sama ze swoją pamięcią i wyobraźnią...
Pozdrawiam cię bardzo serdecznie :-)

Piki - 2008-12-11, 07:17

Czerwona...
A stalo się w tzw. miedzyczasie coś nadzyczajnego w Twoim zyciu?
Jesli nie, to masz po prostu "nawrót choroby". Uzaleznienie emocjinalne przypomina kazde inne, a w takich chorobach sa nawroty i trzeba się z tym liczyć.

Dodatkowo, okres okołoświąteczny nie jest dobrym okresem dla ludzi w Twojej sytuacji :( Wiadomo - rodzinne Święta, w reklamach szczesliwe rodziny skupione przy stole, uradowani luidzie dający sobie prezenty, w sklepach pary szukajace ich dla siebie wzajemnie...

Wiem Czerwona, ze łatwo nie jest. Wspomnienia, marzenia, wyoraźnia ...To wraca tak jakby mimowolnie, nawet jeśli się bronisz. Kryzys i walka z sobą wyczerpały Cie psychicznie i trudno się temu dziwić, tylko głupiec dziwiłby się.

Rady typu "weźże sie kobito w garśc" tylko bardzij przygnebiaja budząc "refleksję": alez jestem beznadziejna, małzeńśtwo mi nie wyszło i w dodatku nie potrafię sobie poradzić.

Ale Ty potrafisz!!! Po prostu teraz zboczylaś ze ścieżki i biegasz w kółko po łysej polance. Musisz się po pierwsze uspokoić! Zminnośc nastrojów jest całkowicie NORMALNA w Twoim stanie, to znaczy jest to normalny objaw, ale nie oznacza to bynajmniej, że nie masz z nim powalczyć.
Technicznie rzecz ujmujac najpierw :)- postaraj sie mieć jak najmniej czasu na przemysliwania w ciagu dnia. Takie rozrapywanie ran nie przynosi ulgi, bo nie zdieje si nic konstruktywnego poza powtrotami do dobrych i złych wspomnień i "bilansowaniem" zywota, ktore teraz zawsze wyjdzie Ci w Twoich rozważaniach na minus.

To tak trochę, jakbyś sie oszukiwała wpuszczajac wodę do wanny, niby na kąpiel, ale wygiągnąwszy korek. Woda leci i się marnuje, a wana wciąż jest pusta. Nie mżesz się teraz "wykąpać" - to znaczy spokojnie zanurzyć w tym co przeżywasz, bo ...jeszcze to pzrezywasz. Więc przestań marnować wodę i frustrować si tym, że wanna pusta.

Powiedz sobie najnormalniej w świecie, jakbyś powiedziała innej osobie, kochanej i drogiej:Ty kochana Czerwona nie jesteś gotowa na myślenie o tym co sie dzieje na spokojno. Musisz pomyślec o czyms innym.

Wiem, że brzmi to nieco kosmicznie dla Ciebie teraz, ale wierz mi, że to prawda. Mówi się, że czas leczy rany, ale to nie jest do końca prawda. Nie wyleczysz rany ciagle rozdrapywanej, przestaniesz rozdrapywać to zacznie się goić i zostanie blizna. Blizny mozesz dotykać, mozesz ja podrapać, ale nie ma juz rany.

"Przysięgam wam, że płynie czas, że zabija rany przysięgam wam. Tylko dajcie mu czas, dajcie czasowi czas" - to taka piosenka Starego Dobrego Malzeństwa, właśnie o cierpieniu takim jak Twoje teraz.
I to prawda - daj czas czasowi. Sypiąc sl na swoja ranę i drapiac ja - nie pozwalasz mu działać.

Kiedy nachodzi Cię natretna chęć rozdrapywania postaraj sie ja odpychać. Zajmij się czyms, co Cię interesuje, ale serio, nie na silę. Ksiązka, film, praca.

PArę terchnicznych rad, które moze Ci się przydadzą. Nawet jesli Twoja sylwetka tego nie wymaga zacznij chodzić na fitness, aerobik, basen, albo poszukaj zajęc z gry zespołowej, w którą może kiedyś lubiłąs grać. Tak, wiem zaraz bęzdie, ze "fitness to nie jest lekarstwo na zranione serce":) Nie ejst, ale wysiłek fizyczny naprawdę pozwala odpocząć psychicznie.

Sama to sprawdziłam na sobie, acz mój wysilek fizyczny w tamtym czasie był chytrze "ukryty" w mojej pracy przez jednegop z moioch kolegow. W stylu: chcesz cos o tym wiedzieć, to mnie nie pytaj, tylko przyjdź, sama zobacz. a jak juz przyszłam to "A moze sama zobaczysz, jak to jest?" no i zobaczylam:)

Przyszlam po takim "oglądaniu" do domu (mieszkalam jeszcze z moim eksem) i bylam komletnie skonana. Bołały mnie wszystkie mięsnie - doslownie:) Kompletnie nie chciało mi się ani gadać ani myśleć o czymkolwiek - chciało mi sie wykapać i SPAC:)

Zmordowany fizycznie czlowiek zradzij ma ochote na rozważania, zwłaszcza te niepotrzebne. Kolejna techniczna rada nie wiem na ile się przyda, bo nie znam Twojego miejsca zamieszkania ani środowiska, ale moze się zda. Czerwona - zacznij "bywać". Dobre miejsca dla Ciebie o niekoniecznie kawiarnia pełna zakochanych parek i kawa z kolezanką, ale np. galeria sztuki współczesnej, koncert jazzowy, albo bluesowy w kameralnym miejscu.
Dlaczego? Bo środowiska związane ze sztuką sa bardziej otwarte i mniej rzeklabym konserwatywne w złym słowa tego znaczeniu. W takih miejscach kobieta, która nawet sama przyszla nie bedzie zaraz [postrzegana jako dziwo, ewentualnie poszukująca kogoś, a juz szczególnie cudzego meza.
artyści i pasjonaci czsto lubią opowiadać o tym, czym, się zajmuja, a jeśli się na tym nie znasz najlepiej - tym lepiej - wiele się mozna nauczyć, poznać ciekawe osoby.

Kolejna techniczna rada: pod zadnym pozorem nie staraj się dowiadywać niczego o zyciu byłego meza, ani od niego, ani od znajomych. Nawet jeśli sam mowi to mu powiedz, ze fajowo, ale Ciebie to nie interesuje.
Swoja droga - wiesz, takie przechwałki w stylu "jakiz ja teraz jestem przeszczesliwy" nie świadcza w mojej ocenie o tymze szczesciu. Szcześliwy człowiek nie ma potrzeby ranić innych opowieściami o swoim szczesciu, bo jest na nim skupiony, mówi - gdy ktos pyta ewentualnie. A jeśli chodzi o kobietę, która jest teraz z twoim eksmezem .. Hmmm no cóz jeśli go nakreca do dzialania przeciw Tobie, też nieświadczy to bynajmniej o tym, żebyczula sie bardzo pewna na swojej pozycji. Pewny siebie człowiek nie musi udowadniać, ze ma przewagę, jesli chce udowadniać, to znaczy , ze czuje iż jej nie ma.

Kolejna sprawa- rób to na co masz ochotę :) Jeśli lubisz naleśniki z dżemem, ale kiedy bylas z mezem rzadko je przyrządzałas, bo on nie przepada - tearz sobie rob:) Jeśli lubisz chodzić w spodniach,chciałaś sciac albo pzrefarbowac włosy, zacząc chodzić na kurs, ale jemu sie nie za barzdo widziało, wiec odpuscilaś to tearz sobei to zafunduj :)

Chodzi o to, zebys za pomocą takich drobiazgów eliminowała jego cień w Twoim życiu. On sie z tego życia Tqwego sam, dobrowolnie i boleśnie dla Ciebie wykolegował, wiec nie robisz nic złego usuwając "ślady" po nim. Nie, że "zrobię na przekór jemu,", ale "zrobię jak mi się podoba, bo JA decyduję o sobie".

Macius - 2008-12-11, 09:03

Piki napisał/a:
Przysięgam wam, że płynie czas, że zabija rany przysięgam wam. Tylko dajcie mu czas, dajcie czasowi czas

PIKI, autorowi tych słów to zabiło faktycznie wszystkie rany - najpierw się nieszczęśnik rzucał pod pociąg, a potem podcinał żyły i w końcu nafaszerowany prochami się powiesił.

Czerwona zasługuje na coś lepszego. A z czasem ma nawrót złych emocji i uczuć... tak to u niej teraz zadziałało.

Bardziej pewna jest droga w Chrystysie, poddaniu się Jego woli, ukojeniu w modlitwie i korzystaniu z cierpienia jako szansy na wewnętrzna przemianę. Zapewne czas przyniesie ulgę, ale to nie tylko to i nie to najważniejsze.

Piki - 2008-12-11, 09:13

Maciusiu:) mogę o cos rerio zapytać?
Ile Ty masz lat ?:)
Pytam, bo skoro wartośc poetycką oceniasz po życiorysie autora to chyba niewiele ...

Ale owszem, masz rację - Stachura popełnił samobójstwo, zwątpił widać we własne słowa i przesłanie:(
Szkoda, ale pomyśl ilu ludziom pomaga życ jego poezja zwłaszcza w wykonaniu SDM :)

A skoro tak zinterpretowałes moją odpowiedź do Czerwonej - no cóz to znaczy, że albo jej nie czytałeś dokładnie, albo nie masz pojecia o czym była.

Tak czy owak - moze i cieprpienie komuś pomaga, ale Czerwona chciałaby juz przestać cierpieć i zacząć żyć. Ma prawo juz nie chcieć uszlachetniac się cierpieniem? Moze to dla niej za duzo juz?

[ Dodano: 2008-12-11, 09:29 ]
Zresztą wiesz co?

Czasem, jak się czyta niektóre porady tuatj, to po prostu wszystko się wydaje takie prościutkie - modl sie i cierp, a wszystko bedzie dobrze?

Maciuś, przecież to forum dla wierzących ludzi, tu sie chyba wszyscy modla, nie? a jednak mają problemy - normalnie.

Kiedy przeczytałam Twoja "radę" dla Czerwonej przypomniał mi się pewien dowcip, o człowieku, który bezgranicznie ufa Panu Bogu.

Pewnego dnia podczas wielkiej powodzi wdrapal sie na wysokie drzewo i modlil o ocalenie. Wkrótce podpynęla do niego łodź pełna ludzi i zaproponowano mu, żeby się ratował i wsiadł do niej. Ale człowiek popatrzyl na przepełniona łódke i zatrwożył się. "Nie" - odpowiedział. "Ufam Bogu, on mnie ocali, a nie wasza luzka łódka" i łodź odpłyneła. Później poziom wody wzrósł, a człowiek na drzewie dalej żarliwie się modlil o pomoc boską. Zobaczyl strażaków na pontnie, którzy wołali go, by wskoczyl do wody i uchwycił rzucona mu linę. ale człowiek bal się, że strazacy go nie wyciagna. "Nie" - odpowiedział. "Ufam, ze Bóg mnie uratue, wobec Jego mocy niczym jest wasza cienka lina". Ratownicy odpłynęli. Woda się podnosiła,a człowiek nadal modlił się o boski cud. Wreszcie nad drzewem pojawił się helikopter. Zrzucono drabinkę, a ratownicy krzyczeli, żeby czlowiek na drzewie sięgnał jej i wsiadl do maszyny. smiglowiec niebezpiecznie chybotał się na wietrze. "Nie" odpowiedział zcłowiek. "Ufam Bogu, że mnie uratuje, wobec Jego potegi niczym jest wasz helikopter, który moze spaść do wody" i helikopter odleciał. Tymczasem poziom wody rósł i w końcu zniknął w niej wierzchołek drzewa, na którym siedzial ten człowiek. Niestety, cud sie nie zdarzyl i on utonal. Gdy stanał przed Panem Bogiem miał do Niego pretensje. "Panie, ufałem Ci. Żarliwie modliłem sie o pomoc, czemu nie przysłałeś Panie aniola, by mnie zabral z tego drzewa, moja wiara była tak silna" - czynil Bogu wyrzuty. Na to odrzekł mu Pan Bóg. "Czlowieku, widzialem Twa ufnośc i wiare. Trzy razy wysyłaem po Ciebie innych ludzi, którzy narażając się chcieli Cię ratować. Ale Ty z tego nie skorzystałeś. odrzuciłeś MOJĄ pomoc"

Macius - 2008-12-11, 09:30

Piki napisał/a:
Maciusiu:) mogę o cos rerio zapytać?
Ile Ty masz lat ?:)

42 dopiero :-P
A zasadę na porady mam bardzo prostą - szukam ich u ludzi, którzy własnym życiem świadczą o tym, że znaleźli coś wartościowego i trwałego.

ak70 - 2008-12-11, 10:01

Czerwona.. Piki dobrze mówi... ja wiem, że to trudne zająć sie sobą, ale da się. Najważniejsze nie zamykać sie na ludzi... wiem, że to trudne, bo jeśli masz tylko takie koleżanki, które maja swoje rodziny to będzie ciężko z jakąś sie umówić. Ale koncerty, wystawy, fitness czy fryzjer to super pomysł (sama skorzystam :)

