Uzdrowienie Małżeństwa :: Forum Pomocy SYCHAR ::
Kryzys małżeński - rozwód czy ratowanie małżeństwa?

Odbudowa związku po separacji, rozwodzie, zdradzie - Piekło po zdradzie

Rita - 2008-05-28, 22:07
Temat postu: Piekło po zdradzie
Znowu wracam do tego forum, które odnalazłam 3 miesiące temu, gdy wszystko się zaczęło. Wtedy jednak wierzyłam mojemu mężowi, że przeżywa kryzys osobowości po pobycie na grupie terapeutycznej. Rzeczywiście tam się poznali, bo ten kryzys to była inna kobieta, ale do tego się nie przyznał, choć go kilka razy pytałam. Kłamał tak doskonale, że nie wyczułam fałszu. Poza tym zachowywał się jak człowiek w depresji, a nie zakochany. Rzeczywiście miał dylemat, ale ukrywał jaki. Ponieważ jeszcze przed wyjazdem na tę grupę zapewniał mnie, że jest ze mną najszczęśliwszy od lat, nawet nie wpadłam na to, że to zdrada. Irytowali mnie wszyscy ludzie, którzy to sugerowali jako jedyne sensowne wytłumaczenie. Byłam pewna, że mój mąż po prostu powiedziałby prawdę. Po dwóch miesiącach "kryzysu tożsamości" oznajmił, że przeprasza za wszystko, kocha mnie i wraca. Byłam szczęśliwa. Ale po tygodniu powiedział prawdę - miał romans. Zakończył go 2 tygodnie temu. Wszystko było kłamstwem. Zawalił się cały mój świat. Nie wyszłam za niego ze względu na pozycję czy pieniądze, bo wtedy nie miał nic, ale dlatego, ze był wartościowym człowiekiem i dzielił moje wartości. Okazało się, że ich nie ma. Teraz żałuje i przekonuje, że mnie naprawdę kocha i dopiero teraz wie, co to znaczy (jesteśmy razem 10 lat) i oddaje mi się w ręce, chce pracować nad naszym małżeństwem i rodziną, pójść na terapię małżeńską. Poszedł do spowiedzi i przeżywa jakieś swoje nawrócenie - pod wpływem naszych znajomych, którzy nam pomagają w tej sytuacji, postrzega tę sytuację jako dzieło szatana i oddaje się Chrystusowi. Twierdzi, że przezywa straszne wyrzuty sumienia. To wszystko są jakieś pozytywne sygnały, ale jestem jeszcze ja, a ja wiecie co czuję - piekło. To dopiero 5 dni, odkąd wiem, ale to cierpienie jest niewyobrażalne. Wiem, że wielu z Was przez to przeszło, proszę napiszcie konkretnie jak to przeżyć! Dodam jeszcze, że ja chodzę już na terapię od początku tego kryzysu i biorę leki antydepresyjne, ale mało pomagają, bo takich "ścinających z nóg" brać nie mogę - pracuję "głową" i przede wszystkim mam dzieci (a propos - drugi mój synek kończy dziś roczek...). Wiem, że mogę na Was liczyć.
rzaba - 2008-05-28, 22:37

Rito... moja odpowiedz dzis bedzie krotka... padam z nog i nie mam siły by napisaccos wiecje... ale wirz mi ze moim najwiekszym marzeniem jest to by maz kiedys zrozumiał, by chcial odnalzezc w sowim zyciu Boga i naprawic swoje błedy... nie zmarnuj wiecczasy jaka teraz poboje dostajecie... wiem, ze nie jest łatwo, kolorowo itd... ze bil, urazy zostana na zawsze, ale nawet po zdradzie mozna zycw szczesliwie w zwiazku... mozna... daj soebie czas i nie podejmuj zadnej decyzji pochopnie... pamietaj ze nie jestes w tym wszystkim sama... pozdrawiam rzabka
Darek - 2008-05-28, 23:07

Rita napisał/a:
Wiem, że mogę na Was liczyć.

Podzielam zdanie Rzaby. Dziękuj Panu Bogu, że Twój mąż zrozumiał, że odzyskał sumienie, które go teraz boli. Wielu z nas marzy o takiej szansie i do tej pory jej nie dostało. Nie wiem jak żyć po zdradzie, za to wiem jak się żyje, gdy się jest zdradzonym, zdeptanym, tak, że bardziej chyba nie można. Wiem też jak się żyje w samotności, co się naprawdę wtedy czuje, o czym się marzy, jak się postrzega swoją przyszłość chcąc wytrwać w wierze. Uważam, że mimo ogromnego cierpienia spotkało Cię wielkie szczęście i dostałaś wielką szansę. Wiem jak cierpisz, cięzko to przeżyłem i nadal przeżywam, a o takiej szansie jaką Ty dostałaś marzę od prawie dwóch lat. Wiele słyszałem o powrotach, lecz bardzo często nie są one spowodowane nawróceniem, a wyrachowaniem lub przeliczeniem się drugiej strony, nie ma w nich przwdziwej miłości która pochodzi tylko od Pana Jezusa. Naprawdę masz wielkie szczęście. Jestem z Tobą i Wszystkimi cierpiącymi z tego powodu.

Życzę szczęścia, pozdrawiam, Darek

elzd1 - 2008-05-28, 23:20

Rita. Chyba nikt z nas nie dopuszczał do siebie myśli, że najbliższa osoba może tak kłamać, plątać swoje i nasze życie, zdradzać - a jednocześnie patrząc prosto w oczy mówić, że kocha. Teraz już wiesz, ciężko Ci, ale już widzisz przed światełko: mąż zrozumiał, chce odbudować Wasz świat. Przeżyjesz ten ciężki okres, wspólna terapia może tylko pomóc. A leki dla Ciebie - jeśli słabo działają, poproś lekarza o zmianę, mało jest obecnie takich, które przeszkadzają w pracy.
Ciesz się z powrotu męża, pomimo wszystko ciesz się, bo masz powody.
Nie wiem jak odbudować życie po zdradzie, wiem że niektórym się udaje, a u Was jest ta sytuacja o tyle dobra, że mąż i z Panem Bogiem chce spotyakć - to wielka łaska.
Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę dużo siły.

wito - 2008-05-29, 04:23

Rita - ciesz sie, że mąż chce zauważył, ze to On jest powodem kryzysu w waszym małżeństwie, ciesz się, że chce się zmienić, naprawić. Możesz odbudować swoje zaufanie do niego. możecie do siebie wrócić. Bylebyś Ty po tym wszystkim nie popadła w euforię. Znajomi pomogli Ci zrozumieć, że "kryzys osobowości" był "zieleńszą trawką". Jeżeli uda się Wam byc znowu razem, czego Wam życzę - to nie zapominaj, że kochać trzeba mądrze.
agnieszka78 - 2008-05-29, 10:27

wyklucz znajomych z waszego uzdrawiania, niech będzie wasza intymność, niech Twój mąż nie rozciąga sprawy poza was,
piszesz że traktuje to co robił jako dzieło szatana (pytam sie wtedy-kiedy robimy coś dobrego to też jestesmy tylko narzędziem Boga i nie ma tam nas?), że teraz sie Tobie oddaje, Tobie, znajomym, terapeutom, czyli on nie wie co robić, czyli nie ma kontroli, czyli przyjął pozycje...ofiary??? takie jakies wrażenie odebrałam, przepraszam jeśli całkowicie mylne

lena - 2008-05-30, 15:55

agnieszka78 napisał/a:
piszesz że traktuje to co robił jako dzieło szatana (pytam sie wtedy-kiedy robimy coś dobrego to też jestesmy tylko narzędziem Boga i nie ma tam nas?)

Człowiek posiada wolną wolę....możliwość(prawo) dokonywania wyboru .......albo korzysta z Bożej oferty i wybiera to co wartościowsze, albo ulega pokusie i korzysta z oferty szatana wybierając to co łatwiejsze i przyjemniejsze.
W każdej chwili mozemy powiedzieć TAK lub NIE....wybrać dobro,lub zło.....decyzja nalezy do nas.

Rita...to o czym piszesz w poście to są pozytywne sygnały i dołączam do powyższych wypowiedzi.....da sie przeżyć i żyć szczęśliwie.
Zanim to jednak nastąpi czeka Was wiele pracy,cierpliwości i wyrozumiałosci(tu męża dla Ciebie).......przydałaby się fachowa pomoc......wspolna bądź dla każdego z osobna na początek. ......że z Bogiem łatwiej to wiesz.
Powodzenia

GregS - 2008-05-30, 19:15

darek1 napisał/a:

Dziękuj Panu Bogu, że Twój mąż zrozumiał, że odzyskał sumienie, które go teraz boli. Wielu z nas marzy o takiej szansie i do tej pory jej nie dostało. Nie wiem jak żyć po zdradzie, za to wiem jak się żyje, gdy się jest zdradzonym, zdeptanym, tak, że bardziej chyba nie można. Wiem też jak się żyje w samotności, co się naprawdę wtedy czuje, o czym się marzy, jak się postrzega swoją przyszłość chcąc wytrwać w wierze. Uważam, że mimo ogromnego cierpienia spotkało Cię wielkie szczęście i dostałaś wielką szansę. Wiem jak cierpisz, cięzko to przeżyłem i nadal przeżywam, a o takiej szansie jaką Ty dostałaś marzę od prawie dwóch lat. Wiele słyszałem o powrotach, lecz bardzo często nie są one spowodowane nawróceniem, a wyrachowaniem lub przeliczeniem się drugiej strony, nie ma w nich przwdziwej miłości która pochodzi tylko od Pana Jezusa. Naprawdę masz wielkie szczęście. Jestem z Tobą i Wszystkimi cierpiącymi z tego powodu.


Słowa napisane przez darka1 pasują co do jednego do mojej sytuacji, odźwierciedlają to co teraz czuję z niewiarygodną dokładnością - az mi trudno w to uwierzyć...

Rito - Dopóki walczysz jesteś zwyciezcą
nie znarnuj tej szansy, która jest marzeniem niejednej osoby... Ty ja otrzymałaś.
między innymi dlaczego musisz spróbować - odpowiem Ci fragmentem krążącej po internecie prezentacji zatytuowanej "Aby nie żałować" (może i ty kiedyś ją otrzymałaś, jak nie, podaj mi na priv emaila to Ci ją wyślę)
kończy się ona tak:

Życiu i ludziom trzeba dawać wciaż nową szansę. Ciągle na nowo próbować jeszcze raz. I wbrew wszelkiej logice wierzyć, że tym razem może sie udać, na pewno się uda, że tym razem wreszcie będzie inaczej...
Kiedyś koleżanka powiedziała mi coś co zapamiętałem dobrze: "To okropne żałować czegoś co się zrobiło, ale sto razy gorzej jest żałować tego czego się nie zrobiło"
Można zrezygnować i odpuścić. Bo już nie ma sił. Bo wszystko mówi: to nie ma sensu. I stracić być może, najważniejszą swą szansę, która nigdy się nie powtórzy.
Ale można też zacisnąć zęby. I na nowo próbować. Na nowo starać się wierzyć. Na nowo starać się szukać wyjść, sposobów, rozwiązań. Zaryzykować nawet jeśeli to naprawdę duże ryzyko. I nawet kiedy to ogromnie wiele kosztuje. Nie ma żadnej gwarancji, że się uda - bo nie może być takiej gwarancji. Być może, okaże się, że rzeczywiśćie nie było warto.
Ale jeśli jest jeszcze jakaś szansa, jeśli pojawia się choć cień nadziei - muszę się podnieść pokonać złość, niemoc, brak sił zniecierpliwienie. I skoczyć w ryzyko. Chcoćby już nie wiem który raz, i kolejny, i następny...

PO CO ?

Aby kiedyś nie żałować czegoś, czego się nie zrobiło...


Jeżeli jeszcze nie miałaś okazji, to posłuchaj sobie rówież, 2 może 3 razy, znajdującego się na stronie głównej tego forum zapisu audycji "Jak przebaczyć zdradę? Przebaczyć 77 razy?" - dr Mieczysław Guzewicz

Rita - 2008-06-02, 20:21

Dziękuję wszystkim za wsparcie. Przez te wszystkie dni tyle razy czytam Wasze listy i to, co jest na tej stronie, bo czuję to tak, że tylko tu jestem "ze swoimi", że tylko tu inny człowiek może mnie tak naprawdę zrozumieć. Mam prośbę do tych, którzy przeżyli zdradę - napiszcie jak to wyglądało u Was - jak ewaluowały Wasze uczucia, co robiliście z wyobrażeniami o ich wspólnym życiu podczas romansu, zwłaszcza seksualnym, czy marzyliście o zemście, po jakim czasie byliście w stanie myśleć konstruktywnie?
ekola - 2008-06-03, 11:42

Rito,
ja wiedziałam o wszystkim na bieżąco, bo mój mąż postanowił być uczciwy i powiedział prosto w oczy że kocha inną, życie ze mną było pomyłką (jesteśmy 9 lat po slubie) i niemożliwe jest ratownie małżeństwa, bo on nie chce... To oczywiście była odpowiedź na moje prośby, żebyśmy jednak ratowali...
Przez pierwszy okres byłam straszliwie, rozpaczliwie skupiona na ratowaniu. Nie mogłam zrozumiec dlaczego mi to robi, nie chciałam przyjąć do wiadomości że cos takiego się z nami stało!!! A piekło było...
Bo skoro był taki uczciwy, to nie przejmował się że dzwoni do niej z domu, albo ona do niego. Wychodził kiedy chciał, właściwie nie było go praktycznie w domu. Nie wyprowadził się, bo nie pozwalały mu akurat na to warunki finansowe. widywałam go - i było to chyba jeszcze gorsze
Przez te miesiące nie żyłam. Byłam w szoku - zrozpaczona... Nawet nie wiem jak to określić...
Wyobrażałam sobie że mówi jej to wszystko co mówił kiedyś do mnie, zastanawiałam się kiedy się spotykają, w domu miałam wyostrzone wszystkie zmysły żeby wiedzieć, usłyszeć... Mimo że jeżeli ta wiedza mogła kogoś zranić to tylko mnie. Piekło - zresztą wiesz.
Teraz...
NIe jest lepiej, bo dla odmiany mąż jest w depresji. Ma poczucie winy, poczucie przegrania życia i zero ciepła. Więc wychodzi na to że to ja powinnam go pocieszać, a nie on mnie. Przeprosił mnie, powiedział że chce spróbować, ale nie ma siły ma zrobienie czegokolwiek. Mam poczucie że znowu to ode mnie ktoś wymaga odpowiedzialności, siły za nas oboje, kiedy jedyne co bym chciała to wypłakać się i żeby mnie ktoś (wiadomo kto) pocieszył. A tu nie.
Nie mogę sobie poradzić z wybaczaniem. Próbuję, staram się nie myśleć o tym wszystkim, bo to co odkryłam - najbardziej zabijają nas w takich chwilach własne myśli. Wyobrażamy sobie dużo więcej niż mogłoby być, robimy się podejrzliwe i nieufne. I niby to uzasadnione ale do ratowania związku się niestety nie przydaje. No i wychodzi że teraz ja go dobijam, "odgrywam się"...
Choć buntuję się przed tym, bo jestem niecierpliwa, chyba rzeczywiście potrzebny jest nam czas. Już teraz widzę że pewne wspomnienia blakną, że namiastka "normalnego życia" pozwala oderwać się choć na chwilę od rozpamiętywania tego wszystkiego, od bólu, ktory dopada mnie czasem w najdziwniejszych chwilach. Bo cos mi się skojarzy, przypomni... Słowa, które zraniły, gesty - czasem niestety nieodwaracalne... I wtedy najchętniej rzuciłabym tą swoją krzywdą w niego jak obuchem, niech wie co mi zrobił!!! (mało po chrześcijańsku :-)
Modlę się o łaskę przebaczenia, te 77 razy stoją mi w głowie jak wyrzut sumienia i obwiniam się kiedy okazuje się że nie potrafię. Pomaga mi zajęcie się sobą - to zgodnie z radami wszystkich na forum zaczęłam robić wcześniej - wyjścia gdzieś, kontakty ze znajomymi. Na początku byłam zrozpaczona bo kiedyś wszystko robiliśmy razem, a teraz... Ale dobrze mi to robi. Czasem wystarczy że uda mi się coś z rana, czyjś uśmiech, ciepłe słowo, drobny sukces i już łatwiej pójść dalej.
Wiesz, największą miłość do niego czuję, kiedy widzę go takiego załamanego. chciałabym pocieszyć, przytulić... Nie mogę, bo on nie jest gotowy, ale wtedy naprawdę bardzo chciałabym żeby był szczęśliwy. Może rzeczywiście traktować to wszystko jak chorobę? Przecież nie spodziewałaś się chyba, że Twój mąż będzie ideałem. Nie ma takich. Wbrew swoim głupim wyobrażeniom musiałam pogodzić się z faktem, że jest po prostu zwykłym człowiekiem, który może pobłądzić, upaść, ale jeżeli chce się z tego podnieść, to nie należy, nie wolno! wdeptywać go buciorami głębiej i głębiej...
Ot, takie moje przemyślenia...
Ciężko jest... Ale zawsze jeszcze jest Bóg i modlitwa. W najgorszych momentach była mi pocieszeniem, dawała poczucie że jest Ktoś, kto nade mną czuwa, dba o mnie... I teraz nie chciałabym go zawieść. Choć czasem zawodzę na całej linii.