Nałóg... świetny z Ciebie facet, wiesz? Bardzo dobrze mnie rozumiesz, bo byłeś uzależniony..
Napisałeś: "Istotą na dziś jest ta gotowość....... a kiedy nastąpi uwolnienie????? to zależne jest od Boga,i od nas samych (Ciebie ,mnie) ,aby stale mieć tę gotowość.Byc GOTOWYM.
Dopiero po osuiągnięciu tej GOTOWOSCI w kroku 7 "Zwróciliśmy sie do Niego w pokorze by usunął nasz braki".
Nie jestem chyba jeszcze gotowa wybaczyc i usuwac swoje braki... jest we mnie gotowość do wynajęcia mieszkania i wyprowadzenia sie wraz z dziećmi, ale nie stac mnie na taka zmianę, więc tkwie w zawieszeniu.
Napisałeś: "Piszesz że boli,że mąż ogląda pornosy.A jak ogląda to jest zniewolony onanizmem.Ucieka od siebie,od swoich kompleksów,od swoich lęków w szybkie rozładowanie napięcia.Tak działa uzaleznienie .
Niestety..... jak ogromna większość uzaleznionych od pornografi i chorej miłości(seksu) nie przyzna sie do tego.Bo tak działa mechanizm uzaleznieniowy.
Jak Ci powiedział:wszyscy faceci oglądaja porosy.
Nieprawda...... nie wszyscy.
Ci uzaleznieni tak.Nałogowo.
Ak70...... piszesz że jesteś DDA....... że próbowałaś terapi...a czy Ty chodzisz na mityngi DDA? lub Al-anon??? wiesz....każda terapia kiedyś sie kończy.Mityngi raczej sie nie kończą.Jak nie chodzisz ,to ja Ci serdecznie polecam.
Ak70..... można sie domyślać że w Tobie samej tez jest duży problem.Problem z samoakceptacją,z lękami z dzieciństwa,z własnym poczuciem wartości,z okazywaniem uczuć,z nawiązywaniem kontaktów i komunikacją. "
Wiem jak działa uzależnienie... miałam to w domu rodzinnym od zawsze... dlatego tak szybko z niego chciałam uciec, że wyszłam za faceta, który mógł i chciał mnie z niego zabrać teraz, natychmiast... i niestety: z deszczu trafiłam pod rynnę :-(
Nie chodzę na mityngi, bo nie ma u mnie w mieście czegoś takiego... ale jeszcze się upewnię. Czeka mnie druga terapia grupowa w przyszłym roku, bardzo chcę na nią pójść, choć to trudne otwierać sie przed obcymi ludźmi. Wiem, że we mnie jest duży problem i prawdą jest to co napisałeś.. moje poczucie własnej wartości i samoakcepracja są zerowe. Staram sie nad tym pracować, ale mój mąż usilnie pracuje nad tym, abym czuła się niewiele warta każdego dnia. To trudne... dlatego myślę o wyprowadzce, aby uwolnić siebie (i dzieci, zwłaszcza starszego syna, któremu tez od jakiegos czasu wmawia, że jest beznadziejny, a na to ja sie juz nie zgadzam!) spod tego destrukcyjnego wpływu... bo wiem sama jak łatwo jednym zdaniem zburzyć coś, co ja buduje w sobie miesiącami.

Norbert... miałeś rację w tym co napisałeś: "potocznie sie mówi o takich osobach nieradzenie sobie z meskościa...słabe pozcucie wartosci na polu sex-u...i podswiadome dążenie do zaspakajania..i doskonałości.....ak70 ja proponuje udac sie do fachowców...dowiedz sie np.w osrodku społecznym....gdzie poszukac ratunku dla męża....to nie jest takie hop siup jak myslisz....odpowiem tak..wprost po ludzku ..kazdy zdrowy facet..potrafi...zaspokajac..i otrzymywac zaspokajanie od swojej partnerki....jezeli cos ucieka poza te granice to jest juz nie o,k.... "
To nie jest ok... zresztą nic co sprawia drugiemu człowiekowi ból nie jest ok.. nigdy nie będę taka jak te dziewczyny na jego filmach, bo ani nie ta uroda, ani figura, ani też nie mam takiej potrzeby i ochoty.. to dla mnie obrzydliwe.. mój mąż kiedy prosiłam go by wrócił napisał do mnie w liście "bo dla mnie bliskość to też sex.. a jak nie ma sexu to nie ma też bliskości.. więc jak nie chcesz sie ze mna kochać to ja sie oddalam od ciebie i szukam gdzie indziej, bo nic mnie tu nie trzyma"... u mnie jest kolejnosc troche inna: najpierw bliskosc duchowa, emocjonalna, potem sex... u niego odwrotnie... kolejne pole, na którym sie nie zgadzamy... inny system wartości...

Martin - dziękuje za tytuły, zapisałam, będę szukać :-)
Piszesz, że mam go zostawiac z dziećmi, aby dowartościować, chwalić, dostrzegac co zrobił... a kto dowartościuje mnie??!! Juz tak robiłam przez ponad rok po jego "wspaniałomyślnym" powrocie... efekt był taki, że kiedy coś robiłam ekstra stawało sie to moim obowiązkiem, za który nie należy sie "dziękuję".. nie mówiąc juz o tym, że nie należało sie dziękuję za obiad, uprane i uprasowane ubrania, ciepły i podany pod nos obiad, święty spokój, kiedy miał pierwszą zmiane w pracy i chciał po południu sie przespać... Za to wieczorem łaskawie mnie przytulał, jednak tylko wtedy, kiedy miał ochotę na sex... w inne wieczory przesiadywał przed tv lub laptopem traktując mnie jak powietrze lub wrzeszcząc, że mu przeszkadzam..
Nie będę go dowartościowywać zostawiając z dziećmi, bo one na tym najbardziej ucierpią. Fizycznie może nie, bo on rzadko wyciaga pas, ale psychicznie bardzo. "Chłopcem do bicia" zrobił sobie starszego syna i naprawde nie ma dnia, aby parę razy nie przypomniał mu jakie są jego obowiązki i gdzie jest jego miejsce.. a syn wchodzi w wiek dojrzewania i jeśli teraz odwróci sie od niego, a przez to i od nas obojga to bedzie nie do odrobienia...
Mój mąż w swoim życiu przeczytał może jedną-dwie książki... nie sądze więc, aby przeczytał ta polecana przez Ciebie... ale kupie mu ja na gwiazdkę, aby potem nie wyrzucać sobie, że nie spróbowałam absolutnie wszystkiego..

Uff.. to chyba tyle co chciałam napisać... od wczoraj, kiedy Was czytam jest mi naprawde o wiele lżej.. pomaga świadomość, że nie jestem sama, że ktoś czyta moje "wypociny" myśli co odpowiedzieć... myśli O MNIE!! to budujące.. :-)
Czerwona.. Siostro... przyszedł na Ciebie zły czas.. ale to woda pod mostem.. przepłynie... trzymaj się mocno Tego Pana na Górze, pamietaj, nie wolno Ci zwątpić !! :))

[ Dodano: 2008-12-11, 10:03 ]
Oooo, jaaciee... przepraszam, że to tak "długo" wyszło.... :-(
Ale wena twórcza mnie poniosła a Wy - zainspirowaliście :)

NORBERT - 2008-12-11, 10:51

ak70 napisał/a:
więc jak nie chcesz sie ze mna kochać to ja sie oddalam od ciebie i szukam gdzie indziej, bo nic mnie tu nie trzyma"... u mnie jest kolejnosc troche inna: najpierw bliskosc duchowa, emocjonalna, potem sex... u niego odwrotnie... kolejne pole, na którym sie nie zgadzamy... inny system wartości...
...żal ak70 ciebie i żal twojego męża......coś ci napisze ....ja kiedyś też myślałem..o najwazniejszej roli w zyciu faceta jaką jest sex...nie uciekałem coprawda w swiat inności-bo dla mnie to jest inność(pornografia).....nie szukałem wrażen u innych kobiet...nie poszukiwałem pocieszen swoich problęmów z własnym ja ..u innej kobiety...ale postawienie sexu na pierwszym miejscu w moim życiu ..nawet jak był kierowany tylko do mojej żony ..tej jedynej..doprowadziło mnie to do tego miejsca w jakim jestem..zagubiłem na trasie ..potrzeby drugiej strony,zagubiłem jej odpoczynek,zagubiłem czułośc i delikatnośc,zagubiłem to że tylko mnie nieraz potrzebuje -przytulenia,pocałunku i nie koniecznie to jedno...wiesz ak 70...zapomniałem o najwazniejszym konfort zycia kobiety sprawia radość do wykonywania tego dopiero po spełnieniu innych spraw...
o czym teraz wiem...a o tym co tak naprawdę oznacza związek dwojga ludzi...
ak70..bładzący jeżeli czuje czyste serce..odnajdzie drogę do Pana ....wysłuch co Ma mu do powiedzenia....przyjmie z pokorą konsenkwencje i pójdzie ku lepszemu....to jest łaska i Pogoda Ducha....

ak70 - 2008-12-11, 11:09

Pięknie to Norbercie napisałeś...
Dlatego mnie - jeśli chodzi o męża - pozostaje już tylko (aż?) modlitwa... nic więcej zrobić nie mogę i nie potrafię, mnie to przerosło.., ale dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych... i tego staram sie trzymać, w to wierzyć... każdego dnia, po każdym zadanym przez męża bólu...

czerwona - 2008-12-11, 11:47

dziękuję za wasze dobre rady , u mnie to troche bardziej skomplikowane - fryzjer i fitness nie wystarczy - ja tez jestem w nałogu a moją używką jest były mąż. Więc nie jest to takie proste - wiem , że to tylko choroba , uwiązanie , zniewolenie jak w kazdym nałogu. Tylko... Raczej aż. marzę żeby się zerwać z tego niewidzialnego uwiązania . To sa ostre nawroty - nawet nie wiecie jak ja ze soba walcze każdego dnia .
On nie chwali się szczęściem - to ja go o to zapytałam . Ale to bez znaczenia - to mój problem , nikt mi nie pomoże , musze sama nad soba pracować. dziękuję wam .
Ja naprawde sama sie wkręcam - to sa przypływy i odpływy.

[ Dodano: 2008-12-11, 11:48 ]
Chciałam oczywiście napisać : nie wkręcam .

NORBERT - 2008-12-11, 12:04

czerwona a może już czas uspokoic morze!!!!!!!!!!!!!!!.....poszukaj każdego dnia ..coś co jest radosne i wokólł tego buduj swoja radośc...pamiętaj czerwona szczęsliwa..to wszyscy przy tobie szczęśliwi....CZERWONA CZY TY CZUJESZ ŻE ŚWIAT SIE JUZ SKOŃCZYŁ?????.....nie walcz i nie staraj sie na siłę wykonywac to co jest Boskie...daj Bogu poracowac dla czerwonej..czy słyszysz jego głos..czerwona usiądż ,,nie walcz..jesteś zmęczona....Ja sie toba zaoopiekuję..
Paloma - 2008-12-11, 15:13
Temat postu: rozumiem
rozumiem Cię doskonale Czerwona
człowiek się nie wkręca, a to się samo nakręca
mi też nie starcza fryzjer ani nic innego, choć ci co to polecali mówili, że będę czuć się lepiej
to g...o prawda, że to pomaga
ostatnio spotkałam mojego męża,który mieszka już z kochanką i ma z nią roczne dziecko (ja z mężem też mam 1 dziecko, córka lat 11) spokojnym głosem powiedział, że rozdział życia ze mną jest całkowice zamknięty, nie ma żadnego powrotu i teraz chce cywilnie ułożyć sobie życie czyli złożyć pozew o rozwód cywilny, ale mnie rozumie , że się nie zgadzam jako osoba wierząca. Notabene on też jest wierzący i tak się deklaruje - modli się, chodzi do kościoła, czyta Pismo Święte, ochrzcił to drugie dziecko. Jak powiedział wie, że składając wniosek o rozwód występuje przeciw Bożym przykazaniom, ale to on będzie za to odpowiadał ?!
ja prosiłam go o powrót , przeprosiłam za to co złego zrobiłam i wybaczyłam zdradę, powiedziałam, że jestem gotowa do rewizji swojego życia i jego zmiany.
ale mąż był niewzruszony , żadnych szans dla mnie; a i z uśmiechem na twarzy powiedział : no w niebie będziemy razem jako mąż i żona!
ale chce poprawnych relacji - bo mamy wspólne dziecko, więc jakieś święta, uroczystości, trzeba sie spotykać, uzgadaniać razem ... ja nie chcę z nim poprawnych kontaktów ... picia
kawek i herbatek, po których on wróci do kochanki ...
a mam przeciw KK to, że popiera takie cudzołożne związki nazywając je małżeństwami niesakramentalnymi. Co za okropna nazwa! Jakie małżeństwo??? !!! Nie spotkałam czegoś takiego u innych chrześcijan! Więc mój mąż czuje sie usprawiedliwiony - ma małżeństwo tylko niesakramentalne (brrr!), KK go popiera a przynajmniej nic mu nie wyrzuca!

nałóg - 2008-12-11, 16:04

Czerwona…piszesz:” Nałóg- tylko widzisz , ta wiedza mnie osobiście teraz nie pomaga ale raczej mnie obciąża - małżeństwo sie rozpadło , wiem , że on sam ( tym bardziej z nakręcającą go lalunią) nie wyjdzie z tego”

Widzisz, Tobie nie wiedza nie pomaga ,raczej brak zgody na to że to są fakty ,że taki jest stan faktyczny. Ty się po prostu nie godzisz z tym że nie masz wpływu na męża,na jego poczynania.
No cóż…… masz wpływ na siebie ,na to co zrobisz ze swoim życiem.A na męża???? Chyba jedyne wyjście to tylko pozwolić mu na brnięcie .Może ma szansę aby się otrzasnąć.Że ma to na pewno….tylko czy za życia??? nie wiem…. Aby się otrząsnął to musi uderzyć łbem w dno, to musi go zaboleć.
Wiesz….lalunia (jak młoda) to dość szybko ‘wydoi” go tak z sił ,jak i z kasy. Może wtedy będzie jego dno??
Piszesz:” Nie wiedziałam , że człowiek człowiekowi może zgotować taki los , po co komuś gotować taki los?”