TEOR - 2008-06-03, 23:33

Ja powiem tak. W przypadku zdrady czas nie leczy ran, a jedynie pozwala na ich powolne, bardzo powolne zabliźnianie się. Nasze przypuszczenia i wyobrażenia co do przebiegu romansu te zabliźniające się rany rozdrapują. Stąd właśnie huśtawka nastrojów. Trzeba sobie powtarzać: nie ma innego wyjścia, przysięgałam kochać i być wierną oraz nie ma się co rozczulać nad sobą, bo inni są w jeszcze trudniejszych sytuacjach - ciężko chorzy, opuszczeni itp. Wszyscy, którzy przebaczyli zdradę głowa do góry! Nie jest źle, bo przecież dano nam szansę! Z Bogiem.
Rita - 2008-06-04, 21:50

Ekola - to, co piszesz jest mi bardzo, bardzo bliskie - nawet to, że my też jesteśmy 9 lat po ślubie. Niestety ja mojemu mężowi ufałam całkowicie i co prawda nie uważałam go za ideał, ale prawdopodobieństwo, że się tak zachowa było mniej więcej tak duże jak możliwość lądowania Marsjan. Tak jak piszecie huśtawka nastrojów jest straszna. Kiedy są takie momenty, że potrafię dostrzec w nim upadającego grzesznika i pozwalam się dotknąć, natychmiast żałuję, że nie jestem konsekwentna, że zbrukałam się jego dotykiem, że tak łatwo mu ze mną idzie. A jednocześnie przecież czasami tak bardzo potrzebuję pocieszenia, przytulenia, a on jest w końcu moim mężem! To jakiś straszny paradoks! Kiedy znowu myśli i wyobraźnia spychają mnie do piekła, to wiecie - jestem w piekle, gdzie jest zło i brak nadziei. I wtedy wyrzucam sobie brak wiary. Jak to widzicie?
rzaba - 2008-06-04, 22:58

Rito... sprobuj odnusnac złe mysli... Twoj maz zgrzeszył, pogubił sie, zranił... ale najwaznijsze- zroumiał i chce napiawic... postaraj sie znalezcw nim człowieka, ktory chceratowac rodzine, ktory Cie kocha, człowieka, ktory potrafi przyznac sie do błedu.. to trune, ale mozliwe... pomsyl jak wielka szanse oboje macie... szanse , o ktorej wieksoszc z nas moze jedynie marzyc... Rito Jezus wybaczył Judaszowi, Jan Paweł II człowiekowi, ktory do niego strzelał... wiec wszystko jest mozliwe... powodzenia, zawalcz o to małenstwo...
ekola - 2008-06-05, 11:31

Rito,
też mam momenty kiedy myśle sobie - dosyć tego, a co tam - będę zła, dlaczego ja mam chcieć, dlaczego wybaczać, to boli, boooooli!!! Ale gdzieś w środku, nawet w tych chwilach, czuję że to nie ja, że tego nie chcę. Myślę że to jakiś głos boży, że Bóg zna mnie lepiej niż ja sama i wie, że mam w sobie siłę aby przez to przejść, aby wybaczyć.
Więc staram się nie myśleć i nie rozpamiętywać.
Okazało się że można - jestem tego przykładem... Kiedy dopada jakaś zła myśl, mówię do siebie: Nie, nie chcę o tym myśleć! Próbuję zająć głowę czymś innym... I coraz częściej to pomaga.
Mój mąż nie mówi że mnie kocha. Mówi że się zagubił, że nie ma siły, nie ma nic do ofiarowania oprócz chęci (drobnej bardzo). Jest mu źle z tym co się stało. A ja (głupio, egoistycznie) chciałabym żeby przyszedł z przysłowiowym bukietem kwiatów, padł na kolana i wyznał jak się pomylił, jak kocha itd... Tylko czy to by coś zmieniło w moich uczuciach, poczuciu krzywdy i żalu.
Dlatego myślę sobie, że to jest dopiero próba dla mnie. Przebaczyć nie dlatego że ktoś się zmienił, uznał swoją pomyłkę czy co tam jeszcze. Przebaczyć dlatego, że to jest dobre, że tego chce ode mnie Pan, że to mnie uleczy...
To kiedy mąż wraca to rzeczywiście ogromna szansa... Także szansa na naprawienie tego, co może w małżeństwie było złe, zaniedbane, czego nie zauważaliśmy. Teraz będzie to świadoma praca dwóch osób, które - mam nadzieję - nie zapomną tej nauki i będą się starały cały czas pielęgnować miłość, radość, wzajemne zrozumienie... Bo wcześniej... Zastanawiam się, czy u nas była ta ciągła praca nad sobą, czy też osiedliśmy na laurach - bo było tak wspaniale...
Więc może teraz to będzie lepsze małzeństwo, bo świadome, bo z uznaniem że tworzą je dwie osoby różne, słabe, nie wolne od upadków. Że trzeba wciąż się starać, wciąż na nowo, co rano przypominać sobie, że ta druga osoba to dar, a nie maszynka do dawania.
Życzę Ci dużo siły, Rito. I pogody ducha.
Nie rozpamiętuj przeszłości... Ja chciałabym traktować każdy nowy dzień jako szansę na zbudowanie czegoś lepszego, każdy dzień zaczynać od uśmiechu. Na razie kiepsko mi to idzie.
I powoli, wszystko powoli...
Pozdrawiam i trzymam kciuki

Mariah - 2008-06-14, 06:45
Temat postu: Re: Piekło po zdradzie
Witaj Rito,

to forum to takze moja szansa na pozbieranie sie po zdradzie, kilka dni temu dowiedzialam sie ze moj maz zdradza mnie z pewna kobieta, planowali nawet dziecko, jestem zupelnie zrozpaczona.
Ze strachu, ze bedzie awantura nie przyszedl do domu, napisal sms, ze nie chce klotni i przyjdzie do domu jak sie uspokoje.

Mariah

Rita napisał/a:
Znowu wracam do tego forum, które odnalazłam 3 miesiące temu, gdy wszystko się zaczęło. Wtedy jednak wierzyłam mojemu mężowi, że przeżywa kryzys osobowości po pobycie na grupie terapeutycznej. Rzeczywiście tam się poznali, bo ten kryzys to była inna kobieta, ale do tego się nie przyznał, choć go kilka razy pytałam. Kłamał tak doskonale, że nie wyczułam fałszu. Poza tym zachowywał się jak człowiek w depresji, a nie zakochany. Rzeczywiście miał dylemat, ale ukrywał jaki. Ponieważ jeszcze przed wyjazdem na tę grupę zapewniał mnie, że jest ze mną najszczęśliwszy od lat, nawet nie wpadłam na to, że to zdrada. Irytowali mnie wszyscy ludzie, którzy to sugerowali jako jedyne sensowne wytłumaczenie. Byłam pewna, że mój mąż po prostu powiedziałby prawdę. Po dwóch miesiącach "kryzysu tożsamości" oznajmił, że przeprasza za wszystko, kocha mnie i wraca. Byłam szczęśliwa. Ale po tygodniu powiedział prawdę - miał romans. Zakończył go 2 tygodnie temu. Wszystko było kłamstwem. Zawalił się cały mój świat. Nie wyszłam za niego ze względu na pozycję czy pieniądze, bo wtedy nie miał nic, ale dlatego, ze był wartościowym człowiekiem i dzielił moje wartości. Okazało się, że ich nie ma. Teraz żałuje i przekonuje, że mnie naprawdę kocha i dopiero teraz wie, co to znaczy (jesteśmy razem 10 lat) i oddaje mi się w ręce, chce pracować nad naszym małżeństwem i rodziną, pójść na terapię małżeńską. Poszedł do spowiedzi i przeżywa jakieś swoje nawrócenie - pod wpływem naszych znajomych, którzy nam pomagają w tej sytuacji, postrzega tę sytuację jako dzieło szatana i oddaje się Chrystusowi. Twierdzi, że przezywa straszne wyrzuty sumienia. To wszystko są jakieś pozytywne sygnały, ale jestem jeszcze ja, a ja wiecie co czuję - piekło. To dopiero 5 dni, odkąd wiem, ale to cierpienie jest niewyobrażalne. Wiem, że wielu z Was przez to przeszło, proszę napiszcie konkretnie jak to przeżyć! Dodam jeszcze, że ja chodzę już na terapię od początku tego kryzysu i biorę leki antydepresyjne, ale mało pomagają, bo takich "ścinających z nóg" brać nie mogę - pracuję "głową" i przede wszystkim mam dzieci (a propos - drugi mój synek kończy dziś roczek...). Wiem, że mogę na Was liczyć.

sasanka - 2008-06-15, 17:13

witaj mariah!

uważaj na siebie,
jeśli masz problem - pytaj!
lepiej spytać przed niż po awanturze ;-)

pozdrawiam Cię serdecznie

elzd1 - 2008-06-15, 19:46

Napisz coś więcej. I czytaj, czytaj wypowiedzie, oczy otworzysz szeroko ze zdziwienia, jak bardzo można być oszukiwanym.
Życzę wytrwania i powodzenia. Może, skoro mąż boi się awantury, wszystko się ułoży?

Mariah - 2008-06-16, 15:20

Witaj Sasanko,

tak sie ciesze, ze sie tutaj znalazlam, troche sobie poczytalam wypowiedzi i moze to dziwne, ale troche sie uspokoilam.


Mariah
sasanka napisał/a:
witaj mariah!

uważaj na siebie,
jeśli masz problem - pytaj!
lepiej spytać przed niż po awanturze ;-)

pozdrawiam Cię serdecznie


[ Dodano: 2008-06-16, 15:25 ]
elzd1 napisał/a:
Napisz coś więcej. I czytaj, czytaj wypowiedzie, oczy otworzysz szeroko ze zdziwienia, jak bardzo można być oszukiwanym.
Życzę wytrwania i powodzenia. Może, skoro mąż boi się awantury, wszystko się ułoży?


Witaj Elzbieto,

dziekuje za mile slowa, tak mi tego brakowalo. Uwazasz ze to dobry znak, ze maz sie boi awantury? Trudno mi to zrozumiec.
Moim celem byla rozmowa, pocieszenie, ewentualna skrucha z jego strony, bo to mi pomoze jakos zniesc ta zdrade, ale nie przyjde, bo nie chce awantury.
W sumie jednak przyszedl za moja namowa, potem probowal jeszcze wszystkiemu zaprzeczac, ale gdy juz wiedzial, ze mam niezbite dowody wyrazil skruche. Ale jak tu odbudowac zaufanie?

Mariah

wito - 2008-06-16, 16:31

Zaufanie można odbudować. Do tego stopnia, że traci się czujność i przed tym chciałem Cię ostrzec.
Ja modliłem się dużo, także za tego z którym żona mnie zdradziła. Prosiłem, bym w swoim sercu nie zasiał ziarna nienawiści. Nie patrzyłem na Nią jak na zdrajcę. Widziałem kochaną osobę, która się pogubiła. Z czasem przyszło zapomnienie. Obraz zdrady wracał coraz rzadziej a wierz mi nie było łatwo. Do tej pory mam kontakt z "kochasiem".
Dlatego, że po kilkunastu latach sytuacja sie powtórzyła uważam, że w przypadku zdrady należy stosować zasadę "ograniczonego zaufania".

Rita - 2008-06-16, 18:51

To straszne! Współczuję Ci. Przeczytałam i rozpłakałam się, bo dotyka mnie to boleśnie - już wiem, co przed Tobą... U mnie ciągle bardzo źle, czasami nawet gorzej niż źle. Podziwiam wszystkie osoby, które tu piszą, że potrafiły przebaczyć. Ja jestem wciąż od tego bardzo daleko. Rozpamiętuję, jestem pełna nienawiści i agresji i prawie wcale nie potrafię się modlić. Wciąż sobie zadaję pytanie dlaczego? Zawsze myślałam, że zdrada następuje w jakimś kryzysie, a mój mąż nawet dzień przed tym zanim ją poznał mówił mi, że jest najszczęśliwszy od lat i mówił to wcześniej przez dłuuuugi czas. Teraz mówi, że był nieświadomy swoich uczuć i potrzeb i że ten kryzys był, tylko on był nieświadomy (!!!!) To co robił na terapii przez 1,5 roku , na trzech grupach terapeutycznych i na studiach psychoterapii?!!!!! Czy nie powinien tam pogłębiać świadomości?! I "odmówił pójścia na terapię małżeńską, kiedy to zaproponowałam, kiedy nagle po powrocie z grupy nieoczekiwanie oznajmił, że rozważa odejście? I po trzech tygodniach już z tą kobietą!!! Jak to może zrobić człowiek tak "terapeutyzowany", chrześcijanin, który przez cały ten czas chodził ze mną do kościoła i modlił się, no i wreszcie człowiek bardzo inteligentny?! To jakiś absurd! Jestem zupełnie zdezorientowana i teraz naprawdę nie wiem kto to jest. No, a ona? Jaki macie stosunek do "tych trzecich"? Dlaczego zawsze znajdzie się ktoś, kto bez skrupułów kradnie komuś męża? Czy robicie coś z "nią"? Piszecie? Rozmawiacie? Ja miałam pomysł na przesłanie paczki "z tezą". Ale wciąż tego nie robię, bo nie wiem czy warto się "brukać", ale z drugiej strony ona sobie żyje w swoim luksusowym świecie (wiem kim jest) i myśli, że jest biedna i nieszczęśliwa, bo on ją
rzucił, a poza tym nic się nie stało. Pomijając co zrobiła mnie i dzieciom, to nawet nie wie, mój mąż, czyli jej kochanek cierpi teraz strasznie z powodu wyrzutów sumienia, że chciałby zrobić wszystko, żeby cofnąć czas i że chciał popełnić samobójstwo ze wstydu. Może warto jej to uświadomić zanim zapoluje na kolejnego żonatego faceta? Jakie macie opinie w tej sprawie?
No i ostatnia sprawa. Jestem teraz przez miesiąc poza domem, bo mój mąż ma tu staż i połączyliśmy to z
urlopem. Tu, czyli w Trójmieście. Brakuje mi przyjaciół, pracy, terapii i momentami czuję, że wariuję. Próbuję spędzać czas sama, ale brakuje mi ludzi. Nawet internetu nie mam (jestem w kafejce) i nie mam z Wami stałego kontaktu. Dlatego mam pytanie: czy ktoś stąd jest i chciałby gdzieś ze mną pójść i pogadać, a może znacie chociaż jakiegoś spowiednika albo inny "ludzki" punkt zaczepienia, żebym mogła
z kimś porozmawiać? Proszę o ewentualne kontakty. Dzięki.

elzd1 - 2008-06-16, 18:51

Mariah napisał/a:
gdy juz wiedzial, ze mam niezbite dowody wyrazil skruche

Na początek dobre i to, skrucha. Znaczy, dociera że źle zrobił. Oby zechciał wyciągnąć nauczkę i nie wmówił sobie, że zdrady nie można wybaczyć.
Mariah napisał/a:
Ale jak tu odbudowac zaufanie?

Na to pytanie nie odpowiem, nie dane mi było tego doświadczyć. Ale Wito ma rację, ograniczone zaufanie, tak myślę.
Mariah napisał/a:
Moim celem byla rozmowa, pocieszenie,

Pocieszenie, powiadzasz?
A niby jak to sobie wyobrażasz? Ty masz go pocieszać? Oj, uważaj, to prosta droga do tego, żeby siebie obwiniać za jego występki. Wiem coś o tym, bo przeszłam ten etap na początku romansu, gotowa byłam przepraszać męża za to, że on zdradził.

Mariah - 2008-06-16, 20:58

elzd1 napisał/a:
Mariah napisał/a:
gdy juz wiedzial, ze mam niezbite dowody wyrazil skruche

Na początek dobre i to, skrucha. Znaczy, dociera że źle zrobił. Oby zechciał wyciągnąć nauczkę i nie wmówił sobie, że zdrady nie można wybaczyć.
Mariah napisał/a:
Ale jak tu odbudowac zaufanie?

Na to pytanie nie odpowiem, nie dane mi było tego doświadczyć. Ale Wito ma rację, ograniczone zaufanie, tak myślę.
Mariah napisał/a:
Moim celem byla rozmowa, pocieszenie,

Pocieszenie, powiadzasz?
A niby jak to sobie wyobrażasz? Ty masz go pocieszać? Oj, uważaj, to prosta droga do tego, żeby siebie obwiniać za jego występki. Wiem coś o tym, bo przeszłam ten etap na początku romansu, gotowa byłam przepraszać męża za to, że on zdradził.