No włąśnie….. mleko się rozlało. Taki zgotował. To są właśnie konsekwencje jego dysfunkcji. Oczywiście dotykają Ciebie. A to boli.
Dalej pytasz:” Eh kiedy przyjdzie ta pogoda ducha ?”

Wiesz kiedy???? Gdy uznasz swoja bezsilność wobec jego poczynań ,gdy przestaniesz walczyć o niego i z nim ,gdy pokonasz swoje urażone ,podrażnione „MNIE” .Ale BEZSILNOŚĆ wcale nie oznacza BEZRADNOŚCI. To dwa rożne stany.
Nigdy nie jesteś bezradna ,zawsze możesz robić coś dla siebie,dla swojej Pogody Ducha niezależnej od tego co zrobi mąż z „lalunią”

Ak70 …piszesz:” Bardzo dobrze mnie rozumiesz, bo byłeś uzależniony..”
Ak70…ja jestem uzależniony, tylko już mam świadomość swojego uzależnienia, swojego zniewolenia.
Uzależnienie= zniewolenie.
A zniewolenie to brak wolnej woli w poczynaniach, decyzjach. Tu bardzo dużo osób piszących jest zniewolonych własnym bólem, własnym myśleniem poprzez pryzmat i osobiste „MNIE”.
I to wcale nie są zniewolenia od substancji. To są zniewolenia od własnego myślenia ,emocji ,urazów

czerwona - 2008-12-11, 23:15

Nałóg , widzisz , jak już pisałam - ja też jestem zniewolona - nie od substancji - jestem zniewolona bo uzalezniona od niego emocjonalnie , ja czuję mój brak wolnej woli w całej tej sytuacji , czuję kiedy mnie "bierze" - tak jakby jakaś substancja chemiczna zalewała mi mózg . Jestem wtedy na głodzie - chcę rozwalić wszystko i wszystkich . Na szczęście o tyle jestem do przodu , że wiem , że po paru godzinach przejdzie -najlepiej schować się na ten czas w domu.
Masz oczywiście rację - bardzo trudno uznać i pogodzić sie z faktem , że nie mam wpływu na niego , zostawiam to w rękach Bożych - bo nie mam innego wyjścia , a cały czas chciałam działać i naprawiać, naprawiać . Tylko dalej psułam . Wiem , że teraz musze naprawdę pracować tylko ze sobą i nad sobą - -to najważniejsze . To długie , bolesne i trudne. Widać po moich postach kiedy mam "zalew mózgu" - , kiedy telepię się na" odwyku". Gadam wtedy od rzeczy tak , że znajomi nie mogą tego słuchać. Ale już chociaż wiem co to jest i , że można się z tego leczyć. POtem przychodzi chwila trzeźwości i tak w koło Macieju.
Paloma - sama się dopraszasz takich odpowiedzi - jak można i za co przepraszać faceta , który ma roczne dziecko z inną . Cały czas , do znudzenia , do znudzenia - szacunek do samej siebie . Jak masz z nim tak gadać to lepiej jak będziesz milczała . Zgadzam się natomiast z Tobą , że fryzjer nie pomaga . Kompletnie.

[ Dodano: 2008-12-11, 23:21 ]
Nałóg , fanie piszesz , naprawdę widać i czuć, że dokładnie wiesz , jak to wszystko się kręci.
Kiedy czytałam ten Twój post o fruwaniu nad ziemią - dokładnie widziałam mojego męża i jego pogardliwy wzrok - dokładnie to samo fruwanie nad ziemią Pana Półboga . Miałam ciarki, kiedy to przeczytałam.

Piki - 2008-12-12, 09:48

Hej Czerwona ...

Chyba troszkę pacznie zinterpretowałas moje rady dot. np. fitness. Jasne, ze to nie jest "lekarstwo":) mnie po prostu chodziło o wysiłek fizyczny, jakąs jego forme., niekoniecznie tę zresztą. Silny stress czesto wykańcza nie tylko psychiczie, ale i fizycznie, wiem cos tym. Ale naprawdę sensowny ysilek pomaga jakby pozbyć się tego cięzaru, wbrew pozorom - odpreza. Zmeczysz sie fizycznie, łatwiej zasniesz- wierz mi :)

Tak, jak pisalam wczesniej - jestes uzalezniona ak i sama o tym wiesz co niewątplwie jest krokiem i to milowym naprzód. Uzaleznienie emocjonalne od drugiego czlowieka jest dokładnie takim samym, ak od alkoholu, narkotykow, nikotyny, jedzenia, czy andrenaliny - to choroba. I to choroba, z która byc moze trudniej walczyć niż w przpadku uzaleznienia od jakiś substancji, bo poza własnymi ograniczeniami obiekt od którego się uzalezniamy ma pole do dzialania, żyje, coś robi nie tylko, jak te substancje jest.

Oytasz dlaczego kocha sie tych, którzy krzywdzą, którzy nie chca tej miłosci, kocha się niszczac siebie. A dlaczego ludzie biora narkotyki, palą?
Bo sa uzależnieni. Wyjśc z takiego uzaleznienia, jak chora miłosc to nie znaczy przestać kochać wcale:) To znaczy - pogodzić się z sytuacją zachowując w duszy nasze uczucia, zachowując godnosc.

Nie wymagaj od siebie, żebyś natychmiast zobojetniała na byłego meza, byc moze nigdy nie zobojetniejesz, ale chodzi o przyjęcie faktycznego stanu obecnego do świadomoisci i pogodzenie sie z nim na zasazdie "tak jest, jak jest , nie mam na to wpływu, zrobilam co się dało, co bedzie - nie wiadomo". Nie warto godznami wspomnac i rozważać tego co było, czasu nie cofniesz.
O tym. co bylo źle i co warto poprawić mozna powaznie rozmawiać, gdy obie strony wykazują ochote do naprawienie czegos, jeśli nie wykazuje jedna z nich - nie warto rozwazac co byłoby gdyby i wspominac.

Czerwona, nadal zyjesz wspomnieniami tego co było dobre w waszym związku i bólem tego co sie stalo potem, dlatego masz problem z nawrotami. Ja to znam.

Skoro juz nie mozesz wytrzymac - siądź i spokojnie zastanów sie nad jedną rzeczą. Czy ty naprawdę chciałabyś, żeby teraz, dzisiaj Twój były mąz zadzwonil, czy przyszedl i powiedział "Czerwona, chcę być jednak z Toba". Niewykluczone, że powiesz na to pytanie "tak". Ale mówiac owo "tak" nie bedziesz myslec o tym, co byłoby dalej. A wcale nie byłoby jak w bajce Czerwona. Nie ufalabys, ciagle myślałabyś czy nie jest u tamtej, moze nigdy byś już nie zaufała. Wiem o czym mowię Czerwona - u mnie tak było. Tyle, ze mnie się jakos tam udało juz do tego momentu na tyle pogodzić sie z faktami i przepracować sama z sobą te sytuację, że cvhoć bardzo kochałam i naprawdę widzialam chęć naprawiania pewnego dnia musiałam powiedzieć "Kocham Cie, ale ja nie chcę tak zyć" ...Jasne, scenariusze sa rózne, widzę ludzi, którzy zaufali znów, przebaczyli, wuidzę tych, którym przebaczono i zaufano - róznie to bywa - jak to w zyciu, jedni to docenili, inni - nie.

Ale najwazniejsze jest, żebyś zrozumiala, że świat sie nie skończył. Twój obecny tak, ale tak w ogóle - to nie:) Żyjesz!!!! Chcesz żyć!!! i masz żyć!!!!! A życie to nie tylko mąz, czy partner, życie to cała masa innych ludzi, spraw, rzeczy wiel;kich i drobiazgów.

Palomo ...o ile mnie wiadomo KRK nazywa cywilne małzeństwa zwiażakami niesakramentalnymi, a nie małzeństwami. Wg nauki Kosciola malzeństwo cywilnie (wyłącznie) zawarte jest nierozerwalne dla ateistów nieochrzczonych.

Natomiast nie ma w Kosciele akceptacji dla związków cywilnych li tylko osób ochrzczonych i to bez względu na to, czy osoby te były wczesniej w związku sakramentalnym (co skutkuje tym, że o ile wspołmałzonek zyje i nie orzeczono nieważnosci nadal w nim są ) czy też nie. Weź jednak po uwagę, że Kosciół odmawia takim osobom uczestnictwa pełnego w Eucharystii i sakramenciwe pokuty i pojednania (za wyjątkiem chyba spowiedzi na łozu smierci oraz przedślubnej w przypadku par, które mogą i chca związek taki uczynić sakramentalnym).

Koscioł nie moze wszelako odmówic takim osobom wejścia do Kosciola czy niepełnego uczestnictwa we mszy św. O ile mnie wiadomo duszmasterstwo związków niesakramentalnych ma na celu uswiadomienie katolikom zyjącym w takich zwiazkach, że czynią źle i grzesznie, a także o ile to mozliwe skłanianie ich do przypieczetowania zwiazku sakramentem.

Nie jest zatem tak Palomo, że Koscioł radośnie przyklaskuje takim zwiazkom i pochwala je w otwarty, czy zawoalowany sposob. Jednakowoż ma on swiadomośc, że czesc jego wiernych w takich zwiazkach jest. Wiernym w oczach Koscioła jest każdy ochrzczony w tym Kosciele (najogolniej mówiącrzecz jasna).
Część z tych, ktorzy żyja w takich związkach pewnie calkiem sie od Koscioła odsuneła, ale cześc nie. Koscioł ma zatem takie wyjścia: odrzucic tychj ludzi i powiedziec "Jesteście zatwardzialymi grzesznikami i nie ma dla was nmiejsca ani we Wspólnocie wiernych, ani w światynii" albo uznać, ze być moze jest szansa na nawrócenie tych wiernych. Co byś robila na miejscu Kosciola?

czerwona - 2008-12-12, 11:03

Piki , dzięki za wszystko. Ja zrozumiałam , o co chodziło z tym fryzjerem , wysiłkiem itd. Wiem , co masz na myśli i wiem , że faktycznie to pomaga. Nie zmienia to jednak faktu , że teraz przyszedł na mnie bardzo cięzki czas - bardzo boje sie świąt , że sie całkiem rozłożę.
Tak , jak napisałam , to są przypływy i odpływy. W chwilach trzeźwości staram sie to oceniac jak dorosły człowiek - że nie mam wpływu , że świata nie naprawię , że nie naprawię jego ani nie wskrzeszę żadnych uczuc - że walcze o coś , czego nie ma. Po prostu nie ma. I wtedy odpuszczam i myślę : a co to da , ta moja szarpanina , co da , że będę wyła z rozpaczy, że będę się czuła skrzywdzona sierotką. I wtedy przychodzi siła , spojrzenie na to wszystko z góry , z pewnym nawet politowaniem dla tych , którzy tak zrobili. A potem zobaczę ładnie ubraną choinkę i pomyślę, że ja w te święta choinki dla samej siebie nie będę ubierała. I znów mam rozwalone serce. Wszyscy tu piszecie , żeby wyciszyć emocje - bardzo się staram , codziennie ze sobą walczę .Bardzo się staram z tego wyjść - uwierzcie mi.

[ Dodano: 2008-12-12, 11:07 ]
Tak naprawdę - w chwilach trzeźwości to wiem , że powrotu nie ma bo on wszystko zniszczył , sprofanował i nie potrafiłabym z tym życ , wiem , że moja droga dalej jest bez niego - dlatego też jest ciężko bo cały czas się z nim żegnam i z tym , co było .A potem "zalew mózgu" i jakiś fantazjowanie . Widać tak musi być.

Piki - 2008-12-12, 11:49

Czerwona, ja wiem, ze święta to nienajlepszy zcas dla człowieka w takiej sytuacji :(

A co do choinki :) No cóz, ja jej nie mam już od lat 4 i jakos żyję :) A poważnie - chcesz ubrać- ubierz, nie chcesz - spraw sobie ładny stroik, dzwonek do zawieszenia:) prześliczną doniczkową gwiazde betlejemską (też nie mogę mieć :( a szkoda)...

Powiedz mi jesli mozesz gdzie i z im spędzisz te święte, nie byoby fajnie gdybys była sama, ale też nie za fajnie bedzie, gdy z rodziną bedziesz rozrapywać rane.

A gdy na niebie błyśnie gwiazdka i zaboli Cie w sercu, zapiecze, łzy Ci spłyna w gardło albo i z oczu pomyśl sobie tak: nie ma tu mojego męza i jest mi b. przykro. Czy chcialabym, żeby tu był i nieszczezre złożył mi życzenia oraz dał prezent, który moze z tamtą wybierał? Nie chciałabyś Czerwona!

To, co najgorsze Cię spotkalo w tym związku jest juz poza Toba. Najgorsze było to, gdy byłas oszukiwana i nieswiadoma tego. Wbrew temu, co teraz sązdisz, to było najgorsze, teraz jest naprawde lepiej.

Wiesz, jeszcze do calkiem nie tak dawna najgorszy był dla mnie Sylwester. Bo kiedy juz bylam zdadzana, tak się złozyło, że znalazłam sie na zabawie sylwestrowej własnei z grupą znajomych mojego eksa z pracy, a wsród nich byla owa pani z mężem (jeszcze). Bylam kompletnie nieświadoma, nikt mi niedał do zrozumienia, co ejst grane, nawet gestem. Przyjmowałam od zdradzajacego mnie faceta i jego ukochanej oraz masy nieszczerych ludzi życzenia "wszystkiego najlepszego w Nowym Roku" ...
Jakim człowiekiem trzeba być, żeby takie żyzenia przeszły przez gardło do niczego nieswiadomej naiwnej osoby?
Do dziś nie umeim pojac tego, dlaczego mój ekspartner w ogole chcial pójśc na tego wspóllnego Sylwestra. Rozmawiamy z soba czesto na tematy rózne, takie też :) ale tego wyjasnic nie umie.

Tak, czy siak - tamtego, niby jeszcze wspólnego Sylwestra z niby kochajacym facetem wspominam gorzej, niz jakiekolwiek Świeta spęzdone bez niego, gdy juz wiedziałam. Pomysl o tym, że teraz Twoje Świete beda pozbawione obłudy i klamstwa, a zycenia szczere ...

To, co teraz się z toba zdieje nie jest jakies nienormalne - wiekszosc ludzi tak reaguje. To nawrót "choroby"- mówilam Ci. Pamietaj jednak, ze na ten moment nic nie moze jej ulezcyć, mozna natomiast łagodzic objawy.

Czerwona - obiecuje Ci, że nadejdzie kiedys taki dzień, że bedziesz miała tyle siły, zeby nie zadygotac na widok meza na ulicy , nawet z tą kobietą. Wiem, trudno Ci w to uwierzyć. Sama miałam trzepawke, potworny irracjionalny lęk przed ta osobą. Baląm się jej, tak jakby moga mi cos zrobic, serio, a niestety z racji opracy nieuniknione było spotykanie jej czasem.

Ostatnio :) też ja spotkałam przy okazji pracy. Zorientowałam sie po jakiejs godzinie, bo gadałam z kims i już mi przeszlo jakiś zcas temu nerwowe rozglądanie się, czy sczasem jej nie ma:)
Nie zrobiło to na mnie żadnego wrazenia i z Toba też tak bedzie, tylko musisz przezyć ten ciężki okres teraz.
A żeby przezyć musisz chcieć, zacznij gwizdać w ciemności i szukac swiatełka :)
Przecież Ty silna i odważna jesteś. Uda się na bank.

czerwona - 2008-12-12, 12:06

Piki,dzięki , naprawde mądrze piszesz. U mnie na szcęście ten okres , kiedy byłam nic nieświadomą "tą drugą" trwał krótko ale faktycznie bardzo boli , kiedy wspominam jak usmiechałam sie do niej( bo też ja znałam) a ona w tym czasie zadawała sie juz moim byłym mężem.To cholerne oszustwo strasznie boli - nie wiem czemu mnie bo nie ja oszukiwałam . W ogóle nie wiem , czemu tak cierpie z powodu człowieka , który wcale na to nie zasługuje . Ktory nic nie kuma , o co w tym życiu chodzi , który fruwa nad ziemią z powodu swojej chorej pychy - bo czynami nie może sie pochwalić. A mnie boli i boli i boli . Chce przeżyć choć faktycznie o gwizdaniu ostatnio zapomniałam , zamilkłam - dzięki wielkie za przypomnienie . Bardzo mądrze piszesz Piki. Wiem , że tylko tędy droga.
NORBERT - 2008-12-12, 12:07

czerwona napisał/a:
Tak naprawdę - w chwilach trzeźwości to wiem , że powrotu nie ma bo on wszystko zniszczył , sprofanował i nie potrafiłabym z tym życ , wiem , że moja droga dalej jest bez niego - dlatego też jest ciężko bo cały czas się z nim żegnam i z tym , co było .A potem "zalew mózgu" i jakiś fantazjowanie . Widać tak musi być.
..........A ja to nazwę skrajna lewa i skrajna prawa....i wiesz czerwona mi tez kiedys to pisano..wtedy tez do mnie nie docierało...środek..on jest najwazniejszy...
czy dzisiaj z cała powaga jestes sobie odpowiedziec tak na 100% że za tydzien,miesiąc ,rok bedziecie razem..lub nie będziecie..jestes tego pewna???? jak jesteś pewna lewej strony bądż prawej to czemu falujesz..nie moim zdaniem nie jestes pewna i większośc tu nie jest pewna...myśląc,żyjąc w nerwach nic nie rozwiążesz..nic tez nie poradzisz...oddając to co w tobie siedzi Bogu...masz swój wewnętrzny spokój..i co wtedy..ano los i działania Boga...bez względu co sie stanie pamietaj ty juz bedziesz spokojna...a tak czerwona ..czytam ciebie i widze idzie fala czerwona pieje az ze złości..nie potrafi sie pogodzić....ktos wyrzuci żale na forum na swojego męża jest bratnia dusza..a zaraz po tym po czasie przychodza te dobre myśli..te słowa szkoda..te słowa dlaczego nie mozemy byc razem?????..zrozum czerwona ty juz wyczerpałas wszystko..ty juz wykonałas wszystko..daj działac komu innemy!!!!

czerwona - 2008-12-12, 12:16

Norbert - toż to napisałam - odpuściłam działania wszelkie . emocje mna targają ale nie jest łatwo, łatwiej zaniechac działania : dzwonienia , chodzenia , pisania sms itd aniżeli pozbyc sie emocji. Norbercie Kochany , gdybym ja emocji nie miała - pewnie bym sie tak tu nie wywnętrzała .
Mam skrajną lewa i skrajna prawą - raz pogodzenie raz sprzeciw . Co mam zrobic , chyba tylko przeczekać .
Wiem , że zrobiłam już wszystko. To wiem.
Wiem , że widac po moich postach kiedy jadę na wściekłości- ale już tłumaczyłam to moje "zalewy mózgu" . Odpływam na chwilę , pół dnia albo parę dni- potem znów łapię pion na jakiś czas.
Dajcie mi troche czasu - to nie takie proste - dojśc tam , gdzie Wy jesteście.

NORBERT - 2008-12-12, 12:24

czerwona napisał/a:
Dajcie mi troche czasu
..to nie ja i nikt tutaj to nie my damy ten czas..ktos inny obdaruje cie swoim czasem....i widocznie tak ma byc jeszcze ,tak ma trwac wszystko ma swój cel...ale zobaczysz przyjdzie chwila pogodzenia,spokoju,mądrości innego spojrzenia..i tego ci zycze
EL. - 2008-12-12, 12:27

Czerwona...tak....naprawdę sama siebie nakręcasz ! Co z tego masz, że ciągle o tym, że on zły, odszedł, porzucił, sprofanował...że nigdy nie wróci , że nic juz nie będzie ...i tak w kółko .
Co z tego masz ??
Niektórym się wydaje, że jak sobie tak popsioczą to odreagują swoje emocje...a to nieprawda, bo zwyczajnie sie nakręcą ...a złość w sercu rosnie !
Niestety trzeba nauczyć sie odwracać temat, uwagę od tych złych spraw ...uciekać, mysleć pozytywnie o swoim życiu...nawet czasem na siłę...żeby tylko uciec od złego!
Wiem, że trudne....ale złe myśli ZATRUWAJĄ nasze serca...a nie leczą !
A nasze serce jest nasze...i dla nas ma bić...w ciszy, spokoju i miłości...dla nas !
Moje zycie jest moje ! Nie mojego męża, nie moich dzieci...ale moje. My musimy być czasem troche egoistyczni ( nie mówię o przesadzaniu, egocentryźmie)....ale o życiu, które ja dostałam dla siebie a nie dla kogoś !

Z drugiej strony, Czerwowna....czy Ty umiesz żyć sama ze sobą ? Bo cos mi tu wygląda, że Ty jak bluszcz...umiesz sie opleść i wisieć.....a sama ?
I to jest najgorsze co może nas w życiu spotkać ...nieumiejętność bycia ze sobą , dla siebie !
A tak naprawdę, Czerwona, jeżeli nie nauczysz się żyć sama ze soba i dla siebie, to NIE MASZ SZANSY życ z innymi ludźmi ! Nie masz szansy lubić i kochac kogoś, kiedy nie lubisz i nie kochasz samej siebie !!
Ty jesteś dyrektorem swojego zycia..i w Twoim zyciu TYLKO od Ciebie wszystko zależy !

Jak mi nie wierzysz, polecam książki - "Kobieta.Kapłaństwo serca", "Urzekająca" lub Beaty Pawlikowskiej " W dżungli życia" i " W dżungli miłości"

Powiesiłaś sie na mężu i ciągle tu o nim . A co On mnie obhcodzi ??? Ty mnie obchodzisz ! Ty mów o sobie !

Najbardzij zmroziły mnie Twoje słowa - dla siebie samej choinki nie ubiorę !!

Czerwona...to brzmi tak - na złość babci odmrożę sobie uszy !

Kogo chcesz ukarać ...męża ?? Jemu to wisi i dynda !
Tak naprawdę to ukarzesz tylko siebie !! On będzie miał piękna choinkę i super święta !! A TY co....za karę nie wyjdziesz z łóżka ? A przeciez Twoje zycie ma byc teraz super, piekne i piekniejsze od tego, które dotychczas !

Wiesz..pisałam już tu kiedys o tym....jak byłam sama....to piłam kawę z najpiękniejszej filiżanki...bo przecież filiżanka dla mnie a nie do leżenia na półce !!
Nowy obrus na stole...dla mnie , żeby to mnie było miło !

Teraz mój mąż niekoniecznie lubi wystawność..więc świec do kolacji On nie....więc z Nim nie zapalam...ale jak tylko jestem sama....to jak najbardziej !! 10 świec i pyszne coś ( bo mąż lubi skromnie i tradycyjnie) a ja nie....nawet dla siebie samej smażę frytki, bo lubię ! Bo wiesz co...ja juz siebie lubie i kocham i rozpieszczam ...a co ?? Życie mnie nie rozpieszcza, mąż średnio ( bo taki typ )....za to ja sama o siebie to dbam...tak jak lubię ! Do fryzjera nie za często, bo mam włosy długie i je wiążę, do kosmetyczki nie chodzę, bom piekna bez niej...hahahahhahah ( nie lubie jak mnie ktoś naciska i masuje i sprawia mi ból ) ...ale mam swoje zainteresowania, pasje, które mi sprawiaja przyjemność i za nic na świecie nie dam sobie ich zabrać..np....czytanie w wannie ! Dla siebie, bo lubię !

Czerwona...ja Cie proszę....Ty zacznij marzyć o choince i co Ty będziesz przy niej wyrabiać !! Ma być uroczyście, szalono i miło.....Jezusik sie urodzi, przyjdzie nowe i niech będzie dla Ciebie i dla nas tu wszystkich lepsze od tego co było !! Cmoooooooooook !! EL.

NORBERT - 2008-12-12, 12:32

p.s wiesz czerwona ..dzisiaj, teraz- będąc ze soba pogodzony ..myśląc czysto i spokojnie ...jedyne co w mojej głowie sie pojawia to jedno pytanie ..nigdy wczesniej nie myslałem..nie zastanawiałem sie jak sobie radzi z tym moja żona..co zachodzi w jej sercu...jak ciezkie i smutne mysli moga siedziec w jej głowie..dzisiaj wstydze sie za to...i żałuję że pogon za moim Ja...pozbawił mnie wzroku,uczucia i serca...odzyskałem to wszystko i to jest nistotniejsze
Piki - 2008-12-12, 12:34

Czerwona !!! Nie sądze, by ktokolwiek przy zdrowych zmyslach zdiwił się Twoim stanom emocjonalnym!

Toz to normalne, ze tak masz. Jeśli ludzie Ci mówia o wyciszeniu to nie znaczy, ze zaraz oczekują natychmiastowego skutku :)
Po prostu przypomnaja:)
Weisz, ważne, ze ty sobie zdajesz sprawe ze swojego stanu, prawidlowo go oceniasz, nie kazdy ma to szczescie. Mam tu na myśli osobe, o ktrej kiedyś pisaam - nei dociera do niej, a do Ciebie już dawno dotarlo.

Wygralas wiele ważnych codziennych bitew z soba - nie piszesz, nie dzwonisz - to tak bardzo wiele.

Ale tymczasem w Tobie samej żyje sporo wspomnieć - dobrych i zlych. One jeszcze nie zblakły i ja osobiscie wcale się temu nie dziwię. Masz pełne prawo mieć takie emocje, jak masz. Masz prawo, ale to nie znaczy, ze nie powinnas z nimi stoczyć codziennych bitew. Walcz! To nie jest walka o udowodnienie komus czegos, o pokazanie sie z takiej czy nnej strony Czerwona. To jest prawdziwa wojna o Twoje życie, bez ściemy!

Przecież nie chcesz spęzdic następnych 30 lat życia na rozpamiętywaniu tego, jak skrzywdzil Cię mąz, jak upokorzył i jak z tym xle sie czujesz.
Czerwona, ku przestrodze chcę Ci powiedzieć, ze znam taką kobietę. Kiedy mąz ja zostawił była przed 30. z małymi dziećmi. życiowo typu finanse, opieka nad dziećmi itepe radzia sobie b. dobrze. ale caly zcas żyła swoja krzywdą. Nie docierao do niej, że trzeba przestać juz pisać te książkę,. opowieśc skończona, czas ją odstawić na półkę i pozwolić pokryć sie kurzem. Nie, ta kobieta czytała z upodobaniem poczatkowe rozdziały i pisala nowe o tym samym: czyli jak były mąz zmarnowal jej życie i jak bardzo ją skrzywdził.
Mijały laka i nic się nie zmienialo. No moze tylko "udało się" tej kobiecie zaszczepic w córrce przekonanie, ze wszyscy faceci to dranie, zdrazdający, oszukujacy itp.