Witaj Elzbieto,

zle mnie zrozumialas. Chcialam, aby on mnie pocieszyl, bo widzial ze strasznie to mnie bolalo. Okazal ograniczona skruche (te maile sa bez znaczenia, a dlaczego do nich zagladalas, a zreszta jej nie spotykalem) a ja mam zdjecia.
Potem dopiero powiedzial, ze mu bardzo przykro ze mnie tak zranil.
Niestety nie potrafie mu w to uwierzyc. Wiem, ze jest mu glupio ze odkrylam jego tajemnice.
Uwazal, ze dopuki nic nie wiem nie ma sprawy: przeciez ja ciebie kocham i nic sie nie zmienilo.
Probowal mnie oskarzyc: no bo w domu taki stres (3 dorastajacych dzieci) wiec szukal ucieczki.
Ach, raz lepiej, i potem mam znowu te maile przed oczyma, co robicß

Mariah


[ Dodano: 2008-06-16, 21:05 ]
Rita napisał/a:
To straszne! Współczuję Ci. Przeczytałam i rozpłakałam się, bo dotyka mnie to boleśnie - już wiem, co przed Tobą... U mnie ciągle bardzo źle, czasami nawet gorzej niż źle. Podziwiam wszystkie osoby, które tu piszą, że potrafiły przebaczyć. Ja jestem wciąż od tego bardzo daleko. Rozpamiętuję, jestem pełna nienawiści i agresji i prawie wcale nie potrafię się modlić. Wciąż sobie zadaję pytanie dlaczego? Zawsze myślałam, że zdrada następuje w jakimś kryzysie, a mój mąż nawet dzień przed tym zanim ją poznał mówił mi, że jest najszczęśliwszy od lat i mówił to wcześniej przez dłuuuugi czas. Teraz mówi, że był nieświadomy swoich uczuć i potrzeb i że ten kryzys był, tylko on był nieświadomy (!!!!) To co robił na terapii przez 1,5 roku , na trzech grupach terapeutycznych i na studiach psychoterapii?!!!!! Czy nie powinien tam pogłębiać świadomości?! I "odmówił pójścia na terapię małżeńską, kiedy to zaproponowałam, kiedy nagle po powrocie z grupy nieoczekiwanie oznajmił, że rozważa odejście? I po trzech tygodniach już z tą kobietą!!! Jak to może zrobić człowiek tak "terapeutyzowany", chrześcijanin, który przez cały ten czas chodził ze mną do kościoła i modlił się, no i wreszcie człowiek bardzo inteligentny?! To jakiś absurd! Jestem zupełnie zdezorientowana i teraz naprawdę nie wiem kto to jest. No, a ona? Jaki macie stosunek do "tych trzecich"? Dlaczego zawsze znajdzie się ktoś, kto bez skrupułów kradnie komuś męża? Czy robicie coś z "nią"? Piszecie? Rozmawiacie? Ja miałam pomysł na przesłanie paczki "z tezą". Ale wciąż tego nie robię, bo nie wiem czy warto się "brukać", ale z drugiej strony ona sobie żyje w swoim luksusowym świecie (wiem kim jest) i myśli, że jest biedna i nieszczęśliwa, bo on ją
rzucił, a poza tym nic się nie stało. Pomijając co zrobiła mnie i dzieciom, to nawet nie wie, mój mąż, czyli jej kochanek cierpi teraz strasznie z powodu wyrzutów sumienia, że chciałby zrobić wszystko, żeby cofnąć czas i że chciał popełnić samobójstwo ze wstydu. Może warto jej to uświadomić zanim zapoluje na kolejnego żonatego faceta? Jakie macie opinie w tej sprawie?
No i ostatnia sprawa. Jestem teraz przez miesiąc poza domem, bo mój mąż ma tu staż i połączyliśmy to z
urlopem. Tu, czyli w Trójmieście. Brakuje mi przyjaciół, pracy, terapii i momentami czuję, że wariuję. Próbuję spędzać czas sama, ale brakuje mi ludzi. Nawet internetu nie mam (jestem w kafejce) i nie mam z Wami stałego kontaktu. Dlatego mam pytanie: czy ktoś stąd jest i chciałby gdzieś ze mną pójść i pogadać, a może znacie chociaż jakiegoś spowiednika albo inny "ludzki" punkt zaczepienia, żebym mogła
z kimś porozmawiać? Proszę o ewentualne kontakty. Dzięki.


Witaj Rito,

dziekuje za slowa otuchy. Powiedzialam, ze chce wybaczyc i zapomniec, ale tego nie moge. Mam to wciaz przed oczyma. Poprosilam meza o pomoc. Jesli okaze mi teraz wiecej milosci, zrozumienia i czulosci to bedzie latwiej mi to zapomniec. Problem w tym, ze on pracuje daleko, widzimy sie tylko w weekendy, wiec caly tydzien rozpamietuje i cierpie.
Jak sobie z tym poradzic i jak doprowadzic do tego, aby on naprawde z tym skonczyl i skoncentrowal sie na naszym malzenstwie


Mariah

miriam - 2008-06-17, 09:24

Kochane dziewczyny ...wszystko o czym tu piszecie przerabiałam i cierpiałam .
Cierpiał tak samo mój mąż. I o tym nie zapominajcie , że zdradzacze też cierpią .
Nie czas roztrząsać , kto bardziej , bo to do niczego nie prowadzi naprawdę . Można jedynie przyspożyć sobie niepotrzebnych katuszy i jeszcze badziej pogłębić kryzys.
Jedna uniwersalna moim zdaniem i skuteczna rada ---być blisko Boga i z tego czerpać siłę dla siebie i małżeństwa. Nie skupiać się na zdradzie ani na romansie , starać się ( wiem jakie to trudne) ale-- nie roztrząsać , nie rozpamiętywać , nie rozdrapywać i nie ranić siebie na wzajem ,a skupić się na tym co można tu i teraz zrobić dla waszego małżeństwa i co zacząć naprawiać . Przede wszystkim co naprawić w sobie i w swoim podejściu do życia i świata .
Jest tu na forum w Duchowości post pt.Żałoba --kiedyś Błękitna tu opisywała etapy przeżywania zdrady ----ale to jest b.podobne , mnie pomogło zrozumieć swoje odczucia i zachowania w tym czasie.

To co teraz przeżywacie --gniew , ból poczucie krzywdy , lęk , to są uczucia, na które w większości nie mamy nawet wpływu .Ale nie wolno ich ani tłumić w sobie , ani pielegnowąć i podsycać ,żeby nie przerodziły się np. w nienawiść , w agresję, w poczucie winy itd. Spokój jak najbardziej wskazany i nie robić i nie mówić nic pod wpływem tych emocji --starajcie się tego nie robić ! Im mniej mostów za sobą spalimy , tym łatwiej potem do siebie wrócić.
Pozdrawiam --jestem , służę swoją osobą.
Wszystko jest do przeżycia , ale z Bogiem najłatwiej .
Miriam.

elzd1 - 2008-06-17, 22:40

miriam napisał/a:
I o tym nie zapominajcie , że zdradzacze też cierpią .


Hmm......?
W bajki przestałam wierzyć już dawno. A w cierpienia zdradzaczy nie wierzę od czasu, gdy szanowny mąż przekreślil całe nasze wspólne życie dla pewnej ..... pani.
Owszem, cierpiał, gdy nie mógł jawnie się z nią prowadzać, gdy musiał wracać do domu, mieszkać ze mną i naszą córką pod jednym dachem.
Żeby odczuwać cierpienie, trzeba z sumieniem być w porządku.
Zdradzacz nie cierpi, cieszy się z cierpienia zdradzanych.

TEOR - 2008-06-18, 00:26

Moje refleksje na dziś są takie.
Przebaczyć zdradę jest bardzo trudno - wiem to, bo doświadczyłam zdrady, której skutkim jest nieślubne dziecko mojego męża. Jednak przebaczenie jest warunkiem naszego szczęścia. Czy nie chcemy być szczęśliwe? Jeśli tak, to musimy przebaczyć. Można więc powiedzieć, że to, czy będziemy szczęśliwe, pomimo wszystko, zależy wyłącznie od nas. Im szybciej i pełniej przebaczymy, tym lepiej dla nas.

Dążenie do zrozumienia zdradzaczy jest drogą do nikąd, bo oni sami najczęściej nie wiedzą, dlaczego zdradzili. To nie prawda, że zdradzacze nie cierpią - może właśnie dlatego zdradzają, bo cierpią z jakiegoś powodu i nie mogą sobie z tym cierpieniem poradzić? Zdradzacze są biednymi ludźmi - trzeba im współczuć i modlić się za nich, aby przejrzeli na oczy, no i kochać, kochać, kochać.

Kontakt z kochanką męża - raczej odradzam. Proponuję nie zauważać i zdecydowanie ignorować.