Dzis ta osoba ma 60 lat. Nadal przy okazji rodzinnych spotkań,. bo to moja ciotka jest non stop mówi o tym, jak mogło wygladać jej zycie, gdyby nie skrzywdził jej mąz i nie odszedł z inną. W jej pojęciu wszystko w jej życiu na tym się skończylo i tak faktycznie jest:( Jest, bo ona wcale nie dostrzegala i nie dostrzega, ze przez te wszystkie lata dobrze sobie radziła, doskonale wrecz i z pracą i zw ychowaniem samotnie dzieci. Ale na tym był koniec - żadnych zainteresowań, przyjaciół - bo wszystko sprowadzało sie do dyskusji a raczej monologu w temacie eksmeza.
Ponad 30 lat Czerwona. Teraz mąz tej ciotki juz nie żyje, ale nadal mówi o tym, jak ja skrzywdził. Jej własna córka wspomniala jej kiedyś, ze przeczież teraz moglaby poznać kogoś milego na jesień zycia (ciotka jest katoliczką), ale ona się wręcz obruszyla. Po co, skoro faceci to świnie, bo "Kiedy pomysle, jak ten człowiek zmarnował moje życie " i dalej jazda ....
Sama sobie zmarnowała i nadal ochoczo marnuje, wiesz? Dla niej jest już chyba za późno, zeby zrozumiala, że trzeba zamykać stare ksiazki inaczej nas zatrują.

Chyba nie chcesz powielić jej osu Czerwona? Nie chcesz, na pewno! Walcz !!!

NORBERT - 2008-12-12, 12:44

Piki napisał/a:
Chyba nie chcesz powielić jej osu Czerwona? Nie chcesz, na pewno! Walcz !!!
..pewno że nie chce ..czerwona jeszcze tylko nie dopuszcza jednego tego co naistotniejsze rozmowy samej ze soba..nie na forum nie z kolezankami..bo tak jak napisała El to powroty wieczne powroty do swego stanu...czas porozmawiac ze soba ..zrobiłam wszystko..dalej nie umiem nie potrafie..jestem bezsilna ale mam dośc...to co wszyscy radza na forum swój los złóz w inne ręce....zobaczysz róznicę!!!!
czerwona - 2008-12-12, 12:46

Nie chcę , Piki , nie chcę z całych sił. Zdadzam sie z El , że mam problem z byciem z samą sobą. El - ja to wiem , przeciez cały czas o tym piszę . Wiem tez , że to tylko mój problem i tylko ja moge sobie z nim poradzić - też cały czas o tym piszę. Ale proszę Cię - nie pisz mi El o radosnym skakaniu w samotności wokół choinki . To bzdura . Nie można głupkowato udawać , że sie nic nie stało , wymuszony uśmiech jest tylko wymuszonym uśmiechem , ból trzeba przeżyc a nie uciekać bo powroci ze zdwojona siłą.
Najbardziej boje sie takiego właśnie poczcuia krzywdy do końca życia - znam to zagrożenie .
Wcale nie piszę cały czas jaki to zły mąż był. Piszę tylko , co zrobił . Stwierdzam fakty , które bolą. dziwie sie El ,kiedy piszesz , że on bedzie miał piekne święta. Chyba nie o to Ci chodziło. Chyba złego słowa użyłaś - może bedzie miał przyjemne święta ale piekne ? Na takich ruinach miec piekne święta ? Co ty piszesz El.

[ Dodano: 2008-12-12, 12:50 ]
Nie mam pojęcia , co się dzieje w jego sercu Norbert - chyba nic dobrego dla mnie ale to faktycznie nie powinno miec juz dla mnie znaczenia.
Marzę o tym spokoju, w ktorym piszesz . O tym , żeby od tego wszystkiego już uciec . Marzę o tym.

[ Dodano: 2008-12-12, 12:53 ]
Człowiek chce sobie tylko trochę ulżyć a zaraz taka bura ze wszystkich stron. Naprawdę nie mozna sie już nad soba poużalać?

NORBERT - 2008-12-12, 12:59

czerwona napisał/a:
Naprawdę nie mozna sie już nad soba poużalać?
..a użalaj sie tylko bez przesady i o tym własnie piszemy....jak to mówia moi synowie- czerwona nie przeginaj!!!!!!!....rozumiem ciebie bo jeszcze niedawno mną tez wszystko targało....teraz chętnie wracam do moich postów patrze jak pokoleji wszystko sie odbywało..jestem w stanie dojrzec gdzie i kiedy padałem znowu na kolana...to jest moze i dobre rozwiązanie..przejżeć siebie przez to co sie pisze na forum..polecam!!!!!!
Piki - 2008-12-12, 13:11

Wiem, że nie chcesz Czerwona i dlatego wiem tez, ze nie powielisz losu mojej ciotki :)

To naprawdę zależy tylko od chęci tkwienia w czyms takim, albo niechęci.

Skananie z radści wokół samotnej choinki to wg mnie dośc .hmmm no kontrowersyjny pomysł. Radości czy smutku, podobnie jak żalu, czy szczescia nie ma po co udawać w dodatku przed samym soba., to zwyczajne oszukiwanei się, naturalnie jeśli się tego nie czuje.

Nie musisz być radosna, badź soba, ale nie skupiaj sie na tym, że jest Ci bardzo źle, a jak to zwykle czuje sie w takich chwilach - innym jest super, w tym Twojemu męzowi.

Bo ja wiem, czy on bedzie miał "piękne" świeta? Moze tak bedzie czul, moze nie. Zalezy od tego, jaki to całosciowo czlowiek. Moze taki, który zwyczajnie nie zważa na krzywdę jaka zrobił komus i umie z tym żyć wesolutko? A moze w głebi jego serca bedzie zadra?
Ja tego po prostu nie wiem...

Ty bedziesz mieć te świeta trudne, wiem :( ale pomysl, ze moze wiele osób sporo by dalo, zeby mieć takie świeta Czerwona.

Bo oni je spędza moze na dworcu, moze w noclegowni dla ubogich, moze przy łózku swego konajacego dziecka - wiem,, brzmi jak truizm, ale nie myśl ze takich ludzi nie ma.

wolno ci pod choinka smiac się i płakac - nie wolno Ci sie zastanawiac jakie twój były mąz ma swieta. Moze kiedyś Ci opowie, a moze wcale Cie wówczas to nie bedzie interesowało?:)

To Twoje Świeta i zrob sobie je tak, jak uwazasz. A jesli serio masz wrażenie, ze bedzie Ci badzo, bardzo źle spedzac je w gronie swej rodziny i mozesz zazcać cięzko rozpamiętywać, to moze wiesz, wiem, ze to zabrzmi głupio, ale rozejrzyj się dokoła...

Moze jest ktoś komu gorzej niz Tobie zapowiada się ten czas? Moze mogłabyś pomóc?

agnieszka78 - 2008-12-12, 13:27

w sumie mało pisze sie na tym forum o takich narawde konkretnych, przydatnych sposobach przetrwania tego bólu...tylko gadanie żby sie zmieniac, żeby nie myśleć,...że to nie miłośc tylko uzależnienie ehhhhhh...może każdy kto przeszedł ten koszmar lub przechodzi napisałby co mu tak choćby troszke acz rzeczywiscie wtedy pomogło?? ja za dużo nie mam sie czym chwalic bo parowałam z bólu chyba bardziej niż Czerwona i zamknęłam się w swoim świecie, a święta wówczas Wielkanocne-spedziłam sama w domu w łóżku i wypaliłam 2 paczki papierosów...
pamiętam jednak-w sumie do dzisiaj tak jest-ze umysł an cały świat zawiesza mi sie jak mam jakąs sprawe do rozwiązania-wtedy i dzisiaj to było moje hobby -takie tam malarskie pacianie -ale naprawde potrafi to mnie wyłaczyć z myslenia o innych sprawach....poza tym zaczęłam sie w tedy interesowac pracą w wolontariacie-mysle ze to tez dobry sposob-choc akurat przeze mnei wtedy niezrealizowany...no i może uczestnictwo w jakiejs grupie wsparcia -choć ja akurat nie miałam takiej mozliwości, fajnie mają ci co z tego korzystaja i uczestniczą w spotkaniach sycharków, spotkanie na rekolekcjach z Sycharkami wspominam niezmiernie dobrze...

czerwona - 2008-12-12, 13:29

Piki, czytasz w moich myślach - tak własnie sobie to tłumaczę- że przyszedł czas na moje samotne święta , ktore inni maja od dawna - chorzy , samotni , starzy, bezdomni itd . Przyszła moja pora , bo czemu nie ja ? Czemu mnie miałoby być zawsze dobrze, czemu miałabym byc szczęśliwa? Wiem , że nie mam najgorzej na świecie - wiem , że ludzie cierpią po stokroć bardziej . Taki mam ten ostatni tydzień - chyba dopiero teraz powoli dociera do mnie co sie stało , po prostu - żałoba. Rady niektórych z forumowiczów brzmią tak jakby ktoś , kto jest w żałobie miał sie pocieszac na dyskotece. Wszystko ma swój rytm , żal po starcie , jakby jednak nie było - przez wiele lat najbliższej osoby, też. Pozwolcie mi sie wyżalic ale przyjmuję z pokorą też Wasze bury- bo wiele w nich racji. Przeginam czasem - wiem.

[ Dodano: 2008-12-12, 13:31 ]
Naprawdę tak widac u mnie ten ból? Naprawdę tak źle to brzmi ?

Macius - 2008-12-12, 13:31

agnieszka78 napisał/a:
w sumie mało pisze sie na tym forum o takich narawde konkretnych, przydatnych sposobach przetrwania tego bólu...tylko gadanie żby sie zmieniac, żeby nie myśleć,...że to nie miłośc tylko uzależnienie ehhhhhh...może każdy kto przeszedł ten koszmar lub przechodzi napisałby co mu tak choćby troszke acz rzeczywiscie wtedy pomogło?

mi najbardziej pomaga modlitwa, zwłaszcza w kościele, rozmowy z przyjaciółmi, słuchanie nagrań np. z kazań, to forum, no i wypłakanie jak nie mogę z czymś wytrzymać

czerwona - 2008-12-12, 13:32

Wydawało mi sie, że jestem dzielna.
agnieszka78 - 2008-12-12, 13:32

Macius, no tak modlitwa...u mnie prawie bezustanna :) i kazania Pawlukiewicza
Piki - 2008-12-12, 13:33

Agnieszko :) jesteś trochę niesprawiedliwa :)

Trudno dać komus receptę nie znając zainteresowań, czy środowiska tej osoby. Ale staralam się opisać Czerwonej co moze pomóc tak czysto "technicznie": rozwijanie jakis dawno zarzuconych pasji, czy zainteresowań, ewentualnie nowych :), ysilek fizyczny, staranne dbanie o codzenne sprawy dotyczące siebie samej, wyjście "do ludzi" w sensie takim, by rozmawiać z nimi nie tylko o tym co sie dzieje i dzialo w naszym zyciu osobistym, a w tym pomaga poznawanie nowych ludzi z pasją, bo gada się o tejże pasji a przy tym z obcym nowo poznanym czlowiekiem rzadko kto ma ochote zaraz gadać o sprawach osobisych.

agnieszka78 - 2008-12-12, 13:36

Piki, ...napisałam akurat konkretnie o swojej pasji ale chodzi mi ogólnie-aby zacząć coś tworzyć, coś rozwijać co zajmie umysł, rozwiązywac jakie sprawy które odwróca uwagę od problemów
Piki - 2008-12-12, 13:40

Halo.. Czerwona!!!!

Nie przyszdł twój czas na samotne Świeta i nie jest tak, ze Ciebie w końcyu tez to dotknęło ...
Żle na to patrzysz...

Przyszedl czas, w ktorym zmieniło sie coś w Twoim życiu. Tobie sie zdaje, ze na gorsze, ale nie wiesz, czy tak jest na pewno. Jak pisałam wyzej - chciałabys zeby to były swieta na niny razem z kochanka w tle? A mogłyby być...

Powiem Ci cos btutalnego kochana. Nie wiesz ilu ludzi bedzie miało samotne świeta w gronie tzw. najbliższych. Ile zon bezdie pilnie śledziło, czy komórka malzonka nie zapikala nowym smysem, ilu mezów bedzie sie zastanawialo czy żona smutna, bo teskni do tamtego, ilu panów przyjdzie w wigilę nieco pó źniej z pracy, bo był "firmowy opłątek", a tak naprawde pognalo do tej drugiej z prezentem i życzeniami.

Bycie samemu nie oznazca wcale samotnosci, chyba, ze chcemy tejze, ale bycie z kimś nie oznacza tez braku smotnosci Czerwona.
Pomysl o tym ...

[ Dodano: 2008-12-12, 13:43 ]
Agnieszko, ale fajnie, ze napisalas...

Poniekąd - fajna pasja zresztą.

Pisząc, ze jestes niesprawiedliwa trochę :) mialam na mysli to, że sama pisalam Czerwonej o rozwijaniu zainteresowań, zaangazowaniu sie w cos ciekawego, zeby włąasnie nie myśleć i nie gadać stale o tym samym. A Ty piiszesz, że nikt nie mówi, jak wyjśc z tego impasu, tylko, ze trzeba wyjśc. O to mi szło :)

czerwona - 2008-12-12, 14:17

Jesteście świadkami moich dołów Kochani , tak sobie pikuję , Piki - widac , że twarda jestes i wiele przeszłaś , ja naprawde chcę wydostać się z tego szamba , w które wsadził mnie ten nie wiem kto, kto to był w ogóle? Mąż to był ? Wyrób mężopodobny.
Życie w kłamstwie , oszustwie to koszmar, czuję cały czas ten zapach zgnilizny , dlatego dziwię sie , kiedy El pisze , że on bedzie miał piekne święta. Oszukał , zdradził, rozwalił małżeństwo wieloletnie i bedzie miał piekne święta , hmm...
Chyba sie faktycznie pławię w tym bólu i krzywdzie ... O rany , jak z tego wszystkiego wyjść ? Agnieszka 78 - długo Cię telepało ?U mnie po paru miesiącach zatrważająca cofka .
Halo Piki - usmiechnęłam się do Ciebie , kiedy czytałam Twoje posty - chyba czujemy tego samego bluesa .Tylko te twoje literowki....

NORBERT - 2008-12-12, 14:18

czerwona przeczytaj i pomyśl...cos w tym jest

Panie,kiedy jestem głodny
poślij mi kogoś,kogo mógłbym nakarmić.
Kiedy jestem spragniony,
poślij mi kogoś ,kogo mógłbym napoic.
Kiedy jest mi zimno,
poślij mi kogoś,kogo mógłbym ogrzać.
Kiedy jestem smutny,
poślij mi kogoś,kogo mógłbym pocieszyć.
Kiedy jestem biedny,
poślij mi kogoś jeszcze bardziej ubogiego ode mnie.
Kiedy nie mam czasu,
poślij mi kogoś,kogo mógłbym wysłuchać.
Kiedy jestem upokarzany,
poślij mi kogoś,kogo mógłbym pochwalić.
Kiedy jestem zniechęcony,
poślij mi kogoś,komu mógłbym dodac odwagi.
Kiedy czuje sie nierozumiany,
poślij mi kogoś,kogo mógłbym
do siebie przytulić.
Kiedy nie czuję się kochany,
poślij mi kogoś,kogo powinienem pokochac....


czerwona - 2008-12-12, 14:23

Norbert , w tym jest wszystko , tylko , że to najtrudniejsze ... łatwiej sie zamknąc w skorupie własnego żalu - wiem , że nie tędy droga , droga tylko taka jak piszesz , to bardzo piekne i ja tez tak myśle , kiedy nachodzi mnie złośc , rozpacz , żal - czy chcesz byc miedzią brzęcząca albo cymbałem brzmiącym ? Od razu lepiej ...
NORBERT - 2008-12-12, 14:29

Cytat:
A kiedy wypali się ból znów zazieleni sie trawa.
..czerwona twoje motto jest kwintesencja tego co ma sie w tobie dokonac....wiesz czemu ..wypalano trawe aby w to miejsce miała siłe wzrosnąć ..nowa silniejsza i jeszcze bardziej zielona niz ta porzednia....daj sie juz wytlic końcówce wypalania i pielęgnuj wzrost nowej!!!!
Piki - 2008-12-12, 14:36

Przepraszam Czerwona, faktycznie:( Dążę do poprwy :)

Tez się do Ciebie uśmiecham, gdy czytam Twoje posty. Martwi mnie Twoja cofka, ale wiem, że dasz radę, bo naprawdę czujesz tego samego bluesa, a takie kobitki zawsze są twarde.

Ztymi pieknymi świętami to moze o cos innego EL szło? Moze o to, że on sie bedzie cieszyl tym czasem, a Ty smucila, a nie powinno tak być?

Tak czy owak - niech on sobie ma jakie chce Świeta - nie nasza sprawa, nie? :)

Ty zaplanuj swoje wg siebie i swoich aktualnych potrzeb. Pamietaj, ze nic nie musisz. Np. nie musisz fundowac sobie choinki (na bank Ci mówię, ze ja nie mam juz od 4 lat i choć nie ma w tym zadnej symboliki, a konieczość :) jakos z tym żyję:)

Nie napisalas w końcu z kim planujesz te święta spędzić, ok - szanuje to, ale jesli w gronie rodziny ...Moze to Ci sie zda głupie, albo i Tobie nieotrzebne, ale najtrudniejszy moment dla mnie w pierwsze "osobne" i zbolałe Świeta to było skladanie życzeń. :(

Panicznie sie balam, ze na maksa sie rozkleję przy nich i wiesz co? Poprosilam rodzinke, żeby nie skladać indywidualnych życzeń :) Zrozumieli. Jesli takie coś ma Cię rozwalać, popros o rezygnację.

Wierz mi - przeżyjesz ten czas Czerwona:) I wiesz co? Następnym Bozym Narodzeniem będzeisz juz umiała się cieszyć :)

chris - 2008-12-12, 14:55

już pisałem w tym temacie, ale czasami za dużo myślę...
myślę że po tym jak otrzymałem od żony pozew, za bardzo ją "goniłem", a ona uciekała. prosilem, błagałem, obiecywalem. zamiast się odsunąć i czekać. naciskałem i chcialem już i teraz. To z pewnością oddaliło jeszcze bardziej żonę ode mnie. ale to już było, czasu nie cofnę, ale myślę że to zaszło już za daleko. żona jest nieujednana w swojej decyzji. odsunąłem się, ale chyba za późno, przyzwyczaiła sie do takiego życia... niedawno powiedziała, że wielkim jej błędem było spędzenie wspólnie wigilii którą spędziliśmy razem z dziećmi, były szczęśliwe i my uśmiechnięci, choć wiele nas to kosztowało emocji. w tym roku jeszcze nie pytałem żony i nie wiem czy pytać, skoro tak jasno określiła...

vana - 2008-12-12, 15:23

A ja z każdym dniem wierzę coraz mniej. Chciałabym, ale coraz bardziej widzę jak ostatnie 5 m-cy poczyniło zmiany, jak się od siebie oddaliliśmy. Brak już wszystkiego: zaufania, chęci zrozumienia drugiej osoby. Teraz coraz lepiej widzę że moje małżeństwo rozpadało się juz od dawna. Nie potrafiliśmy na czas zareagować. Od dawna nie potrafiliśmy ze soba rozmawiać. Żyliśmy razem, ale osobno. A ja coraz bardziej pozwalałam na traktowanie się jak rzecz, na brak szacunku dla mnie, na nie liczenie się ze mną i moim zdaniem. Teraz kiedy to zrozumiałam i czasem udaje mi się przeciwstawić to on jest okrutny, rani słowami, wywiera presję emocjonalną, wręcz znęca sie psychicznie. Najgorzej jest wtedy gdy np. jak teraz chorują dzieci, brak sił. Psychika siada.
Dlatego na chwile obecną nie widze dla nas szans.

mami - 2008-12-12, 15:27

czerwona piszesz ......Wydawało mi sie, że jestem dzielna.........

nie ma ludzi wtedy dzielnych, każdy sobie radzi inaczej i stara sie sobie poomóc

porazki z nieradzeniem nie sa powodem do tego by sie okreslac jako nieudacznik zyciowy, ze jestem do niczego bo wtedy takie mysli ciągle nam w głowie sie kotłuja

moim sposobem radzenia było odwaracanie uwagi od tego co było jest i będzie...

starałam sie zyc dzniem dzisiejszym i starałam sie cieszyc z tego co mam

organizawałam sobie czas mozliwie jak największymi dawkami przyjemnosci,

gdy odczuwałam stan pustki wokół siebie z powodu braku męża przypominałam sobie nie przyjemne chwile z nim a to co było i co czułam wtedy gdy z nim byłam jak było źle i jak mocno mnie ranił i krzywdził

przypominałam sobie zdrady, ciągły stan niepokoju iz znów mnie okłamie, jego nałogi i co wtedy czułam

jak było mi strasznie smutno i jaką pustke wtedy czułam mimo iż realnie był w domu i przy mnie

to jednak tylko cieleśnie nie duchowo...

więc był to tez stan osamotnienia, wmawiałam sobie że teraz jest to samo z tym, że teraz nie czuje juz niepokoju, strachu i ciągłego poniżania mnie

zmuszałam sie do pozytywnego odczuwania swojego obecnego stanu tym samym zmuszałam mózg do tego by nie wracał do podtrzymywania ciagłego nawrotu do tego, ze z nim było dobrze

każde pozytywne mysli, wspomnienia odsuwałam od siebie

robiąc rachunek z negatywnym znaczeniem kiedy był ze mną

zamieniałam te wszystkie pozytywne myśli i chwile wciąz na te złe i tragiczne

zresztą nie było trudno bo było ich wiele

z czasem udało mi sie juz nie myslec o tym co było ale a tym co jest teraz

zaczeło mnie cieszyc osamotnienie bo czułąm wtedy spokój

choc nie był to czas dla mnie najszczęsliwszy to jednak spokój w domu sprawiał iz zaczełam doceniac ten fakt

problem w tym by uczyc sie doceniac nowa sytuacje i starac sie w niej widziec pozytywne rzeczy

myśląc wciąz tylko o przeszłości zapominamy o tym co dzieje sie dzis i przysłania tresc zycia jakie teraz mam

przestaje cieszyc fakt ze mimo bólu rozstania wciąż jestem na tym świecie i moge sie nim cieszyc

jak żyje zalezy ode mnie

zrozumienie i pogodzenie sie z tym sprawiło iz zaczełam czuc sie dobrze ze soba a tym samym widziało to moje otoczenia a nade wszystko mąż

przychodząc do córki widział juz tylko wesołą spokojna żone... która daje sobie rade i finansowo i psychicznie mimo iż zostawił mnie bez środków do życia, pozabierał wszystkie najwazniejsze dla mnie rzeczy by mnie tym upokorzyc a gdy widział że mimo wszystko powoli sama sobie te rzeczy pozyskałam

tracił swoja wyższosc nade mna i nagle zaczął sie do mnie odnosic z szacunkiem i juz bez agresji nie był w stanie mnie sprowokowac niczym bo zaczełam miec inne zdanie o sobie

a ja zeczałam widziec jak to wszystko na niego wpływa, jak stał sie nagle zazdrosny, czujny i jak zaczał zgadzac sie ze mna, że zachowywał sie strasznie wobec mnie

zaczełam czuc swoja wartosc

przedtem swoje ja widziałam przez pryzmat jego opini o mnie

teraz ta opinia juz nie ma dla mnie takiego znaczenia jak na początku

swoją wartosc oceniam przez pryzmat tego do czego doszłam, co mam jak inni mnie postrzegaja i co inni o mnie sądzą

i o dziwo jestem teraz spokojna nawet jak czasami nie zgadza sie ze mną bo przeciez zrozumiałam i ja nie zawsze mam racje ale i jego zdanie nie zawsze musi byc słuszne i ja nie musze sie z nim zgadzac

każdy z nas ma prawo do swojego zdania i zycia po swojemu

jestem odpowiedzialna tylko za siebie i za to co robie

jego kroki pozostawiam jemu jak i ocene tego co robi jemu

i tez był to czas świąt..... wielkanocnych

czas gdy wszyscy rodzina jest razem

my je spędzilismy osobno w drugi dzień nawet bez małej córeczki ale ten czas poświęciłam dla siebie i swoich dorosłych córek

były dla mnie wtedy ogromnym wsparciem

zabierali mnie wszędzie i wspierali nie pozwalali zostawac samej nawet na minute tak, że musiała sie prosic by zostawiały mnie sama

dzis wiem, że własnie nie tylko ja odczuwam nieszczęscie ale cała moja rodzina

czerwona twoja tez sie martwi i stara cie wesprzec pozwól im na to

a i ty poczujesz ich moc, ich miłości i staraniaie by ci było dobrze

sprawi to, że będziesz sie czułą kochana mimo iz ktoś inny tego nie podziela

jestes kochana mimo iz mąż cie kocha

i na jego miłości świat sie nie kończy...

pamiętaj o bliskich wesprzą cie i poczujesz sie silna i weselsza mimo zranienia i odrzucenia przez męża

czerwona - 2008-12-12, 16:20

Mami- muszę sobie Twój post wydrukować - bo to wszystko jakby moje , dokładnie to samo - nałogi ( o których dopiero teraz się dowiedziałam- wcześniej czułam pismo nosem ) , brak szacunku, nieobecnośc emocjonalna , poniżanie , wmawianie mi skuteczne , że jestem do niczego , że nie dam bez niego rady , że jestem małą........ do niczego się nienadającą , że bez niego zginę wreszcie.

Potem zdrada i zabranie z domu rzeczy pod moją nieobecność w tym pieniędzy, poczucie wyższości , fruwanie nad ziemią - jak napisał to Nałóg . A ja teraz muszę sobie sama to wszystko zbudować - w pierwszej kolejności poczucie własnej wartości i to , że bez niego przeżyję .Najgorsze te nałogi - one zabijają człowieka , zabijają jego uczucia , powodują , że oni wchodzą w role katów a my ich ofiar - któreś z nas musi wyrwać się z roli, żeby to wreszcie skończyć. On nie przejawia chęci a ja owszem tak.
Mami - wydrukuję Twój post i będę czytać w chwili zwątpienia. Naprawdę nie chcę być cierpiętnicą - naprawdę - walczę z tym - uwierzcie.

Chris- przychodzi taka chwila kiedy trzeba uznać, że więcej się nie zrobi , że oto zrobiło się już wszystko , że nie da się chcieć za dwoje , starać się za dwoje. Trzeba odpuścić , nie ma innego wyjścia. Bieganie za kimś naprawdę przynosi odrotny skutek - naprawdę - ja te same błędny popełniłam - im bardziej gonisz tym bardziej ktoś ucieka . Odpuść , zostaw . Nie zmienisz świata , nie zmienisz żony. Odpuść . Niech zostanie z tym sama . Nie masz inego wyjścia. Albo coś drgnie a l b o n i e . Tak też może być. To też trzeba brać pod uwagę - a nawet to przede wszystkim .

sama nie wiem , czy wierzę -co chwilę mam inne zdanie - można ze mną zwariować , nie ?

Mami - z tym , że mąż mnie kocha to pomyłka prawda ? chciałaś napisać, że mnie nie kocha - on to sam wielokrotnie powtórzył - choć go nikt o to nie pytał.....