Mariah - 2008-06-18, 08:18

Droga To,

wiem, ze przebaczenie jest tutaj bardzo wazne. Kochac, kocham bardzo mocno, ale sama mysl o zdradzie sprawia taki bol, ze ciezko isc do przodu. Uczucia sa teraz jak hustawka: jak spokojniej, potem znowu straszny smutek i zal.
Chce wreszcie odzyskac spokoj ducha i moc patrzec optymistycznie w przyszlosc. Ale jak?

Mariah





TEOR napisał/a:
Moje refleksje na dziś są takie.
Przebaczyć zdradę jest bardzo trudno - wiem to, bo doświadczyłam zdrady, której skutkim jest nieślubne dziecko mojego męża. Jednak przebaczenie jest warunkiem naszego szczęścia. Czy nie chcemy być szczęśliwe? Jeśli tak, to musimy przebaczyć. Można więc powiedzieć, że to, czy będziemy szczęśliwe, pomimo wszystko, zależy wyłącznie od nas. Im szybciej i pełniej przebaczymy, tym lepiej dla nas.

Dążenie do zrozumienia zdradzaczy jest drogą do nikąd, bo oni sami najczęściej nie wiedzą, dlaczego zdradzili. To nie prawda, że zdradzacze nie cierpią - może właśnie dlatego zdradzają, bo cierpią z jakiegoś powodu i nie mogą sobie z tym cierpieniem poradzić? Zdradzacze są biednymi ludźmi - trzeba im współczuć i modlić się za nich, aby przejrzeli na oczy, no i kochać, kochać, kochać.

Kontakt z kochanką męża - raczej odradzam. Proponuję nie zauważać i zdecydowanie ignorować.

TEOR - 2008-06-18, 13:42

Uwierz mi, świetnie Cię rozumiem. Huśtawki nastrojów - to normalka w takiej sytuacji. Zdrada boli i boleć będzie, ale, jeśli kochasz męża i jeśli kochasz też siebie, to musisz przebaczyć. To jedyna droga do dobrej wspólnej przyszłości. Na pocieszenie powiedz sobie tak - jestem dla mojego męża najważniejszą i najbardziej kochaną kobietą. Uwierz w to, bo tak naprawdę jest. Masz dobrego męża, który popełnił błąd. Czy Ty nigdy nie popełniasz błędów? Wiem, możesz powiedzieć, że nie takiego kalibru, ale czy można precyzyjnie zmierzyć siłę błędów? To przecież kwestia subiektywnego odbioru. Trzymam kciuki. Ciesz się, że jesteście razem. Pomyśl, czy to nie jest szczęście?! Pa.
Mariah - 2008-06-18, 16:56

TEOR,
Witam To,

to co piszesz zniewala mnie. Czasami wiem, ze maz mnie naprawde kocha, ale czy mozna kochac i probowac laczyc sie z inna kobieta?
Skad w Tobie tyle optymizmu?
Dzisiaj przed praca wyszukalam w internecie najrozniejsze modlitwy, do Sw. Rity, za trudnego malzonka itp. itp. i poczulam, ze cos mnie unosi, dodaje sil i nadziei.
Tak sie ciesze, ze tu jestem, modle sie za Was i prosze o modlitwe za mnie.

Mariah

_zosia_ - 2008-06-22, 19:28

Rita napisał/a:
No i ostatnia sprawa. Jestem teraz przez miesiąc poza domem, bo mój mąż ma tu staż i połączyliśmy to z
urlopem. Tu, czyli w Trójmieście. Brakuje mi przyjaciół, pracy, terapii i momentami czuję, że wariuję. Próbuję spędzać czas sama, ale brakuje mi ludzi. Nawet internetu nie mam (jestem w kafejce) i nie mam z Wami stałego kontaktu. Dlatego mam pytanie: czy ktoś stąd jest i chciałby gdzieś ze mną pójść i pogadać, a może znacie chociaż jakiegoś spowiednika albo inny "ludzki" punkt zaczepienia, żebym mogła
z kimś porozmawiać? Proszę o ewentualne kontakty. Dzięki.


Jestem z okolic, jakbyś chciała nie ma problemu. Szczerze polecam przeora Dominikanów w Gdańsku - Ojca Jacka Krzysztofowicza. Idź do niego.

Pozdrawiam
_zosia_

Rita - 2008-06-30, 11:56

Znowu udało mi się dostać na chwilę do internetu i mieć kontakt z tym forum. Czytam sobie Wasze wypowiedzi i jestem pełna podziwu, że udaje Wam się wybaczać i tak naprawdę chrześcijańsko przeżyć tę sytuację. U mnie ciągle źle. Co ciekawe w sobotę po sześciu tygodniach odkąd się dowiedziałam pierwszy raz było naprawdę dobrze. Po pierwsze już kilka dni wcześniej zaczęłam odzyskiwać kontakt ze sobą samą jako silną kobietą, a nie smieciem wyrzuconym przez męża. Po drugie poszłam do Dominikanów do spowiedzi - z przeorem nie wiedziałam jak się skontaktować, ale ta spowiedź mi bardzo pomogła, a potem czytania w czasie mszy - o tym jak Jezus uzdrawia - bardzo się modliłam o to uzdrowienie dla siebie i dla nas i pierwszy raz podczas dnia udało mi się nie koncentrować cały czas na cierpieniu. Ale niestety - wieczorem mieliśmy niemiły zgrzyt w sprawie słuchania płyty, która się mojemu mężowi kojarzy z tamtym czasem, a potem jeszcze go poprosiłam o wyjaśnienie jednej tajemniczej sytuacji z tamtego czasu - jak było naprawdę. Odpowiedział mi, a następnego dnia rano powiedział, że dużo się modlił i musi mi coś powiedzieć - znowu mnie wieczorem okłamał i było inaczej niż powiedział... I znowu wszystko się zawaliło, bo po prostu zrozumiałam, że on jest kłamczuchem i że to nie koniec tego zła...
TEOR - 2008-06-30, 12:17

Kłamczuchem jest na pewno. Ale jest to konsekwencją zdrady. Pomyśl, gdyby Cię nie kochał, to nie zdradzałby po kryjomu, tylko po prostu odszedłby sobie do innej. To, że Cię okłamywał potwierdza tylko, że nie jesteś Mu obojętna. To jest tak. Mąż zdradza żonę nie dlatego, że Jej nie kocha, tylko dlatego, że siebie kocha bardziej. Człowiek jest jednak istotą samolubną, co by nie mówić każdy z nas siebie kocha najbardziej. To, że teraz też nie jest do końca szczery? Zrozum też jego. Nie jest Mu przyjemnie opowiadać Ci o intymnych sprawach, które są dla ciebie bolące i upokarzające. Jemu jest po prostu wstyd tego, co się stało. Tak myślę. Zgrzyty są zawsze, a przed zdradą ich nie było? Trzymaj się, będzie dobrze.
Mirela - 2008-06-30, 14:22

TEOR napisał/a:
Kłamczuchem jest na pewno. Ale jest to konsekwencją zdrady. Pomyśl, gdyby Cię nie kochał, to nie zdradzałby po kryjomu, tylko po prostu odszedłby sobie do innej. To, że Cię okłamywał potwierdza tylko, że nie jesteś Mu obojętna. To jest tak. Mąż zdradza żonę nie dlatego, że Jej nie kocha, tylko dlatego, że siebie kocha bardziej. Człowiek jest jednak istotą samolubną, co by nie mówić każdy z nas siebie kocha najbardziej. To, że teraz też nie jest do końca szczery? Zrozum też jego. Nie jest Mu przyjemnie opowiadać Ci o intymnych sprawach, które są dla ciebie bolące i upokarzające. Jemu jest po prostu wstyd tego, co się stało. Tak myślę. Zgrzyty są zawsze, a przed zdradą ich nie było? Trzymaj się, będzie dobrze.


Za żadne skarby świata mi to nie pasuje...to jak chochlik...takie małe wykrzywienie prawdy...
Człowiek jest słaby...z różnych powodów potrzebuje , szuka akceptacji, z różnych powodów gra, by zachowac twarz ( tak szumnie to sie nazywa - reputacja) ,...ale pewniakiem w tej sprawie jest uciekanie od konsekwencji, uciekanie od odpowiedzialności która jest przeciwieństwem tego co piszesz...bo przecież 1 Kor 13 "miłosc nie szuka swego". Zapewne jest to wynikiem niedojrzałości, ale wszystkie ułomności Jezus uzdrawia...nawet przez dotknięcie płaszcza, a co dopiero przyjmując Najświętszy Sakrament.
Czy kocha...? Człowiek ma to coś ,że chce kochac...problem w tym , że człowiek nie jest zdolny do miłowania bez Boga.Taki człowiek miota się, kręci...tak naprawdę sam w tym wszystkim jest pogubiony, i nie ma się co dziwic ,że nie potrafi powiedziec prawdy... To sam Bóg jest źródłem miłosci i On może nas jej uczyc.
Wszyscy sie jej uczymy...najpierw poznając swój EGOIZM, KTóRY MNIEJ DRASTYCZNIE MOZNA NAZWAC KOCHA SIEBIE BARDZIEJ.... To cos w stylu...wyzysk=przedsiebiorczosc, albo oszustwo=zaradnośc... Bez PRAWDY ani rusz...