[ Dodano: 2008-12-12, 16:28 ]
Vana - przeczytaj dokładnie mój post i Mami i wyciągnij wnioski - wyjdź z roli ofiary

[ Dodano: 2008-12-12, 16:32 ]
Przyszło popołudnie i znów mi lepiej - najgorzej jest do południa,Wy też tak mieliście ?

chris - 2008-12-12, 17:00

wiem czerwona, nie gonię już, tylko cały czas sprawa trwa w sądzie i kolejny termin rozprawy. to chyba przeszkadza najbardziej. ja się nie zgadzam, żona chce rozwodu z orzeczeniem winy i tak w kółko. potem podział majątku, a czas ucieka, życie ucieka, a my sami je sobie komplikujemy...
Macius - 2008-12-12, 17:14

chris napisał/a:
niedawno powiedziała, że wielkim jej błędem było spędzenie wspólnie wigilii którą spędziliśmy razem z dziećmi, były szczęśliwe i my uśmiechnięci, choć wiele nas to kosztowało emocji. w tym roku jeszcze nie pytałem żony i nie wiem czy pytać, skoro tak jasno określiła...

Ale dlaczego to było dla niej błędem? co ja zabolało? może jednak miała jakieś poczucie straty wtedy?
W tym roku spytaj albo lepiej pomyśl i powiedz jej czego ty chcesz - przecież twoje zdanie tez się liczy!

Ja się akurat z Czerwona nie zgadzam, że trzeba uznać, że więcej się nie zrobi. Można się więcej modlić... nawet jak ty nic poza tym już nie zrobisz, to ktoś zrobi za ciebie, to coś się będzie działo... może całkiem inaczej niz się teraz wydaje i nie tak prędko, ale będzie. Inaczej to by nie miało sensu.

Ale ja dopiero od 2 miesięcy wiem o rozwodzie, więc tez nie mam się nie będę wymądrzać za bardzo. Teraz buduję sobie cierpliwość i wytrwałość na kolejne... miesiące... lata?

chris - 2008-12-12, 17:22

żona wiele razy mówiła córkom, że to koniec, że nigdy nie będziemy razem, a córki odebrały wigilię jako nadzieję na nasze pojednanie i chyba tej nadzieji żona nie chce dawać dzieciom...
czerwona - 2008-12-12, 17:23

Skoro nie zgadzasz się na rozwód a ona usilnie chce - to ona tak to może odbierać . Kiedyś przeczytałam , na innym forum- świeckim , post dziewczyny , której mąż nie zgadzał się na rozwód- brzmiał on mniej więcej tak : ludzie , czemu stoicie na drodze naszego szczęścia , czemu nie dajecie nam rozwodu.
Druga strona myśli absolutnie w innych kategoriach , ja też początkowo nie zgadzałam się na rozwód - on chciał mnie po prostu zabić - prosił i groził na zmianę ! Że natychmiast mam dać mu rozwód. Natychmiast.
Odpuściłam potem - nie dla niego tylko dla siebie. To mnie za dużo kosztowało , pomyślałam :chcesz , idź .Gdybym tak nie zrobiła zostałbym uwikłana w śmierdzącą walkę , zreszta on nadal ma pretensje , że się nie zgodziłam od razu. Prawda jest taka , jak napisałam , za dwoje nic się nie zrobi albo druga strona to poczuje albo nie.
Jesteś katolikiem więc masz prawo się nie godzić - niestety druga strona takich wartości nie ma bo gdyby je miała nie wystąpiłaby o rozwód.
Ludzie sami sobie komplikują życie - to fakt , ja nadal ubolewam , że tyle jest zła dookoła, że nie muszą nam go sprawiać najbliżsi. Wiem ,że rozwód to straszne bagno , to zło , to zburzenie całego , Boskiego , porządku. Ale małżeństwo tworzą dwie osoby , skoro jedna z nich uważa , że juz go nie tworzy ( bo ja takie słowa usłyszałam - że nasze małżeństwo to już tylko formalność i popierek) to cóż.... Bóg słyszy i wie , co dalje z tym robić. ja zrobiłam już wszystko co w mojej ludzkiej mocy.

[ Dodano: 2008-12-12, 17:25 ]
Maciuś- mówiłam o działaniu w postaci rozmów , telefonów , błagań, przekonywań itd. Modlitwa to co innego .

Piki - 2008-12-12, 18:14

Czerwona - widac, ze chyba popołudniu faktycznie jest u Ciebie lepiej...

U mnie bywalo róznie. Najpierw faktycznie najgorzej czulam sie rano, budziłam się i koszmar wracał. Potem świadomie angazowałam się w pracę, a po niej starałam się stale byc czymś zajęta. Zły nastrój wracal wieczorem, o ile się nie umęczyłam tak, żeby morzył mnie sen.

Masz rację - nic sama nie zrobisz (w ludzkim sensie, rzecz jasna), dopóki druga strona nie chce - trzeba życ osobno i jak najmniej starać się absorbować swoje mysli i działania tą osobą, bo to zwyczajnie szkodzi.


Tak jak napisalas do Chrisa - mozna się nie godzić na rozwód, tyle, ze jesli nie ma przesłanek do jego nieudzielenia, zaś druga strona trwa przy swoim to nic nie da, moze poza zcystym sumieniem tych, którzy uwazaja, ze należy się nie zgodzić.

Jesli ktoś nie chce być z drugą osobą na serio, nie ebdzie, z rozwodem, czy bez. Co to dla Ciebie np. zmieniłoby, gdyby Twój maż wyniósł się do tamtej i nie wystepował o rozwód? Lepiej byś się czuła? Realnie sytuacja byłaby inna?

No chyba nie. Prawda jest taka, ze ludzie zcasem się z powrotem dogadują po rozwodzie, bywa też, ze nie mają rozwodu i latami do końca życia żyją osobno. Nie ma reguł, wiec rozwód w sensie pozareligijnym nie zmienia nic dla zcłowieka, który pragnie dochowac weirnosci współmałzonkowi bez względu na jego postepowanie.

Jasne, reguluje sprawy finansowe, ale te da sie uregulować rozdzielnoscią majątkową, np. To niestety trzeba załatwić na ogół, gdy dochodzi do faktycznego rozpadu malzeństwa, zwłaszcza, gdy współmałozonek to osoba dotknięta jakis nalogiem (alkoholizm, hazard), bo moze wpędzic w klopoty finansowe.

Slowem separacja cywilnoprawna, czy też nawet sama rozdzielnosc ajatkowa juz zapewniaja to, co rozwód. Inna sprawa, gdy rozwodzącemu sie zalezy na ślubie z kims innym. Ale mimo ze taki ktoś jest, nie zawsze zaraz dąży ona do ślubu z tym kimś.

Wiesz, tu najczesciej opisywanym powodem rozwodu, czy w ogóle rozpadu mazeństwa jest zdrada. Ale bywa, ze sa to inne powody i ktoś chce rozwodu nie po to, zeby zaraz formalnie się z imś nnym wiazać. Bywa, ze po prostu ma dośc współmalzonka, obawia sie go, zwyczajnie nie chce juz z nim mieć nic wspólnego. Często nawet kobiety wracaja do swego panieńskeigo nazwiska, tak bardzo chcą odciąć się od współmaałżonka.

Jasne, zaraz ktos powie, ze nie umie sie kochać, ze sie nie walczy, że sie popełnia ciezkie zlo w takiej sytuacji występujac o rozwód. Niech sobie mówi - kto nie przezyl prawdziwego matltretowania fizycznego i psychicznego nie ma zielonego pojecia, jak to wyglada.

Trudno kochać kogoś kto Cię latami dreczył, bil i ponizal, trudno chciec ztakim kims coś "odbudowywać", tym nbardziej, ze taka osoba sie nie zmienila.

czerwona - 2008-12-12, 18:45

Piki - naprawdę tak mam - popołudniu jestem innym człowiekiem , nie wiem czy to ma mnie martwić - chyba nie , chociaz przez chwilę sobie odsapnę.
Co do rozwodu - zgadzam się z Tobą - to jest nic tak naprawdę , jeśli ktoś dalej chce być razem , rozwód nie jest przeszkodą. Ja szczerze powiedziawszy nie wyobrażam sobie mojego życia takiego jak teraz jako mężatka - to mnie upokarzało , że mój mąż wozi się z inną kobietą na oczach wszyskich . Czułabym się fatalnie gdyby tak to trwało - nie byłoby rozwodu a on by z nią mieszkał.
Co dalej będzie , jakie one podejmie kroki - nie wiem ale wiem , że żadnego wpływu na niego nie mam więc powinnam liczyć się z róznymi sytuacjami , ważne , że ja nie mam sobie nic do zarzucenia - ja to chciałam ratować do ostatniej chwili i z tego punktu widzenia będę mogła spokojnie spać.

[ Dodano: 2008-12-12, 18:48 ]
Ale doskonale rozumiem tych , którzy nie zgadzają się na rozwód - szczególnie kiedy są małe dzieci, obawiam się jednak , że w "uczuciach" zdrajców przynosi to odwrotny efekt , pewnie czują się uwiązani.

Piki - 2008-12-12, 19:04

chyba mi zzarlo post ...
Ciesze się, ze masz te chwilki spokoju popoludniu, to swiatelko w tunelu Czerwona ...
Ja też rozumiem osob, ktore nie godza się na rozwód, zwlaszcza te, które czynia tak, ze względu na swe przekonania, na spokój swego sumienia.

Co do dzieci - wiesz nie wiem, same sie zgodziłysmy co do tego, ze jeśli ktos nie chce z kims być mimo dzieci tez, to odejdzie z rozwodem, czy bez niego.

Zgadzam sie z tym, że osoby, ktorym zalezy na rozwodzie, zwłaszcza te, ktore zamiezraja brać ślub z kimś innym takie odczucia maja. Z własnegop doświadczenia tego nie wiem, ale z tzw. wysłuchania i czytania tegoz forum tez.

Powiem Ci, ze jeśli mój eksmaż nie chciałby mi dac rozwodu to wcale bym nie walczyla o ten papier. Zadbalabym tylko o rozdzielnosc majatkową, zęby mnie bnie zrujnował. Sądze, ze byłoby mi wszystko jedno, czy bedę meżatką czy rozwódką byle dał mi spokój. Na pewo brak jego zgody nie zmienilby deczji o wyprowadzce daleko od niego.

EL. - 2008-12-12, 19:39

Tak, Czerwona...nie tego słowa użyłam,....on będzie miał piękne święta....chodziło mi raczej o to, że będzie miał święta takie, jakie sobie zorganizuje i na ile będzie potrafił popiołem, ( czy czymkolwiek) przysypać = zagłuszyć swoje sumienie.
Ale to nie On mnie interesuje i Jego święta....ale TY !
A dlaczego nie miałabyś skakać na około choinki ? Dlaczego nie miałabyś tańczyć ?
Wiem....teraz jest Ci bardzo ciężko....ale nie wiesz co będzie jutro ? Jaki nastrój przyjdzie ? A 24 grudnia....może śnieg spadnie....może urzecze Cię piękno Twojej choinki , może do tego czasu wyrzucisz z siebie ból i cierpienie...oddzielisz, jak ja kiedyś grubą krechą to co było ? Może narodziny Jezusa zamkną ten ciemny czas....otworzysz oczy i powiesz....zaczynam żyć od nowa ! Tego Ci życzę z całego serca Czerwona !
Póki co wyrzucaj tutaj z siebie ile wlezie....ale czekam już na ten dzień, kiedy zobaczysz
( a zobaczysz !), że słonko i dla Ciebie świeci !! Cmooooook !! EL.

NORBERT - 2008-12-12, 22:47

EL. napisał/a:
A dlaczego nie miałabyś skakać na około choinki ? Dlaczego nie miałabyś tańczyć ?
..no własnie czerwona jejku bo przespisz swieta....a wiesz co czerwona a ja dzisisiaj sobie kupiłem lampki..łańcuch i ozdoby na choinkę-takie ze słomy..bo mam kncepcje zrobie sobie mała choineczke na ludowo....a najbardziej ucieszyłem sie z lampek..bo swiatłowodowe...obłednie swieca i były na wyprzedarzy....czerwona a co ty planujesz????....w jakim kolorze ubierasz choinke????
czerwona - 2008-12-13, 10:27

Nie wiem jeszcze , dzisiejszy poranek lepszy od wczorajszego. Widziałam wczoraj w sklepie tak piekne bombki , ozdoby, żę faktycznie szkoda byłoby ich sobie nie kupić, chyba tak zrobię - tylko nie wiem jeszcze , czy to będzie choinka czy raczej jakis duży stroik ale cuda faktycznie można kupić..

[ Dodano: 2008-12-13, 10:29 ]
Skakać nie będę ani tańczyć , będzie dobrze jak nie będę płakać

Piki - 2008-12-13, 10:35

No widzisz Czerwona - jest lepiej, a bedzie jeszcze lepiej :)
NORBERT - 2008-12-13, 11:58

czerwona napisał/a:
Nie wiem jeszcze , dzisiejszy poranek lepszy od wczorajszego
..każdy będzie juz lepszy od wczorajszego bo czy Bóg chce skrzywdzic czerwoną....nie on chce ci pokazac że mimo trudu,mimo bólu jest nadal szczęście!!!!
EL. - 2008-12-13, 15:04

A widzisz Czerwona....dzisiaj trochę lepiej...Nie wiadomo co będzie jutro...może dołek....ale za to pojutrze znowu lepszy dzień ! I niech juz tych dołków coraz mniej !

I ja dzisiaj przeleciałam przez rynek i tyle fajnych drobiazgów świątecznych, błyszczących...tez kupoiłam drobiazgi ! I dzisiaj nawet ozdobiłam juz pierniczki świąteczne, ktore piekłam tydzien temu. I nic więcj nie robię ! Kawke tu sobie własnie z Wami piję....tak mi dobrze !!
Miłego dnia !! EL.

mami - 2008-12-13, 20:16

czerwona napisał/a:
Nie wiem jeszcze , dzisiejszy poranek lepszy od wczorajszego. Widziałam wczoraj w sklepie tak piekne bombki , ozdoby, żę faktycznie szkoda byłoby ich sobie nie kupić, chyba tak zrobię - tylko nie wiem jeszcze , czy to będzie choinka czy raczej jakis duży stroik ale cuda faktycznie można kupić..

[ [i]Dodano: 2008-12-13, 10:29 ]
Skakać nie będę ani tańczyć , będzie dobrze jak nie będę płakać
[/i]

a czy czasem czerwona ważne lepszy czy gorszy od dzisiejszego czy wczorajszego ale
że nie taki.... jak pare miesięcy temu kiedy był w domu a ja czułam sie przy nim sponiewierana jak pies,
a nie taki...... fajny bo sama moge te bombki wybrac nie zważając na prośby by mąż ze mna poszedł, że nie czekam kiedy wróci do domu i w jakim humorze,
a nie taki ze mimo smutku że jestem sama to jednak wiem, ze dzis nikt mi nic złego nie powie, że nie poczuje sie, że ktoś znów mi chce coś wmówic, sprowokowac do kłótni po to tylko by znów wyjśc, czy zrobic postawic na swoim
a nie taki że mimo wszystko siadam do tego kompa i nie musze sie nim dzielic sprawdzac usuwac te wszystkie cooki i wirusy trojany po stronkach oglądanych przez męża
można mnożyc by powiedziec a jednak to że jestem sama nie tylko dla mnie jest złe popatrz sama ile mozna tez dobrego zobaczyc
patrz na to co zyskujesz każdego dnia dobrego rozpatruj tylko wszystko pozytywnie, negaty same dojda czy chcesz czy nie wiec nie ma co ich sama sobie jeszcze dowalac prędzej przyzwyczaisz sie do nowej sytuacji i zaczniesz ja tolerowac
bo inaczej wciąz bedziesz tylko dopatrywac sie dzis bym to robiła gdyby był a go nie ma i tracisz sens dnia
myslisz nie mam dla kogo gotowac, wszystkie koleżanki teraz gotuja....
a możesz znów widziec to i w kolorowych barwach
powiedziec dzis nie musze gotowac tak bym musiała stac w kolejce targac cięzkie zakupy po to tylko by na koniec usłyszec i cos ty znów ugotowała nie bede tego jadł ide na miasto cos zjesc nawet gotowac nie umiesz......... no koment
warto widziec pozytywy mimo ze kartka czarna maluj ja kolorowymi farbami inaczej jak malujesz czarna nie widac różnicy. .

choinka niech bedzie twoim odbiciem nastroju im wiecej w niej bedzie blasku ty wiecej da ci radosci w te swieta
mozesz zrobic mała skromna by pokazała jak mało w tobie zycia i radości
a możesz zywa zielona do sufitu z kolorowymi swiatełkami by jak ci bedzie źle i smutno rozweselało twoje smutne serduszko
pozdrawiam gorąco

Chmurka - 2008-12-13, 21:55
Temat postu: Re: Czy wierzycie ?
czerwona napisał/a:
Czy wierzycie w to , że naprawdę będziecie jeszcze tworzyć rodzinę po np. 2 czy 3 latach rozłąki , zdrady itd. ? czy wierzycie w to szczerze , czy chcecie wierzyć ?


Ja WIERZĘ!!! Wierzę, że Pan może uzdrowić moje małżeństwo! Wierzę, że On chce to uczynić! Tylko nie wiem kiedy to się stanie... Ufam Mu i nie zamierzam przestać. Na razie uzdrawia i oczyszcza mnie. Narodziłam się w tym tygodniu na nowo. Doświadczyłam jednej z najważniejszych rzeczy w całym moim dotychczasowym życiu, w mojej relacji z Bogiem, co może nigdy nie stałoby się, gdyby mój mąż nie opuścił mnie po raz drugi albo stałoby się wiele lat później. Na szczęście KTOŚ, kto wie wszystko lepiej ode mnie, przyśpieszył to :mrgreen: Wierzę, że mój mąż otworzy kiedyś swoje serce na działanie Boga. Wierzę, że kiedyś będziemy razem...

Macius - 2008-12-13, 23:52

Chmurka, to bardzo piękne co napisałaś i budujące. Takie inne świadectwo... zamiast tego, które chciałas juz pisać. Życzę Ci wytrwałości i umocnienia w tym, co znalazłaś!
samotna - 2008-12-15, 11:56

Nie rozumiem sama siebie - dlaczego w obliczu zaistniałej sytuacji i tego co usłyszałam - na dnie serca jest jeszcze odrobina wiary w moje małżeństwo i w że jeszcze będziemy razem....

[ Dodano: 2008-12-15, 11:57 ]
przecież to wbrew logice

Nirwana - 2008-12-15, 12:00

W zasadzie każda wiara jest wbrew logice, naukowo rzecz ujmując ;-) Chociaż niejaki Pascal dowodził logicznie i naukowo, że wiara się opłaca ;-)
NORBERT - 2008-12-15, 12:10

samotna napisał/a:
Nie rozumiem sama siebie - dlaczego w obliczu zaistniałej sytuacji i tego co usłyszałam - na dnie serca jest jeszcze odrobina wiary w moje małżeństwo i w że jeszcze będziemy razem....
bo nie dajemy sobie samotna odebrac marzen...choc dla innych te marzenia nic nie znaczą....ale większość z nas wie że największym naszym przyjacielem jest Bóg....dając cierpienie uczy nas jak być jeszcze mocniejszym w wierze.....
martin - 2008-12-22, 13:09

ak70 napisał/a:

Nie jestem chyba jeszcze gotowa wybaczyc i usuwac swoje braki... jest we mnie gotowość do wynajęcia mieszkania i wyprowadzenia sie wraz z dziećmi, ale nie stac mnie na taka zmianę, więc tkwie w zawieszeniu.

Wybaczenie nie przychodzi ot tak sobie - nad tym sie wewnetrznie pracuje i chodzi o to, zebys chciala. Emocjonalnie to sam nawet jeszcze nie wiem jak daleka to droga. A moze ta wyprowadzka to ucieczka? Moze masz jeszcze co ratowac? Ale nie biernoscia, tylko stanowczoscia?


ak70 napisał/a:

Czeka mnie druga terapia grupowa w przyszłym roku, bardzo chcę na nią pójść, choć to trudne otwierać sie przed obcymi ludźmi.

Dla prawie kazdego to trudne. A moze terapia indywidualna Ci pomoze troche stanac na nogi? Moze to rozwiazanie, ktore doskonale uzupelni to, co pozniej da Ci grupowa?


ak70 napisał/a:

mój mąż kiedy prosiłam go by wrócił napisał do mnie w liście "bo dla mnie bliskość to też sex.. a jak nie ma sexu to nie ma też bliskości.. więc jak nie chcesz sie ze mna kochać to ja sie oddalam od ciebie i szukam gdzie indziej, bo nic mnie tu nie trzyma"... u mnie jest kolejnosc troche inna: najpierw bliskosc duchowa, emocjonalna, potem sex... u niego odwrotnie... kolejne pole, na którym sie nie zgadzamy... inny system wartości...

No - nie zgadzacie sie, bo plec nie ta... Niemal w kazdym poradniku psychologicznym slyszy sie zdanie pokroju: "facet, aby odczuwac potrzebe bliskosci, potrzebuje seksu, kobieta, by czuc chec na seks, potrzebuje bliskosci".
I tak sobie te miliony par trwaja i zastanawiaja, skad ten brak zrozumienia itp.
No z tego prostego faktu, ze sie roznimy.
Nie znaczy to, ze facet to tylko maszyna do seksu, bo byloby to splycanie tematu. I nie masz oczywiscie dac sie traktowac przedmiotowo. Ale samo zrozumienie roznic wiele daje. Jest jeszcze ksiazka John Gray "Mezczyzni sa z marsa, kobiety z wenus" - moze czasem troche przegadana, niektorzy jej co nieco zarzucaja, ale ma wiele wartosciowych, prawdziwych zdan o relacjach i naszych roznicach - polecam.
Moze wykorzystac Wasza bliskosc do budowania wiezi.


ak70 napisał/a:

Martin - dziękuje za tytuły, zapisałam, będę szukać :-)
Piszesz, że mam go zostawiac z dziećmi, aby dowartościować, chwalić, dostrzegac co zrobił... a kto dowartościuje mnie??!!
Nie będę go dowartościowywać zostawiając z dziećmi, bo one na tym najbardziej ucierpią. Fizycznie może nie, bo on rzadko wyciaga pas, ale psychicznie bardzo.

Zakladasz, ze bedzie zle. To ... bedzie zle. No bo przeciez jesli mu powiesz ze strachem w oczach i niewiara, ze jak juz trzeba to niech sie zajmie na chwile, to nic dobrego z tego nie wyjdzie. Oczywiscie, ze czujesz bol i chec bycia dowartosciowana. Tutaj staramy sie Tobie pomoc. Bo Ty widzisz problem, Ty masz madrosc, zeby chciec budowac, wiec mimo, ze to boli to teraz Ty mozesz poprowadzic Was do wspolnego zwyciestwa.
A dowartosciuje Cie maz jak doceni, poza tym, przeciez masz swoja niepodwazalna wartosc, ktorej nikt w Tobie nie zaneguje i jestes wartosciowa dla Boga :).


ak70 napisał/a:

Mój mąż w swoim życiu przeczytał może jedną-dwie książki... nie sądze więc, aby przeczytał ta polecana przez Ciebie... ale kupie mu ja na gwiazdkę, aby potem nie wyrzucać sobie, że nie spróbowałam absolutnie wszystkiego..

Super :), zycze Ci powodzenia w walce.

Elena - 2008-12-24, 00:58

CZerwona..rzadko pisze,więcej was czytam,rownież Ciebie,i chce Ci szzcerze odpowiedziec(szczególnie,ze to czas wlaśnie świąt Bozonarodzeniowych) że jest możliwe polączenie sie małżenstwa po zdradzie..nawet po rozwodzie,jednak wymaga to naprawde obopólnej chęci.ja przez 3 lata nie wierzylam,że znów będe z mężem razem,czułam,że jest to możliwe(ale po traumie dopiero)ale nie wierzyłam w to..jednak codziennie sie modlilam o nasze połączenie,o światło Ducha Swiętego dla nas obojga..i nadal sie o to modlę,różaniec to dla mnie po prostu chleb codzienny,jak wspaniale jest,gdy bardzo zawierzysz Jezusowi..i nadal , sie modle o pomoc dla nas,bo to,ze jesteśmy razem.w ogole nie oznacza,że jest calkiem happy,..nie jest,ale wierzę,ze jeśli Jezus nas znów połączyl,to chce,byśmy dotrzymali danej sobie kiedyś przysiegi.....więc..wierze,czerwona,że jest możliwe połączenie małzonków..nawet po rozwodzie..życzę Ci ,,by Boża Dziecina dała Ci siły,by spokojnie przetrwac i przeżyc czas Swiąt Bożego Narodzenia...
czerwona - 2008-12-24, 16:18

Dziękuję Ci Eleno, ja sama już raczej nie wierzę ( słowo raczej piszę bo już nie jestem niczego pewna - swoich uczuć i odczuć również) .
Wszystkiego dobrego z okazji Świąt dla Was wszystkich , radowania się z narodzin Jezusa i wsłuchania się w to , co chce nam powiedzieć.

p.s.
choinki jednak nie kupiłam ale bardzo ładny stroik - choinkę z szyszek .I świecę i parę aniołków , i trochę gwiazdek i sianko jest i szopka jest.

[ Dodano: 2008-12-24, 16:22 ]
Musisz być dzielna skoro po tak długim czasie podjęłaś taką decyzję , to wszystko bardzo trudne , trauma zostawia ślad chyba na całe życie , Ty też bądź dzielna skoro jesteście razem , na pewno nie jest łatwo...

chris - 2008-12-24, 21:43

a ja choinkę kupiłem, żywą. Przystroiły ją córeczki. kupiłem nowe lampki, i też myślałem że nie dam rady, ale dałem. kolację zjadłem sam, w naszym domu. Bo dzisiaj środa, dzień który ma żona dla dzieci. Pozwoliła mi się spotkać z nimi od 12.00-16.00.
kiedyś myślałem że najgorsza wigilia to ta, którą spędziłem w wojsku...
a teraz wiem, ze jutro też jest dzień i nie wiem co przyniesie...
Wesołych Świąt mimo wszystkich kłopotów i przykrości.

NORBERT - 2008-12-24, 23:22

chris napisał/a:
Bo dzisiaj środa, dzień który ma żona dla dzieci. Pozwoliła mi się spotkać z nimi od 12.00-16.00.
..chris i dziekuj Panu za każda sekunde ,za każda chwilę to jego dzieło...Ja dostałem o wiele wiecej wspólna wigilię-razem to wspaniałe...i choc dalej inaczej niz kiedyś to ta chwila to echhhhhhhh ile radości..dziekuje Panu za tak wspaniałą żone i choc wiem ile to ją kosztuje to serce pełne radości....i to podwójnej bo nawet sprawiłem radośc prezentem dla żonki...i niech ktos powie czy Bóg nie czyni darów!!!!

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group