Ks .Marek Dziewiecki :
"Dojrzały chrześcijanin to ktoś, kto precyzyjnie wyjaśnia zasady takiej właśnie mądrej i wychowującej miłości. Bóg-Miłość uczy nas kochać w każdej sytuacji i za każdą cenę pod warunkiem, że jest to rzeczywiście miłość, a nie naiwność. Chrześcijaństwo nie ma zatem nic wspólnego z tolerowaniem zła, z naiwnym cierpieniem czy choćby pośrednim aprobowaniem jakiejkolwiek formy przemocy czy krzywdy."
http://www.opoka.org.pl/b...cierpienie.html


Ps. Rita , zapewne jesteś Tą osobą, która z pomocą Bożą może pokazac swemu mężowi prawdziwe oblicze MIłOSCI, nie poddawaj się :) Daj sobie czas...
pozdrawiam serdecznie:)

TEOR - 2008-06-30, 14:40

W 100% zgoda. Mirelo masz rację! Ale ja też ją mam. Różnica polega na tym, że Ty mówisz o tym, jak być powinno, a ja o tym jak jest w życiu codziennym. Człowiek nie jest Bogiem, choć jest stworzony na podobieństwo Boga. Tak więc, skutkiem tego człowiek jest ułomny i błądzi i grzeszy - zdradza, kłamie, ..... Jest to wszystko skutkiem odstępstwa od Boga i jego przykazań. Oczywiście, że to wszystko jest złe, ale jest i zdarza się i nam i naszym bliskim zbłądzić. Naszym zadaniem jest próbować ciągle żyć lepiej, mądrzej i pomagać tak żyć naszym najbliższym.
Mirela - 2008-06-30, 14:47

Nie chodzi o rację Teor... Chodzi o to , by nie zacierac PRAWDY, jeśli ktoś jest egoistą to nim jest...i to trzeba powiedziec, uzmysłowic ,że można to zmienic..., ze można pomóc...Jeśli człowiek nie pozna prawdy jak może próbowac cos zmieniac, kiedy używa się nazwijmy to "słów mniej bolesnych..."zacierających prawdę typu..."kocha bardziej siebie". Wszystko trzeba nazywac takim jakim jest...jeśli coś jest NAZWANE jest rozpoznane...to daje szansę uzdrowienia...
napisałaś
Cytat:
Naszym zadaniem jest próbować ciągle żyć lepiej, mądrzej i pomagać tak żyć naszym najbliższym.

To właśnie zaczyna sie od PRAWDY i jej niezacierania, nierozcieńczania , jak kto woli...
Dziekuję Ci ,ze jesteś ;)

sadzior - 2008-07-01, 10:12

[quote="GregS"]
darek1 napisał/a:

Kiedyś koleżanka powiedziała mi coś co zapamiętałem dobrze: "To okropne żałować czegoś co się zrobiło, ale sto razy gorzej jest żałować tego czego się nie zrobiło"


Tak czytam ten wątek i zastanawiam sie ile jest prawdy w cytacie powyżej, a co jeśli ta druga zdradzająca strona chce odejśc"na zieleńszą trawkę" dlatego żeby nie załować że kiedyś nie spróbowała, że to mogła być szansa na szczęście. Kto powiedział że szczęście mozna osiągnąc tylko z małżonkiem.

Takie słowa jak w cytacie usłyszałem przed chwilą od żony, kiedy dociśnięty tymi wszystkimi negatwnymi uczuciami, poprosiłem o ustalenie ostatecznego terminu podjęcia decyzji, ja czy on.

Boję się jak nigdy przedtem.

Rita - 2008-07-02, 19:39

No i mam, myślałam, że gorzej być nie może, a jednak może. Mój mąż w czasie swojego romansu zmieniał pracę, umowę podpisał już wcześniej i bardzo się z tej zmiany cieszyliśmy, bo wreszcie miały się skończyć wyjazdy, praca na miejscu i za dobre pieniądze. Na początek miał być tylko krótki staż w Warszawie. To właśnie podczas tego stażu zamieszkali razem... i ta praca też sprawiła, że on poczuł się jak król, który wreszcie może skorzystać z życia i zadbać o swój "rozwój". Generalnie przez ten pierwszy okres był zadowolony z pracy bardzo i dobrze się tam czuł. Mniej więcej od momentu, kiedy się przyznał zaczęło się pogarszać. Teraz jesteśmy na urlopie i dzisiaj musiał pojechać do pracy. Od dwóch dni dzieje się z nim coś strasznego - cały czas ataki paniki, chodzi w kółko, płacze, no i twierdzi, że nie nadaje się do tej pracy, że na pewno poznają się na jego niekompetencji i go zwolnią, a w końcu, że on nie jest w stanie w ogóle wyjechać. I że to jest pułapka zastawiona przez szatana, bo skoro nie może utrzymać rodziny to musi się zabić, żebyśmy dostali pieniądze z ubezpieczenia :cry: To były straszne dni. Tłumaczyłam, że na nawet jak tą pracę straci to nic się nie stanie, może nawet lepiej, bo będziemy żyć skromniej i będzie więcej w domu, może to znak, i że sobie poradzimy, nie oczekuję od niego roli "zarabiacza" pieniędzy, może to nie jest praca dla niego. I tak w ogóle to czego się boi, bo przecież jest na stażu i nikt jeszcze nic od niego nie wymaga, a przecież zawsze jego życie zawodowe było pełne sukcesów, więc niech da sobie czas. Tłumaczyłam i tłumaczyłam, a w końcu znalazłam i umówiłam wizytę u psychiatry. Przypadkowo trafiliśmy do świetnego człowieka, który po 1,5 - godzinnej wizycie (!) powiedział, że to zaburzenia lękowe, ale nic poważnego, da się to podleczyć, natomiast problem jest gdzie indziej. I tu powiedział to, co ja niestety już ze smutkiem sobie uświadomiłam - że problemem jest jego niedojrzałość (były jeszcze inne przykłady z życia - jak trudno, to ucieczka), egocentryzm - bo m.in. bardziej zależy mu na utrzymaniu wizerunku niż zadbaniu teraz o rodzinę, którą skrzywdził przez danie jej również stabilności, a w tym straszenie samobójstwem się nie mieści. No i ustawienie hierarchii wartości - dlaczego ta praca przesłania cały świat. W związku z tym, że się bałam, czy mąż nie zrobi jakiejś głupoty wstałam dziś o 1 w nocy, pojechałam do Warszawy i wróciłam pociągiem do Gdańska. I wiecie co? Nie czułam, że się cieszy, znowu był skoncentrowany na sobie, na swoim strachu przed pracą, ale i zrezygnowany z powodu uświadomienia sobie, że on nie umie kochać i właściwie całe życie bierze. Powiedziałam mu, że nie łudzę się, że się zmieni całkowicie i w jednym momencie, wiem że to długi proces, ale ważne jest, żeby chciał go rozpocząć. A on ciągle, że on nie wie jak, dlaczego on nie potrafi, itd. Jednocześnie widzi, że to, co robię to oznaka wielkiej miłości, ale raczej myśli, że on na nią nie zasługuje. Teraz jest daleko, ma spotkania, mało się kontaktujemy, a jeśli tak jest w tym swoim obłędnym stanie i znowu jestem przerażona, niepewna i kompletnie nie wiem jak do niego dotrzeć. Ta wizyta krótka w Warszawie - miejscu ich wspólnego życia też mnie rozwaliła, plus on nieobecny, znowu oddalający się to dla mnie za dużo. Jestem w panice.

[ Dodano: 2008-07-04, 22:43 ]
Kochani, błagam módlcie się. Mój mąż popełnił samobójstwo, cudem został uratowany, ale jest źle. POOOOMOCY

magda81 - 2008-07-08, 11:00

Najważniejsze że Twój mąż przeżył, zaufaj Panu.
Jestem z Tobą

ekola - 2008-07-08, 11:14

Rito, ja też jestem z Tobą.
Odwagi!
Pomodlę się za Was...

Elżbieta - 2008-07-09, 11:41

Rita napisał/a:
Jestem w panice.

[ Dodano: 2008-07-04, 22:43 ]
Kochani, błagam módlcie się. Mój mąż popełnił samobójstwo, cudem został uratowany, ale jest źle. POOOOMOCY


Litania do Najdroższej Krwi Chrystusa Pana
tutaj

Różaniec do Przenajświętszej Krwi Pana Jezusa

Rita - 2008-07-09, 17:18

Już wydrukowałam modlitwy, będę się modlić. Dziękuję Wam za wsparcie. Jestem przerażona. Teraz mam dzieci, opłaty, kredyt, no i ogromny lęk o męża, który ma zmiany w mózgu z powodu niedokrwienia...... no i może być zupełnie niepełnosprawny umysłowo.... Tak bardzo się boję. Tylko cud nas może uratować....
kasia1 - 2008-07-09, 18:46

będę się modlić o cud...
Anula - 2008-07-09, 22:19

Rito - ja również będę Cię wspierać modlitwą .
Tadeusz - 2008-07-09, 22:27

I ja też dołączam się do modlitwy.
jaka - 2008-07-10, 21:16

Rita, zajrzyj na priva.
Rita - 2008-07-17, 10:42

Wszystkim dziękuję za modlitwę, czuję ją, bo sytuacja zupełnie mnie przerasta, a mimo to jakoś się trzymam. Stan fizyczny mojego męża jest teraz stabilny, większy problem to psychika i intelekt. Nie wiadomo w jakim stopniu będzie sprawny, ma poważny uraz głowy i zaburzenia pamięci, a może to choroba psychiczna, nic jeszcze nie wiadomo. Na razie jestem ciągle w szpitalu i to w innym mieście, bo to się stało poza naszym miejscem zamieszkania, mieszkamy u rodziny, nie jest łatwo. Przerażają mnie też kwestie finansowe, bo to mąż był głównym "żywicielem" rodziny, a ja siedziałam z dziećmi i tylko dorabiałam. Boję się bardzo.... o niego, o dzieci, nasz byt, itd. Tylko Pan Bóg i dobrzy ludzie są jakąś nadzieją. I wiara w cud, że mój mąż będzie jakoś w miarę normalnie funkcjonować. Nie wiem dlaczego on to zrobił, nie rozumiem jak można posunąć się do takiego kroku i to moim zdaniem bez powodu. Wiem, że stracił bardzo poczucie własnej wartości przez tą zdradę, ale to chyba raczej ja jaklo osoba oszukana i zdeptana mogłabym myśleć o takim kroku. Ale ja musiałam znieść jego nagłe odejście, potem prawdę o zdradzie, potem próbować jakoś z nim żyć w tym koszmarze i jeszcze go pocieszać, że da sobie radę w pracy. A on znowu pomyślał tylko o sobie i zniszczył nasze życie już całkowicie. Wiem, że teraz to już takie rozważania nie mają żadnego znaczenia, bo życzę mu tylko powrotu do zdrowia, ale jakoś trudno mi się z tym pogodzić...
Mirela - 2008-07-17, 10:59

Droga Rito...
Wszystkie Twoje lęki i obawy są jak najbardziej uzasadnione. Z doświadczenia wiem, że odbierają siły do działania. Po takim doświadczeniu Tobie jest również potrzebna opieka specjalisty. W całej tej historii nie powinnaś zapomniec o swoich potrzebach, zupełnie niewygórowanych: sen, odpoczynek, odżywianie, spokój.
Rozważanie dlaczego tak się stało , czy był powód czy nie ,jest zbyteczne.
Możesz się cieszyc bardzo...Twój mąż ma kolejną szansę na życie...niezależnie jakim po tym zajściu będzie...myślę sobie ,że to dla Was szansa , nawet jeśli życie będzie trudniejsze...
Ja nie miałam tej szansy...na dalsze relacje z ojcem...

Pozdrawiam serdecznie:)
Pamiętam w modlitwie...

Rita - 2008-10-12, 19:44

Dziękuję wszystkim, którzy wspierali mnie duchowo w tym trudnym czasie. Mam nadzieję, że ja też komuś będę mogła pomóc. W moim życiu dokonała się jakaś karkołomna wolta. W ciągu kilku miesięcy wszystko wywrócone do góry nogami. Ostatnie miesiące upłynęły na walce o zdrowie męża, o przeniesienie go do rodzinnego miasta, na walce z jego rodziną, która sobie tego nie życzyła i zagroziła mi sądem, jeśli zabiorę go do domu i wreszcie na walce o byt. W tym czasie doświadczyłam wiele ludzkiej życzliwości i wsparcia (oprócz rodziny męża, która zaczęła mnie w tej sytuacji opluwać), jak też ogromnej łaski Boga. Stan mojego męża jak na tak poważny uraz jest dobry, ja dostałam pracę i mogę zarabiać, a dzieciom staram się zapewniać maksymalną stabilizację. Nawet starszy syn już powoli wychodzi z traumy i jest trochę spokojniejszy. Ja biorę cały czas leki antydepresyjne, skupiam się na zadaniach i na dzieciach. Mam wrażenie, że jestem świetnie funkcjonującą maszyną z blachy czołgowej. Utrzymuję nas, chodzę z mężem od lekarza do lekarza, opanowałam rachunki i wiem gdzie przykręcić którą śrubkę, a nawet odzyskałam chęć na cokolwiek i układam w szafach, porządkuję mieszkanie i gotuję smakołyki. Cieszy mnie też praca, cieszą mnie liście i słońce (których przez wiele miesięcy nie widziałam) i cieszy mnie kontakt z dziećmi - nawet mam do nich więcej cierpliwości. Doskonałość roku, prawda?! Tylko, że jestem zupełnie wewnętrznie zamrożona. Mój mąż chciałby powrotu do naszej dawnej relacji, tego, że był przeze mnie uwielbiany i adorowany, żebym go spontanicznie przytulała, całowała, itd. Oczywiście zupełnie nie ma o tym mowy. Traktuję go jak członka rodziny, ojca moich dzieci, a nie jak kochanego mężczyznę. On ciągle lamentuje jak bardzo mu tego brakuje, tak jak ja wtedy, gdy on mnie zostawił, więc go rozumiem, staram się nie być zimna ani złośliwa, ale nie można pewnych uczuć wskrzesić. Nie wiem jak zachodzi ten proces wybaczania, bo ja mam wrażenie, że nic nie pomaga. Nie mogę przestać rozpamiętywać tego tak często jak zostaję z moimi myślami i zawsze wtedy, gdy mąż pyta o moje uczucia (a pyta często!). Jest we mnie współczucie dla niego, bo strasznie uszkodził sobie mózg i ma wciąż wiele problemów, ale też jakaś pogarda, a może raczej obojętność. Nie wiem nawet jak mogłabym się bardziej zaangażować i czy chcę, bo nie wiem czego się po tym człowieku spodziewać i kim on właściwie jest. Jak zwykle proszę o pomoc tych, którzy przez to przeszli, którzy byli zdradzeni i zranieni i jakoś sobie z tym poradzili.
Tadeusz - 2008-10-13, 11:38

Rito żeby bardziej zrozumieć faceta i przede wszystkim siebie,
Trzeba przeczytać jako pierwszą książkę „Urzekająca” - tu dostaniesz http://www.tolle.pl/pozycja/urzekajaca

A potem żeby zrozumieć mężczyznę koniecznie książkę „Dzikie serce” - tu dostaniesz
http://www.tolle.pl/pozycja/dzikie-serce

I wtedy wasze relacje się na pewno zmienią !
Naprawdę warto zainwestować w tą wiedzę ja sam widzę jak to pomaga i jak wiele osób to powtarza.
POTRAKTUJ TO JAKO ZADANIE :!: !

Pamiętam w modlitwie o was ;-)

nałóg - 2008-10-13, 17:36

Ja dodatkowo polecam książkę -poradnik Jacka Pulikowskiego "Warto byc ojcem"...... nawet nie wiem czy nie jako 1 pozycję.
Niech nie zmyli tytuł.............. jest sporo o matce,o kobietach i męzczyznach,o tesciowych tez tam jest

kasia1 - 2008-10-14, 08:27

nałóg napisał/a:
Niech nie zmyli tytuł..............

to prawda, tytuł może toszkę zmylić :-)
Właśnie kończę czytać tę książkę... i przyznam się szczerze, że już po przeczytaniu pierwszego rozdziału, stwierdziłam, że to powinna być lektura obowiązkowa na kursach dla narzeczonych :-)

nałóg - 2008-10-14, 08:51

kasia............... i dla małżonków w każdym wieku prawie ...........hhhhiiiiiiii.....
Ale masz rację, dla młodych to szczególnie .
Pogody Ducha


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group